Katarzyna Kobro  i Władysław Strzemiński: kochali i nienawidzili się do szaleństwa

Katarzyna Kobro  i Władysław Strzemiński: kochali i nienawidzili się do szaleństwa

Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński – byli wielkimi artystami, którzy poświęcili tak wiele sztuce, że dla siebie nawzajem nie starczyło im serca.
Magdalena Żakowska
17.10.2020

Kiedy w 2016 roku Andrzej Wajda zrealizował swój słynny ostatni film „Powidoki”, poświęcił go właśnie Władysławowi Strzemińskiemu – jednemu z najwybitniejszych malarzy XX wieku. Nikt nie spodziewał się, że odniesie taki sukces. Film, ze wspaniałą rolą Bogusława Lindy, opowiadał mało znaną historię wielkiego, prześladowanego artysty, który w czasach stalinowskich, nie godzi się, w imię sztuki na żadne polityczne ani artystyczne kompromisy.

Wajda pominął w filmie prywatną stronę biografii Strzemińskiego – jego małżeństwo z Katarzyną Kobro. Związek tych dwóch wielkich awangardowych twórców miał w sobie całą gamę uczuć – od wielkiej miłości, do wielkiej nienawiści. Mówiono o nich para gwałtowników, oboje zmarli w latach 50. w osamotnieniu, a jedynym łącznikiem między nimi była córka Nika. Jak zaczęła się ta niezwykła historia, która choć całkiem prywatna miała ogromny wpływ na polską sztukę?

Moskwa 1916

Szpitalna sala, dziesiątki łóżek. Duszący zapach środków dezynfekcyjnych, jęki rannych, nieprzytomnych, operowanych. Apogeum pierwszej wojny światowej. Całkiem nieromantyczna sceneria pierwszego spotkania Kobro i Strzemińskiego. Katarzyna, panienka z dobrego domu, pół Rosjanka, pół Niemka, wraz z koleżankami dogląda pacjentów. Podaje wodę, karmi, asystuje przy zmianie opatrunków, czyta i pisze za nich listy do rodzin. Jednym z jej podopiecznych jest Władysław. Wyróżnia się spośród setek rannych, i stopniem kalectwa, i… urodą. 23-letni oficer saperów, z pochodzenia Polak, trafia do szpitala już w maju 1915. W wybuchu granatu stracił dwie trzecie prawej nogi i ponad połowę lewego przedramienia. Odłamek uszkodził mu też prawe oko, dlatego ciągle je mruży i lekko zezuje.

Ma bóle fantomowe i nie można mu dobrać odpowiedniej protezy, więc porusza się na szczudłach. Ale głównie leży. Ożywia się na widok Katarzyny. Dużo rozmawiają, a pielęgniarki się śmieją: „Zakochana para”.

Strzemiński mimo swojej ułomności jest nadal atrakcyjnym mężczyzną. Ma charyzmę, niebieskie oczy i przenikliwe spojrzenie. Brak ręki i nogi zdają się szczegółami pozbawionymi znaczenia. Ma też poczucie humoru, inteligencję i determinację – można odnieść wrażenie, że pokona wszystkie przeciwności.

A przy tym wszystkim jest męski i cholernie silny. Kilka lat później, już w Polsce, cała wieś będzie się zbiegała, żeby popatrzeć na jego poranne ćwiczenia – potrafił kilkadziesiąt razy z rzędu podciągnąć się na jednej ręce na drążku.

W moskiewskim szpitalu Katarzyna i Władysław zdążyli poznać się na tyle, by przekonać się nawzajem, że nie można żyć po to, aby spełniać oczekiwania innych. Trzeba żyć dla siebie. To co, że rodzice Katarzyny życzyli sobie, żeby zdała na medycynę, a Władysław jako inżynier miał piąć się po drabinie społecznej. Wojna zmieniła wszystko. Większość rannych leży w moskiewskim szpitalu z poczuciem, że ich życie jest w jakimś sensie skończone. Władysław – przeciwnie, czuje, że jego życie dopiero się zacznie. Namawia Katarzynę, aby spełniła swoje marzenie i zdawała na rzeźbę. Skutecznie. We wrześniu 1917 roku Kobro wstępuje do Moskiewskiej Szkoły Malarstwa, Rzeźby i Budownictwa. Studia pochłaniają ją całkowicie. Do tego stopnia, że… przestaje odwiedzać rannych. Jednak po latach, już

w Łodzi, Strzemiński powie przyjacielowi, malarzowi Stefanowi Wegnerowi, że to właśnie dzięki spotkaniu z Katarzyną w moskiewskim szpitalu i jej decyzji on sam zajął się później sztuką.

strzem
Muzeum sztuki w Łodzi

Na zdjeciu: Władysław Strzemiński robił wielkie wrażenie na kobietach: urodą, charyzmą, ok. 1930 r.

