„Jestem olśniona! Wreszcie mogę kochać” – pisała Frances McDormand, gdy poznała Joela Coena
EastNews

„Jestem olśniona! Wreszcie mogę kochać” – pisała Frances McDormand, gdy poznała Joela Coena

To była miłość od pierwszego ujęcia. Wielka amerykańska aktorka Frances McDormand i Joel Coen – jej mąż, przyjaciel i wybitny reżyser są razem od 36 lat.
Jakub Demiańczuk Agnieszka Dajbor
04.01.2021

Możemy się założyć, że 2021 to będzie rok Frances McDormand! Zaczęła go zresztą fantastycznym zdjęciem na okładce amerykańskiego „Vogue'a”. Rzadko się zdarza, by trafiały na nią 63-letnie kobiety, co zresztą Frances odnotowała w rozmowie z magazynem. W  Hollywood uważana jest za jedną z faworytek do Oscara (jeśli oczywiście nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej zostaną w tym roku przyznane) za rolę w filmie. „Nomadland”. Gra w nim rolę 60-letniej kobiety, która po tym, jak  z powodu recesji straciła swój dobytek, wybiera wędrowne życie w kamperze. Film opowiadający o współczesnych nomadach, wybierających samodzielną drogę i poszukujących od nowa sensu życia, zdobył już wiele nagród. Do kin w Polsce ma wejść 29 stycznia (Czy tak będzie – zobaczymy).

Ale Frances McDormand to nie tylko charyzmatyczna aktorka, laureatka dwóch Oscarów (za „Fargo” i „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”). Jest też żoną Joela Coena, i jak mówi mąż jest dla niej kochankiem, przyjacielem, inspiracją.

Inteligentni, utalentowani, darzący się od lat niezmiennym uczuciem. Rodzina idealna. W filmach taki wstęp najczęściej zwiastowałby nadciągający kryzys. Ale nie w ich życiu: jeśli w małżeństwie Frances McDormand i Joela Coena zdarzały się kiedykolwiek burze, oboje ukrywali je przed prasą. Chociaż w ich przypadku unikanie rozgłosu i świateł rampy jest jednak dość trudne – oboje są za swoją pracę często nagradzani. Bywają zatem na czerwonych dywanach, rautach i środowiskowych przyjęciach. Kiedy tylko mogą, pojawiają się tam razem, dopingując się nawzajem. Często towarzyszy im syn, Pedro, którego adoptowali w połowie lat 90.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Z dala od Hollywood

Oboje nie przepadają za Hollywood. Co prawda mają dom w Kalifornii, ale wolą swoje mieszkanie w Nowym Jorku. Od początku ten sam apartament w Upper West Side – części Manhattanu położonej nad rzeką Hudson. W zastawionym książkami domu stoi Oscar McDormand za główną rolę w „Fargo”, napisanym i wyreżyserowanym przez jej męża oraz szwagra, Ethana.

Poznali się przypadkiem. W 1984 roku Joel i Ethan zaczynali zdjęcia do swojego debiutu „Śmiertelnie proste”. Frances nawet nie wybierała się na casting, bracia zaś w głównej roli Abby – kobiety, za którą podąża zabójca wynajęty przez zdradzanego męża – widzieli Holly Hunter. Ona jednak miała już podpisany kontrakt na inny film, nie dała rady zgrać terminów, więc poleciła koleżankę z Yale School of Drama oraz współlokatorkę, Frances. Próba wypadła pomyślnie, Joel poprosił Frances, by wieczorem wróciła na kolejną – tym razem z innymi aktorami. McDormand odmówiła, tłumacząc, że akurat tego wieczora nadawana jest w telewizji opera mydlana z jej ówczesnym chłopakiem w jednej z ról. Odpowiedź 27-letniej aktorki była zaskakująca. „Nikt tak nie mówi, gdy stara się o pracę – wspominał po latach Joel. – Ale my uznaliśmy, że to jest właśnie ktoś, kogo potrzebujemy do roli Abby”.

