Katarzyna Kubacka-Seweryn o związku z Andrzejem Sewerynem: „Wszyscy mnie ostrzegali. Mylili się”
archiwum prywatne

Katarzyna Kubacka-Seweryn o związku z Andrzejem Sewerynem: „Wszyscy mnie ostrzegali. Mylili się”

Katarzyna Kubacka-Seweryn i Andrzej Seweryn poznali się 10 lat temu na festiwalu filmowym w Maroku. Pierwszą noc przegadali do rana. I tak już zostało…
Magdalena Żakowska
08.09.2020

Kiedy się poznali, Andrzej Seweryn uważał, że rozmowa to ta sfera relacji, której trzeba unikać. Z kolei Katarzyna Kubacka-Seweryn od zawsze była zdania, że gadanie to podstawa, zarówno w życiu, jak i w związku. Któreś z nich musiało się zmienić.

Magdalena Żakowska: Czy aktor to szczególny typ mężczyzny w związku?

Katarzyna Kubacka-Seweryn: Andrzej to po prostu osoba, którą kocham. Aktor czy hydraulik – w domu większego znaczenia to nie ma. Żyjemy normalnym życiem. Gotujemy rano jajka na śniadanie, parzymy kawę, rozmawiamy o pracy, o planach na wakacje, o rodzinie, o Polsce, o życiu. O problemach i wspólnych radościach.

Mówi się, że im większy aktor, tym większe ego. A Andrzej Seweryn jest z gatunku aktorów największych…

Jest w tym sporo prawdy, ale ja z tym sobie doskonale radzę. Na szczęście spotkaliśmy się w najlepszym momencie naszego życia, jako w pełni dojrzali ludzie. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, być może byłoby trudniej? Nie wiem, czy 30 lat temu umiałabym sobie z tym poradzić. Dziś wiem, że wszystko zależy od nas samych. I jeśli tego chcemy, wszystko jest w życiu możliwe. Trzeba rozmawiać, mówić o tym, co przeszkadza, co boli i o tym, co jest dobre. Gadanie to moim zdaniem podstawa – zarówno w życiu, jak i w związku. Trzeba też być sobą i walczyć o swoje! I pamiętać – za Szymborską – że „mogliśmy być kimś mniej osobnym, kimś z ławicy, z mrowiska”, ale tacy nie jesteśmy.

Andrzej Seweryn powiedział mi, że w waszym związku to ty jesteś stroną, która wychowuje. I mówił to z dumą.

To prawda, czasem wychowuję. Ale to nie jest łatwe, bo Andrzej, o zgrozo!, do dziś nie wie, że szuflady i szafki same się nie zamykają. Odpuściłam tylko w kwestii jego gabinetu. Każdy ma prawo do swojej przestrzeni, niezależnie od tego, co chce z nią zrobić. Andrzej do dziś trzyma tam nierozpakowane kartony po przeprowadzce. A przeprowadziliśmy się cztery lata temu. Z drugiej strony wiem, jak dużo pracuje, i rozumiem, że takie przyziemne sprawy odkłada na później. Czasami mówi mi, że zachowuję się jak nauczycielka. Biorę to za komplement, pochodzę z rodziny nauczycielskiej, przez wiele lat pracowałam jako polonistka i uwielbiałam pracę w szkole. Edukacja wciąż jest w kręgu moich zainteresowań. Od 16 lat organizuję Festiwal Filmów – Spotkań Niezwykłych, najpierw w Kielcach, teraz w Sandomierzu, a od 19 lat – Akademię Filmową w Koninie, gdzie mam ponad dwa tysiące widzów miesięcznie.

A czego nauczyłaś Andrzeja Seweryna?

Na początku naszego związku Andrzej był bardzo zamknięty w sobie, uważał, że rozmowa to ta sfera relacji w związku, której trzeba unikać. On, aktor, który całe życie zajmuje się dialogowaniem, dla którego dialog jest wartością naczelną! Myślę, że nauczyłam go właśnie bliskiego, międzyludzkiego dialogu. Uwielbiam odkrywać w nim to, co – mam wrażenie – do tej pory pozostawało ukryte. 

