Kasia Nosowska: „Musiałam przystąpić do naprawy siebie”
Marlena Bielińska
#czytajdlaprzyjemności

Kasia Nosowska: „Musiałam przystąpić do naprawy siebie”

„Dotarło do mnie, że chcę żyć jak dorosła osoba”.
Magdalena Felis
04.01.2019

Piosenki Kasi Nosowskiej dla wielu są drogowskazami, jednak ona sama przyznaje, że w jej życiu nieraz takich drogowskazów brakuje, a rok, który poprzedzał nagranie płyty „Błysk”, był dla niej wyczerpujący. Przyniósł jej jednak samoświadomość i nowe postanowienia.

 

 
 – Jestem dosyć przytomna: wiem, jak minęło moje dzieciństwo, co było dalej, i wiem, że już jestem dorosła i chcę być dorosła. I kiedy skończyłam 40 lat, pomyślałam, że nie mogę chodzić w tych starych sandałkach i myśleć, że może to one mnie tak poobcierały, że jestem teraz aż taka niedoskonała – mówi Katarzyna Nosowska w rozmowie z Magdaleną Felis.
 
Test wiedzy na Dzień Matki! Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Pierwszy taki rok/ Gdy samotność znużyła mnie/ To pierwszy taki rok/ Gdy do normy wrócił mi puls” – śpiewasz w piosence „2015” z nowej płyty „Błysk”. Czy to znaczy, że miałaś dobry rok?

Okropny!  

 

Jak to?

Coś z tym rokiem było nie tak. Jakby takie dziwne coś przelazło przez naszą planetę. To rok pożegnań. Wiele moich relacji rozpłynęło się, jakby ich termin przydatności do spożycia minął. Inne nabrały większej masy, ustabilizowały się. Pół na pół. Rok wyczerpujący, bo musiałam ostro przystąpić do naprawy siebie. Narysowałam mapę swoich „odcisków” i postanowiłam po raz pierwszy w życiu wyraźnie i głośno, ale grzecznie poinformować, że tutaj proszę mnie nie naciskać, bo boli. Strasznie dużo czytałam tych nieszczęsnych książek, które mają sprzyjać rozwojowi duchowemu.  

Czytasz takie książki?!

Owszem! To ja kupuję te wszystkie poradniki! Już tak mam, że wchodzę do sklepu, gdzie wisi milion czarnych rzeczy i coś mnie woła, nie wiem co. Wyciągam jedną, nie mierzę, kupuję, wychodzę. I mam kolejną plandekę, w której się mogę schować. Tak samo z poradnikami – widzę nowość, otwieram na dowolnej stronie i już wiem, czy to będzie dla mnie. Jeśli nie, odkładam. Ale zanim wyrobiłam w sobie tę umiejętność, która mi oszczędza pieniądze, to przeryłam tego tony. I wiem, że czasem warto się przemęczyć, żeby znaleźć to jedno zdanie, które sprawia, że coś w głowie przeskakuje.

 

Przeskakuje i zmieniasz swoje życie?

Kupiłam kiedyś taką książkę „Sekret”, poradnik. Przeczytałam na jedno posiedzenie, w wannie. Mieszkaliśmy wtedy w małym mieszkanku na Ochocie. Wielka gwiazda Kasia Nosowska! (śmiech) W klitce. Była ładnie zmalowana, ale ciasna. Tak bardzo potrzebowałam wtedy jakiejś zmiany, że postanowiłam przyjąć, że ten „Sekret” działa, i już. Miesiąc później dzwoni do mnie Agata Kulesza: „Słuchaj, Kaśka, zapisz sobie telefon. Tu taka pani u mnie przez płotek sprzedaje mieszkanie”. Ja mówię: „Agata, to jest bardzo zły moment, my w ogóle nie mamy pieniędzy...”. Ale zaraz oprzytomniałam: „Podaj mi ten telefon, pojadę zobaczyć”. I jak tylko przekroczyłam próg, to wiedziałam, że kocham to mieszkanie. Mój partner Paweł miał to samo. Nie wiem, jak to się stało, ale natychmiast załatwiliśmy kredyt, który oczywiście nas teraz zabija, ale co tam! Może wygram kiedyś w totolotka, bo na muzyce nie umiem zarabiać.