Wkrótce zaś miało okazać się, że Frances McDormand jest nieodzowna nie tylko w filmach, lecz również w życiu Coena. Zachwycił się jej talentem, urodą, wdziękiem, przebojowością. „Uwiódł mnie literaturą”, wspominała McDormand. Na planie „Śmiertelnie proste” wciąż czytali czarne kryminały, które zainspirowały scenariusz. Połączyło ich zainteresowanie klasykami amerykańskiej powieści – Dashiellem Hammettem, Raymondem Chandlerem, Jamesem M. Cainem. Krwawe zbrodnie, twardzi mężczyźni, dwulicowe femmes fatales. „Dyskutowaliśmy o książkach i piliśmy gorącą czekoladę...”

Romans reżysera z aktorką na planie to hollywoodzka klisza, materiał dla tabloidów i wielbicieli plotek. Jednak w tym przypadku na romansie się nie skończyło. A „Śmiertelnie proste” dało początek nie tylko fantastycznym karierom twórców, lecz także jednemu z najbardziej trwałych i stabilnych związków w Hollywood. „To było jak olśnienie – mówiła Frances. – Mogę mieć kochanka, z którym jestem w stanie pracować i który mnie nie onieśmiela. Mogę kochać i niczego nie ukrywać, za nic nie przepraszać”.

To małżeństwo było drugą szansą od losu

On pochodzi z ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, wychowywał się razem z bratem Ethanem, z którym stanowi reżyserki tandem. Ona była wychowana w duchu protestanckiego Kościoła Uczniów Chrystusa, którego pastorem był jej przybrany ojciec. Surowy, lecz tolerancyjny i sprawiedliwy. Ale religia nigdy nie była w związku Frances i Joela kwestią sporną. Pobrali się po niespełna roku znajomości. Joel miał za sobą krótkotrwałe, nieudane małżeństwo, ale nie wahał się przed drugą szansą. Ślubną obrączką Frances był pierścionek, który wcześniej należał do poprzedniej żony Joela. McDormand nie widziała w tym problemu – nauczona w dzieciństwie pragmatycznego myślenia stwierdziła, że nie powinien się zmarnować.

W 1995 roku adoptowali Pedra, niespełna rocznego chłopca z Paragwaju. Frances sama była adoptowanym dzieckiem (nigdy nie skorzystała z okazji, żeby poznać biologiczną matkę), wiedziała, jak wiele czułości i cierpliwości będzie wymagać jego wychowanie. „Mój syn miał sześć miesięcy, gdy go poznałam, ale od pierwszej chwili, gdy wzięłam go na ręce, poczułam jego zapach, a pachniał jak bułeczka cynamonowa”.  Gdy chłopiec był mały, Frances z Joelem postanowili ograniczyć kontakty z prasą do minimum. Jak najmniej wywiadów i publicznych występów – by Pedro nie miał wrażenia, że dorasta w rodzinie celebrytów bardziej skupionych na sławie niż na własnym dziecku. Wspominała, że ludzie zaczepiali ją na przystanku autobusowym albo w drodze do przedszkola, prosząc o autograf lub pytając o kolejne role, za to kompletnie ignorując obecność chłopca. Nie chciała, by te sytuacje zdarzały się częściej, a jednocześnie pragnęła, by jej rodzina mogła zachować swój normalny tryb życia.

„To Joel uczynił mnie prawdziwą kobietą”

Nie było to łatwe, bo właśnie wtedy Coenowie odnieśli swój pierwszy wielki sukces. W czarnej komedii „Fargo” McDormand zagrała ciężarną policjantkę prowadzącą śledztwo w sprawie brutalnych zabójstw. To była przełomowa rola w jej karierze. „Fakt, że sypiam z reżyserem, może mieć coś wspólnego z tym, że ją dostałam”, żartowała. „Fargo” zdobyło siedem nominacji do Oscarów. Bracia dostali statuetkę za scenariusz, a McDormand za główną rolę. Odbierając Oscara, dziękowała: „Joelowi Coenowi, za to, że uczynił mnie prawdziwą kobietą. I Pedrowi McDormand Coenowi, za to, że uczynił mnie matką”.

Także Ethan założył modelową rodzinę: w 1990 roku poślubił montażystkę Tricię Cooke, mają dwójkę dzieci, bardzo często spędzają wolny czas z Joelem i Frances.