Kiedy się poznaliście, nie szukałaś partnera.

Nie. Zrezygnowałam już. Wcześniej dokonywałam niewłaściwych wyborów. Nieudane próby budowania relacji zrodziły rozczarowanie. Byłam zniechęcona i miałam wizję życia szczęśliwej singielki, która spędza czas na fascynującej ją pracy i na podróżach. Bałam się, że wchodząc w związek, stracę niezależność, że nie będę mogła realizować siebie według własnych pomysłów, że będę musiała ulegać czyimś wpływom, chodzić na kompromisy. Andrzej nie zapełnił pustej przestrzeni w moim życiu. Przeciwnie! Oboje musieliśmy dla siebie nawzajem tę przestrzeń stworzyć. Kompromis okazał się nagle źródłem satysfakcji. 

Kto częściej idzie na kompromis?

Wstyd się przyznać, ale chyba jednak on. Ze mną jest trudniej. Jestem rogatą, mocno samodzielną duszą. Lubię z nim o wszystkim rozmawiać, polegam na jego opiniach, ale bronię swojego zdania. Jestem też bardzo emocjonalna. Szybko się wzruszam, sięgam po mocne słowa, łatwiej dokonuję ostatecznych ocen, ale znam te swoje słabości. Samoświadomość pozwala wcześniej zażegnać kryzysy, ale te z kolei są motorem rozwoju. Wszystko więc się układa w ciekawą, chwilami dość skomplikowaną mozaikę.

Zanim się poznaliście, Andrzej Seweryn był kilkakrotnie żonaty. Miałaś w związku z tym wątpliwości, czy się z nim wiązać?

Ja nie! Nie myślałam o tym, ponieważ czułam, że nasze uczucie jest wyjątkowe i przede wszystkim dojrzałe. Wiedziałam, że Andrzej podchodzi do związku bardzo odpowiedzialnie. 

Inaczej odbierało to nasze otoczenie. Artysta. Bogata przeszłość. To nie pomagało. Udowodniliśmy jednak, że mieliśmy rację. Nasza relacja przez 10 lat wspólnego życia wciąż ewoluuje. Poczucie więzi z dnia na dzień jest coraz silniejsze, bogatsze, w sumie więc łatwiejsze. 

Poznaliście się w Maroku.

Organizowałam tam spotkania z filmem polskim pod tytułem „Otwórz oczy”. Andrzej miał być naszym gościem. Na kilka dni przed spotkaniem rozmawialiśmy przez telefon, bardzo jeszcze wtedy oficjalnie, ale kiedy odłożyłam słuchawkę, czułam się dziwnie… poruszona. Pojawił się rodzaj nienazwanego niepokoju.

A on leciał do Maroka zaintrygowany, bo napisałaś mu w mailu „Pozdrawiam ciepło”. Nikt się tak wcześniej do niego nie zwracał. 

Dla mnie ten zwrot nie miał żadnego znaczenia. Zwracałam się w ten sam sposób do wielu osób, ze zwykłej sympatii, potrzeby stworzenia towarzyskiej, mniej oficjalnej więzi. Wyobrażałam sobie Andrzeja Seweryna jako dystyngowanego, oficjalnego i usztywnionego w swej roli aktora z Comédie-Française. Pozbawionego dystansu do siebie i poczucia humoru. Jakże się myliłam! Zobaczyłam dowcipnego, towarzyskiego i sympatycznego mężczyznę. Po oficjalnym rozpoczęciu przeglądu poszliśmy całą grupą na kolację i przesiedzieliśmy, żartując aż do rana. Następnego dnia na pożegnalnej kawie nad morzem na horyzoncie pojawiła się tęcza. Nasza tęcza. Teraz o tym wiem. Wtedy była zaledwie atrakcyjnym zjawiskiem przyrody. Żartowaliśmy, że jeszcze nie raz będziemy wspólnie ją podziwiali. Andrzej wpisał mi w książce proroczą dedykację: „W oczekiwaniu na obiecaną tęczę…”. I odjechał.

I rzeczywiście się pojawiła.

Od tamtego czasu wiele razy! Na przykład wtedy, kiedy po raz pierwszy przyszliśmy do naszego świeżo kupionego, wymarzonego mieszkania. Usiedliśmy na tarasie na dwóch starych rozklekotanych krzesełkach, otworzyliśmy butelkę prosecco i nad naszym tarasem… pojawiła się tęcza. 

Poza tym, że okazał się dowcipny i towarzyski, zaskoczył cię czymś jeszcze?

Swoją ogromną ciekawością drugiego człowieka, otwartością na każdego, na nowe formy spełniania się w zawodzie. W ostatnich latach zagrał przecież w Pożarze w Burdelu, kabarecie Ucho Prezesa, wystąpił w teledysku Otsochodzi, przeczytał „Patointeligencję”. I sprawiało mu to ogromną radość poznawczą! 

Oraz przewietrzył szafę i zaczął chodzić w conversach. 

Garderoba to wciąż jeszcze temat naszych dyskusji. Jego szafa jest wciąż niewystarczająco przewietrzona. 

Myślę, że nikt, kto zna odrobinę Andrzeja Seweryna, nie ma wątpliwości, że kompletnie go odmieniłaś. On sam zresztą dobrze o tym wie i chętnie o tym mówi – ma większy i głębszy kontakt ze swoimi dziećmi i wnukami.

Pokazałam mu, że rodzina jest ogromną wartością, że może być źródłem radości, a nie tylko obowiązkiem czy też wyzwaniem. Ale może rzeczywiście tak jest, jak mówisz, że kiedy na stałe wrócił z Francji do Polski, uznał, że czas się otworzyć na życie i świat. Jeśli przyłożyłam do tego rękę, to super. 

Powiedział mi, że zanim cię poznał, uciekał przed życiem rodzinnym w pracę.

Kiedy się poznaliśmy, powtarzał, że praca jest jedynym elementem życia, który go nie rozczarowuje. W pracy czuł się za wszystko odpowiedzialny, wszystko zależało od niego. Nawet jeśli przedstawienie teatralne czy film wyszły nie tak, jak zakładał, to on dawał z siebie wszystko i dzięki temu nie miał sobie nic do zarzucenia. A budowanie relacji rodzinnych, międzyludzkich jest dużo trudniejsze, bardziej skomplikowane.

Nauczyłaś go, jak zaufać? 

Nie, on miał to w sobie, ja raczej otworzyłam mu drzwi do tego świata. Andrzej wie, że jest osobą bardzo przeze mnie kochaną. Że ufam mu i choć czasem się sprzeciwiam, traktuję go jak autorytet. Zaprosiłam go też do świata mojej rodziny, w której żyjemy bardzo blisko siebie. Pokazałam mu, że wspólne święta w jak najszerszym rodzinnym gronie, odwiedzanie się, telefony – to wszystko może być przyjemnością, może sprawiać radość i spełnienie. Dziś mamy fantastyczne relacje ze swoimi dziećmi, ja z jego, a on z moimi. Dwa dni temu najmłodszy wnuk Andrzeja, syn Marysi [Marii Seweryn – red.], czteroletni Aaron spędził u nas sobotę. Mały jest w dziadku po prostu zakochany, nie odstępuje go na krok. Dziadek jest najważniejszy, wie wszystko najlepiej i z nim wszystko się najlepiej robi – nawet popołudniową drzemkę. Wiesz, jaki Andrzej jest z tego dumny?!

Tajemnica udanego związku tkwi w umiejętnym dzieleniu czasu między pracę i życie rodzinne?

Nie czuję potrzeby wprowadzania higieny życia, która polega na rozdzielaniu tych dwóch sfer. W naszym przypadku relacje rodzinne przenikają się z pracą. Oboje jesteśmy bardzo aktywni, spełniamy się zawodowo, lubimy to, co robimy, i mamy nienormowany czas pracy. Owszem, jest teatr, plan filmowy, biuro, ale w domu też bardzo dużo pracujemy i nie robimy sobie z tego powodu wyrzutów. Dwa lata temu kupiliśmy dom nad morzem, z dala od kurortów. To nasze ukochane miejsce inspiracji. Tam łapiemy dystans, generujemy energię, wtedy przychodzą nowe pomysły. Praca wykonywana wspólnie ma zupełnie inny smak. Nasze podróże zawodowe, a jest ich dużo, pomagają nam poznać się lepiej, sprawdzić siebie w tym, co nowe. 

Andrzej Seweryn i Katarzyna Kubacka-Seweryn
archiwum prywatne

Niedawno wróciliście z jednej takiej podróży.

Byliśmy na Festiwalu Filmu Polskiego w Miami, na wyspie Key West. Potem Andrzej spełnił moje marzenie i zabrał mnie na Kubę, ale te kilka dni w Hawanie okazało się bolesnym zderzeniem z wyobrażeniem, z którym tam jechałam. Wydawało mi się, że to kraj biednych, ale szczęśliwych, rozśpiewanych ludzi, tymczasem Kubańczycy, poza strefą turystyczną oczywiście, są smutni, pozbawieni pieniędzy i wolności. Stamtąd polecieliśmy do Izraela. Andrzej miał tam pokaz „Ostatniej rodziny”, spotkania, zdjęcia do filmu. Potem pojechaliśmy do Łodzi, a następnie do Gdańska, gdzie między obowiązkami spędziliśmy też Walentynki. 

Zawsze razem?

Staramy się, ale nie zawsze jest to możliwe. Kiedy się nie udaje, nie robimy z tego tragedii. Ufamy swoim wyborom i decyzjom. Nie byłam na ostatniej premierze w Teatrze Polskim. Akurat były ferie zimowe, a ja już wcześniej miałam zaplanowany wyjazd z wnukami na narty. W tym roku po raz pierwszy, odkąd jesteśmy razem, nie spędziliśmy wspólnie sylwestra. Ja zostałam z rodziną nad morzem, a Andrzej w teatrze żegnał się z rolą Arnolfa w „Szkole żon”. Nie przepadałam za tą Molierowską postacią, więc żal był niewielki. Umówiliśmy się, że w gruncie rzeczy nie ma to znaczenia, przecież spędziliśmy wcześniej razem miesiąc za granicą i byliśmy tuż przed wspólnym wypadem na narty… Ale kiedy wybiła dwunasta, zabrakło mi męża na plaży, gdzie witaliśmy nowy rok. Następnym razem będę razem z nim!

Praca i rodzina – to wystarczy?

Nie. Liczy się czas spędzony we dwójkę! Czas z przyjaciółmi. Wartościowe, wzbogacające nas kontakty. Praca na rzecz innych, słabszych. Wsparcie. Coraz częściej doceniamy takie chwile i staramy się wyrwać ich z kalendarza więcej. Mówiłyśmy o tym, że Andrzej w ostatnich latach się zmienił, ale ja też bardzo się zmieniłam. Poszerzyliśmy swoje światy. Daliśmy sobie wzajemnie bardzo dużo uważności, czułości i poczucia bezpieczeństwa. Łatwiej mi podjąć dzięki temu trudne decyzje. Od pewnego czasu mam potrzebę dokonania pewnych przewartościowań. Ucinam kontakty, które się nie sprawdziły, rezygnuję z pracy, która nie sprawia mi wystarczająco dużo satysfakcji albo pochłania nadmiernie dużo czasu i nie daje efektów. Chcę mieć więcej przestrzeni na to, co ważne.

W związku ważne są wspólne marzenia?

Pewnie tak, ale moje takie najgłębsze marzenie z dzieciństwa już się dzięki Andrzejowi spełniło. Byłam przeraźliwie samotnym dzieckiem, jedynaczką wychowywaną tylko przez mamę. Od zawsze marzyłam o wielopokoleniowym domu pełnym dzieci i wnuków, o domu, do którego chce się wracać. Dzięki Andrzejowi mam wreszcie taki dom.

Andrzej Seweryn i Katarzyna Kubacka-Seweryn
archiwum prywatne

Katarzyna Kubacka-Seweryn od 16 lat organizuje Festiwal Filmów – Spotkań Niezwykłych. Gośćmi festiwalu byli m.in.: Jerzy Skolimowski, Wojciech Pszoniak i Andrzej Seweryn.

***

Rozmowa z Katarzyną Kubacką-Seweryn ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Marek Grechuta z żoną Danutą
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła. Pani pachnie jak tuberozy… Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”. Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno. Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali. Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana...

Czytaj dalej
Agatha Christie i Max Mallowan
Getty Images

Agatha Christie pisała kryminały, ale w życiu była bohaterką tragicznego romansu

„Zaletą posiadania męża archeologa jest to, że im żona starsza, tym bardziej mu się podoba”, powiedział ktoś o ich małżeństwie. To zdanie raniło Agathę Christie przez lata.
Patrycja Pustkowiak
07.09.2020

Agatha Christie bała się kolejnego ślubu jak diabeł święconej wody. A potem bała się rozwodu. Słynna pisarka, autorka ponadczasowych kryminałów z Herculesem Poirotem i panną Marple  przeżyła z drugim mężem Maxem Mallowanem ponad 40 lat, płacąc za to jednak niemałą cenę. Agata Christie i Max Mallowan – historia wielkiej miłości pisarki Na życiowe zakręty dobra jest podróż. Jak najdalsza i jak najdłuższa, byle uciec od wspomnień. Agatha Christie długo się nie wahała. „Orient Express: to było marzenie mojego życia” – przyznała, wsiadając do pociągu. Był 1928 rok, sławna już pisarka miała wtedy 38 lat i właśnie rozwiodła się z pierwszym mężem, Archibaldem Christie, który odszedł do innej kobiety. W podróż na Środkowy Wschód ruszyła całkiem sama. I choć obiecywała sobie, że już nie zaangażuje się w żaden związek, pozwoliła, by los raz jeszcze ją zaskoczył.  „Chudy, ciemnowłosy, bardzo małomówny” – oto pierwsze wrażenia pisarki na temat tego, który miał zostać jej drugim mężem. Max Mallowan był znajomym kierownika wykopalisk w Ur, profesora Leonarda Woolleya i jego żony. Kiedy Christie odwiedziła ich po raz pierwszy podczas swej wyprawy Orient Expressem, nie mogli się spotkać, bo Max leżał z zapaleniem wyrostka. Jak widać, przed przeznaczeniem nie da się uciec. Gdy w marcu 1930 roku pisarka znów przyjęła zaproszenie Wooleyów, 25-letni archeolog był w pełni sił.  Szybko ją zaintrygował. Bacznie obserwowała go przez cały wieczór podczas kolacji. Podobało jej się, że doskonale radzi sobie z ludźmi, jest inteligentny i taktowny. A to nie koniec jego zalet. „Jest idealnym asystentem” – chwaliła go żona profesora. Onieśmielony, choć i uradowany, zgodził się oprowadzić niemal 40-letnią pisarkę po okolicy....

Czytaj dalej
Co po pandemii koronawirusa
Adobe Stock

Prof. Dobroczyński: „Pandemia udowodniła, że hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury”

„Koronawirus jest jak czarny łabędź, którego nikt się nie spodziewał i który dzisiaj produkuje niemożliwe do przewidzenia konsekwencje. Pandemia udowodniła, że wszelkie hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury.”
Sylwia Niemczyk
07.09.2020

To nie my rządzimy swoim życiem, ale przypadek. To on trzyma pakiet kontrolny akcji, jeśli chodzi o naszą rzeczywistość. Zawsze tak było, koronawirus tylko nam to uświadomił. Życie to zawsze powinien być taniec z rzeczywistością: gdy ona robi krok w bok, to i my musimy za nią. Jak ona krok do przodu, to my krok w tył. To sztuka dostrzeżenia, skąd wieje wiatr i jakich umiejętności teraz potrzebujemy” – mówi prof. psychologii Bartłomiej Dobroczyński. Sylwia Niemczyk: Ależ się pół roku temu przestraszyliśmy… Prof. psychologii Bartłomiej Dobroczyński: Pandemia koronawirusa to coś, co nas zaskoczyło. Poza znawcami wirusów nikt poważnie nie rozważał, że kiedykolwiek czeka nas powtórka z „Decameronu” Boccaccia albo nawet z mniej odległej epidemii hiszpanki, która wybuchła tuż po I wojnie światowej. Nasza pamięć jest bardzo krótka. Więc po pierwsze: wydarza się coś nieprzewidzianego, a po drugie: to coś wymusza na nas drastyczną zmianę przyzwyczajeń. Brutalnie ingeruje w nasze automatyzmy, a tego człowiek nie lubi najbardziej. Dla nas najbardziej komfortowa sytuacja jest taka, kiedy automatyzmy stanowią 98 procent naszego funkcjonowania. I zazwyczaj właśnie tak jest. Nie zastanawiamy się co, gdzie i kiedy – większość rzeczy robimy bez angażowania świadomych myśli. A teraz ten nasz pilot automatyczny zaczął wibrować i migać na czerwono.  Przestał działać. I nagle musimy zwracać uwagę praktycznie na wszystko: ile razy dotykamy dłonią twarzy, jakich innych przedmiotów dotykamy, w jaki sposób witamy się z przyjaciółmi, jak wsiadamy do autobusu, czego dotykamy w windzie. Im więcej automatyzmów jest naruszonych, im więcej reguł zostało zmienionych, tym wyraźniejszy sygnał dla mózgu, że sytuacja jest poważna. I do strachu o zdrowie doszło jeszcze...

Czytaj dalej
Kalina Jędrusik
East News

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści 

Ona była jego Marilyn Monroe, on jej Federico Fellinim. Kochali się na śmierć i życie. Dawali sobie wszystko – wsparcie, przyjaźń i wolność.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

To nie było tak, że starszy pan wziął sobie za żonę młodą seksowną laskę, która potem „urwała mu się ze smyczy”. Ani tak, że on intelektualista, a ona głupia aktoreczka. Mimo szesnastoletniej różnicy wieku Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat tworzyli partnerski związek, a Kalina dorównywała mężowi nie tylko inteligencją, ale i poczuciem humoru. Oboje mieli silne charaktery i dość egoistyczne podejście do życia. Ale w tamtych czasach niewiele było małżeństw tak zgodnych, tak uczciwych wobec siebie i oddanych sobie do końca. Nie pasowali do ciasnych ram PRL-owskiej rzeczywistości, więc stworzyli sobie własny świat, oparty na własnych, wspólnie wypracowanych zasadach. Nikt tu nie był stratny.  Leżeli, leżeli, gadali, gadali O Stanisławie Dygacie mówiło się „dżentelmen w angielskim stylu”. Był wysoki, zawsze dobrze ubrany, palił luksusowe papierosy ze złotymi ustnikami. W 1957 roku wystąpił z partii w proteście przeciwko zamknięciu miesięcznika „Europa”. Kalinę poznał dwa lata wcześniej w Gdańsku, gdzie grała na scenie Teatru Wybrzeże.  „Poznali się w moim pokoju w Domu Aktora” – opowiadał później Jerzy Ernz. „Dygat mieszkał wtedy z żoną, też aktorką. Tego dnia, pamiętam, organizowałem akurat bibkę. Dygat usłyszał muzykę i przyszedł. Po chwili już widziałem ich razem, jak leżeli na tapczanie w poprzek. Leżeli, leżeli, gadali, gadali. I tak już zostali”. On miał 41 lat, żonę, córkę i wysoką pozycję w środowisku kulturalnym, ona 25 lat i wszystko przed sobą. Była świeżą absolwentką krakowskiej szkoły teatralnej, była zdolna, piękna i bardzo sexy.  „Dygat mieszkał z Kaliną niedaleko nas, najpierw na Dąbrowskiego, w dwupokojowym mieszkanku, wspólnie z byłą żoną Dygata, Dziunią Nawrocką, i ich...

Czytaj dalej