Katarzyna Kobro  i Władysław Strzemiński: kochali i nienawidzili się do szaleństwa

Katarzyna Kobro  i Władysław Strzemiński: kochali i nienawidzili się do szaleństwa

Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński – byli wielkimi artystami, którzy poświęcili tak wiele sztuce, że dla siebie nawzajem nie starczyło im serca.
Magdalena Żakowska
17.10.2020

Kiedy w 2016 roku Andrzej Wajda zrealizował swój słynny ostatni film „Powidoki”, poświęcił go właśnie Władysławowi Strzemińskiemu – jednemu z najwybitniejszych malarzy XX wieku. Nikt nie spodziewał się, że odniesie taki sukces. Film, ze wspaniałą rolą Bogusława Lindy, opowiadał mało znaną historię wielkiego, prześladowanego artysty, który w czasach stalinowskich, nie godzi się, w imię sztuki na żadne polityczne ani artystyczne kompromisy.

Wajda pominął w filmie prywatną stronę biografii Strzemińskiego – jego małżeństwo z Katarzyną Kobro. Związek tych dwóch wielkich awangardowych twórców miał w sobie całą gamę uczuć – od wielkiej miłości, do wielkiej nienawiści. Mówiono o nich para gwałtowników, oboje zmarli w latach 50. w osamotnieniu, a jedynym łącznikiem między nimi była córka Nika. Jak zaczęła się ta niezwykła historia, która choć całkiem prywatna miała ogromny wpływ na polską sztukę?

Moskwa 1916

Szpitalna sala, dziesiątki łóżek. Duszący zapach środków dezynfekcyjnych, jęki rannych, nieprzytomnych, operowanych. Apogeum pierwszej wojny światowej. Całkiem nieromantyczna sceneria pierwszego spotkania Kobro i Strzemińskiego. Katarzyna, panienka z dobrego domu, pół Rosjanka, pół Niemka, wraz z koleżankami dogląda pacjentów. Podaje wodę, karmi, asystuje przy zmianie opatrunków, czyta i pisze za nich listy do rodzin. Jednym z jej podopiecznych jest Władysław. Wyróżnia się spośród setek rannych, i stopniem kalectwa, i… urodą. 23-letni oficer saperów, z pochodzenia Polak, trafia do szpitala już w maju 1915. W wybuchu granatu stracił dwie trzecie prawej nogi i ponad połowę lewego przedramienia. Odłamek uszkodził mu też prawe oko, dlatego ciągle je mruży i lekko zezuje.

Ma bóle fantomowe i nie można mu dobrać odpowiedniej protezy, więc porusza się na szczudłach. Ale głównie leży. Ożywia się na widok Katarzyny. Dużo rozmawiają, a pielęgniarki się śmieją: „Zakochana para”.

Strzemiński mimo swojej ułomności jest nadal atrakcyjnym mężczyzną. Ma charyzmę, niebieskie oczy i przenikliwe spojrzenie. Brak ręki i nogi zdają się szczegółami pozbawionymi znaczenia. Ma też poczucie humoru, inteligencję i determinację – można odnieść wrażenie, że pokona wszystkie przeciwności.

A przy tym wszystkim jest męski i cholernie silny. Kilka lat później, już w Polsce, cała wieś będzie się zbiegała, żeby popatrzeć na jego poranne ćwiczenia – potrafił kilkadziesiąt razy z rzędu podciągnąć się na jednej ręce na drążku.

W moskiewskim szpitalu Katarzyna i Władysław zdążyli poznać się na tyle, by przekonać się nawzajem, że nie można żyć po to, aby spełniać oczekiwania innych. Trzeba żyć dla siebie. To co, że rodzice Katarzyny życzyli sobie, żeby zdała na medycynę, a Władysław jako inżynier miał piąć się po drabinie społecznej. Wojna zmieniła wszystko. Większość rannych leży w moskiewskim szpitalu z poczuciem, że ich życie jest w jakimś sensie skończone. Władysław – przeciwnie, czuje, że jego życie dopiero się zacznie. Namawia Katarzynę, aby spełniła swoje marzenie i zdawała na rzeźbę. Skutecznie. We wrześniu 1917 roku Kobro wstępuje do Moskiewskiej Szkoły Malarstwa, Rzeźby i Budownictwa. Studia pochłaniają ją całkowicie. Do tego stopnia, że… przestaje odwiedzać rannych. Jednak po latach, już

w Łodzi, Strzemiński powie przyjacielowi, malarzowi Stefanowi Wegnerowi, że to właśnie dzięki spotkaniu z Katarzyną w moskiewskim szpitalu i jej decyzji on sam zajął się później sztuką.