Im dłużej McDormand i Coen są razem – w tym roku będą obchodzić 37 rocznicę swojego związku – tym częściej dziennikarze pytają o sekret tak udanego małżeństwa. Joel, który woli mówić o filmach. A w wywiadach często prywatne pytania bagatelizuje lub kwituje żartem, na jednej z konferencji prasowych odmówił odpowiedzi, powołując się na piątą poprawkę do konstytucji Stanów Zjednoczonych, głoszącą m.in. że nie można zeznawać na własną niekorzyść. Ciężar odpowiedzi znów spadł na jego żonę. Mówiła, że wychowywanie syna to najpiękniejsza rzecz, jakiej wspólnie doświadczyli. Ale ich życie nie sprowadzało się wyłącznie do tego. „Tak jak w filmie, wszystko opiera się na sztuce opowiadania”, mówiła. Mają wspólne pasje i zainteresowania, często pracują razem (do dziś McDormand wystąpiła w siedmiu filmach męża), ale ich kariery toczyły się osobno, dzięki temu zawsze mieli możliwość wymiany doświadczeń, poglądów, spostrzeżeń.

Joel uświadomił jej, że aktorzy mają potężną moc: mogą powiedzieć „nie”, a to daje im kontrolę nad sobą, nad karierą i nad własnym życiem. Nie jest zazdrosny – choć mógłby mieć powody, w końcu McDormand grywa żony i kochanki. Frances, jeśli bywała zazdrosna, to o władzę, jaką ma reżyser. Zwłaszcza taki, jak Joel, pracujący poza systemem wielkich studiów, mający kontrolę nad własnym dziełem. Ale prywatnie nie daje jej powodów do zazdrości.

Frances Mcdormand
EastNews

Mąż patrzy na mnie i kocha to, co widzi

Nigdy nie musiała przed nim udawać kogoś, kim nie jest. Ani ukrywać upływu czasu. Nie robi operacji plastycznych, nie farbuje włosów, ma 63 lata, ale nie stara się wyglądać na młodszą, niż jest. „Od 36 lat żyję z tym samym mężczyzną, który każdego dnia patrzy na mnie i kocha to, co widzi”. Z ironicznym dystansem wspomina okres menopauzy, gdy wydawało jej się, że „mogłaby zamordować całą rodzinę”. Za to teraz wreszcie czuje się w pełni sobą. I jeśli zastanawia się nad swoim wiekiem, to tylko wybierając scenariusze.

McCoenowie – bo tak Frances lubi nazywać swoją rodzinę – często omawiają ze sobą zawodowe decyzje i plany. Gdy wahała się, czy przyjąć rolę w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” Martina McDonagha – uznała, że jest zbyt stara, żeby grać matkę nastolatków – również spytała o zdanie Joela. Długo rozważała wszystkie za i przeciw, a on wreszcie stracił cierpliwość i powiedział: „Już się zamknij i po prostu to zagraj”. Miał rację: występ w tym filmie okazał się jednym z najważniejszych momentów kariery Frances.

W roli Mildred Hayes, matki, próbującej zmusić policję do znalezienia mordercy jej córki, mogła odreagować lęki przez lata towarzyszące wychowywaniu dziecka. Już wcześniej przyznawała, że bycie matką to życie na krawędzi katastrofy: „Trosce o drugą osobę wciąż towarzyszą zmartwienie i niepokój. To potrafi być niszczące”.

Za tę rolę dostała drugiego w karierze Oscara. Podczas ceremonii mówiła: „Chcę podziękować mojemu klanowi: Joelowi i Pedro. Obaj zostali świetnie wychowani przez ich matki – feministki. Wiem, że jesteście ze mnie dumni i to napełnia mnie wieczną radością”. Matka Joela, Rena Neumann Coen, była historyczką sztuki na Uniwersytecie St. Cloud State w stanie Minnesota i to jej bracia zawdzięczają dorastanie w atmosferze równości i szacunku dla kobiet.

Wystąpienie McDormand stało się jednym z najmocniejszych punktów j gali oscarowej, wezwaniem do manifestacji kobiecej siły i niezależności. Cała uroczystość przebiegała bowiem tak, jakby Hollywood zdążyło zapomnieć o niedawnej aferze Weinsteina. Frances była jedną z nielicznych, która głośno dopominała się o prawa kobiet. Na koniec powiedziała: „Zostawię was, panie i panowie, z dwoma słowami – inclusion rider”. Wspomniany przez nią dokument to klauzula, którą do swojego kontraktu może dołączyć każdy hollywoodzki aktor, zapewniająca parytet płci na planie realizowanego filmu, o ile nie stoi to w sprzeczności z fabułą (przy czym parytet ten ma dotyczyć nie tylko obsady, ale całej ekipy).

