Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”

Odniosła zawodowy sukces, jej córka powoli dorasta, a ona na nowo uwierzyła w miłość. „Teraz mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte sztylety”, mówi królowa polskiego kryminału.
Marta Strzelecka
28.05.2020

Jest jedną z najpoczytniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich pisarek. Znaki szczególne? Długie blond włosy i sukienki – zawsze o tym samym kroju. Jednak to nie wygląd sprawił, że jest uznawana za królową polskiego kryminału. Tylko talent, wytrwałość i wyjątkowa odwaga, którą pisarka skromnie nazywa „niefrasobliwością”. Chociaż w swoich książkach kryminalnych Katarzyna Bonda pisze o przemocy, bólu i zbrodniach, to praca nad pierwszym romansem okazała się na tyle niebezpieczna (dosłownie – pisarce grożono) i obciążająca emocjonalnie, że nie mogła jej skończyć przez kilkanaście lat. „Zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność”, przyznaje Bonda. Pierwsza część trylogii romantycznej „Miłość leczy rany”, ukazała się wreszcie pod koniec 2019, a autorka zadedykowała ją byłemu partnerowi, który – jak mówi – przywrócił jej wiarę w miłość. Teraz Katarzyna Bonda wraca do kryminalnych korzeni i razem z psychologiem sądowym Bogdanem Lachem napisała reportaż „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera”.  

Marta Strzelecka: W tym słonecznym mieszkaniu pisze pani o zbrodniach?

Katarzyna Bonda: Mieszkam tu od niedawna, od ponad roku. I tak się składa, że właśnie tu skończyłam pracować nad moją pierwszą książką o miłości. Najwięcej słońca wpada do gabinetu, jest w nim naprawdę jasno. Kiedy weszłam do tego mieszkania po raz pierwszy, poczułam się jak w domu. Wcześniej żyłyśmy z córką w mniejszej przestrzeni, wszystko w jednym pokoju, wszędzie książki. Pisałam w nocy, siadałam przy biurku, kiedy dziecko zasypiało. Teraz ma swój pokój.

Nie ma tu pokoju dla męża?

Nie ma, ale nie wykluczam. Wystarczy tylko zmienić aranżację wnętrza. Wierzę w miłość. Kiedy kupowałam to mieszkanie, nie czułam takiej wiary, nie myślałam o miejscu dla mężczyzny. Wtedy trzymałam się postanowienia, że będę sama. Rozglądałam się po tej przestrzeni i planowałam: tu będzie gabinet, tam miejsce dla Niny, kuchnia, garderoba. Pogodziłam się z życiem bez partnera, więc może to trochę dziwne, że trwając w tym przekonaniu, wymyśliłam trylogię z tytułami „Miłość leczy rany”, „Miłość czyni dobrym”, „Miłość pokonuje śmierć”. A potem zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność. Opisywanie sytuacji z kronik kryminalnych, strzelaniny czy brutalne porachunki nigdy nie były dla mnie problemem. Ale nasycenie opowieści miłością – tak. I sama nie wiem, czy to Remi [Remigiusz Mróz – red.] otworzył mnie na pisanie tej książki, czy odwrotnie – historia miłosna, jaką wymyśliłam na potrzeby powieści, otworzyła mnie na niego. Nie chcę zresztą roztrząsać tych mechanizmów. Nie jesteśmy już razem. 

Samotne macierzyństwo

Dlaczego nie pisała pani wcześniej o miłości?

Bo nie pamiętałam już, jak to jest kochać. Ludzie wokół mnie żyją w długotrwałych związkach, nieustannie doświadczają życia z kimś, a ja – powiem to szczerze – po rozstaniu z ojcem Niny roztrzaskałam się kompletnie i przestałam wierzyć w miłość. Chyba właśnie z tego powodu przez lata nie budowałam długich związków. Co nie znaczy, że nie chciałam. Tylko zwątpienie w miłość połączone z moim trybem życia, w którym na pierwszym miejscu są córka i pisanie, nie były dobrym punktem wyjścia. Spotykałam ludzi, którzy nie zajmowali się zawodowo pisaniem, i zawsze moje wyłączanie się z rzeczywistości, na kilkudniowe sety pisania czy długie podróże promocyjne, okazywało się problematyczne. 