strzem
Muzeum sztuki w Łodzi

Na zdjeciu: Władysław Strzemiński robił wielkie wrażenie na kobietach: urodą, charyzmą, ok. 1930 r.

Smoleńsk 1921

Wszyscy przyjaciele Kobro – Chagall, Malewicz, Kandinsky, Rodczenko – wyjeżdżają z Moskwy do Smoleńska i okolic. Ona w końcu też daje się namówić. Kiedy koledzy przedstawiają ją polskiemu artyście, który kompletnie uwiódł środowisko rosyjskiej awangardy, oboje wybuchają śmiechem. Ależ ten Władysław jest przystojny! Żeby jeszcze tylko zgolił te wąsy (zgoli). A ona – w nowej, krótkiej fryzurze (chorowała na tyfus plamisty, w szpitalu obcięli jej warkocz) – wygląda jak chodząca definicja awangardowej artystki. „Była bardzo atrakcyjną dziewczyną. Miała świetną figurę, szaroniebieskie oczy, zmysłowe pełne usta i gęste, brązowe włosy” – pisała we wspomnieniach jej córka, Nika Strzemińska.

W Smoleńsku Katarzyna i Władysław stają się nierozłączni. Oboje niezwykle utalentowani, bezkompromisowi, społecznicy. Z własną oryginalną wizją sztuki i jej miejsca w życiu społecznym. Oboje nigdy nie sprzedali ani jednej pracy, nawet w najtrudniejszych czasach. Świadomie, dla zasady, bo sztuki przecież nie można wycenić. Wszystko oddali muzeom, żeby było dostępne dla każdego, nie dla nielicznych. Dziś ich dzieła zaliczają się do ścisłej czołówki najbardziej pożądanych w prywatnych kolekcjach. Rzeźb Katarzyny zachowało się tak niewiele, że kiedy pojawiają się na aukcjach, osiągają zawrotne sumy dochodzące do miliona złotych.

„…a poza tym wyszłam za mąż” – pisze do matki Katarzyna. Jest artystką, kobietą nowoczesną, ostatnie, czego chce, to posądzenie o romantyzm czy sentymentalizm. Ale musi kochać Strzemińskiego do szaleństwa. Jak inaczej wytłumaczyć, że wbrew woli rodziców, mając 23 lata, poślubiła ciężko okaleczonego mężczyznę z niższej klasy społecznej i wyjechała za nim do obcego kraju? Do Polski. Żyją w biedzie, ale żyją sztuką. I razem. To ma dla nich sens.

Chałupy 1928

W końcu jednak zaczyna być lepiej. Na tyle, że jadą na pierwsze wspólne wakacje. Oboje są już przecież w Polsce dobrze znanymi artystami. Należą do awangardowych grup Blok i Praesens, biorą udział w wystawach, udzielają wywiadów, piszą artykuły o teorii nowej sztuki, obracają się w środowisku najwybitniejszych artystów epoki – przyjaźnią się z Przybosiem i Witkacym. Zdobywają pierwsze nagrody, także pieniężne. No więc stać ich i jadą do Chałup. Hel jest jeszcze wtedy terenem dziewiczym, nieodkrytym przez turystów. Wynajmują pokój w rybackiej chacie. Są szczęśliwi.

