Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści 
East News

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści 

Ona była jego Marilyn Monroe, on jej Federico Fellinim. Kochali się na śmierć i życie. Dawali sobie wszystko – wsparcie, przyjaźń i wolność.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

To nie było tak, że starszy pan wziął sobie za żonę młodą seksowną laskę, która potem „urwała mu się ze smyczy”. Ani tak, że on intelektualista, a ona głupia aktoreczka. Mimo szesnastoletniej różnicy wieku Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat tworzyli partnerski związek, a Kalina dorównywała mężowi nie tylko inteligencją, ale i poczuciem humoru.

Oboje mieli silne charaktery i dość egoistyczne podejście do życia. Ale w tamtych czasach niewiele było małżeństw tak zgodnych, tak uczciwych wobec siebie i oddanych sobie do końca. Nie pasowali do ciasnych ram PRL-owskiej rzeczywistości, więc stworzyli sobie własny świat, oparty na własnych, wspólnie wypracowanych zasadach. Nikt tu nie był stratny. 

Leżeli, leżeli, gadali, gadali

O Stanisławie Dygacie mówiło się „dżentelmen w angielskim stylu”. Był wysoki, zawsze dobrze ubrany, palił luksusowe papierosy ze złotymi ustnikami. W 1957 roku wystąpił z partii w proteście przeciwko zamknięciu miesięcznika „Europa”. Kalinę poznał dwa lata wcześniej w Gdańsku, gdzie grała na scenie Teatru Wybrzeże. 

„Poznali się w moim pokoju w Domu Aktora” – opowiadał później Jerzy Ernz. „Dygat mieszkał wtedy z żoną, też aktorką. Tego dnia, pamiętam, organizowałem akurat bibkę. Dygat usłyszał muzykę i przyszedł. Po chwili już widziałem ich razem, jak leżeli na tapczanie w poprzek. Leżeli, leżeli, gadali, gadali. I tak już zostali”. On miał 41 lat, żonę, córkę i wysoką pozycję w środowisku kulturalnym, ona 25 lat i wszystko przed sobą. Była świeżą absolwentką krakowskiej szkoły teatralnej, była zdolna, piękna i bardzo sexy. 

„Dygat mieszkał z Kaliną niedaleko nas, najpierw na Dąbrowskiego, w dwupokojowym mieszkanku, wspólnie z byłą żoną Dygata, Dziunią Nawrocką, i ich córką Magdą, co musiało być dla nich wszystkich piekłem za życia, a potem na Wiktorskiej” – wspomina w książce „Dodaj do znajomych” Zuzanna Łapicka. „Przez ich mieszkanie codziennie przewalały się tłumy gości. Kalina, niczym włoska La Mamma, gotowała makaron, a Dygat perorował z pluszowego fotela. Jego złośliwości brzmiały jak wyroki, reżyserów odsądzał od czci i wiary, póki ci nie obsadzali Kaliny w swoich filmach. Wtedy z dnia na dzień stawali się wybitnymi twórcami. Ludzie bali się mu narazić, bo przy swej przenikliwej inteligencji potrafił zniszczyć każdego”.

Wtyczkarz, Pan Kocio i inni 

W 1958 roku wzięli ślub i stworzyli salon, który błyskawicznie obrósł legendą. Chociaż ich mieszkanie miało zaledwie 50 metrów, nazywane było Dworem Dygatów. „Kalina pojawiała się w jakimś szlafroczku, potem wracała do drugiego pokoju spać z aktualnym narzeczonym. Byłem zaszokowany” – wspominał Daniel Olbrychski. 

Sama Kalina opowiadała o wyrozumiałości męża: „Jeżeli ktoś »życzliwy« opowiedział mężowi o mojej nowej fascynacji innym mężczyzną, on mawiał swoim cudownym wolterowskim »r«: »Gdyby ona była panienką na poczcie przyklejającą znaczki, to być może nie byłyby jej potrzebne takie fascynacje. Kalina jest wielką aktorką i potrzebne jej są niezwykłe, cudowne momenty«".