A przede wszystkim kiedy jest się samotnym wojownikiem – a każda samotna matka jest nim w jakimś stopniu – trzeba iść do boju, często po prostu nie ma czasu na związki. Codzienność domaga się ogarnięcia, trzeba być racjonalnym, a zakochanie raczej nie mieści się w tych ramach. Bo poza tworzeniem fikcyjnych historii na potrzeby książek myślę też o tym, żeby nie spóźniać się na pozaszkolne zajęcia córki, wiedzieć, jakie ma problemy, pomagać jej. Przynajmniej trzy razy do roku wyjeżdżamy na urlop. Zawsze córka podejmuje decyzję, co chce zwiedzić. Dlatego w wakacje nie pracuję. Niech pani znajdzie pracującą matkę, która ma taki komfort. Obie jeździmy konno. Dzięki dziecku odważyłam się usiąść w siodle i przełamałam swoje strachy. Szyjemy razem różne kapy i dziwne rzeczy, na przykład skarpety mikołajowe albo poduszki ze ścinków tkanin, które zostały z moich sukienek. Wymyślamy komiksy. Ja podpowiadam pomysły na fabułę, a córka je rysuje. Codziennie chodzimy razem na godzinny spacer z psem, bo mamy wilka ze schroniska, i wtedy prowadzimy rozmowy „głęboko życiowe”, zwykle przy tym rechocząc w głos. Mamy też rytuał czytania przed zaśnięciem. Po lekturze omawiamy dzień. No cóż, nie różnimy się chyba od innych rodzin. Tyle że nasza jest dwuosobowa, nie licząc psa. 

I myślę, że dopiero teraz, kiedy Nina ma 12 lat, jest coraz bliżej dorosłości, doczekałam się takiego momentu, że mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte w butach sztylety i odsłonić się. Nie przypadkiem właśnie teraz napisałam pierwszy tom trylogii o miłości i nie przypadkiem dotyczy on otwartości, ufności. 

Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Miłość po czterdziestce

Odsłonić siebie to znaczy dla pani odsłonić swoje słabości, wrażliwość?

Kiedy spotkałam ostatnio tego odpowiedniego człowieka, nie myślałam nawet o tym, na czym polega odsłanianie się. Po prostu czułam, że jestem rozumiana, w pełni akceptowana, bezpieczna. To było wzajemne i niezależnie od tego, jak się skończyło, było piękne. Zadedykowałam mu nową książkę, bo przywrócił mi wiarę w miłość. Czyli dał mi nowe życie. Uważam, że to wielki krok w moim emocjonalnym zagmatwaniu. 

Bo jestem poraniona, jak każdy z czterdziestką na karku. To normalne. I jak każda pisarka czy pisarz jestem też neurotyczna, kompulsywna, obsesyjna, pełna dziwactw, z których bierze się twórczość. I zawsze miałam poczucie, że nie chcę rezygnować z tych moich cech, nie chcę dostosowywać się do innych. A mężczyźni – ci, z którymi mogłam się związać w ciągu ostatnich lat – oczekiwali ode mnie, że publicznie pozostanę harpią, wojowniczką, bo to im schlebiało, a w domu – że będę przyjmowała postawę wiernopoddańczą, by oni nie czuli kompleksów. Nie chodzi o to, że nie chciałam gotować, sprzątać, utrzymywać domu w porządku. Jestem w tym świetna i uwielbiam dbać o dom. Po prostu moje życie nie jest zwyczajne. Pisanie książek to praca specyficzna, angażująca, wymagająca poświęceń osobistych, której sprzyja samotność, ponieważ nie da się przewidzieć tego magicznego momentu, kiedy fabuła cię wzywa. Ten zew nie może być zbagatelizowany, więc kiedy to się dzieje, dwudaniowego obiadu domowego nie będzie. Za to może być prosty makaron lub danie zamówione z restauracji. Nie potrafiłam też zaakceptować sytuacji, w której najbliższa osoba nie wierzy we mnie albo wręcz rzuca kłody pod nogi, poniża. Kiedy moje książki nie przynosiły jeszcze wielkich pieniędzy, więc czyjeś wsparcie finansowe, wspólne utrzymywanie mieszkania byłyby bardzo pomocne, słyszałam, że błądzę i powinnam zacząć żyć normalnie. Normalnie, czyli jak? Uznawałam, że skoro nasze regulaminy są rozbieżne, nie należy walczyć, tylko pójść swoją drogą. Z kolei kiedy miałam już stabilność i sukcesy na koncie, słyszałam, że jestem egoistką i kastruję kogoś, bo mam czelność być z siebie dumna. 

