Wojciech Młynarski i Adrianna Godlewska – kiedy się poznali, nie mogli już o sobie zapomnieć
Fot. Jerzy Michalski/Forum

Wojciech Młynarski i Adrianna Godlewska – kiedy się poznali, nie mogli już o sobie zapomnieć

Ona była Pucieńką a on jej Puciem. Ich małżeństwo nie przetrwało „póki śmierć nas nie rozłączy”, ale spędzili ze sobą najpiękniejsze lata życia.
Agnieszka Dajbor
17.02.2021

Byli razem blisko 30 lat. Wojciech Młynarski i aktorka Adrianna Godlewska poznali się w kawiarni Nowy Świat w Warszawie, była tam mała scenka, gdzie odbywały się występy. Młynarski był co prawda z narzeczoną, ale zwrócił uwagę na Adriannę i poprosił swoją siostrę – Basię, by ich sobie przedstawiła. To był 1960 rok, Wojciech Młynarski studiował jeszcze wtedy polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Miał nawet propozycje, by zostać na uczelni i zająć się pracę naukową (i to od samego Stefana Żółkiewskiego, guru historii literatury), ale wiedział, że chce pisać piosenki. O tym, że był zdolny, było wiadomo od dawna. Nawet polonistka, wypisując mu ocenę na maturze, powiedziała: „Leć, mój orle!”

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Wojciech Młynarski i dziewczyna w kitkach

Adriana Godlewska była od niego o trzy lata starsza, studiowała w Szkole Teatralnej w Warszawie. Spodobał jej się ten chudzielec ostrzyżony na jeża. „Pomyślałam: to będzie mój mąż” – wspominała pierwsze spotkanie. Sama była bardzo efektowna, zgrabna. Na zdjęciach z młodości widać ją w długich włosach zawiązanych w tzw.kitki. Oboje nie potrafili już o sobie zapomnieć. Wiedzieli, że będą razem.

Ślub pary odbył się w roku 1964, w Komorowie, gdzie mieszkali Młynarscy. Adrianna była tak wzruszona ceremonią, że prawie przez cały czas płakała. Po uroczystości podszedł do niej wujek świeżo poślubionego męża i powiedział: „Dziecko nie płacz. Jeszcze będziesz miała w życiu gorsze chwile”. Co brzmiało jak żart, a okazało się prorocze. Ale o tym za chwilę.

„Kiedy się w sobie zakochaliśmy i pobraliśmy, byliśmy przeszczęśliwi. To była cudowna przygoda życia. Byliśmy młodymi ludźmi, którzy czerpali, w miarę możliwości, z tego, co się działo” – wspomina Adrianna Godlewska.

Adrianna Godlewska: mąż był jej oczkiem w głowie

W 1965 roku przyszła na świat ich pierwsza córka Agata, w 1970 Paulina. Państwo Młynarscy mieszkali na warszawskim osiedlu Za Żelazną Bramą,  które na przełomie lat 60. i 70. uchodziło za szczyt nowoczesności. Mieli NRD-owskiego Wartburga, na wakacje jeździli do Jastarni albo do Zakopanego w Kościelisku zbudowali dom, by tam częściej bywać i poprawić zdrowie dzieci. Dziewczynkami zajmowała się na co dzień, gosposia Hela, która stała się częścią rodziny. Wojciech Młynarski lubił mieć ustalony rytm dnia: pracował zawsze rano koło piątej, budził córki do szkoły, puszczając jedną ze swoich piosenek, np. „Moje serce to jest muzyk”.  Był - jak może każdy wielki artysta - skoncentrowany na sobie, domagający się stale uwagi, zazdrosny o uczucia. A zarazem czarujący i charyzmatyczny.

Adrianna Godlewska przyznaje, że to mąż był jej „oczkiem w głowie”, choć jak dodaje dzieci i tak kochała wręcz patologicznie. Wojciech Młynarski zaś mówił w rozmowie z córką Agatą dla „Vivy", że nie poświęcał córkom tak dużo czasu,  jakby chciał. Ale kiedy były małe, zarabiał na rodzinę i tak naprawdę ciągle był w pracy.