 

To prawda, że dzięki poradnikowi ułożyłaś sobie relację z ojcem marynarzem?

„Radykalne wybaczanie” – ohydna okładka, słaby język, ale bardzo dużo zdań, które coś otwierają. Dotarło do mnie, że chcę żyć jak dorosła osoba, a nie wracać ciągle do przeszłości, która w relacji ojciec marynarz – córka bywa skomplikowana. Teraz nareszcie nasz układ jest taki, jak należy.

 

To dlatego nie lubisz terapii? Bo zmusza do grzebania w przeszłości?

Uważam, że coś jest nie tak w poświęcaniu tak nieprawdopodobnej energii na to, co – jak w moim przypadku – było wieki temu. Albo że tylko tam są odpowiedzi na pytania, dlaczego w jakichś sytuacjach daję ciała, albo dlaczego moje emocje są niewspółmierne do okoliczności. Jestem dosyć przytomna: wiem, jak minęło moje dzieciństwo, co było dalej, i wiem, że już jestem dorosła i chcę być dorosła. I kiedy skończyłam 40 lat, pomyślałam, że nie mogę chodzić w tych starych sandałkach i myśleć, że może to one mnie tak poobcierały, że jestem teraz aż taka niedoskonała.

 

I dlaczego rodzice nie kupili ci  nowych.

Jedyne, co mam do moich rodziców, to wdzięczność, że jestem. Gdyby nie to, co przeżyłam, nie byłabym sobą. I choć mam dużo do zrobienia, to uważam, że baza jest całkiem zacna, żeby podjąć wyzwanie dalszej naprawy siebie. Żeby być fajnym człowiekiem, kiedy przyjdzie się żegnać z planetą.

 

Ty się cieszysz, że jesteś Nosowską.

Wiesz, to jest wszystko świetnie skonstruowane. Życie. Na wszystkich etapach. A ten, w którym ja teraz jestem – superciekawy. Byleby tylko zdrowie było. A nawet jeśli nie... Jestem teraz w wieku, kiedy ciało zaczyna mówić. Jak człowiek jest młody, to nie ma świadomości, że się składa z narządów. Dopóki wszystko pracuje pełną parą. A teraz tu mnie coś zakłuje, tam mnie strzyknie. Ale to też ma sens!

 

Jaki?

Wydaje mi się, że łatwiej jest się rozstać z ciałem, jeżeli człowiek ma to szczęście, że żyje długo. Kiedy ono zmarnieje, skurczy się. Ludzie psioczą na starość, że jest niedołężna, powolna, ale przecież gdyby ciało było takie jędrne, sprawne, a nadchodziłby czas rozstania z nim, to byłoby jeszcze trudniej. Moja babcia miała 86 lat, kiedy odeszła. Nie chorowała – po prostu zasnęła, opuściła ciało we śnie. I kiedy jeszcze żyła, mówiła do mnie: „Wiesz, nie ma już na świecie nikogo, kogo znałam. Żadnych kolegów, koleżanek”. Ona wszystkich odprowadziła. Wszystkie znajome, z którymi siedziała na ławeczce pod blokiem. Myślę, że już była gotowa, spokojnie czekała.

 

A co jest takiego dobrego w dorosłości?

Że już niczego nie muszę. Muszę płacić rachunki i zaakceptować to, że świat jest w taki sposób urządzony, ale poza tym – nic nie muszę. Jeśli strasznie nie chcę zrobić czegoś, czego się ode mnie wymaga, to myślę: a zabiją mnie? Kto by chciał iść do więzienia za zabicie mnie?! Nie muszę też uwodzić świata, żeby spotkać miłość życia.