Dopiero drugi pisarz potrafił zrozumieć moją codzienność. I dopóki nie spotkam jeszcze raz człowieka, który nie tylko zrozumie moją inność, ale będzie ona dla niego walorem, który stanie ze mną ramię w ramię w tej specyficznej prozie codzienności, wolę być sama. Niepodległe życie w pojedynkę to nie to samo co samotność. Można żyć pod jednym dachem, ale być dotkliwie samotnym, bo nie czuje się akceptacji i traci się samego siebie. Na to się nigdy nie zgodzę. Teraz jestem szczęśliwa. Cieszę się każdym dniem, każdym drobiazgiem. Uważam, że wszystko, co mi się przytrafia, jest niezwykłe. Jestem za to wdzięczna opatrzności. 

Pochodzi pani z rodziny silnych kobiet? Takich, które wiele poświęcą, żeby żyć tak, jak naprawdę chcą?

Mama taka była. Uciekła z domu, bo chcieli ją wydać za bogatego starego rolnika. Pochodziła ze wsi. Wtedy w naszej rodzinie kształceni byli tylko chłopcy, a dziewczyny należało szybko wydać za mąż. Mama była piękna, mądra, miała ambicje. Ale pole jej rodziców graniczyło z polem sąsiada i to był zasadniczy powód zainteresowania moich dziadków nim jako mężem. Miała 18 lat, kiedy uciekła z domu, wyjechała do miasteczka, do Hajnówki. Żeby zarobić, projektowała i szyła stroje, dzięki tej pracy mogła opłacić stancję. Skończyła szkołę, potem studia chemiczne, w końcu została szefową laboratorium w zakładach drzewnych w miasteczku. Tworzyła własne receptury klejów, bardzo się tym fascynowała. Musiała odejść z tej pracy, bo zachorowała na raka. Pokonała chorobę, była potem szefową największej biblioteki w miasteczku, spędziłam w niej dużą część dzieciństwa. 

Tatę poznała w pociągu. Był młodszy od niej o osiem lat. Rozmawiali całą drogę. Kiedy wysiadał, powiedział, że będzie matką jego dzieci. Odnalazł ją, wzięli ślub, urodziłam się rok później. Miała wtedy 38 lat. Przeszła długą drogę kształtowania samej siebie. Moja droga budowania siebie też nie była krótka. I uważam, że wciąż jeszcze „jestem w procesie”. 

Swoją najnowszą powieść zaczęła pani pisać na początku tej drogi, kilkanaście lat temu. Kim pani wtedy była?

W środowisku literackim byłam nikim. Nie miałam pieniędzy, długi spłacałam, jak dostawałam honoraria za sprzedaż praw do adaptacji. Były takie sytuacje, że nie miałam na prąd. I działałam nieracjonalnie – zapożyczyłam się, żeby studiować scenariopisarstwo, jeździłam na zagraniczne warsztaty dla autorów. Teraz to wspominam jako coś absurdalnego i anegdotycznego, ale wtedy – pamiętam – znajomi, którzy wiedzieli, że nie mam kasy, a wydaję ją na lekcje pisania, patrzyli na mnie specyficznie. Nawet nic nie mówili, bo przecież musieliby powiedzieć, że jestem wariatką. Takie decyzje, polegające na stawianiu wszystkiego na jedną kartę, mogą albo zbudować, albo zniszczyć. Dziś wiem, że moje miały sens – gdyby nie te studia, kursy, prawdopodobnie nie stworzyłabym takiej serii o Saszy Załuskiej, jaką napisałam. I nie ugruntowałabym swojej pozycji na rynku wydawniczym. 