W duecie z mężem jako panna Dziunia

Szybko zrobił niesamowitą karierę. Jego pierwszy przebój „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną” wylansowała Kalina Jędrusik. A piosenkę „Polska miłość” wyśpiewała Hanna Skarżanka. Ale Młynarski już w połowie lat 60. zaczął mieć swoje autorskie recitale, a wspaniałe piosenki z tamtych lat do dzisiaj są przebojami: „Jesteśmy na wczasach” (skąd pochodzi „Pucio, pucio: dla sympatycznej panny Krysi od sympatycznego, niewątpliwie Pana Mietka, pucio, pucio" ). A także:  „Dziewczyny bądźcie dla nas dobre na wiosnę”, „Och ty w życiu”, „Niedziela na Głównym”. Gdyby pisać szczegółowo o całym dorobku Młynarskiego, nie starczyłoby miejsca na wyliczenie piosenek, tłumaczeń, spektakli, oper i musicali, które stworzył. Dość powiedzieć, że Jeremi Przybora uznał Młynarskiego, Osiecką i Koftę za wielką trójcę wieszczów polskiej piosenki.

Adrianna Godlewska, mimo talentu, nie zrobiła wielkiej kariery. Zagrała m.in. w „Kłopotliwym gościu” (komedii z Bogusławem Kobielą), wylansowała piosenkę „Uczcie się dziewczęta chodzić ładnie” – w klipie pokazywała zgrabne długie nogi. Występowała w kabarecie „Dudek”.  W duecie z Wojciechem Młynarskim śpiewała w popularnym „Podwieczorku przy mikrofonie” m.in. zabawną piosenkę „Na rybkę” – ona była panną Dziunią, on wyznawał jej miłość, ona ratowała go z opresji. Recitale  dawała jeszcze w ubiegłym roku już jako 80-latka.

„Kochałam mojego męża, mój dom, moje dzieci, a poza tym uważałam, że skoro moim mężem jest genialny poeta, artysta, trzeba mu oszczędzić wszystkich codziennych kłopotów. Uważałam, że każdy może wyrzucać śmieci, ale nie każdy napisze piękny wiersz” – mówiła w rozmowie z „Viva!”.

Obrazek nie zawsze sielski

Na tym sielskim obrazku zaczęły się jednak pęknięcia. Choroba Wojciecha Młynarskiego po raz pierwszy mocno dała o sobie znać w 1973 roku, na wakacjach w Kościelisku. Cierpiał na chorobę dwubiegunową, która objawiała się wahaniami nastroju, agresją, bezsennością. Młynarski dzwonił nieraz do siostry, do Szwajcarii zrozpaczony, opowiadał o lękach i wizjach, jakie miał. I o dojmującym braku snu.

Adrianna wspomina, że poświęciła się choremu mężowi, stawiając się może bardziej w roli opiekunki jego niż dzieci. Córki miały później pretensje, że mama nie chroniła ich przed atakami nieprzewidywalnego w reakcjach ojca. Raz był dobrym tatusiem, kiedy indziej wydawał się wrogim, obcym człowiekiem, co musiało być dla dzieci wielką traumą. Młynarscy przez jakiś czas ukrywali chorobę, nawet przed rodziną, długo też nie można było znaleźć lekarza, który by trafił z terapią. Choć w końcu się udało.

Kiedy w 1979 roku przyszedł na świat syn, Jan po rodzinnej sielance nie był już jednak śladu. Najmłodszy z trójki Młynarskich nawet nie pamięta za bardzo ojca z dzieciństwa.

„Nie dzwoń, nie szukaj mnie”

W 1987 roku małżeństwo Młynarskich właściwie się rozpadło. Wojciech powiedział żonie, w dniu jej urodzin, przy gościach, że odchodzi. I dodał: „Proszę do mnie nie dzwonić, i mnie nie szukać”. Później okazało się, że zamieszkał z młodszą partnerką.