 

Bo chyba spotkałaś.

Absolutnie. Ale wciąż pracuję, chcę zbliżyć się do ideału miłości, żeby ona nie była ubezwłasnowolniająca dla mojego partnera. Jeśli coś się stanie i on będzie musiał zakochać się w kimś innym, to chcę umieć to zaakceptować. Był czas dla nas, będzie czas bez niego.

 

Ile lat jesteście razem?

15. Naprawdę długo. I ten związek nie jest martwy. My nie jesteśmy tylko współlokatorami, którzy płacą razem rachunki. To jest prawdziwe, bliskie. Niesamowicie mnie bawi, kiedy sobie przypominam, jakie ja przechodziłam w tym związku przemiany – np. kiedyś obrażałam się na tydzień po jakiejś głupiej sprzeczce. Już mi było nudno, że nie mówię do niego, bo chciałam się z nim podzielić, że coś widziałam albo przeczytałam, ale nie. Nie! Właśnie nie będę się dzielić! Więc milczałam i właściwie sama sobie wymierzałam kolejne baty, zmuszając się do milczenia.

Nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że w jakiejś kłótni jestem już śmieszna i nielogiczna, to i tak odwrót, przyznanie się do przesady są nieludzko trudne. Ale to się przewalcza. Tylko trzeba podjąć decyzję, że jestem panią siebie i mogę zdecydować: dobra, ja mówię A, on mówi swoje B, ale tak może zostać. Skoro uważam, że mam rację, to i tak jestem wygrana. Nie muszę teraz zaciekle walczyć, żeby on powiedział wreszcie „No, rzeczywiście” i wsadził sobie do saszetki moje zdanie. Ale kiedyś szalałam: tłumaczyłam, używając przenośni i przykładów, grzebałam w koszach z innymi historiami, żeby mu coś wytłumaczyć i potem jeszcze dotłumaczyć to, co już wytłumaczyłam... W końcu widziałam już tylko jego martwe spojrzenie. Bo oni są naprawdę inni. Jak jest za dużo słów, to faceci produkują jakąś błonę, która nas od nich odcina. Myślę, że to jest ich ochrona, żeby nie zwariować od nadmiaru informacji.

 

Teoria jest prosta, ale jak to przejść w praktyce?

Ja mówię A, on mówi B, ja przystępuję do ataku, a jestem  w tym dobra, potem on, a też jest w tym niezły. I nagle myślę sobie: ktoś musi odpuścić, bo to będzie trwało do końca świata. I dociera do mnie nagle: ja to muszę zrobić! Czy coś mi ubędzie, jeśli teraz powiem: „Kończę tę rozmowę”? Wtedy jednak trzeba wyjść do innego pomieszczenia, bo on mówi: „Ale chwileczkę!”. I ja mówię: „Zatrzymajmy się tu – masz swoje zdanie, ja mam swoje. Jutro, panie kochany, jutro pogadamy”. I on jest wtedy zły – przynajmniej tak było na początku, kiedy testowałam ten nowy sposób. Nie przestawał mówić, a to korci: on zarzuca haczyk, ja połykam od razu. Już mam gotowe świetne zdanie, żeby odpowiedzieć. Ale nie! Nie mówię. Nic nie mówię. I rano okazuje się, że to jest już w ogóle nieistotne. Albo trzeba spacyfikować wojnę miłością: jest masakra, widzę, że mamy złe miny, i wtedy biorę głęboki oddech, podchodzę, uwalam się na niego i mówię: „Kocham cię”. A dla niego to jest tak zaskakujące, taka czułość w trakcie wojny, że też mówi: „Ja ciebie też”. I nikt nie traci.

 

Paweł Krawczyk powiedział kiedyś, że czasem dopiero, jak przeczyta tekst twojej piosenki, to dociera do niego,co chciałaś mu powiedzieć. Jakby słyszał to wreszcie wyraźnie. Myślisz, że piosenki – jak wiersze – w szczególny sposób skupiają naszą uwagę na komunikacie? Jakby były tekstami magicznymi, zaklęciami?