Wiedziała pani wtedy, że kryminały to w literaturze najlepszy sposób na sukces?

Nie spodziewałam się, że aż tak dobry, chociaż wiem, że dziś być może brzmi to mało wiarygodnie. W Polsce kobiety nie pisały wtedy kryminałów. Zajęłam się tym gatunkiem, bo było mi do niego najbliżej po moich doświadczeniach dziennikarskich, czyli tekstach dochodzeniowych, reporterskich. Nawet ludzi, którzy są pierwowzorami bohaterów mojej najnowszej książki, poznałam 18 lat temu jako dziennikarka. Pisałam wtedy o nich. Tak więc pisanie kryminałów to u mnie naturalna kolej rzeczy, żaden dokładnie przemyślany projekt marketingowy. Kiedy przyszły pierwsze pieniądze ze sprzedaży „Pochłaniacza”, czyli pierwszego tomu mojej drugiej kryminalnej serii, poszłam do banku i powiedziałam, że chcę spłacić kredyt mieszkaniowy. Pani w okienku zapytała: „Ale jaką część?”. Odpowiedziałam: „Wszystko”. I to był jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu. 

Natychmiastowe poczucie bezpieczeństwa. Tyle lat odmawiania sobie różnych rzeczy, nieustających problemów z pieniędzmi, aż w końcu moja praca dała mi prawdziwą niepodległość, spokój. 

Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Niebezpieczne związki

Zanim to się stało, pojechała pani do Kazachstanu, żeby zbierać materiały do powieści, która ukazuje się dopiero teraz. Co wtedy pociągało panią w tym kraju?

Z jednej strony historie, które budują kryminały, czyli strzelaniny, zbrodnie, a z drugiej wiara Kazachów w honor, niepodległość, magię. Wcześniej napisałam kilka artykułów o ludziach, którzy są teraz pierwowzorami bohaterów powieści „Miłość leczy rany”, czyli o wielkiej miłości polskiej dziewczyny i jogina, znachora z Uralska, który popełnił zbrodnię. 

Jakiś czas przygotowywałam się do tego wyjazdu do Kazachstanu, zorientowałam się, że dziennikarze z innych krajów nie są tam mile widziani i wyjechałam mimo ostrzeżeń. Na miejscu powiedziano mi, że mój telefon będzie podsłuchiwany. Ale przywiozłam niesamowity materiał – rozmawiałam z szamanką, odwiedziłam wzgórza, które nazywają „miejscami mocy”.

Dlaczego nie napisała pani wtedy tej książki?

Po powrocie do Warszawy dysk w moim komputerze został zniszczony. Kupiłam nowy laptop, ktoś znów włamał się do niego. Zadzwoniłam do ludzi z Fundacji Dialog, zajmującej się między innymi ochroną praw człowieka, pytając, dlaczego jacyś ludzie z Kazachstanu interesują się moją pracą. Rozumiałabym to, gdybym była ważną dziennikarką piszącą do opiniotwórczej gazety. Usłyszałam, że w tamtych rejonach książka jest bardziej niewygodna niż artykuł. Zaczęłam się bać. Ale dopiero kiedy ktoś anonimowy powiedział mi przez telefon, że śledzi moje dziecko, poczułam grozę. Nigdy wcześniej nie czułam takiego strachu. Mój kolega policjant, który badał sprawę tych zniszczonych dysków, powiedział: „Kasia, bardzo cię proszę, odczep się od tej historii, bo dopóki tobie albo komuś z twojej rodziny nic się nie stanie, nie mogę nawet przyjąć zgłoszenia o przestępstwie”. Zatem z jednej strony czułam lęk, byłam złamana, wściekła i ogarniał mnie gniew, a z drugiej chciałam koniecznie napisać tę książkę. Ale nie mogłam, bo wiedziałam, że nie mogę ryzykować bezpieczeństwa córki. A poza tym wszystkim miałam podpisaną umowę na książkę, zaliczkę wydałam na wyjazd do Kazachstanu, nie mogłam jej oddać, bo nie miałam pieniędzy. Całą noc pisałam rodzaj konspektu, żeby udowodnić wydawcy, że nie wycofuję się bez powodu. Z tym tekstem poszłam do wydawnictwa, opowiedziałam wszystko. Usłyszałam: „Nie musi pani oddawać zaliczki, niech pani napisze coś innego”. W cztery godziny stworzyłam konspekt serii powieści o Saszy Załuskiej. Nie wiem, jak to się stało. Wymyśliłam wszystkie cztery tomy, portret psychologiczny, sekret postaci, wszystko złożyłam. Tego samego dnia podpisałam nową umowę. Tak się narodził mój bestseller. 