Smoleńsk 1921

Wszyscy przyjaciele Kobro – Chagall, Malewicz, Kandinsky, Rodczenko – wyjeżdżają z Moskwy do Smoleńska i okolic. Ona w końcu też daje się namówić. Kiedy koledzy przedstawiają ją polskiemu artyście, który kompletnie uwiódł środowisko rosyjskiej awangardy, oboje wybuchają śmiechem. Ależ ten Władysław jest przystojny! Żeby jeszcze tylko zgolił te wąsy (zgoli). A ona – w nowej, krótkiej fryzurze (chorowała na tyfus plamisty, w szpitalu obcięli jej warkocz) – wygląda jak chodząca definicja awangardowej artystki. „Była bardzo atrakcyjną dziewczyną. Miała świetną figurę, szaroniebieskie oczy, zmysłowe pełne usta i gęste, brązowe włosy” – pisała we wspomnieniach jej córka, Nika Strzemińska.

W Smoleńsku Katarzyna i Władysław stają się nierozłączni. Oboje niezwykle utalentowani, bezkompromisowi, społecznicy. Z własną oryginalną wizją sztuki i jej miejsca w życiu społecznym. Oboje nigdy nie sprzedali ani jednej pracy, nawet w najtrudniejszych czasach. Świadomie, dla zasady, bo sztuki przecież nie można wycenić. Wszystko oddali muzeom, żeby było dostępne dla każdego, nie dla nielicznych. Dziś ich dzieła zaliczają się do ścisłej czołówki najbardziej pożądanych w prywatnych kolekcjach. Rzeźb Katarzyny zachowało się tak niewiele, że kiedy pojawiają się na aukcjach, osiągają zawrotne sumy dochodzące do miliona złotych.

„…a poza tym wyszłam za mąż” – pisze do matki Katarzyna. Jest artystką, kobietą nowoczesną, ostatnie, czego chce, to posądzenie o romantyzm czy sentymentalizm. Ale musi kochać Strzemińskiego do szaleństwa. Jak inaczej wytłumaczyć, że wbrew woli rodziców, mając 23 lata, poślubiła ciężko okaleczonego mężczyznę z niższej klasy społecznej i wyjechała za nim do obcego kraju? Do Polski. Żyją w biedzie, ale żyją sztuką. I razem. To ma dla nich sens.

Chałupy 1928

W końcu jednak zaczyna być lepiej. Na tyle, że jadą na pierwsze wspólne wakacje. Oboje są już przecież w Polsce dobrze znanymi artystami. Należą do awangardowych grup Blok i Praesens, biorą udział w wystawach, udzielają wywiadów, piszą artykuły o teorii nowej sztuki, obracają się w środowisku najwybitniejszych artystów epoki – przyjaźnią się z Przybosiem i Witkacym. Zdobywają pierwsze nagrody, także pieniężne. No więc stać ich i jadą do Chałup. Hel jest jeszcze wtedy terenem dziewiczym, nieodkrytym przez turystów. Wynajmują pokój w rybackiej chacie. Są szczęśliwi.

Czas spędzają na pustej plaży – Katarzyna jest świetną pływaczką. Władysław z dumą obserwuje ją z lądu. Cały czas pracują nad wspólną książką pod tytułem „Kompozycja przestrzeni. Obliczenia rytmu czasoprzestrzennego”. Ona źle pisze po polsku, więc on pisze za siebie i poprawia po niej. W Chałupach towarzyszy im tylko Fina, skundlony owczarek nizinny Katarzyny. Przed ślubem Władysław postawił twardy warunek: żadnego dziecka. Stąd Fina – w zastępstwie. I Katarzyna traktuje ją jak dziecko – nosi na rękach, karmi na równi ze sobą i Władysławem. Dwa lata później przez Polskę przeszła epidemia wścieklizny. Gdy Fina zachorowała, Katarzyna nie pozwoliła jej uśpić. Do końca ją pielęgnowała, z narażeniem własnego zdrowia. I długo nie mogła pogodzić się z tą stratą.

przybos
Muzeum sztuki w Łodzi

Na zdjęciu: Julian Przyboś, Władysław Strzemiński i Katarzyna Kobro, on w uszytej przez nią koszuli, ona w kostiumie jego projektu, 1931 rok.