Jak chcę coś napisać, to mi się w głowie odpalają obrazy. Dlatego potem w tekstach dużo jest takich dziwnych obecności słownych, bo ja próbuję te obrazy uporządkować w zdania. Tak jak teraz: „Siro Alfonzo Moralez/ Ma mnie przy iskrach spawarek/ Ze Stoczni Warskiego/ Nad głową tańczy, gdy krzyczę/ Od dźwigu rdzawy hak”. I wydaje mi się, że przy tych piosenkach ludziom się odpalają ich własne obrazy. Bo ja mam głęboką pewność, że jestem taka sama jak inni. I że jak mnie się coś przytrafia, to jest duże prawdopodobieństwo, że innym też się przytrafiło. Ale muszę się bardzo nastarać, żeby nie napisać „I love you, babe”. To jest ciężka robota.

 

Więc co właściwie miałaś na myśli, pisząc: „Pierwszy taki rok/ Gdy samotność znużyła mnie”?

To jest piosenka dedykowana osobie, którą poznałam w przedziwnych okolicznościach, w trakcie bardzo spontanicznego sylwestra, kiedy zaczynał się 2015 rok. Zawsze marzyłam o tak zwanej przyjaciółce od serca. I przez te wszystkie lata, kiedy się taką przyjaciółkę ma – w przedszkolu, szkole, liceum, na studiach, których oczywiście nie skończyłam – ja jej nie miałam. I nagle w sylwestra we własnym domu poznałam dziewczynę, która była odpowiedzią na tę moją potrzebę. Bardzo rzadko spotykam osobę, z którą od razu przechodzi się do najgrubszej relacji. A wtedy tak się zdarzyło. I trwa. Jest ciepłe, bliskie. Wiem, że jeśli w środku nocy zadzwoni, to ja w sekundę będę ubrana, chociaż ubieram się znacznie dłużej, i będę stała pod jej drzwiami.

 

Chyba nie masz łatwych relacji z kobietami.

Miewam kłopot z zaufaniem. Uważam, że kobiety są fascynujące. Jednak jako gatunek nie jesteśmy lojalne wobec siebie. Taka sytuacja: siedzi razem siedem kobiet. Albo 30! I wszystko w porządku. Potrafią się dogadać, stworzyć własną przestrzeń, dzielić się, słuchać uważnie. Ale wystarczy, że w tym gronie pojawi się jeden kuternóżka garbusek. Jeden! I natychmiast robi się źle. Natychmiast. To jest coś nieprawdopodobnego: nagle zaczyna się walka o samca!

 

Plebiscyt.

Miałam kilka głębokich relacji z kobietami, ale zazwyczaj coś w końcu się kończyło. Może to też kwestia naszej kultury? Może nasze matki zostały okaleczone i przekazują to nam? Mama sprzedała mi bardzo dużo takiej wiedzy o świecie, która mi bardzo przeszkadzała. Miałam wrażenie, że przed wszystkimi trzeba się bronić, że wszyscy są źli. Uważam, że świata nauczyłam się sama – w praktyce i z książek. Bo ja na bezdechu zanurzałam się w książkach, przezimowałam w literaturze ten straszny okres dorastania. Żałuję, że mój syn nie czyta aż tyle, bo książki mogłyby korygować moje błędy wychowawcze. Gdybym mogła mieć więcej dzieci, miałabym szanse się rehabilitować. Może przy dziesiątym miałabym już pewność, że będzie fajnym, nieograniczonym przeze mnie człowiekiem.

 

Naprawdę boisz się, że zatrujesz syna matką?