„Przeżyłam boleśnie nasze rozstanie, nikogo potem nie wpuściłam już do mojego domu” – mówiła Adrianna Godlewska.

Ze stresu straciła głos. Musiała sama wspomóc się terapią. „Kiedy w 1964 roku braliśmy ślub w kościele w Komorowie, wypowiedziałam słowa przysięgi, której nigdy nie złamałam. Ja Wojtka nie opuściłam, nawet jeżeli on opuścił mnie” – pisała we wspomnieniowej książce „Jestem. Po prostu jestem”. Podkreślała, jak bardzo byli zżyci i  dodawała: „Nie jest powiedziane, że trzeba mieszkać w jednym mieszkaniu”.

Próby powrotu do siebie okazały się jednak nieudane. Wojciech Młynarski ożenił się i rozwiódł po raz drugi z kobietą, której nie akceptowała jego rodzina.  Potem był w jeszcze innym związku. Sam mówił, że jest trudny, że niełatwo z nim wytrzymać. Kiedy umierał w marcu 2017 roku, Adrianna pojechała do niego, wzięła go za rękę, chciała mu powiedzieć, że nie nosi żalu w sercu. Czy tak zrobiła? To już tajemnica.

Na pewno mogła mieć żal, bo miała poczucie, że poświęciła mu życie, a on ją zostawił. Ale kilka lat temu mówiła wywiadzie do „Gali”: „Cieszę się, że żyję. Po prostu. Dużo rzeczy zdarzyło się w moim życiu, uważam, fantastycznych. Cały czas myślę o różnych sytuacjach i myślę o nich jak najlepiej, bo dzisiaj z perspektywy czasu wszystko mi się wydaje po coś i wszystko mi się wydaje dobre”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Leonard Coehn i Marianne Ihlen, początek lat 70.
Fot. Aviva Layton

Leonard Cohen i Marianne Ihlen. Muza od pierwszego wejrzenia

Był niewierny i miał obsesję na punkcie kobiet. Ale o miłości do niej nigdy nie zapomniał – kim była Marianne Ihlen, tajemnicza muza Leonarda Cohena, twórcy słynnego „Hallelujah”
Magdalena Żakowska
13.10.2020

Jeśli miłość poznaje się po tym, jak się kończy, to Leonard Cohen i Marianne Ihlen doświadczyli uczucia z najwyższej półki. Krótko przed śmiercią chora na białaczkę Marianne poprosiła ich wspólnego przyjaciela, żeby przekazał Cohenowi, że ona umiera. Chociaż niezmiennie przysyłał jej zaproszenia na wszystkie swoje koncerty, nie widzieli się i nie kontaktowali od wielu lat, nie wiedziała więc, że Cohen też jest śmiertelnie chory. Jego odpowiedź przyszła natychmiast: „Najdroższa Marianne, jestem tuż za tobą, dość blisko, by wziąć cię za rękę. Nigdy nie zapomniałem twojej miłości i urody, ale przecież o tym wiesz. Nic więcej nie muszę mówić. Bezpiecznej drogi, stara przyjaciółko. Zobaczymy się nieco dalej. Z wyrazami bezkresnej miłości i wdzięczności – twój Leonard”. Oboje zmarli wkrótce później, daty ich śmierci dzielą trzy miesiące. Marianne była muzą Cohena w czasach gdy stawał się wielkim bardem. To dla niej napisał m.in. słynną piosenkę „So long Marianne”. Leonard Cohen: Byłem przejazdem, zostałem na 7 lat Mówi się, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Jeśli tak, to artysta ze swoją muzą dobrze wychodzi tylko w piosenkach, listach i wspomnieniach. Tak było przynajmniej w tym przypadku. Przez większość ich wspólnego życia Marianne była głęboko nieszczęśliwa i samotna. Ale czy muza może być w ogóle szczęśliwa? I właściwie jakie warunki musi spełniać kobieta, żeby zostać muzą artysty? Nie oszukujmy się, musi być piękna. Fajnie, jeśli jest do tego inteligentna. Artyści przez wieki doceniali też w muzach otwartość seksualną, ale nie była ona nigdy obowiązkowa. Zawsze ważne były natomiast opiekuńczość, bezgraniczne oddanie i życiowa mądrość, która w praktyce sprowadzała się do zaradności....