Czas spędzają na pustej plaży – Katarzyna jest świetną pływaczką. Władysław z dumą obserwuje ją z lądu. Cały czas pracują nad wspólną książką pod tytułem „Kompozycja przestrzeni. Obliczenia rytmu czasoprzestrzennego”. Ona źle pisze po polsku, więc on pisze za siebie i poprawia po niej. W Chałupach towarzyszy im tylko Fina, skundlony owczarek nizinny Katarzyny. Przed ślubem Władysław postawił twardy warunek: żadnego dziecka. Stąd Fina – w zastępstwie. I Katarzyna traktuje ją jak dziecko – nosi na rękach, karmi na równi ze sobą i Władysławem. Dwa lata później przez Polskę przeszła epidemia wścieklizny. Gdy Fina zachorowała, Katarzyna nie pozwoliła jej uśpić. Do końca ją pielęgnowała, z narażeniem własnego zdrowia. I długo nie mogła pogodzić się z tą stratą.

przybos
Muzeum sztuki w Łodzi

Na zdjęciu: Julian Przyboś, Władysław Strzemiński i Katarzyna Kobro, on w uszytej przez nią koszuli, ona w kostiumie jego projektu, 1931 rok.

Łódź 1931

Spełnia się największe marzenie Strzemińskich. W Łodzi zostaje utworzona Międzynarodowa Kolekcja Sztuki Nowoczesnej, o której powstanie oboje zabiegali od lat:

„Grupa artystów sztuki nowoczesnej (…) podejmuje się zebrania kolekcji dzieł sztuki, obrazujących rozwój i stan obecny sztuki nowoczesnej polskiej i zagranicznej”.

Początek jest skromny – w sali muzealnej zgromadzono zaledwie 20 eksponatów, w tym Katarzyny i Władysława. Ale rok później jest już ich kilkakrotnie więcej.

Na otwarciu galerii Katarzyna i Władysław rzucają się w oczy. On w koszuli a la Słowacki z dużym kołnierzem – uszyła ją Katarzyna. Ona w kolorowej sukience, wełnianych kolorowych rajstopach i czapeczce przypominającej czepek pływacki – wszystko to zaprojektował dla niej Władysław. Na ręku trzyma Finę. Od tego momentu Strzemińscy stają się ikonami polskiej awangardy – ona, rzeźbiarka wyprzedzająca epokę, on, twórca unizmu, piękna i kaleka, i tacy w sobie zakochani.

Łódź 1936

W listopadzie, trzy miesiące przed planowanym terminem, Katarzyna rodzi córkę Nikę. Lekarze nie dają jej dużych szans – niełatwo było wówczas utrzymać przy życiu wcześniaka. Przez pierwsze dwa lata życia Nika jest bardzo chorowita. Katarzyna poświęca jej cały swój czas. Ale Władysław też wymaga opieki – trzeba pomóc mu się ubrać, każdy posiłek kroić na drobne, gotowe do zjedzenia kawałki, smarować chleb, myć pędzle, ostrzyć ołówki. Dopiero teraz Katarzyna zaczyna zdawać sobie sprawę, że ciężkie kalectwo, nawet jeśli dotknie tak niepospolitego człowieka jak jej mąż, musi zostawić niezatarty ślad na psychice.

Władysław, dotychczas jedyny obiekt opieki Katarzyny, czuje się odrzucony i zaniedbany przez żonę. I to najwyraźniej jest początek końca. „On nigdy nie chciał dziecka – Katarzyna pisze w liście do siostry. – Jego matka mówiła, żebym nigdy nie miała dziecka, żebym się tylko troszczyła o Władka. I ten Władek był dla mnie dzieckiem”.

Od momentu pojawienia się na świecie Niki wszystko się między nimi zmienia.

„Chciałaś, to masz. Ale kto powiedział, że dziecko zwalnia cię z innych obowiązków?!” – Władysław nie kryje roszczeniowego stosunku do żony. Kiedy zimą nie mieli co jeść, to była jej wina. Teraz już zawsze wszystko będzie jej winą.

Ich mieszkanie zmienia się w szpital pediatryczny: ciągłe wizyty lekarzy, kolejne mamki, bo Kobro bardzo wcześnie traci pokarm. I ten nieustający płacz małej Niki. Dla Władysława to nie do zniesienia.