Łódź 1931

Spełnia się największe marzenie Strzemińskich. W Łodzi zostaje utworzona Międzynarodowa Kolekcja Sztuki Nowoczesnej, o której powstanie oboje zabiegali od lat:

„Grupa artystów sztuki nowoczesnej (…) podejmuje się zebrania kolekcji dzieł sztuki, obrazujących rozwój i stan obecny sztuki nowoczesnej polskiej i zagranicznej”.

Początek jest skromny – w sali muzealnej zgromadzono zaledwie 20 eksponatów, w tym Katarzyny i Władysława. Ale rok później jest już ich kilkakrotnie więcej.

Na otwarciu galerii Katarzyna i Władysław rzucają się w oczy. On w koszuli a la Słowacki z dużym kołnierzem – uszyła ją Katarzyna. Ona w kolorowej sukience, wełnianych kolorowych rajstopach i czapeczce przypominającej czepek pływacki – wszystko to zaprojektował dla niej Władysław. Na ręku trzyma Finę. Od tego momentu Strzemińscy stają się ikonami polskiej awangardy – ona, rzeźbiarka wyprzedzająca epokę, on, twórca unizmu, piękna i kaleka, i tacy w sobie zakochani.

Łódź 1936

W listopadzie, trzy miesiące przed planowanym terminem, Katarzyna rodzi córkę Nikę. Lekarze nie dają jej dużych szans – niełatwo było wówczas utrzymać przy życiu wcześniaka. Przez pierwsze dwa lata życia Nika jest bardzo chorowita. Katarzyna poświęca jej cały swój czas. Ale Władysław też wymaga opieki – trzeba pomóc mu się ubrać, każdy posiłek kroić na drobne, gotowe do zjedzenia kawałki, smarować chleb, myć pędzle, ostrzyć ołówki. Dopiero teraz Katarzyna zaczyna zdawać sobie sprawę, że ciężkie kalectwo, nawet jeśli dotknie tak niepospolitego człowieka jak jej mąż, musi zostawić niezatarty ślad na psychice.

Władysław, dotychczas jedyny obiekt opieki Katarzyny, czuje się odrzucony i zaniedbany przez żonę. I to najwyraźniej jest początek końca. „On nigdy nie chciał dziecka – Katarzyna pisze w liście do siostry. – Jego matka mówiła, żebym nigdy nie miała dziecka, żebym się tylko troszczyła o Władka. I ten Władek był dla mnie dzieckiem”.

Od momentu pojawienia się na świecie Niki wszystko się między nimi zmienia.

„Chciałaś, to masz. Ale kto powiedział, że dziecko zwalnia cię z innych obowiązków?!” – Władysław nie kryje roszczeniowego stosunku do żony. Kiedy zimą nie mieli co jeść, to była jej wina. Teraz już zawsze wszystko będzie jej winą.

Ich mieszkanie zmienia się w szpital pediatryczny: ciągłe wizyty lekarzy, kolejne mamki, bo Kobro bardzo wcześnie traci pokarm. I ten nieustający płacz małej Niki. Dla Władysława to nie do zniesienia.

„Dziecko było czymś zatrute. Chorowało i chorowało. Doprowadziło mnie do wyczerpania – przyznaje Katarzyna w liście do siostry. – Nika nie miała niemowlęctwa. Do drugiego roku życia bezustannie krzyczała. Nikt oprócz mnie nie potrafił jej ukołysać. To był koszmar. To było okropieństwo. Znajomi z rzadka bywali u nas w domu”. A kiedy ten koszmar się kończy, nadchodzi wojna.

kobro
Fot. Muzeum sztuki w Łodzi

Na zdjęciu: Katarzyna Kobro z suczką Finą, 1930 rok. 

Wilejka, 1939

Strzemińscy uciekają przed Niemcami na Kresy. Jest zima, 45 stopni mrozu. Kobro chodzi po domach i żebrze o drzewo na opał. Za masowanie stóp sparaliżowanej staruszce dostaje mleko dla Niki.

