Kasia Lins: Lubię wstrząsnąć słuchaczem. Dobić go.
Fot. Karol Łakomiec

Kasia Lins: Lubię wstrząsnąć słuchaczem. Dobić go.

O nowej płycie Kasi Lins „Moja wina” mówi się: „mocny kandydat do płyty roku”. Z jakich grzechów spowiada się artystka tuż przed 30. urodzinami? I kiedy jej zdaniem kończy się młodość?
Anna Zaleska
05.06.2020

Wokalistka, pianistka, kompozytorka, autorka tekstów. Jej poprzedni album „Wiersz ostatni” zdobył uznanie zarówno słuchaczy, jak i krytyków. W 2019 roku Kasia Lins była dwukrotnie nominowana do nagrody Fryderyk – w kategoriach Album Roku Pop Alternatywny oraz w kategorii Autor Roku. Nowy album „Moja wina” to opowieść o raju i piekle, grzechu i przebaczeniu, uniesieniach i upadkach. Kasia Lins jest autorką wszystkich tekstów i współautorką muzyki, która powstała w duecie z Karolem Łakomcem.

Anna Zaleska: Kilka dni po premierze płyty „Moja wina” ma pani chyba powody do zadowolenia, bo recenzje są świetne. „Warstwa liryczna budzi podziw i zachwyca”, „oryginalna, prawdziwa i spójna”, „mocny kandydat do płyty roku”.

Kasia Lins: Tak, recenzje są zaskakująco dobre. Nie zakładałam, że będą dobre czy złe, ale to zawsze miłe. Nigdy nie wiadomo, z jakim odbiorem płyta się spotka.

W którym momencie pani czuje, że jest dobra?

Nadal nie wiem, czy jest dobra, to raczej ocena słuchaczy. Dla mnie jest po prostu moja. Kiedy czuję, że osiągnęłam to, co chciałam, to jest moment, by płytę oddać w ręce słuchaczy.

Jej premiera zbiegła się niemal z pani 30. urodzinami, ukazała się dwa dni wcześniej. To prezent dla samej siebie?

Nie ukrywam, zależało mi, by płyta ukazała się przed urodzinami, tak bym mogła powiedzieć, że wydałam ją mając 29 lat. Chciałam, żeby była symbolem zakończenia etapu mojego dwudziestolecia, odcięcia go i wejścia w nowy.

„Młodość mi ciąży i czuję ulgę na myśl, że to tylko parę chwil” – to cytat z jednej z pani piosenek. Tak pani myśli o młodości? Że to jest coś, co dobrze mieć już za sobą?

Gdy pisałam tę piosenkę, tak myślałam. Ale tutaj nie chodzi o młodość słownikową, ale o młodość w znaczeniu egzaltacji. Jakiejś emocjonalności, wrażliwości nazbyt rozbudowanej. W pewnym momencie chciałam się pozbyć tego przejęcia wszystkim. A ono ściśle wiąże się z młodością, niedojrzałością i niemożnością panowania nad emocjami.

Młodość się kończy, gdy tej egzaltacji się pozbywamy?

Tak, chyba kiedy wchodzimy w etap, gdy o pewnych sprawach możemy myśleć bardziej na zimno, z większym dystansem. Jeśli po sobie widzę, że jakaś sytuacja kiedyś wprawiłaby mnie w stan histerii, wywołała nadmierne emocje, a dziś biorę głęboki oddech i myślę o tym spokojniej, to być może znak, że wchodzę w ten nowy etap.

Tytuł pani płyty „Moja wina” sugeruje, że to forma spowiedzi.

Tak o niej myślałam. Jako o wyznaniu winy, o spowiedzi, o pokucie. I o przechodzeniu przez różne fazy Boskiej komedii. Tekst piosenki, który stał się tytułem całej płyty, zasugerował mi tę symbolikę i dialekt sakralny. Nomenklatura kościelna pomogła mi zwerbalizować moje myśli, lęki i przewinienia i nadać kontekst całej opowieści.

„Modlę się do Ciebie, choć wiem, że nie istniejesz”.

To chyba najmocniejsza i najbardziej dosłowna piosenka na płycie. Zasadzam się w niej na obserwacji kultu, potrzeby obrządku, która zawsze mnie intrygowała. Podmiot liryczny tej piosenki modli się z przyzwyczajenia, a ta potrzeba wynika ściśle z tradycji, w jakiej się wychował. Nie ma potrzeb duchowych, a bardziej odruchowe.

Pani sama wydaje się mocno zanurzona w tematyce biblijnej i religijnej.

Te dwa światy, teistyczny i ateistyczny, to już chyba moja perwersja. Obu stron byłam ciekawa, argumentów i kontrargumentów. Choć właściwie taka dyskusja jest w tym znaczeniu bezcelowa, bo żadna strona nigdy nie przekona drugiej. Wiara jest kwestią czyjejś potrzeby, tak zwanej łaski, której człowiek doświadcza lub nie. Gdy ktoś nie ma potrzeby wiary, nie uwierzy.