Pojawia się Sasza Załuska

To był rok najważniejszych decyzji?

Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy, tak mi się wydaje. Choć nie chodziło przecież o moje decyzje, tylko o zbieg nieszczęśliwych okoliczności. Nie wiem, czy gdybym wtedy napisała tę książkę o Kazachstanie, byłaby dobra, czy przyniosłaby mi stabilność w świecie literatury. A jednocześnie gdybym wtedy nie podeszła uczciwie do dokumentacji, dziś „Miłość leczy rany” też nie byłaby taka, jaka jest. 

Jednak podjęła pani wtedy decyzję, że literatura nie jest najważniejsza.

Pisanie nie może być ważniejsze od bezpieczeństwa mojego dziecka. Chociaż gdyby zapytała mnie pani o moje teoretyczne podejście do tej sprawy, co wybieram: literaturę czy bezpieczeństwo, nie odpowiedziałabym, że to drugie. Zawsze byłam egoistyczna. I jestem. Większość matek nie brnęłaby w szukanie materiałów do książki, gdyby wiedziała, że ją podsłuchują, próbują zastraszyć. Trzeba naprawdę być nieźle porąbanym, żeby w to wchodzić. A ja zawsze byłam niefrasobliwa, delikatnie mówiąc. Nie należę do ogarniętych, planujących rozważnie, biorących przy tym pod uwagę swoje budżety. To nie ja. Wybieram sztafety, w których jest dużo przeszkód do pokonania, licząc na to, że na końcu pojawi się nagroda. 

Nieźle pani na tym wychodzi.

Można tak powiedzieć. Może czytelnicy czują moje upodobanie do ryzyka? Bo moje książki nie sprzedają się przecież dlatego, że zarzucam blond włosami w telewizji albo na zdjęciach. Mówi się, pisze o tym, jak wyglądam, ale to po prostu mój sposób na okazywanie szacunku czytelnikom. Na początku przychodziłam na spotkania autorskie w spodniach i marynarkach, jak do pracy. Ale kiedy zobaczyłam pewnego razu pełną widownię teatru, tylu ludzi, którzy zorganizowali sobie czas, przyszli tam specjalnie dla mnie, pomyślałam, że skoro dla nich to jest ważne wydarzenie, ja też powinnam im pokazać, również strojem, że traktuję tę sytuację wyjątkowo. 

Jednak przy tym wszystkim uważam, że dobra sprzedaż książek nie wynika wyłącznie z marketingu. Wierzę w promocję, ale równie mocno w to, że czytelnicy odkrywają charakter autora między wierszami. W moich powieściach prawdopodobnie odczytują przede wszystkim szczerość i emocje, bo zawsze opowiadam historie, w które wierzę. Nie produkuję książek. A do tego nieustannie eksperymentuję. Teraz też podjęłam ryzyko – pisać romans, kiedy zostało się uznaną za specjalistkę od kryminałów? Są oczywiście w tej książce kałasznikowy i bardzo dużo trupów, ale nie jest to klasyczna detektywistyczna opowieść ze śledczym. Od kiedy piszę, słyszałam, że dobrze byłoby dostosować się do jakiegoś jasno określonego szablonu, gatunku. Tylko że ja nie jestem dobra w spełnianiu cudzych oczekiwań. Odkąd pamiętam, zawsze szłam własną drogą. 

Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Nina

Co panią dyscyplinuje?