„W tym okresie mojego życia ustanowiłam światowy rekord – przez dziewięć miesięcy obywałam się bez pończoch. Strzemiński spał na łóżku z siatką, siennikiem i baranicą, a przykrywał się kocem. Ja i Nika na żelaznych prętach. Nakrywałam nas płaszczem. Do pracy w gimnazjum woziłam go jak koń, na sankach. I wiele można by o tym mówić” – pisała do siostry.

Z tamtego czasu zostaną jej pamiątki – sine plamy na nogach i blizny na dłoniach – efekt licznych odmrożeń. Nędza i groźba wywózki na Syberię zawracają ich do Łodzi.

Podczas spisu ludności Katarzyna namawia Władysława, żeby podpisali listę rosyjską. Dla niej to naturalne, bo chociaż po mężu przyjęła polskie obywatelstwo, to czuje się Rosjanką. Poza tym – najważniejsze jest dobro Niki, a lista to lepsze kartki na żywność. Władysław ulega żonie. I już następnego dnia nie może jej tego darować. Bije ją szczudłami, bo jak inaczej? Ona mu nie oddaje, bo jak to: uderzyć kalekę? Któregoś dnia zaszczuta wyrzutami męża, że nie zadbała o opał i nie ma na czym ugotować jedzenia dla dziecka, rąbie swoje drewniane rzeźby. Może to akt rozpaczy, a może buntu. Prowokacyjny gest wymierzonyw Strzemińskiego:

„Popatrz, gdzie mam sztukę, jedyną rzecz, na której ci zależy. Popatrz, do czego mnie doprowadziłeś!”. Potem już nigdy nie rozmawiają na ten temat. W ogóle prawie już ze sobą nie rozmawiają.

Łódź 1948

Po wojnie wszystko psuje się coraz bardziej. I Kobro w końcu odchodzi. Zabiera Nikę. Od tego momentu w rozmowach ze wspólnymi znajomymi Władysław nazywa ją pogardliwie „von Kobro”. Dręczy Katarzynę pozwami sądowymi. Najpierw próbuje odebrać jej prawo do opieki nad córką, potem donosi na nią prokuraturze, że w czasie wojny dopuściła się „odstępstwa od narodowości polskiej”, czyli zdrady (sam zaraz po wojnie uzyskał od prokuratury postanowienie o zaniechaniu ścigania go z tego paragrafu).

Kiedy Kobro próbuje zapisać się do nowo utworzonego Związku Plastyków, Władysław, jako jeden z ważniejszych jego członków, stanowczo się sprzeciwia. To nie tylko formalność, to wielki cios. W socrealistycznym PRL-u niezrzeszona artystka nie ma prawa pracować. Zostaje jej tylko córka. Aby zarobić na życie, szyje i sprzedaje na czarno zabawki.

13 czerwca 1948 roku to jedna z najważniejszych dat dla środowiska artystycznego Łodzi. Otwarcie Muzeum Sztuki, którego kolekcję Władysław przygotowywał od lat. Katarzyna wie, że jej rzeźby i swoje obrazy umieścił w jednej sali – zaprojektowanej przez niego „sali neoplastycznej”. Dostaje zaproszenie na otwarcie, ale nie idzie. Później często odwiedza muzeum, woźny wpuszcza ją za darmo. W sali neoplastycznej potrafi siedzieć godzinami. Przygląda się swoim rzeźbom i jego obrazom.

Łódź 1951

Jest luty, mroźna ta zima, a w piecu nie ma czym palić. Przecież Katarzyna spaliła już wszystkie swoje rzeźby. Poza tym nie ma siły wstawać z łóżka. Lekarze dają jej najwyżej kilka tygodni życia. Jest przeraźliwie chuda. 15-letnia córka Nika wzywa na pomoc pielęgniarkę – sama nie potrafi już zrobić mamie zastrzyku z morfiny, skóra jest za cienka, za blisko kości. Wizyta Władysława jest dla obu niespodzianką. Nika się cieszy, liczyw duchu na to, że przed odejściem mama pogodzi się z ojcem. Przecież wciąż bardzo się kochają. Wychodzi do sklepu, żeby dać im czas na rozmowę.

Kiedy wraca, już na schodach słyszy ich krzyki. Otwiera drzwi – oboje milkną. „Nie waż się przyjść na mój pogrzeb” – to ostatnie słowa, jakie Katarzyna wypowiada do męża. Wezwane wbrew jej woli pogotowie zabiera ją do przytułku dla nieuleczalnie chorych. Umiera tam kilka dni później, 21 lutego 1951 roku. W spadku zostawia nastoletniej Nice kilka ostatnich gipsowych rzeźb i złote koronki z przednich zębów, które sama zerwała w przeddzień śmierci.

Zgodnie z życzeniem matki Nika nie mówi ojcu o jej pogrzebie. Trafia do domu dziecka. Władysław ją odwiedza, pyta: „Dlaczego nie dałaś mi znać? Położyłbym na jej grobie niebieskie kwiatki…”. Dlaczego niebieskie, nie powiedział. Umiera dwa lata później.

Korzystałam z książek Niki Strzemińskiej „Sztuka, miłość i nienawiść” (Scholar, Warszawa 2001) oraz Małgorzaty Czyńskiej „Kobro. Skok w przestrzeń” (Czarne, Warszawa 2015)

***

Tekst o Katarzynie Kobro i Władysławie Strzemińskim ukazał się w „Urodzie Życia" 2/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Ewa Błaszczyk
East News

Ewa Błaszczyk: „Gdybym skupiała się na tym, co było, albo na tym „dlaczego?”, nic bym nie zyskała” 

Ewa Błaszczyk, wspaniała polska aktorka, założycielka i prezeska fundacji Akogo? w rozmowie o nadziei i działaniu.
Anna Maruszeczko
15.10.2020

„Jak żyć, to się zabierzmy do życia, pomyślałam. I otworzyłam wszystkie drzwi. Nie uważam, że należy umrzeć, bo ktoś odchodzi. Jeśli ta osoba, która odeszła, cię kochała, to nie chciałaby, żebyś trwała w rozpaczy. Poza tym ludzie, którzy wyszli z komy, opowiadają, że tam, gdzie byli, było tak fajnie, że nie chcieli wracać, więc też takiej osobie musisz dać powód, żeby chciała wrócić. Musisz coś zaproponować” – mówi Ewa Błaszczyk– aktorka, prezes Fundacji Akogo?.  Rozmowa z Ewą Błaszczyk ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2016 Anna Maruszeczko: W maju w Klinice Neurochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Olsztynie odbyły się cztery nowatorskie operacje zwiększające szanse na wybudzenie pacjentów. Implanty elektryczne, wszczepione do kręgosłupa na poziomie C2, C4, mają bodźcować mózg. Fundacja Akogo? dostała te operacje w darze od Japończyków. Twoja Ola od dwóch miesięcy ma ten implant. Widać poprawę? Ewa Błaszczyk: To są drobniusieńkie rzeczy. Mniejsza spastyka w lewej ręce, lepsze trzymanie głowy, podążanie głową za dźwiękiem. Na efekty trzeba czekać. To jest proces.  Mikrozmiany? Profesor Isao Morita, który wszczepiał stymulator Oli, powiedział, że pacjenci operowani w Japonii po tych zabiegach byli w stanie samodzielnie jeść, pić, nawiązywali kontakt z otoczeniem... Oczywiście nie wszyscy. Ewo, widziałam, że ty, na zewnątrz siła spokoju, popłakałaś się przy tym Japończyku. Ze szczęścia?  Gdy masz do czynienia z naukowcem, który pracuje z pasją, to czujesz, że jesteś bliżej celu. Dlatego nie wytrzymałam, jak Morita zaczął mi mówić, ile razy w Japonii patrzył na zdjęcia, na dokumentację Oli, jak kombinował, co można zrobić. Kocham w...

Czytaj dalej
dymna
Fot. Jan Zych/Archiwum Anny Dymnej

Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”

Gdy Dymny zmarł, myślała, że i ona za chwilę umrze, „bo życie bez niego nie jest po prostu możliwe”.
Marta Strzelecka
13.10.2020

Był cudownym artystą, ale też pił, urządzał bójki, znikał. Ona  mówiła, że jak się kocha, to nic nie jest ważne, że z nim wszystko wytrzyma. Anna i Wiesław Dymni przeżyli razem 7 lat, przez 6 lat byli małżeństwem. Poznali się na planie filmu w 1969 roku, choć przelotnie widzieli się już wcześniej. Ona pamięta go jako pijanego mężczyznę, o którym ktoś powiedział: „A to jest taki Dymny z Piwnicy pod Baranami”. On zachwycał się jej urodą w kinie. W 1969 roku spędzali razem dużo czasu, pracując przy filmie „Pięć i pół bladego Józka” Henryka Kluby, do którego Dymny napisał scenariusz. Cenzurze nie podoba się ta fabuła – pełna buntu i wolności historia o gangu motocyklowym dowodzonym przez dziewczynę. Ania gra główną rolę. Ekipa mieszka w pałacyku niedaleko Płocka. Jest sroga zima, więc rzadko wracają do domów, do Krakowa. Anna Dymna: „Wzięłam goździki, pocałowałam go w policzek” Ich pierwszy długi kontakt w tej pracy wydaje się intymny i ważny, ale ani on, ani ona nie opowiadali o tym publicznie: Dymny na potrzeby sceny filmowej maluje nagie ciało Ani w kwiaty. Za to drugie spotkanie przechodzi do legendy. Jest noc, Anna próbuje zasnąć, a pijany Wiesław na korytarzu gra w ping-ponga. Wtedy po raz pierwszy jej naiwność zderzyła się z jego brutalnością. „Wyszłam i zapytałam, czy mogą przestać grać – wspomina. – Przyszedł do mnie do pokoju z butelką i coś powiedział, wplatając słowo »kurwa«; ja teraz wiem, że to był przecinek i można to w dobrej wierze powiedzieć. Ale wtedy byłam tak przerażona, że go strzeliłam w łeb, bo myślałam, że to o mnie. I on mi oddał, podbił mi oko”. Przerażona – bardziej tym, że uderzyła, niż tym, że dostała cios – natychmiast wyjechała. Kiedy wracała, na...

Czytaj dalej
WIĘŹ DOROSŁEJ CÓRKI Z MATKĄ MOŻE UTRUDNIAĆ ŻYCIE.
Adobe Stock

Jak pomóc osobie z depresją? Zobacz, czego nie mówić nigdy!

Jak wspierać osoby chore na depresję? I przede wszystkim jak należy to zrobić, aby pomóc, a nie zaszkodzić? Do tego potrzebna jest wiedza na temat samej choroby oraz zrozumienie dla sytuacji, w jakiej znalazła się bliska nam osoba.
Karolina Morelowska-Siluk
12.10.2020

Z sondażu przeprowadzonego przez dom badawczy Synergion wynika, że 80 procent Polaków czuje niedosyt wiedzy o chorobie, jaką jest depresja , jej objawach i sposobach leczenia. Patrzymy na naszych wciąż „smutnych” bliskich i bezradnie, „ślepo”, próbujemy jakoś im pomóc. Ale, by pomóc choremu na depresję trzeba mieć wiedzę, przekonują psychologowie, psychoterapeuci i psychiatrzy. Brak wiedzy na temat choroby, brak empatii i zrozumienia może prowadzić tylko do pogłębienia choroby.  Jak pomóc osobie z depresją? Przede wszystkim zmień język Mimo że depresja to realne cierpienie, przez wielu jest bagatelizowana i sprowadzana do zwykłego obniżenia nastroju, chwilowej fanaberii lub po prostu lenistwa. Jak bardzo mylą się ci, którzy nie dają wiary, że depresja to bardzo poważna choroba, próbują przekonywać ci, którzy depresji doświadczyli. „Mam jednak teorię – chociaż może to tylko marzenie – że każdy lęk ma swoją granicę: docierasz do poziomu, w którym już nic nie jest w stanie przerazić cię bardziej. Reaguje tylko ciało, które zaczyna zachowywać się inaczej – tak pojawia się depresja. A w depresji się poddałem. Leżałem i myślałem: niech zjawi się tygrys i mnie pożre” – tak swoją chorobę opisywał reżyser Lars von Trier. Jeśli nawet nie próbujemy bagatelizować choroby bliskiej nam osoby, często szkodzimy jej formą naszej pomocy. Mamy złudne przekonanie, że musimy „potrząsnąć” chorym i z naszych ust płyną zdania, które nigdy nie powinny być kierowane do chorego na depresję. Do zdań, których unikać należy jak ognia, należą m.in.: „Weź się w garść”, „Inni mają gorzej”, „Nie możesz tak ciągle się nad sobą użalać”, „Weź się do...

Czytaj dalej