Fot. Karol Łakomiec

Skoro spowiedź, muszę zapytać, jakie grzechy ma na sumieniu Katarzyna Lins?

Długo by wymieniać.

Poproszę o jeden, największy.

Wszystkie grzechy są czytelne na mojej płycie, bardzo szczerze o nich opowiedziałam. Czasem zastanawiałam się, czy nie mówię o sobie za dużo. Ale to było mi potrzebne, zrobiłam tak, jak czułam, bez żadnej kalkulacji.

Mrok był w pani od zawsze?

Chyba tak, choć zastanawiam się, czy tego określenia nie używam zbyt często. Może ono za bardzo definiuje tę płytę, za bardzo narzuca sposób jej interpretacji? Ktoś może to odczytać inaczej. Ta płyta jest dla mnie niespokojna, to określenie więcej o niej mówi. Jest w niej nie-spokój.

Czuję też ducha romantyzmu.

Tak, ona jest bardzo emocjonalna. Starałam się temperować, ale z drugiej strony lubię się bawić patosem i stąpać po niepewnym gruncie, wchodzić na pole dość niebezpieczne, bo łatwo przekroczyć granicę. Jeśli Biblia, to i patos, który też jest z nią przecież ściśle związany.

W życiu też pani jest tak emocjonalna?

Tak. Nie mogę się ujarzmić. Choć ta płyta pewnie mi pomogła w uświadomieniu sobie pewnych zachowań, pewnych manier, jakoś nad tym panować i spokojniej do wszystkiego podchodzić. Mniej histerycznie.

Czyli teraz kierunek stoicyzm? Na trzeciej płycie „Rozmyślania” Marka Aureliusza?

(śmiech). Czemu nie, muszę się bardziej wyważyć. To może droga do tego, żeby znaleźć środek.

Fot. Karol Łakomiec

Szkoła muzyczna to był pani pomysł czy rodziców?

Wydaje mi się, że to zawsze jest pomysł rodziców, mimo że gdy propozycja padła, ja już wykazywałam jakąś skłonność do muzyki. Ale dziecko w wieku lat sześciu czy siedmiu nie jest w stanie podjąć takich fundamentalnych decyzji. To jednak oznacza związanie się z bardzo ścisłą grupą, mocno ukierunkowującą nas na przyszłość. Potem już nie znałam innego świata, wiedziałam, że po prostu muszę ćwiczyć na pianinie.

A skąd poezja w pani życiu?

Literatura jest dla mnie bardzo ważna. Dużo z niej czerpię. A poezja z prozy się urodziła.

Książki pani życia?

O, to bardzo trudne pytanie. Nie wiem, czy potrafiłabym się zdecydować. Mam kilku ulubionych autorów. Na mocnej pozycji jest Thomas Bernhard, Philip Roth, również Leopold Tyrmand, Milan Kundera. Podobnie jest z muzykami. Nie przywiązuję się do konkretnych albumów, kupuję artystów w całości, full pakiet. Ktoś daje mi swój świat, zaprasza mnie do niego. Tak mam z Nickiem Cave'em, Morrisseyem czy Fioną Apple.

A co teraz leży u pani na stoliku nocnym?

Ponownie czytam „Proces” Kafki. I mam przy łóżku Miłosza „Wiersze wszystkie”, bardzo grube tomisko, zerkam tam co jakiś czas. Uwielbiam Miłosza, ostatnio w ramach akcji #zostańwdomu przygotowywałam swoją interpretację „Nadziei”.

Zaskoczyła mnie pani wierszem Marii Konopnickiej na swojej płycie. Świetnie zabrzmiało: „Jeżeli kochasz, nie wołaj mnie z sobą! / Pomiędzy nami jest przepaść głęboka, / co nas rozdziela swych cieni żałobą / na wieki!”. Ciekawe odkrycie.

Dziękuję. Konopnicka jest raczej niemodną autorką, a mnie ciągnie do tego, co niemodne.

Powiedzieć, że jest niemodna, to nic nie powiedzieć.

(śmiech) Lubię się zabierać za takie rzeczy. Zaintrygowała mnie jej biografia, bardzo chciałam napisać muzykę do jej wiersza. I ten bardzo mi pasował, zahacza też o pewną bombastyczność, patetyzm. Trochę go ujarzmiłam, podeszłam do niego minimalistycznie i chyba stanowi dobre preludium do „Mojej winy”.

Zdecydowała się pani wydać płytę, gdy wielu artystów premierę wstrzymało, przełożyło na jesień.

Chciałam, żeby to już ze mnie zeszło, dla mnie to spory bagaż emocjonalny. Jak się odda płytę światu, zamyka się pewien etap, dopiero wtedy można ruszyć z nowym. Ale to też muzyka, która odnajduje się w dzisiejszej rzeczywistości i być może nabiera jakiegoś nowego sensu. Byłam zadowolona widząc, że moje utwory okazały się uniwersalne. Pisałam je w zeszłym roku, a one poniekąd opisują dzisiejszą rzeczywistość.

„Ciemno, ciemno, ciemniej, zaraz świat mi zgaśnie”. Wielu z nas tak teraz czuje.