W Dwoerze Dygatów zawsze na kuchence stał gar z zupą czy makaronem. Każdy mógł sobie nałożyć tyle, ile chciał. Nikt nie witał gości, drzwi były zawsze otwarte. Kalina siedziała w łóżku w powiewnej, przezroczystej szacie, Stanisław oglądał mecz, „wygłaszał kazanie” lub palił. Ona uwodziła on budził respekt. Każdy chciał tu bywać, skosztować słynnego makaronu Kaliny, porozmawiać z Dygatem o sporcie, a potem tygodniami plotkować na mieście o ich szalonym życiu.

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat
Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat. Fot. Zofia Nasierowska/Reporter

Kazimierz Kutz twierdził, że o ile dla Kaliny seks był bardzo ważny, to Dygatowi był całkowicie obojętny. Wolał komentować z przyjaciółmi mecze bokserskie w telewizji. „Gdy u Kaliny był kochanek, Dygat zamykał na noc drzwi do swojego pokoju na zamek Yale. Staś wiedział, że odkąd przestali ze sobą współżyć, ona jest pod tym względem absolutnie wolna” – wspominał w książce Aleksandry Szarłat „Celebryci z tamtych lat. Prywatne życie wielkich gwiazd PRL”.

Z innych relacji wiadomo, że wkrótce po ślubie z Kaliną Dygat zachorował ciężko na serce i musiał się od tego czasu bardzo oszczędzać, także w życiu erotycznym. Wspólnie z tego problemu uczynili atut ich związku. Kalina nie kryła się z kolejnymi kochankami, a Dygat ostentacyjnie akceptował jej seksualny temperament. „Wróciłem wcześniej z delegacji i zgadnijcie co zastałem? Kalina spała zupełnie sama!” – żartował podczas słynnych spotkań w kawiarni Czytelnik.  

„Nie znałem bardziej kochającej się, dbającej o siebie pary niż Staś i Kalina” – mówił z kolei Janusz Morgenstern. „Jeśli Kalina poskarżyła się na kochanka, Staś też miał mu za złe”. 

Na wakacje jeździli do Chałup i na Capri, gdzie rozgrywa się powieść Dygata „Podróż”. Kupił tam sobie kiedyś drogą marynarkę z alpaki. Kalina przy obiedzie cały czas gderała: „Stasiek, tylko sobie nie pochlap”. Po setnej takiej uwadze nie wytrzymał – zaczął spokojnie i metodycznie smarować masłem klapy marynarki. 

„Dygat był dla Kaliny bardziej ojcem niż mężem” – twierdziła Zuzanna Łapicka. „Zaprzyjaźniał się z jej przelotnymi kochankami, o mistrzu skoku o tyczce mówił „wtyczkarz”, a o pewnym piosenkarzu „Pan Kocio”, bo Kalina zwracała się do niego per „Kocie”. Dygat miał do nich dystans, traktował romanse żony z poczuciem humoru. Sam lubił towarzystwo młodych kobiet. Pamiętam, że nagle zachwycił się nastoletnią piosenkarką Karin Stanek, awansował ją na gościa ich salonu. Dygat bawił się w Pigmaliona kolejnej Galatei, bo Kalina po latach była już na to za inteligentna”. 

Ciąża, trauma, seks

Znajomi Kaliny ze studiów, Zbigniew Cybulski i Bogumił Kobiela, zapamiętali ją jako skromną i nieśmiałą dziewczynę. Dopiero przy Dygacie nabrała pewności siebie i zaczęła epatować seksem. Być może miało to związek z utratą dziecka. Córka Kaliny i „Staśka” zmarła tuż po skomplikowanym porodzie, a Kalina dowiedziała się, że już nigdy nie będzie mogła mieć dzieci.

„Czuła, że nie jest w sposób naturalny kobietą i jakby grała tę kobiecość” – mówiła Agnieszka Osiecka. Potwierdzenia swojej kobiecości szukała od tego czasu w męskich ramionach. Nosiła charakterystyczne głębokie dekolty i doczepiane sztuczne rzęsy. Jedni mężczyźni za nią szaleli, inni się jej bali.

„Podobno była bardzo seksowna, ale na mnie nigdy nie działała. Miała dziwną urodę, której trzeba było się dokładnie przyjrzeć” – mówił Kazimierz Kutz.