Branżowy termin, który nie był wcześniej dobrze znany, zrobił zawrotną karierę. McDormand usłyszała o nim tydzień przed rozdaniem Oscarów, a po jej wystąpieniu skorzystanie z owej klauzuli zaczęły deklarować kolejne gwiazdy, m.in. Brie Larson, Matt Damon, Ben Affleck, znany z „Czarnej Pantery” Michael B. Jordan.

Druga młodość, trzeci Oscar?

A jeszcze nie tak dawno, gdy Frances miała już na koncie pierwszego Oscara i dziesiątki innych wyróżnień, bywała przedstawiana w mediach jako „żona Joela Coena”. Teraz, gdy za rolę w „Trzech billboardach...” znów dostała nagrodę, na stronach internetowych poświęconych gwiazdom zaczęły się pojawiać teksty zatytułowane: „Co musisz wiedzieć o Joelu Coenie, mężu Frances McDormand”.

Przyjaciele „McCoenów” również opowiadają o czułej, ciepłej rodzinie, dalekiej od hollywoodzkich stereotypów. Jane Anderson, scenarzystka serialu „Olive Kitteridge”, w którym aktorka zagrała tytułową rolę, mówiła: „Gdy pójdziesz do ich domu, Frances przygotuje świetne kotlety i sałatkę, nakryje stół i zaparzy dzbanek dobrej angielskiej herbaty. A Joel przyniesie ciasto i poda je na pięknej tacy, którą Fran kupiła nie wiadomo gdzie”.

Teraz, gdy 24-letni już Pedro zaczął życie na własny rachunek (jest trenerem osobistym, choć czasem pomaga ojcu i stryjowi na planie ich filmów), Frances i Joel mają szansę na drugą młodość. On realizuje pierwszy w karierze serial telewizyjny, ona – po drugim Oscarze – będzie mogła przebierać w nowych propozycjach. A poza pracą wreszcie znów mają wolny czas tylko dla siebie.

***

Materiał ukazał się w miesięczniku „Uroda Życia” 5/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
East News

Jennifer Lawrence: Buntowniczka, ulubienica Hollywood i dziewczyna z sąsiedztwa

Z jej urodą, milionami i pasmem sukcesów na koncie łatwo mogłaby stać się obiektem drwin i zazdrości. Tymczasem Jennifer Lawrence kibicuje cały świat.
Sylwia Arlak
05.11.2020

Kiedy Jennifer Lawrence odbierała Oscara za rolę w filmie „Poradnik pozytywnego myślenia”, nie mogła uwierzyć we własne szczęście. „Jak to możliwe, że dziewczyna z Kentucky znalazła się w tak zacnym gronie?” — dziwiła się później w jednym z wywiadów. Ale nie obyło się bez wpadki. Unosząc swą bladoróżową kreację od Diora, wchodząc na ostatnie stopnie sceny w Dolby Theatre w Hollywood, gwiazda zaliczyła upadek. „Teraz wstajecie, bo wam głupio, że upadłam. To bardzo zawstydzające” — zwróciła się do uczestników wydarzenia, wywołując salwę śmiechu. I znowu wygrała. Najpierw nauka, potem kariera Nic nie zapowiadało tak wielkiej kariery. Jennifer urodziła się 15 sierpnia 1990 roku, jako jedna z trójki rodzeństwa, w prostej, ale kochającej się rodzinie w Louisville w stanie Kentucky. Matka – Karen, która prowadziła półkolonie, i ojciec – Gary, właściciel firmy budowlanej, nie mieli pojęcia o hollywoodzkim świecie. Ale dziewczynkę od najmłodszych lat ciągnęło na scenę. Grała w przedstawieniach kościelnych i szkolnych musicalach. Jedna z jej najbardziej pamiętnych ról była oparta na opowieściach biblijnych. Wcielając się w prostytutkę z Niniwy, miała zaledwie dziewięć lat. „Inne dziewczyny, które grały w przedstawieniu, w zasadzie stały w miejscu. Ale Jennifer machała tyłkiem i dumnie kroczyła po scenie” — wspominała jej mama w magazynie „The Rolling Stones”, dodając: „Nasi przyjaciele powiedzieli: » Nie wiemy, czy powinniśmy ci pogratulować, czy nie, bo twoje dziecko jest wspaniałą prostytutką « ”. W wieku 14 lat Jennifer przekonała rodziców, żeby zebrali ją do Nowego Jorku na przesłuchania do agencji talentów. Mieli jeden warunek — zanim zacznie grać, najpierw...

Czytaj dalej
Antonio Banderas w filmie Almodovara
mat. prasowe

„Już nie jestem Banderasem silnym, seksownym, walczącym” 

W „Bólu i blasku” cierpi na wypalenie i depresję. A w życiu?
Marta Strzelecka
28.08.2019

Przez lata oczekiwano, że będę konkretnym typem mężczyzny: silnym, seksownym, walczącym. Spełniałem te oczekiwania. Ale nie jestem już Banderasem z  powłóczystym spojrzeniem i szablą w dłoni”, mówi Antonio Banderas, którego wielką zmianę możecie oglądać w „Bólu i blasku” Almodóvara. Za rolę w tym doskonałym filmie został nagrodzony na festiwalu w Cannes. Antonio ma 59 lat, siwe włosy, pogodne oczy, sylwetkę wysportowanego 40-latka. Mieszka w hrabstwie Surrey, kilkadziesiąt kilometrów od Londynu, w  dużym jasnym domu. Mówi pięknym angielskim, spokojnym, cichym głosem. Pisze scenariusze, przesiaduje w domowej bibliotece; rozmawiając z nim, usłyszysz anegdoty z historii kina, teatru, hiszpańskiej kultury. Wychował się w  Maladze, niedaleko posiadłości Picassa, zaczynał w niszowych, ambitnych, niezależnych filmach Pedra Almodóvara. Prawdopodobnie pamiętacie go wciąż jako Desperado albo Zorro. Ale to nie ten Antonio Banderas, który odebrał nagrodę za najlepszą rolę męską na ostatnim festiwalu w Cannes. „Czuję się jak zupełnie nowy człowiek”.  Antonio Banderas przeszedł atak serca Atak serca, który Banderas przeszedł dwa lata temu, na szczęście okazał się łagodny, ale wymagał operacji, pobytu w szpitalu, zmiany stylu życia. „Są jednak ważniejsze sprawy od tego, że przestałem palić, zacząłem regularnie ćwiczyć, dbam o dietę. Zmieniło się coś we mnie. Kiedy wychodziłem ze szpitala, pielęgniarka powiedziała: »Teraz przez jakiś czas będziesz smutny. Poczujesz, jakby świat zacieśniał się wokół ciebie. To minie, ale musisz przez to przejść«”. Tłumaczyła mu, że to naturalna, medycznie opisana sytuacja – lęk po zawale spowodowany jest przeżyciem nagłego deficytu tlenu, doświadczeniem bólu,...

Czytaj dalej
Scarlett Johansson
East News

Jest ikoną na miarę Marilyn Monroe – tylko wybiera lepsze filmy. Sezon na Scarlett trwa

Najlepiej zarabiająca aktorka wszech czasów. W 2020 była nominowana do Oscarów za „Historię małżeńską” i „Jojo Rabbit”. Właśnie mieliśmy ją oglądać w „Czarnej Wdowie”, ale premierę przełożono na listopad.
Magdalena Żakowska
22.05.2020