Czytaj dalej
Maria Sadowska
@mariasadowska

Maria Sadowska śpiewa o miłości i kręci film o kobietach, które miłość sprzedają

Już wkrótce premiera jej nowej płyty „Początek nocy”, a w styczniu do kin wchodzi film „Dziewczyny z Dubaju”, który reżyseruje. „To moja najbardziej osobista płyta i najtrudniejszy film w mojej karierze” – mówi Maria Sadowska
Magdalena Żakowska
19.09.2020

Ciężko się z nią umówić. Od kilku tygodni pracuje po kilkanaście godzin na dobę, koordynuje kilka projektów. „Czy my się dziś umówiłyśmy, czy mi się przyśniło?” – dostaję od niej takiego sms-a o 8. rano i nic nie wiem o spotkaniu. Ale udało się – w przerwie między promocją singla i wyjazdem do Cannes na ostatnie dni zdjęciowe. Magdalena Żakowska: Jesteś w trakcie zdjęć do filmu i właśnie wypuściłaś pierwszy singiel ze swojej nowej płyty. Jak ty to łączysz? Maria Sadowska: Płyty przychodzą powoli, bo przede wszystkim robię filmy. Poprzednią nagrałam 6 lat temu. Na szczęście materiał na płytę mam od dawna gotowy. Ostatnie fragmenty, na przykład ten z Leszkiem Możdżerem, dogrywaliśmy w pandemii. Zrobiliśmy jam session na odległość, bo nie mogliśmy się już spotkać. Leszka lockdown zastał u rodziny, był tam tylko domowy, lekko roztrojony fortepian, który nadał naszej wspólnej piosence super klimat. Potem pojawił się film, praca nad nim pochłania mnie teraz kompletnie, więc zdecydowałam się przenieść premierę płyty na po zakończeniu zdjęć. Czeka na swój moment. Ale po „Marakeczi” planuję jeszcze kilka singli. Do drugiego nagrywam teledysk, to będzie od dawna wymarzony przeze mnie duet z artystką, którą podziwiam, z którą się przyjaźnię i która jest mi bliska. A przy tym to bardzo intymna i ważna dla mnie piosenka, którą skomponowałam na ukulele dla mojego męża jako przysięgę małżeńską. Stałam się sentymentalna Ile już jesteście po ślubie? Trzy lata, ale w sumie to już czternaście lat razem. Dwójka dzieci, wspólne granie. Moja nowa płyta w przeważającej części będzie właśnie o miłości, chociaż do niedawna uważałam, że śpiewanie o miłości jest banalne.  Skąd ta zmiana? Może...

Czytaj dalej
Mela Koteluk
Daniel Duniak, Grzegorz Korzeniowski

Mela Koteluk: „Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być”

„Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być.”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Mela Koteluk  debiutancką płytę „Spadochron” wydała w 2012 r. Z niego pochodzi przeboje „Melodia ulotna” oraz „Wolna”. W 2014 r. ukazał się z kolei krążek „Migracje”, który również przypadł do gustu zarówno krytykom, jak i publiczności. Do tej pory oba wydawnictwa sprzedały się w nakładzie ponad 30 tysięcy egzemplarzy każde, co zagwarantowało im status Platynowej Płyty.  Mela Koteluk została trzy razy laureatką Fryderyków: w 2013 r. uznano ją Artystką Roku i Debiutem Roku, zaś w 2015 r. nagrodę otrzymała za Teledysk Roku. W rozmowie z Jakubem Janiszewskim mówi o dzieciństwie i odważnych planach na przyszłość.  To prawda, że mieszkałaś przy ulicy Urody Życia? Dalej w pewnym sensie mieszkam, bo jestem tam zameldowana. W domu rodziców, w Sulechowie.   I z czym ci się ta nazwa kojarzy? Z Żeromskim, bo to przecznica ulicy Żeromskiego. Inne przecznice też się tak nazywają: Przedwiośnie, Syzyfowa. Jest też Cezarego Baryki i Siłaczki. Ciepło wspominam tamten czas. Przeszło mi nawet przez głowę, żeby rozejrzeć się tam za jakąś ziemią.   Osobliwe stwierdzenie jak na kogoś, kto nazwał swoją nową płytę „Migracje”… Ale to się łączy dość ściśle, choć w tytule nie chodzi o fizyczne zmiany miejsc. Chodzi o migracje mentalne. I zmęczenie tymi zmianami. Zmian chyba ci nie brakowało. Samych przeprowadzek miałaś 23? Kiedyś myślałam, że przez to, że się ciągle przenoszę, mogę się naprawdę rozwijać, poznawać nowych ludzi, przeżywać zmiany, być na fali. Ale teraz chciałabym gdzieś zatknąć swoją flagę.  Cofnijmy się do pierwszej migracji. Masz 16 lat, wyjeżdżasz do Warszawy. Bo poczułam muzykę. Mocno. I tym chciałam się zajmować. Mając niespełna 16 lat, trafiłam na warsztaty...

Czytaj dalej
birkin
Fot. Newspix

Jane Birkin i Serge Gainsbourg: Byli szaleńczo zakochani, kiedy podbili świat zmysłową piosenką „Je t'aime, moi non plus"

Był od niej dwa razy starszy. Dwa razy rozwiedziony, ale zakochali się bez pamięci. Nagrali miłosną piosenkę „Je t’aime, moi non plus”, tak erotyczną, że wielu krajach zakazano jej grać. Jane Birkin i Serge Gainsbourg wytrzymali ze sobą 12 lat.
Dorota Szuszkiewicz
28.11.2020

Byli jedną z najbarwniejszych i najbardziej skandalizujących par francuskiej bohemy XX wieku. Jane Birkin i Serge Gainsbourg poznali się w końcu lat 60. Ona była wtedy nikomu nieznaną angielską aktoreczką. On – legendą artystycznego Paryża. Mówiło się, że podniósł piosenkę do rangi sztuki. Ona dużo młodsza, ale i bardziej poukładana życiowo, była dla niego córką i matką. Wytrzymała z nim – geniuszem i alkoholikiem – 12 lat. Ale kochać go nie przestała nigdy. Ich pierwsze spotkanie wróżyło raczej katastrofę i wyglądało tak: Paryż, 1969 r., casting do filmu „Slogan”. Ona bez pieniędzy, przyjmuje propozycję udziału w zdjęciach próbnych z desperacji. Ma 20 lat, malutką córeczkę, za sobą rozwód i erotyczną rólkę w„Powiększeniu” Antonioniego. Nie zna słowa po francusku, i to ją przeraża. On, tak brzydki, że aż piękny, jest dwa razy starszy, dwa razy rozwiedziony, ma dwójkę dzieci, a za sobą liczne romanse z najpiękniejszymi kobietami. Jest poetą, muzykiem i autorem utworów, które śpiewała sama Juliette Greco. Sławę we Francji przyniósł mu nie tylko niewiarygodny talent, ale też arogancki, prowokacyjny sposób bycia, alkoholowe ekscesy, skandale i cynizm. No i pełen namiętności związek z Brigitte Bardot. Mają zagrać w filmie zakochaną w sobie parę. On chce, aby wystąpiła z nim Marisa Berenson, arystokratyczna i pełna klasy, a nie jakaś niewydarzona, nikomu nieznana Angielka , o której on też nigdy nie słyszał. Cóż, ona też o nim nie słyszała i uparcie mówi do niego monsieur Bourguignon (czyli pan Burgundzki, co kojarzy się tylko z wołowiną w tym stylu), bo,]jak twierdzi, to było jedyne francuskie nazwisko, jakie obiło jej się o uszy. Boi się go. Jest arogancki i niemiły. Ale i fascynujący. Kręcą scenę w łazience, on...

Czytaj dalej