Lubię wstrząsnąć słuchaczem. Dobić go.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
o. Stanisław Jaromi
Adobe Stock/mat. prasowe

„Ekologia i chrześcijaństwo idą w parze” mówi o. Stanisław Jaromi

Czy można poważnie podchodzić do chrześcijaństwa, nie dbając o środowisko naturalne? – rozmowa z o. Stanisławem Jaromim, franciszkaninem, filozofem, autorem książki „Boska ziemia”.
Bartosz Janiszewski
05.06.2020

Kościół na świecie coraz głośniej mówi o tym, że dewastowanie natury to grzech. Tymczasem w Polsce kazania częściej są o polityce niż o ekologii – mówi w rozmowie z nami filozof, franciszkanin, ojciec Stanisław Jaromi. To wyjątkowa postać w polskim Kościele. Od lat angażuje się w edukację ekologiczną, wydał m.in. m.in. „Eco-book o Eko-Bogu” i ebook „Ekologia”. Pracował w międzynarodowych centrach franciszkanów w Asyżu, Rzymie i Krakowie; obecnie mieszka we franciszkańskim klasztorze w Radomsku. Bartosz Janiszewski: Biblia mówi „Czyńcie sobie ziemię poddaną”? O. Stanisław Jaromi: Ja mówię: „Czyńcie sobie ziemię kochaną”. Wymyśliłem to hasło prawie dekadę temu, na warsztatach Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu, gdy po raz kolejny musiałem tłumaczyć, co znaczy biblijny nakaz czynienia sobie ziemi poddaną i jak to połączyć z ekologią. Broń Boże, nie chciałem kłócić się z Biblią. Moją intencją była próba przywrócenia właściwych priorytetów. Czyli? Najważniejszym z przykazań, które ogłosił Jezus, jest przykazanie miłości. Chciałem, żebyśmy spróbowali te słowa o panowaniu zinterpretować szerzej, pełniej. Później okazało się, że papież Franciszek w swojej encyklice „Laudato si’ [„Pochwalony bądź" – red.] napisał: „Musimy dziś stanowczo stwierdzić, iż z faktu bycia stworzonymi na Boży obraz i nakazu czynienia sobie ziemi poddaną nie można wywnioskować absolutnego panowania nad innymi stworzeniami. Ważne jest odczytywanie tekstów biblijnych w ich kontekście i przypominanie, że zachęcają nas one do »uprawiania i doglądania« ogrodu świata”. Złośliwie mówiąc, Kościół sam sobie o tym późno przypomniał....

Czytaj dalej
East News

Margaret Atwood: czarownica na miarę XXI wieku

Margaret Atwood to dzisiaj jedna z najpoczytniejszych pisarek na świecie. Jej najsłynniejsza powieść „Opowieść podręcznej” znana jest milionom czytelników, a serial zrealizowany na jej podstawie to współczesny antyrządkowy manifest, pod którym podpisują się tysiące kobiet.
Sylwia Arlak
04.06.2020

Kiedy Margaret Atwood miała sześć lat, w drodze ze szkoły do domu ułożyła w myślach swój pierwszy wiersz. Gdy tylko znalazła się w swoim pokoju, zapisała go – i jak sama opowiadała w wielu wywiadach, to właśnie ten moment stał się początkiem długiej i pięknej przygody z literaturą. Mówią o niej, że jest feministką, ale ona sama podkreśla, że współcześnie źle interpretujemy to pojęcie. Podziwiają, że przewiduje przyszłość, ale ona tłumaczy, że jedynie uczy się na błędach przeszłości. Jedno jest pewne — warto słuchać Margaret Atwood, bo możemy się od niej wiele nauczyć o świecie i o sobie samych. Margaret Atwood: wnuczka czarownicy Po koniec XVII wieku niejaka Mary Webster z miasteczka Hadley w okolicy Salem, została przez sąsiadów posądzana o czary. Rozpoczął się proces, ale sąd nie znalazł żadnych dowodów na „winę” kobiety, więc ją uniewinnił. Sąsiedzi jedna nie pogodzili się z wyrokiem i sami próbowali powiesić kobietę. Cudem ocalała: wisiała całą noc, a kiedy sąsiedzy rano przyszli odciąć ją ze sznura, okazało się, że ciągle oddycha. Cieszyła się jeszcze dobrym zdrowiem przez kilkanaście lat, do końca życia nazywano ją Wpół-Powieszoną Mary.  Kiedy Margaret Atwood miała ponad 20 lat, dowiedziała się, że Wpół-Powieszona Mary była jej przodkinią. Przez kolejne lata niosła to dziedzictwo z dumą. To właśnie Mary kanadyjska pisarka zadedykowała „Opowieść podręcznej”. Sama Margaret Atwood może przypominać swoją pra, pra, prababkę. Burza siwych loków, ironiczny uśmiech – i takież riposty, przenikliwość obserwacji, wreszcie – książki, o których czytelnicy mówią: prorocze – to wszystko pozwala ujrzeć w autorce „Opowieści podręcznej”  współczesną czarownicę...

Czytaj dalej