Ja go oblepiłam taką warstwą miłości, że teraz jesteśmy na etapie skuwania tego. (śmiech) Żeby on mógł oddychać, żeby dostał się do własnych porów. Ale pamiętam, kiedy w swoim najgłębszym dojrzewaniu powiedział mi: „Jedno jest pewne, mamo. Ja się czuję naprawdę kochany. A nie wszyscy moi koledzy tak się czują. I to mi wystarcza”. Zawsze dużo rozmawialiśmy, bo wiem, że jestem w tym dobra. Dałam mu dużo wolności i uczyłam go, żeby nie bał się mówić. Nawet tego, co myśli o mnie – bo uważam, że przychodzi moment, kiedy każdy ma prawo powiedzieć rodzicom, że się mylą. Mamy prawo stać się na chwilę ich rodzicami. Najtrudniejszym sprawdzianem dla mnie był moment, kiedy Mikołaj nieszczęśliwie się zakochał. Tak bardzo chciałam go uratować, że bałam się, żeby nie zrobić mu jeszcze większej krzywdy. Najpierw uczyłam, że miłość nie może być uciemiężeniem dla drugiego człowieka. Żeby dawać, cieszyć się z dawania. Że nie można kłamać, pogrywać. Ale potem serce zostało złamane. I mówię do niego: „Wiesz, bo miłość czasami to powinna być trochę taką grą”. A on na to: „Co ty do mnie mówisz?! Ja chce wierzyć, że miłość jest najbardziej idealną i doskonałą rzeczą z ziemskich kategorii. A ty mi teraz każesz grę uprawiać?! Nie!!!”. Myślę: fuck, no ma rację.

 

I co mu powiedziałaś?

To, co zawsze mówię, kiedy ktoś cierpi: że wszystko mija. Wszystko, nawet rozpacz. Sprawdziłam to na sobie – mija. Moja straszna rozpacz sprzed 15 lat dziś jest jedynie czymś, o czym pamiętam, ale mnie już nie dotyka. Trzeba tylko poczekać. Czasem dosyć długo.

 

„Jak dawniej ty i ja/ Jak ci przed nami, których już nie ma/ Jak ci, co po nas tu przyjdą i w koło tak, i tak w kółko” – śpiewasz spokojnie o przemijaniu. Z ulgą.

Bo to wspaniałe – mieć świadomość, że przed nami byli inni. Że chodzili po tej planecie, zostawiali tu swoje ślady, tak jak my zostawiamy ślady tym, którzy przyjdą po nas. Że mamy jakąś odpowiedzialność za nich – jak ci, którzy wspinają się na Mount Everest i ratuje ich lina zostawiona przez kogoś wcześniej.

 

To brzmi jak życiowa filozofia. Właśnie sobie uświadomiłam, że – choć lubisz mówić – rzadko wypowiadasz się na temat spraw współczesnych.

Bo lubię od nich uciekać.

 

Jak Bóg z twojej piosenki, którego „umęczył wszechwiedzący tłum/ chce jechać do wód/ zażyć ciszy, ziół, spokojnego snu”.

Oczywiście mam poglądy polityczne, ale uważam, że to nie fair, że człowiek musi się nimi legitymować. Nie angażuję się, bo nie chcę uczestniczyć w tworzeniu większego zamieszania. Jeśli do gara z gniewem dodamy gniewu, będzie więcej gniewu – to dla mnie logiczne. Jedyne, co możemy zrobić, to spacyfikować to wszystko, wyciszyć, wyluzować. Zobaczyć w drugim człowieku – jakiekolwiek by miał poglądy – człowieka, który też się boi, chciałby się zakochać, mieć kogoś bliskiego, być zdrowy, mieć pieniądze. Żyjemy, opierając się na definicjach, w których tworzeniu nie uczestniczyliśmy. Świat jest jak mieszkanie. Wchodzimy i widzimy, że ktoś pokrył ściany taką ilością warstw farby i tapet, że nie wiadomo, jaki właściwie mamy metraż! Myślimy, że to klitka, a może się okazać, że salony. Jeśli tylko to wszystko się skuje.


 
Rozmowa z Katarzyną Nosowską  ukazała się w  „Urodzie Życia” 5/2016
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG