„Jestem olśniona! Wreszcie mogę kochać” – pisała Frances McDormand, gdy poznała Joela Coena
EastNews

„Jestem olśniona! Wreszcie mogę kochać” – pisała Frances McDormand, gdy poznała Joela Coena

To była miłość od pierwszego ujęcia. Wielka amerykańska aktorka Frances McDormand i Joel Coen – jej mąż, przyjaciel i wybitny reżyser są razem od 36 lat.
Jakub Demiańczuk Agnieszka Dajbor
04.01.2021

Możemy się założyć, że 2021 to będzie rok Frances McDormand! Zaczęła go zresztą fantastycznym zdjęciem na okładce amerykańskiego „Vogue'a”. Rzadko się zdarza, by trafiały na nią 63-letnie kobiety, co zresztą Frances odnotowała w rozmowie z magazynem. W  Hollywood uważana jest za jedną z faworytek do Oscara (jeśli oczywiście nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej zostaną w tym roku przyznane) za rolę w filmie. „Nomadland”. Gra w nim rolę 60-letniej kobiety, która po tym, jak  z powodu recesji straciła swój dobytek, wybiera wędrowne życie w kamperze. Film opowiadający o współczesnych nomadach, wybierających samodzielną drogę i poszukujących od nowa sensu życia, zdobył już wiele nagród. Do kin w Polsce ma wejść 29 stycznia (Czy tak będzie – zobaczymy).

Ale Frances McDormand to nie tylko charyzmatyczna aktorka, laureatka dwóch Oscarów (za „Fargo” i „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”). Jest też żoną Joela Coena, i jak mówi mąż jest dla niej kochankiem, przyjacielem, inspiracją.

Inteligentni, utalentowani, darzący się od lat niezmiennym uczuciem. Rodzina idealna. W filmach taki wstęp najczęściej zwiastowałby nadciągający kryzys. Ale nie w ich życiu: jeśli w małżeństwie Frances McDormand i Joela Coena zdarzały się kiedykolwiek burze, oboje ukrywali je przed prasą. Chociaż w ich przypadku unikanie rozgłosu i świateł rampy jest jednak dość trudne – oboje są za swoją pracę często nagradzani. Bywają zatem na czerwonych dywanach, rautach i środowiskowych przyjęciach. Kiedy tylko mogą, pojawiają się tam razem, dopingując się nawzajem. Często towarzyszy im syn, Pedro, którego adoptowali w połowie lat 90.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Z dala od Hollywood

Oboje nie przepadają za Hollywood. Co prawda mają dom w Kalifornii, ale wolą swoje mieszkanie w Nowym Jorku. Od początku ten sam apartament w Upper West Side – części Manhattanu położonej nad rzeką Hudson. W zastawionym książkami domu stoi Oscar McDormand za główną rolę w „Fargo”, napisanym i wyreżyserowanym przez jej męża oraz szwagra, Ethana.

Poznali się przypadkiem. W 1984 roku Joel i Ethan zaczynali zdjęcia do swojego debiutu „Śmiertelnie proste”. Frances nawet nie wybierała się na casting, bracia zaś w głównej roli Abby – kobiety, za którą podąża zabójca wynajęty przez zdradzanego męża – widzieli Holly Hunter. Ona jednak miała już podpisany kontrakt na inny film, nie dała rady zgrać terminów, więc poleciła koleżankę z Yale School of Drama oraz współlokatorkę, Frances. Próba wypadła pomyślnie, Joel poprosił Frances, by wieczorem wróciła na kolejną – tym razem z innymi aktorami. McDormand odmówiła, tłumacząc, że akurat tego wieczora nadawana jest w telewizji opera mydlana z jej ówczesnym chłopakiem w jednej z ról. Odpowiedź 27-letniej aktorki była zaskakująca. „Nikt tak nie mówi, gdy stara się o pracę – wspominał po latach Joel. – Ale my uznaliśmy, że to jest właśnie ktoś, kogo potrzebujemy do roli Abby”.

Wkrótce zaś miało okazać się, że Frances McDormand jest nieodzowna nie tylko w filmach, lecz również w życiu Coena. Zachwycił się jej talentem, urodą, wdziękiem, przebojowością. „Uwiódł mnie literaturą”, wspominała McDormand. Na planie „Śmiertelnie proste” wciąż czytali czarne kryminały, które zainspirowały scenariusz. Połączyło ich zainteresowanie klasykami amerykańskiej powieści – Dashiellem Hammettem, Raymondem Chandlerem, Jamesem M. Cainem. Krwawe zbrodnie, twardzi mężczyźni, dwulicowe femmes fatales. „Dyskutowaliśmy o książkach i piliśmy gorącą czekoladę...”

Romans reżysera z aktorką na planie to hollywoodzka klisza, materiał dla tabloidów i wielbicieli plotek. Jednak w tym przypadku na romansie się nie skończyło. A „Śmiertelnie proste” dało początek nie tylko fantastycznym karierom twórców, lecz także jednemu z najbardziej trwałych i stabilnych związków w Hollywood. „To było jak olśnienie – mówiła Frances. – Mogę mieć kochanka, z którym jestem w stanie pracować i który mnie nie onieśmiela. Mogę kochać i niczego nie ukrywać, za nic nie przepraszać”.

To małżeństwo było drugą szansą od losu

On pochodzi z ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, wychowywał się razem z bratem Ethanem, z którym stanowi reżyserki tandem. Ona była wychowana w duchu protestanckiego Kościoła Uczniów Chrystusa, którego pastorem był jej przybrany ojciec. Surowy, lecz tolerancyjny i sprawiedliwy. Ale religia nigdy nie była w związku Frances i Joela kwestią sporną. Pobrali się po niespełna roku znajomości. Joel miał za sobą krótkotrwałe, nieudane małżeństwo, ale nie wahał się przed drugą szansą. Ślubną obrączką Frances był pierścionek, który wcześniej należał do poprzedniej żony Joela. McDormand nie widziała w tym problemu – nauczona w dzieciństwie pragmatycznego myślenia stwierdziła, że nie powinien się zmarnować.

W 1995 roku adoptowali Pedra, niespełna rocznego chłopca z Paragwaju. Frances sama była adoptowanym dzieckiem (nigdy nie skorzystała z okazji, żeby poznać biologiczną matkę), wiedziała, jak wiele czułości i cierpliwości będzie wymagać jego wychowanie. „Mój syn miał sześć miesięcy, gdy go poznałam, ale od pierwszej chwili, gdy wzięłam go na ręce, poczułam jego zapach, a pachniał jak bułeczka cynamonowa”.  Gdy chłopiec był mały, Frances z Joelem postanowili ograniczyć kontakty z prasą do minimum. Jak najmniej wywiadów i publicznych występów – by Pedro nie miał wrażenia, że dorasta w rodzinie celebrytów bardziej skupionych na sławie niż na własnym dziecku. Wspominała, że ludzie zaczepiali ją na przystanku autobusowym albo w drodze do przedszkola, prosząc o autograf lub pytając o kolejne role, za to kompletnie ignorując obecność chłopca. Nie chciała, by te sytuacje zdarzały się częściej, a jednocześnie pragnęła, by jej rodzina mogła zachować swój normalny tryb życia.

„To Joel uczynił mnie prawdziwą kobietą”

Nie było to łatwe, bo właśnie wtedy Coenowie odnieśli swój pierwszy wielki sukces. W czarnej komedii „Fargo” McDormand zagrała ciężarną policjantkę prowadzącą śledztwo w sprawie brutalnych zabójstw. To była przełomowa rola w jej karierze. „Fakt, że sypiam z reżyserem, może mieć coś wspólnego z tym, że ją dostałam”, żartowała. „Fargo” zdobyło siedem nominacji do Oscarów. Bracia dostali statuetkę za scenariusz, a McDormand za główną rolę. Odbierając Oscara, dziękowała: „Joelowi Coenowi, za to, że uczynił mnie prawdziwą kobietą. I Pedrowi McDormand Coenowi, za to, że uczynił mnie matką”.

Także Ethan założył modelową rodzinę: w 1990 roku poślubił montażystkę Tricię Cooke, mają dwójkę dzieci, bardzo często spędzają wolny czas z Joelem i Frances.

Im dłużej McDormand i Coen są razem – w tym roku będą obchodzić 37 rocznicę swojego związku – tym częściej dziennikarze pytają o sekret tak udanego małżeństwa. Joel, który woli mówić o filmach. A w wywiadach często prywatne pytania bagatelizuje lub kwituje żartem, na jednej z konferencji prasowych odmówił odpowiedzi, powołując się na piątą poprawkę do konstytucji Stanów Zjednoczonych, głoszącą m.in. że nie można zeznawać na własną niekorzyść. Ciężar odpowiedzi znów spadł na jego żonę. Mówiła, że wychowywanie syna to najpiękniejsza rzecz, jakiej wspólnie doświadczyli. Ale ich życie nie sprowadzało się wyłącznie do tego. „Tak jak w filmie, wszystko opiera się na sztuce opowiadania”, mówiła. Mają wspólne pasje i zainteresowania, często pracują razem (do dziś McDormand wystąpiła w siedmiu filmach męża), ale ich kariery toczyły się osobno, dzięki temu zawsze mieli możliwość wymiany doświadczeń, poglądów, spostrzeżeń.

Joel uświadomił jej, że aktorzy mają potężną moc: mogą powiedzieć „nie”, a to daje im kontrolę nad sobą, nad karierą i nad własnym życiem. Nie jest zazdrosny – choć mógłby mieć powody, w końcu McDormand grywa żony i kochanki. Frances, jeśli bywała zazdrosna, to o władzę, jaką ma reżyser. Zwłaszcza taki, jak Joel, pracujący poza systemem wielkich studiów, mający kontrolę nad własnym dziełem. Ale prywatnie nie daje jej powodów do zazdrości.

Frances Mcdormand
EastNews

Mąż patrzy na mnie i kocha to, co widzi

Nigdy nie musiała przed nim udawać kogoś, kim nie jest. Ani ukrywać upływu czasu. Nie robi operacji plastycznych, nie farbuje włosów, ma 63 lata, ale nie stara się wyglądać na młodszą, niż jest. „Od 36 lat żyję z tym samym mężczyzną, który każdego dnia patrzy na mnie i kocha to, co widzi”. Z ironicznym dystansem wspomina okres menopauzy, gdy wydawało jej się, że „mogłaby zamordować całą rodzinę”. Za to teraz wreszcie czuje się w pełni sobą. I jeśli zastanawia się nad swoim wiekiem, to tylko wybierając scenariusze.

McCoenowie – bo tak Frances lubi nazywać swoją rodzinę – często omawiają ze sobą zawodowe decyzje i plany. Gdy wahała się, czy przyjąć rolę w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” Martina McDonagha – uznała, że jest zbyt stara, żeby grać matkę nastolatków – również spytała o zdanie Joela. Długo rozważała wszystkie za i przeciw, a on wreszcie stracił cierpliwość i powiedział: „Już się zamknij i po prostu to zagraj”. Miał rację: występ w tym filmie okazał się jednym z najważniejszych momentów kariery Frances.

W roli Mildred Hayes, matki, próbującej zmusić policję do znalezienia mordercy jej córki, mogła odreagować lęki przez lata towarzyszące wychowywaniu dziecka. Już wcześniej przyznawała, że bycie matką to życie na krawędzi katastrofy: „Trosce o drugą osobę wciąż towarzyszą zmartwienie i niepokój. To potrafi być niszczące”.

Za tę rolę dostała drugiego w karierze Oscara. Podczas ceremonii mówiła: „Chcę podziękować mojemu klanowi: Joelowi i Pedro. Obaj zostali świetnie wychowani przez ich matki – feministki. Wiem, że jesteście ze mnie dumni i to napełnia mnie wieczną radością”. Matka Joela, Rena Neumann Coen, była historyczką sztuki na Uniwersytecie St. Cloud State w stanie Minnesota i to jej bracia zawdzięczają dorastanie w atmosferze równości i szacunku dla kobiet.

Wystąpienie McDormand stało się jednym z najmocniejszych punktów j gali oscarowej, wezwaniem do manifestacji kobiecej siły i niezależności. Cała uroczystość przebiegała bowiem tak, jakby Hollywood zdążyło zapomnieć o niedawnej aferze Weinsteina. Frances była jedną z nielicznych, która głośno dopominała się o prawa kobiet. Na koniec powiedziała: „Zostawię was, panie i panowie, z dwoma słowami – inclusion rider”. Wspomniany przez nią dokument to klauzula, którą do swojego kontraktu może dołączyć każdy hollywoodzki aktor, zapewniająca parytet płci na planie realizowanego filmu, o ile nie stoi to w sprzeczności z fabułą (przy czym parytet ten ma dotyczyć nie tylko obsady, ale całej ekipy).

Branżowy termin, który nie był wcześniej dobrze znany, zrobił zawrotną karierę. McDormand usłyszała o nim tydzień przed rozdaniem Oscarów, a po jej wystąpieniu skorzystanie z owej klauzuli zaczęły deklarować kolejne gwiazdy, m.in. Brie Larson, Matt Damon, Ben Affleck, znany z „Czarnej Pantery” Michael B. Jordan.

Druga młodość, trzeci Oscar?

A jeszcze nie tak dawno, gdy Frances miała już na koncie pierwszego Oscara i dziesiątki innych wyróżnień, bywała przedstawiana w mediach jako „żona Joela Coena”. Teraz, gdy za rolę w „Trzech billboardach...” znów dostała nagrodę, na stronach internetowych poświęconych gwiazdom zaczęły się pojawiać teksty zatytułowane: „Co musisz wiedzieć o Joelu Coenie, mężu Frances McDormand”.

Przyjaciele „McCoenów” również opowiadają o czułej, ciepłej rodzinie, dalekiej od hollywoodzkich stereotypów. Jane Anderson, scenarzystka serialu „Olive Kitteridge”, w którym aktorka zagrała tytułową rolę, mówiła: „Gdy pójdziesz do ich domu, Frances przygotuje świetne kotlety i sałatkę, nakryje stół i zaparzy dzbanek dobrej angielskiej herbaty. A Joel przyniesie ciasto i poda je na pięknej tacy, którą Fran kupiła nie wiadomo gdzie”.

Teraz, gdy 24-letni już Pedro zaczął życie na własny rachunek (jest trenerem osobistym, choć czasem pomaga ojcu i stryjowi na planie ich filmów), Frances i Joel mają szansę na drugą młodość. On realizuje pierwszy w karierze serial telewizyjny, ona – po drugim Oscarze – będzie mogła przebierać w nowych propozycjach. A poza pracą wreszcie znów mają wolny czas tylko dla siebie.

***

Materiał ukazał się w miesięczniku „Uroda Życia” 5/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Julia Roberts i Daniel Moder / East News

Julia Roberts i Daniel Moder są razem od 18 lat! Ale tę miłość musiała sobie wywalczyć 

„Moje spotkanie z Danielem można porównać do trzęsienia ziemi”, mówiła Julia Roberts. „Natychmiast zdałam sobie sprawę, że moje życie zmieni się na zawsze i wszystko będzie zupełnie inne”. I rzeczywiście – było.
Anna Zaleska
04.01.2021

Kiedy w 2001 r. poznała Daniela Modera, 34-letnia wówczas Julia Roberts miała już na koncie sporo nieudanych związków. Była zaręczona z Kieferem Sutherlandem, spotykała się Matthew Perrym i Liamem Neesonem. W 1993 roku wyszła za mąż za muzyka country Lyle'a Lovetta, ale rozwiedli się po zaledwie dwóch latach. Kolejny związek – z aktorem Benjaminem Brattem – wydawał się bardziej udany, ale zakończył się, gdy na planie filmu „Meksykanin” Julia Roberts zakochała się po raz kolejny. Tym razem nie w gwiazdorze, ale w operatorze filmowym. Hollywoodzki mezalians: wielka gwiazda i skromny operator Ich związek mógł wydawać się czymś w rodzaju hollywoodzkiego mezaliansu. Ona była gwiazdą, laureatką Oscara za „Erin Brokovic”, najlepiej opłacaną aktorką w historii kina. On pracował na planie jako operator kamery, jeden z wielu. Od trzech lat był mężem argentyńskiej makijażystki Verą Steimberg. O „pretty woman” nie śmiałby nigdy nawet marzyć. Ale dla obojga to spotkanie okazało się jak trzęsienie ziemi. W mediach krążyły pogłoski, że Julia Roberts wypłaciła porzuconej żonie 200 tysięcy dolarów swego rodzaju „odszkodowania”. Czy to prawda? Nie wiadomo, wiadomo za to, że Vera Steimberg przez dwa lata nie chciała zgodzić się na rozwód. Ale Julia Roberts nie zamierzała się poddać. Do dziś zagadką pozostaje T-shirt, w jakim pokazywała się publicznie w tamtym czasie, z ręcznie wyszytym napisem „A Low Vera”. Co znaczył ten kalambur? „Low” jest słowem wieloznacznym. Może odnosić się do niskich kosztów, może też znaczyć „podła”. Gdy Oprah Winfrey spytała o to aktorkę, ta odpowiedziała tylko: „To prywatna sprawa. Ale obstaję przy moim T-shircie”. W końcu zakochanym udało się poukładać sprawy. Ślub pary odbył się...

Czytaj dalej
ASSOCIATED PRESS/East News

Madonna i Guy Ritchie: „W małżeństwie nie mogłam być sobą”

Ona zarzucała mu, że nie może rozwijać się przy nim jako artystka. On uważał, że zależy jej tylko na karierze.
Sylwia Arlak
31.12.2020

Najpierw było głośne małżeństwo, a potem jeszcze głośniejszy rozwód. Guy Ritchie wspominał, że niemal przypłacił je depresją. Chciał zwykłego, normalnego życia, ale z królową pop było to niemożliwe. „Fani oddawali cześć przy ołtarzu Madonny. A ja chciałem jedynie, żebyśmy byli małżeństwem. Nie tylko ze względu na dzieci” — mówił w jednym z wywiadów i dodawał: „Ona ma obsesję na punkcie własnego wizerunku publicznego”. Miał dość presji związanej z byciem połową najsłynniejszego małżeństwa na świecie. „Nawet teraz cały świat ma do mnie pretensje. Nie mogę włączyć telewizji. Ktoś zawsze ma coś złego do powiedzenia” — tłumaczył. Rozwód źle wpłynął także na Madonnę. Zapytana przez Davida Lettermana, czy kiedykolwiek wyjdzie jeszcze za mąż, odpowiedziała: „Wolałabym, żeby przejechał mnie pociąg”. Małżeństwo ją rozczarowało. „Kiedy zaczynasz, wszystko jest wspaniałe i urocze, a osoba, którą poślubiłeś, jest bez skazy. Ty też jesteś bez skazy. Mija czas, dzielisz z nim życie, masz dzieci i pojawiają się pęknięcia. Już nie jest tak romantycznie, jak kiedyś” — przyznała. Pod koniec związku z Ritchiem myślała już tylko o jednym. „Ile jestem gotowa dla niego poświęcić?”. Byłego męża określiła jako „opóźnionego emocjonalnie”. W 2009 roku, rok po rozwodzie, on przyznał, że wciąż ją kocha. „Ale ona też jest opóźniona” — dodał. Przyznał, że choć nie żałuje, że spędził z nią tyle lat, w pewnym momencie ich życie stało się „nieznośną operą mydlaną”. Czytaj też:   Madonna: królowa, skandalistka, rekordzistka! Czego o niej nie wiecie? Pochodzili z dwóch różnych światów Madonna i Guy Ritchie poznali się w 1999...

Czytaj dalej
czytam, więc jestem
getty images

Poeta Jarosław Mikołajewski nie wyobraża sobie świata bez książek i rozmowy

„Tajemnica wchodzenia w lekturę całym sobą często polega właśnie na tym: mamy wrażenie, że czytając, dowiadujemy się po raz pierwszy o czymś, co już w nas jest, tylko nienazwane”.
Marta Strzelecka
29.12.2020

Przetłumaczył na polski Dantego, Petrarkę, Pasoliniego. Nasze dzieci czytają „Pinokia” w jego przekładzie. Wybitny poeta i tłumacz, Jarosław Mikołajewski opowiada o swoich książkowych odkryciach i literackich przygodach, zdradza, co mu daje czytanie i dlaczego książka pomaga nam rozumieć siebie. Marta Strzelecka: Czy warto dziś zajmować się zawodowo literaturą? Jarosław Mikołajewski: Trudno mi sobie wyobrazić życie pozbawione pisania. Ale o tym, że moja przyszłość związana będzie z literaturą, coś zadecydowało bardzo wcześnie. Zawdzięczam to jednej książce, tak myślę. Jej autorem jest Cesare Pavese, włoski poeta i prozaik, książka nosi tytuł „Rzemiosło życia” i jest dziennikiem. Po raz pierwszy przeczytałem ją, mając 14 lat, w 1974 roku. Dzięki temu doświadczeniu poszedłem do nowo utworzonej klasy z językiem włoskim w warszawskim liceum Batorego. I w ten sposób moje życie zostało określone, bo potem poszedłem na italianistykę, zostałem italianistą. I tak już całe życie spędzam między poezją własną, moim pisaniem a tłumaczeniami, nauczaniem włoskiego. Zaglądam do książki Pavesego co jakiś czas, kilka lat temu przetłumaczyłem jego wiersze. Czytaj także: Agnieszka Osiecka – najpiękniejsze cytaty o życiu, miłości i przemijaniu Co pan odnalazł w „Rzemiośle życia”? To jest dzieło, które mówi o życiu człowieka już dorosłego, dojrzałego, lecz jakoś zaskoczonego, że nie jest już dzieckiem. Pavese miał 42 lata, kiedy w  1952 roku popełnił samobójstwo. W swoim dzienniku porusza tematy ważne dla kogoś, kto wchodzi w dorosłość: samotność, miłość, rozpacz, mierzenie się z nieuchronnością śmierci. I mówiąc o tym, poprowadził mnie, czytelnika, za  rękę, choć nie od razu wszystko zrozumiałem. Zresztą zawsze byłem...

Czytaj dalej
Medytacja na Nowy Rok
iStock

Medytacja na Nowy Rok: o marzeniach i błogosławieństwach

Rozluźnij się i wypełnij myśli pozytywnym przesłaniem. Daj płynąć przez siebie marzeniom, które są jak piękna bajka, ale i inspirują do dobrych życiowych zmian.
Agnieszka Dajbor
31.12.2020

Styczeń to początek, wszystko rozpoczyna się na nowo. Zaczyna się Nowy Rok 2021. Życzmy sobie, aby był pełen Spokoju, Zdrowia, samych Dobrych Chwil. Pozwólmy sobie na odpoczynek i medytację, która napełni nas dobrą energią. Naszą medytację na dzień Nowego Roku napisała Sarach Ban Breathnach, bardzo lubiana amerykańska pisarka i dziennikarka („Ścieżka prostej obfitości", wyd. „Rebis", 2020). Sarah tworzy zapiski (medytacje) ze swojego codziennego życia, a ścieżką prostej obfitości nazywa wewnętrzną wędrówką. Tłumaczy, że styczeń to miesiąc spoglądania w przyszłość. A więc spójrzmy! „Nowy Rok. Nowy start. Pusta kartka. Nowy rozdział w życiu, który czeka na zapisanie” – pisze Sarah Ban Breathnach. Nowe pytania, na które trzeba będzie odpowiedzieć, zrozumieć je i pokochać. Nowe odpowiedzi, które trzeba rozważyć, a potem nowe wybory, których trzeba dokonać w tym przełomowym roku radości i odkrywania siebie. Czytaj też: Postanowienia noworoczne. Lista 50 propozycji na 2021 rok, które zmienią twoje życie Noworoczna obfitość Czy możesz znaleźć spokojną chwilę, w której będziesz marzyć? Jakie są twoje nadzieje na przyszłość? Gdy zastanawiasz się nad minionymi latami, nie martw się zbytnio przeszłością. Dzisiaj zostałaś pobłogosławiona kolejną szansą. Czy może być coś cenniejszego? Pani Pomyślność podróżowała przez czas i przestrzeń, aby rzucić nam pod nogi obfitość możliwości – mnóstwo łaski i przychylności. Wykorzystajmy to jak najlepiej. Każdego roku otrzymujemy cztery wspaniałe pory roku, dwanaście miesięcy tajemnicy, pięćdziesiąt dwa tygodnie cudów i trzysta sześćdziesiąt pięć codziennych cykli, a każdy z nich jest wypełniony dwudziestoma czterema miarkami czasu – darami świtu,...

Czytaj dalej