„Dziecko było czymś zatrute. Chorowało i chorowało. Doprowadziło mnie do wyczerpania – przyznaje Katarzyna w liście do siostry. – Nika nie miała niemowlęctwa. Do drugiego roku życia bezustannie krzyczała. Nikt oprócz mnie nie potrafił jej ukołysać. To był koszmar. To było okropieństwo. Znajomi z rzadka bywali u nas w domu”. A kiedy ten koszmar się kończy, nadchodzi wojna.

kobro
Fot. Muzeum sztuki w Łodzi

Na zdjęciu: Katarzyna Kobro z suczką Finą, 1930 rok. 

Wilejka, 1939

Strzemińscy uciekają przed Niemcami na Kresy. Jest zima, 45 stopni mrozu. Kobro chodzi po domach i żebrze o drzewo na opał. Za masowanie stóp sparaliżowanej staruszce dostaje mleko dla Niki.

„W tym okresie mojego życia ustanowiłam światowy rekord – przez dziewięć miesięcy obywałam się bez pończoch. Strzemiński spał na łóżku z siatką, siennikiem i baranicą, a przykrywał się kocem. Ja i Nika na żelaznych prętach. Nakrywałam nas płaszczem. Do pracy w gimnazjum woziłam go jak koń, na sankach. I wiele można by o tym mówić” – pisała do siostry.

Z tamtego czasu zostaną jej pamiątki – sine plamy na nogach i blizny na dłoniach – efekt licznych odmrożeń. Nędza i groźba wywózki na Syberię zawracają ich do Łodzi.

Podczas spisu ludności Katarzyna namawia Władysława, żeby podpisali listę rosyjską. Dla niej to naturalne, bo chociaż po mężu przyjęła polskie obywatelstwo, to czuje się Rosjanką. Poza tym – najważniejsze jest dobro Niki, a lista to lepsze kartki na żywność. Władysław ulega żonie. I już następnego dnia nie może jej tego darować. Bije ją szczudłami, bo jak inaczej? Ona mu nie oddaje, bo jak to: uderzyć kalekę? Któregoś dnia zaszczuta wyrzutami męża, że nie zadbała o opał i nie ma na czym ugotować jedzenia dla dziecka, rąbie swoje drewniane rzeźby. Może to akt rozpaczy, a może buntu. Prowokacyjny gest wymierzonyw Strzemińskiego:

„Popatrz, gdzie mam sztukę, jedyną rzecz, na której ci zależy. Popatrz, do czego mnie doprowadziłeś!”. Potem już nigdy nie rozmawiają na ten temat. W ogóle prawie już ze sobą nie rozmawiają.

Łódź 1948

Po wojnie wszystko psuje się coraz bardziej. I Kobro w końcu odchodzi. Zabiera Nikę. Od tego momentu w rozmowach ze wspólnymi znajomymi Władysław nazywa ją pogardliwie „von Kobro”. Dręczy Katarzynę pozwami sądowymi. Najpierw próbuje odebrać jej prawo do opieki nad córką, potem donosi na nią prokuraturze, że w czasie wojny dopuściła się „odstępstwa od narodowości polskiej”, czyli zdrady (sam zaraz po wojnie uzyskał od prokuratury postanowienie o zaniechaniu ścigania go z tego paragrafu).

Kiedy Kobro próbuje zapisać się do nowo utworzonego Związku Plastyków, Władysław, jako jeden z ważniejszych jego członków, stanowczo się sprzeciwia. To nie tylko formalność, to wielki cios. W socrealistycznym PRL-u niezrzeszona artystka nie ma prawa pracować. Zostaje jej tylko córka. Aby zarobić na życie, szyje i sprzedaje na czarno zabawki.

13 czerwca 1948 roku to jedna z najważniejszych dat dla środowiska artystycznego Łodzi. Otwarcie Muzeum Sztuki, którego kolekcję Władysław przygotowywał od lat. Katarzyna wie, że jej rzeźby i swoje obrazy umieścił w jednej sali – zaprojektowanej przez niego „sali neoplastycznej”. Dostaje zaproszenie na otwarcie, ale nie idzie. Później często odwiedza muzeum, woźny wpuszcza ją za darmo. W sali neoplastycznej potrafi siedzieć godzinami. Przygląda się swoim rzeźbom i jego obrazom.