Dziecko, zawsze tak było. Jako pisarka funkcjonowałam dotąd w mrocznych światach, bo takie wymyślałam. A córka daje mi światło. Dzisiaj spotkałam się z panią przed południem, Nina upiekła wczoraj ciastka, które jemy, ale gdyby nie to, siedziałabym teraz w gabinecie i waliła palcami w klawiaturę. Aż do 16 – wtedy córka wraca ze szkoły, a ja wychodzę ze swojej pieczary, czyli gabinetu, i zamieniam się w gospodynię jak z reklamy o idealnym domu. Gotuję obiadek, jedziemy z Niną na francuski lub na basen albo leżymy na kanapie i sobie gadamy. Córka żyje z pisarką od zawsze, bierze udział w mojej pracy, chcąc nie chcąc. Doskonale mnie rozumie i wiem, że jest ze mnie dumna. Co mnie wzrusza. Na przykład kiedy wie, że słabo idzie mi pisanie, wychodząc do szkoły, mówi: „Tylko dziś pracuj!”. Jest przy tym samodzielna, mądra jak na swoje kilkanaście lat.

Łączy was bardzo silna więź?

Bardzo, choćby dlatego, że wychowywałam ją sama, z pomocą niani. Kochamy panią Janinę jak prawdziwą babcię. Moją rolę w domu w pierwszych latach życia córki pamiętam jako przeskakiwanie pomiędzy dwiema rolami – kogoś, kto musi przynieść pożywienie, walczyć o bezpieczeństwo gniazda, ale też kogoś, kto przytuli, pocieszy, a poza tym jeszcze kogoś, kto jest totalnie niezależny, wolny – żeby móc tworzyć. Czasami myślę, że osiągnęłam perfekcję, ale bywają sytuacje, że kładę sprawę na całej linii, bo muszę jechać na dokumentację i nie docieram na wywiadówkę. Na szczęście moja córka jest dobrą uczennicą. A ja uważam, że nie stopnie są najważniejsze, ale dbam, by była przygotowana do sprawdzianów, miała odrobione lekcje, brała udział w akademiach, uczę się z nią wierszy. Chciałabym, by nie bała się mieć własnego zdania. Zresztą taki tryb życia wyniknął z naszej specyficznej sytuacji, z tego właśnie, że nigdy nie chciałam zgodzić się na bycie żoną, która pyta męża, czy może sobie zmienić fryzurę, albo czeka na niego przed telewizorem, kiedy strudzony przyjdzie z roboty. Sama mam jej w cholerę. Zasady świata, w którym funkcjonuję jako pisarka, ustaliła mi więc córka, dlatego zawsze powtarzam, że jej zawdzięczam w życiu wszystko. Piszę, odkąd moje dziecko żyje. Pracę nad pierwszą książką zaczęłam w 2004 roku, dziecko urodziłam w 2007, w tym samym, w którym ukazał się mój debiut. Nie wiem, co by było ze mną, gdybym nie miała córki. Egoizm mógłby mnie zgubić. Albo lenistwo, na które teraz zwyczajnie nie mogę sobie pozwolić.

A o mamie często pani dziś myśli?

Codziennie. I o tacie. Są moimi aniołami stróżami. Nawet gdybym chciała nie myśleć, choć nie mam powodu, i tak przypominałyby mi o tym przedmioty, którymi się otaczam. Mama zmarła półtora roku temu i odziedziczyłam jej bogatą kolekcję torebek i butów, które naprawiam, odnawiam i noszę. Po jej śmierci odkryłam całą szafę starych, pięknych materiałów, zgromadziła je jako krawcowa. I do dziś szyję z nich sukienki. Moja pierwsza, uszyta na spotkanie autorskie, była właśnie z jednego z takich materiałów. Wszystkie mają taki sam podstawowy krój, jak u świra. I dzięki nim czuję rodzaj połączenia z mamą. Wiem, że to głupio brzmi, ale przez to, że te materiały należały do niej, nie zdążyła ich wykorzystać, a ja coś z nich robię, jest w tym jakiś rodzaj siły. Chciałabym dać mojej córce podobne poczucie porządku, połączenia z kotwicą. Po tacie odziedziczyłam na przykład kolekcję zegarków. To są moje amulety. Kiedy ruszam do walki, zakładam zawsze jeden z nich.

Rozmowa z Katarzyną Bondą ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magdalena Łuniewska/Uroda Życia

Pięć najlepszych kryminałów – poleca królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda!

Choć właśnie wydała nową książkę i już intensywnie pracuje nad następną, zawsze znajdzie czas, by przeczytać dobry kryminał. Oto pięć książek, które poleca Katarzyna Bonda.
Anna Zaleska
19.05.2020

Właśnie do księgarń trafiła nowa, długo trzymana w tajemnicy książka Katarzyny Bondy „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera” (wyd. Muza). Rzecz dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. O ile bowiem nawet czytając najbardziej brutalny kryminał, możemy sobie powiedzieć: „Okej, ale to nie wydarzyło się naprawdę”, tym razem takiej możliwości nie będzie. „Motyw ukryty” to reportaż kryminalny pisany razem z Bogdanem Lachem, wybitnym polskim profilerem, specjalistą w dziedzinie przestępstw związanych z użyciem przemocy. Wciągające od pierwszej strony studium najciekawszych, a zarazem najbardziej wstrząsających spraw z archiwum psychologa śledczego. – Byli tacy sprawcy, takie ofiary, dokładnie takie motywy im przyświecały i takie ślady zachowania zostawili na miejscu zbrodni – opowiada mi Katarzyna Bonda. A jeśli po przeczytaniu tej książki zatęsknicie za fikcją i historiami, które nie wydarzyły się naprawdę, specjalnie dla czytelniczek „Urody Życia” królowa polskiego kryminału poleca pięć swoich ulubionych kryminałów. 1. „Ostre przedmioty”, Gillian Flynn (wyd. Znak Liternova) Debiutancka powieść autorki „Zaginionej dziewczyny”. W rodzinnym miasteczku dziennikarki śledczej Camille Preaker zostają zamordowane dwie dziewczynki, a ona otrzymuje zadanie opisania toczącego się śledztwa. Musi więc wrócić do Wind Gap, małej mieściny w stanie Missouri, z której uciekła, której szczerze nienawidzi i z której ma najgorsze wspomnienia. W dodatku nadal mieszka tam jej despotyczna matka. Katarzyna Bonda o „Ostrych przedmiotach”: Ta książka dotyka mnie szczególnie, nie tylko jeśli chodzi o wątek macierzyńsko-feministyczny oraz zbroję, jaką bohaterka musi nosić (i jaką noszą wszystkie bohaterki...

Czytaj dalej
bonda
mat. pras.

Konkurs Najlepsze dla Urody 2019 – wybory pisarki Katarzyny Bondy

Przedstawiamy kosmetyki wybrane przez pisarkę i jurorkę tegorocznej edycji plebiscytu Najlepsze dla Urody, które mimo wyjątkowej jakości nie zmieściły się w finałowej 20 laureatów konkursu.
Tomek Kocewiak 
02.04.2020

Nie wierzę w żadne cuda, natychmiastowe działania i poprawę jakości skóry w 15 dni. Nie chcę zatrzymywać czasu, bo wiem, że to niemożliwe. Nie po to chadzam do drogerii, by utwierdzać się w iluzji. Ale lubię eksperymentować i sprawdzać coraz to nowe rozwiązania technologiczne. Kiedyś puder niszczył cerę, dziś ma zdolność jej regeneracji. Czasami kupuję też kosmetyki ze względu na ich opakowania. Lubię, jak cieszą oko z półki mojej toaletki. Nie wstydzę się tego, bo uważam, że należy robić wszystko, by czynić samego siebie szczęśliwym. Życie składa się z drobiazgów. A czasami zakup nowego słoiczka z żelem z aloesu po prostu poprawia mi humor. Czy działa tak, jak piszą na etykiecie? Nie mam pewności. Wiem natomiast, jak reaguje moja skóra i co czuje ciało, kiedy używam danego produktu. I jest to doznanie czysto subiektywne. Raczej zmysłowe niż materialne – mówi Katarzyna Bonda.

Czytaj dalej