Lubię brutalne kino. Takie smakuje mi najbardziej”, mówi Scarlett i bynajmniej nie ma na myśli serii „Avengers”. „Wiecie, o co mi chodzi? O prawdziwą brutalność w pokazywaniu emocji, uczuć, tego, co skrywamy i czego się wstydzimy. Takie scenariusze to dla aktora prawdziwe bogactwo. I właśnie takie kino chcę robić. Brzydkie, krępujące, fascynujące. Reszta to puch marny”. Mowa oczywiście o „Historii małżeńskiej”, ale równie bezkompromisowym kinem jest film „Jojo Rabbit”, w którym wciela się w matkę chłopca należącego do Hitlerjugend, która ukrywa w domu żydowską dziewczynkę. „Matka hitlerowca? Musiałam to zagrać”, żartowała, nawiązując do swoich żydowskich korzeni.  Pierwszy z tych filmów przyniósł jej zachwyt krytyków i przypomniał nam, że jest genialną aktorką dramatyczną. Drugi pokazał, że fantastycznie sprawdza się także w rolach komediowych i nie boi się kontrowersyjnych projektów.  Sofia Coppola, Spike Jonze i nowa Marilyn Monroe Każda z nas ma zapewne swój najważniejszy film ze Scarlett Johansson w roli głównej. Dla większości będzie to „Między słowami” w reżyserii Sofii Coppoli, gdzie stworzyła wzruszający duet z Billem Murrayem i udowodniła, że jest wielką aktorką młodego pokolenia. W pierwszej scenie tego filmu widzimy zbliżenie na pupę Scarlett. Na tak przewrotny pomysł mogła wpaść tylko kobieta – chociaż 18-letnia wówczas aktorka gra tu młodą, piękną, seksowną i znudzoną podróżowaniem żonę zdolnego reżysera, to ani przez sekundę nie traktujemy jej jak „fajnej pupy”. Chociaż jej problemy mogą wydawać się nam banalne i głupie – kto nie chciałby spędzić kilku tygodni w Japonii?! – to od początku widzimy w niej samotnego człowieka. I właśnie to...

Czytaj dalej
Mat. prasowe

Penelope Cruz walczy o siebie tak, jak jej filmowe bohaterki. Poznaj jej 12 najlepszych ról

Nie zawsze grała ambitne role, ale zawsze grała na sto procent. Potrafi być uwodzicielska, jak w filmie Woody'ego Allena „Vicky Christina Barcelona”, silna jak w filmie „Mama” i temperamentna, jak w „Kochając Pabla, nienawidząc Escobara”.
Sylwia Arlak
03.07.2020

Zadebiutowała w wieku 18 lat rolą w filmie „Szynka, szynka”, ale prawdziwy rozgłos dał jej dopiero film Pedra Almodovara „Drżące ciało”. Paradoksalnie to właśnie produkcje hiszpańskiego reżysera sprawiły, że Penelope Cruz stała się bardziej rozpoznawalna za granicą. I to jemu dziękowała, gdy odbierała Oscara za rolę w filmie Woody'ego Allena „Vicky Christina Barcelona”. Jednak nawet jeśli to Almodovar dał jej szansę zabłysnąć w wielkim kinie, to jednak najwięcej Penelope Cruz zawdzięcza samej sobie: swojej charyzmie, talentowi, delikatności, z jaką wciela się w kolejne kobiece role. Oto dwanaście najlepszych ról hiszpańskiej aktorki. „Szynka, szynka” W „Szynce, szynce” oglądamy świat, którym rządzą dwie obsesje — seks i jedzenie. Bogaty panicz Joe uwielbia ponętne piersi swojej ukochanej, Silvy. Twierdzi, że jej sutki przypominają w smaku... szynkę. Erotyczna farsa to pierwszy film, w którym Penelope Cruz gra wraz z hiszpańskim aktorem, obecnie jej mężem Javierem Bardem. Aktorka stanęła na planie, gdy miała zaledwie 18 lat. Sceny topless, których w produkcji nie brakuje, sprawiły, że Hiszpanka stała się w swoim kraju symbolem seksu. Ale doceniono nie tylko jej urodę. Krytycy nie szczędzili aktorce pochwał, za swój występ została nominowana do nagrody Goya, czyli hiszpańskiego odpowiednika Oscara.   „Vicky Christina Barcelona” „Vicky Christina Barcelona” Woody'ego Allena to popis aktorski trzech gwiazd. Obok Cruz, wystąpił Javier Bardem (duet spotkał się na planie po raz pierwszy od czasu produkcji „Szynka, szynka”, to właśnie wtedy odżyło ich uczucie) i Scarlett Johansson . W tym zmysłowym filmie Cruz gra Marię Elenę, ekscentryczną byłą żonę Juana Antonio (Bardem). Charyzmatyczny malarz w tym samym czasie...

Czytaj dalej