Łódź 1951

Jest luty, mroźna ta zima, a w piecu nie ma czym palić. Przecież Katarzyna spaliła już wszystkie swoje rzeźby. Poza tym nie ma siły wstawać z łóżka. Lekarze dają jej najwyżej kilka tygodni życia. Jest przeraźliwie chuda. 15-letnia córka Nika wzywa na pomoc pielęgniarkę – sama nie potrafi już zrobić mamie zastrzyku z morfiny, skóra jest za cienka, za blisko kości. Wizyta Władysława jest dla obu niespodzianką. Nika się cieszy, liczyw duchu na to, że przed odejściem mama pogodzi się z ojcem. Przecież wciąż bardzo się kochają. Wychodzi do sklepu, żeby dać im czas na rozmowę.

Kiedy wraca, już na schodach słyszy ich krzyki. Otwiera drzwi – oboje milkną. „Nie waż się przyjść na mój pogrzeb” – to ostatnie słowa, jakie Katarzyna wypowiada do męża. Wezwane wbrew jej woli pogotowie zabiera ją do przytułku dla nieuleczalnie chorych. Umiera tam kilka dni później, 21 lutego 1951 roku. W spadku zostawia nastoletniej Nice kilka ostatnich gipsowych rzeźb i złote koronki z przednich zębów, które sama zerwała w przeddzień śmierci.

Zgodnie z życzeniem matki Nika nie mówi ojcu o jej pogrzebie. Trafia do domu dziecka. Władysław ją odwiedza, pyta: „Dlaczego nie dałaś mi znać? Położyłbym na jej grobie niebieskie kwiatki…”. Dlaczego niebieskie, nie powiedział. Umiera dwa lata później.

Korzystałam z książek Niki Strzemińskiej „Sztuka, miłość i nienawiść” (Scholar, Warszawa 2001) oraz Małgorzaty Czyńskiej „Kobro. Skok w przestrzeń” (Czarne, Warszawa 2015)

***

Tekst o Katarzynie Kobro i Władysławie Strzemińskim ukazał się w „Urodzie Życia" 2/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko
East News

Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: „To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń”

„Byliśmy sobie oddani jak mało kto, bo przez całe życie każde z nas widziało w drugim nie tylko atrakcyjną kobietę czy mężczyznę, ale ukochanego człowieka” – mówiła o swoim nietypowym małżeństwie Agnieszka Fitkau-Perepeczko.
Kamila Geodecka
26.11.2020

Początek miłości Agnieszki Fitkau i Marka Perepeczki może przypominać klasyczną historię romantyczną. Są piękni i młodzi, poznają się przypadkiem w kolejce do dziekanatu szkoły teatralnej i zakochują się od pierwszego wejrzenia. Kupidyn strzela strzałą. Potem los rozdziela ich na chwilę, by następnie znów połączyć. Ale to tylko początek ich miłości, która przez kolejne 40 lat nie będzie miała nic wspólnego z klasyczną opowieścią o szczęśliwej parze.  Ich narzeczeństwo i małżeństwo pełne było rozstań i powrotów, zadziorności i kłótni, emigracji i tęsknoty, szczerości i zaufania, ale przede wszystkim oddania i miłości. „Myślę, że byłam mu najbliższa na świecie tak jak on mnie. Na pewno byłam kobietą jego życia i on mężczyzną mojego życia” – mówiła Agnieszka Fitkau-Perepeczko po śmierci męża. W tym szaleństwie musiała więc być metoda. Miłość wystać w kolejce Agnieszka Fitkau od dziecka marzyła o byciu aktorką. Marek Perepeczko początkowo chciał zostać architektem, ale ostatecznie postawił na sztuki teatralne. I pewnie tego wyboru nigdy nie żałował, bo dzięki niemu nie tylko stał się rozpoznawalnym aktorem, ale zyskał także miłość życia, którą spotkał w 1961 roku jako 19-latek. Oboje stali w kolejce, by złożyć dokumenty aplikacyjne na studia. Podobno Marek zapytał wtedy Agnieszki, czy może za nią stanąć. I właśnie wtedy zaczęła się magia. Zrobił na niej piorunujące wrażenie. Podczas krótkiej rozmowy ustalili, że koniecznie muszą się jeszcze kiedyś spotkać, ale zapomnieli ustalić konkretnego miejsca i czasu spotkania. Nie wymienili się też numerami telefonu czy adresami. Być może tutaj ich historia miłosna musiałaby mieć już swój koniec, gdyby młody Marek Perepeczko nie wziął spraw w swoje ręce. Później żartował, że numer...

Czytaj dalej
Wisława Szymborska
mat. prasowe

Wisława Szymborska, Ichna, Wisełka: „Czasami jestem podobna do siebie, a czasami nie”

Wisława Szymborska, pierwsza dama polskiej poezji, nie chciała opowiadać o swoim życiu i nie lubiła, gdy się o niej rozpisywano. Wolała, żeby mówiły za nią jej wiersze.
Sylwia Arlak
24.11.2020

O tym, że otrzymała nominację do literackiej Nagrody Nobla, dowiedziała się od dziennikarzy (była wówczas jedyną noblistką w historii, która poznała werdykt jeszcze przed oficjalnym komunikatem). Wypoczywała w pensjonacie Astoria w Zakopanem, gdy odwiedzili ją znajomi reporterzy. „Fotograf Adam Golec — już po ogłoszeniu wiadomości — uwiecznił na wspaniałych zdjęciach nieoficjalny wizerunek świeżo upieczonej noblistki: naprawdę zaskoczonej, roześmianej, z papierosem w ręce i z włosami w nieładzie. (…) Wisława Szymborska wyszła do dziennikarzy w rozciągniętym białym swetrze i w malinowej spódniczce wątpliwej urody. Była na wakacjach i stroje miała wakacyjne” — czytamy w książce Joanny Gromek-Illg „Szymborska. Znaki szczególne. Biografia wewnętrzna”. W 1996 roku wraz z upragnionym Noblem przyszła sława, która dla Szymborskiej była utrapieniem. „Dla niechętnie udzielającej się publicznie poetki szczególnie męcząca była rosnąca z dnia na dzień popularność. Stała się znana i rozpoznawalna, jej zdjęcia publikowały gazety, w telewizji co rusz pojawiały się poświęcone jej materiały, radio nadawało jej wiersze czytane przez popularnych aktorów. Jednym słowem — była sławna, jak gwiazdy filmowe w latach jej młodości, dla niektórych była » celebrytką « , ale też wiele osób nieczytających na co dzień poezji zachwyciło się jej wierszami” — pisze w swojej książce Gromek-Illg. Ludzi jednak interesowało też życie prywatne poetki. Chcieli wiedzieć, czy ma męża i dzieci. A jeśli nie, dlaczego? Jak mieszka i co robi w czasie wolnym? W miesiąc musiała udzielić więcej wywiadów, niż przez całe dotychczasowe życie. Jej przyjaciele z uśmiechem mówili o „tragedii sztokholmskiej”. Szymborska odetchnęła z ulgą, gdy po...

Czytaj dalej
Wielka/ Mat. prasowe
Wielka/ Mat. prasowe

Serial „Wielka” z Elle Fanning w roli carycy Katarzyny ucieszy fanów „Faworyty”

Nowa propozycja HBO: komediowy serial „Wielka” o życiu carycy KatarzynyWielkiej z Elle Fanning w tytułowej roli to opowieść o ambicji, samotności i żądzy władzy.
Sylwia Arlak
04.05.2020

„Wielka”, czyli nowy serial HBO, opowiada o młodości Katarzyny Wielkiej, ale dużo bliżej mu do śmieszno-strasznej „Faworyty” niż do nudnego serialu historycznego. Produkcja z Ellą Fanning i Nicholasem Houltem to satyryczna opowieść o zaskakującym awansie  — od pruskiej księżniczki do najdłużej panującej monarchini w historii Rosji. Zdecydowanie więcej w nim filmowej fikcji niż prawdy historycznej: twórcy podeszli ze swobodą nie tylko do samej carskiej pary, ale i w ogóle do historii XVIII-wiecznej Rosji. Młodziutka Katarzyna ma głowę nabitą marzeniami i romantycznymi wizjami miłości. Poznajemy ją, kiedy przybywa z Prus do Rosji, aby zawrzeć zaaranżowane małżeństwo z carem Piotrem. Wchodzi w nie z wielkimi nadziejami – i z każdym dniem coraz boleśniej przeżywa rozczarowanie. Nie będzie to chyba żaden spojler, jeśli dodamy, że ostatecznie Katarzyna zawiąże spisek, zamorduje swojego męża,  dokona zamachu stanu i sama zasiądzie na carskim tronie.  Ella Fanning („Czarownica”, „W deszczowy dzień w Nowym Jorku”) po raz kolejny udowadnia, że świetnie sprawdza się w rolach bohaterek o czystym sercu, ale i „fajterek”. Niech nikogo nie zmyli delikatna uroda aktorki: Fanning jako caryca Katarzyna potrafi zaprowadzić rządy twardej ręki. Partneruje jej Nicholas Hoult („Mad Max: Na drodze gniewu”). „Hoult uczłowiecza cara. Udowadnia, że jego postać to nie tylko zbiór dziwactw, tików i niezręczności. To niesamowita wizytówka jego ogromnego talentu. Świetnie sprawdza się w tworzeniu ekscytujących i różnorodnych postaci” – pisze Variety. Casting twórcom się udał. Autorzy pierwszych recenzji podkreślają, że napięcie pomiędzy bohaterami jest wyraźnie wyczuwalne. Aż iskrzy....

Czytaj dalej
Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku
Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku: „Nie żałuję ani jednego dnia z nim”

„Jeśli miałabym wskazać jedną cechę, która nas połączyła, to powiedziałabym, że nam się chciało. Mieliśmy głód życia, zapał do pokonywania przeszkód. Tony nie żyje, ale mi ciągle chce się chcieć. Myślę, że by się z tego cieszył. Jestem futuro, a nie retro. Patrzę do przodu” – mówi znana podróżniczka i pisarka.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Elżbieta Dzikowska – historyczka sztuki, sinolożka, legendarna podróżniczka, reżyserka (ur. 1937). Wraz z Tonym Halikiem stworzyła najpopularniejszy duet podróżników w Polsce. Ich program „Pieprz i wanilia” oglądało 18 milionów widzów. Autorka wielu książek. Bohaterka biografii „Dzikowska” napisanej przez Romana Warszewskiego. 6 września na festiwalu Doc Against Gravity miała miejsce premiera filmu o ich życiu: „Tony Halik”. Magdalena Żakowska: Kiedy czytałam o waszych podróżach, to ciągle zastanawiałam się, który element dzikiej natury przerażał panią najbardziej. Pająki? Węże? Owady? Elżbieta Dzikowska: Dzika natura nie przeraża mnie ani trochę, przecież jestem Dzikowska. Zresztą, lubię być blisko natury nie tylko podczas wielkich wypraw. Z pierwszym mężem, Andrzejem Dzikowskim, dużo podróżowaliśmy z namiotem. On łapał ryby, ja zbierałam grzyby, było co jeść, a przemieszczaliśmy się kajakiem. Z drugim mężem pływałam żaglówką.  Myślałam, że z pierwszym mężem była pani krótko. Wzięliście ślub jeszcze na studiach, a chwilę później wyjechała pani na swoją pierwszą wielką wyprawę – sześć tygodni w Chinach.  Nie było tak źle. Byliśmy sobie bliscy i blisko – po ślubie przez osiem lat wynajmowaliśmy pokój z możliwością korzystania z kuchni, a w sumie byliśmy ze sobą 17 lat. Z Tonym – 25 lat. Bez ślubu.   Nie potrzebowaliśmy go. Dla mnie Tony był mężem. Zawsze tak o nim myślałam. Jak byśmy sami sobie udzielili ślubu, to najważniejsze. Nie lubię słowa „partner” w kontekście związku uczuciowego. Ale mam wrażenie, że Tony Halik to był pani „partner in crime”, najlepszy towarzysz przygód....

Czytaj dalej