„Wbrew pozorom nie była królową seksu, na jaką kreował ją mąż. Niepotrzebnie udawała wampa” – mówił z kolei Andrzej Łapicki.

„Kiedy wcieliła się w wymyśloną przez siebie, czy Stasia, polską Marilyn Monroe, popadła w manierę, której bardzo nie lubiła” – to Jeremy Przybora.

Ale zdecydowana większość męskiej publiczności padała przed Kaliną na kolana, co niekoniecznie podobało się żonom, narzeczonym i kochankom.

Kalina Jędrusik
Kalina Jędrusik. Fot. East News

Niechęć do Kaliny była wspólna dla wielu Polek – od żony pierwszego sekretarza Gomułki, która na widok krzyżyka w jej głębokim dekolcie rzuciła podobno w telewizor popielniczką (druga wersja mówi o tym, że zrobił to sam Gomułka), aż po proste kobiety z prowincji. Kiedy w 1962 roku Kalina swój odsłonięty biust udekorowała słynnym krzyżykiem, do telewizji zaczęły napływać listy wyrażające oburzenie. O jednym z nich, napisanym przez „kobiety z Rybnika”, Kalina mówiła: „Dwadzieścia się ich podpisało pod tym, żeby mnie nie pokazywać, bo gorszę ich mężów. Biedne, niemądre kobiety w rozdeptanych pantoflach, a co najgorsze, niepragnące się zmienić”.

Do kobiet miała stosunek nieznośnie wyniosły. Dzieliła je na dwie grupy: słabsze od niej, czyli niewarte uwagi, i równie atrakcyjne, czyli konkurencję. Podczas wakacji w Chałupach Kalina każdego ranka w szlafroku i z pekińczykami pod pachą udawała się do sklepu spożywczego po radzieckiego szampana. Kupowała go bez kolejki, podczas gdy żony rybaków od wczesnego rana stały w kolejce po chleb. Kiedy w końcu nie wytrzymały i zaatakowały Kalinę, żeby alkohol kupowała sobie o innej porze, ta spokojnym głosem odpowiedziała „Przecież muszę się w czymś się wykąpać”.

„Z kim tak ci będzie źle, jak ze mną…”

Chociaż Dygat widział w swojej żonie polską wersję Marilyn Monroe (a w sobie Arthura Millera) i na taką kreował ją w towarzystwie, Kalinie nie udało się jednak zrobić porównywalnej kariery filmowej. Polska w czasach PRL-u była na to zbyt konserwatywna obyczajowo.

Chociaż była genialną aktorką, na dużym ekranie zwykle pojawiała się w drugim planie, w rolach kelnerek („Wolne miasto” w reż. Stanisława Różewicza, 1958) lub kobiet lekkich obyczajów („Kalosze szczęścia” w reż. Antoniego Bohdziewicza, 1958; „Dziś w nocy umrze miasto” w reż. Jana Rybkowskiego, 1961).

Ale najbardziej pamiętamy ją z roli lubieżnej Lucy Zuckerowej w „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy (1975) i uroczej Joanny w komedii kryminalnej „Lekarstwo na miłość” Jana Batorego (1966). Te dwie różne role pokazują, jak bardzo wszechstronną aktorką potrafiła być. Miała wiele twarzy – potrafiła być zmysłowa na potrzeby filmu czy teatru, ale też oddana i do bólu szczera wobec przyjaciół („Guciu, my już byliśmy” – powiedziała do Gustawa Holoubka, kiedy oboje byli już w jesieni wieku).

Kiedy chciała, była wyzwolona erotycznie, a chwilę później sentymentalna. Jak wspominał Kazimierz Kutz: „ze Stasiem oglądała w telewizji melodramaty. Na »Lecą żurawie« ryczeli jak bobry”. 

Znacznie bardziej ponadczasowe od jej ról filmowych okazały się śpiewane przez nią piosenki. Do dziś mają setki tysięcy odsłon w serwisie YouTube. Nikt, tak jak ona, nie śpiewał: „Bo we mnie jest seks”, „Z kim tak Ci będzie źle, jak ze mną” czy „Nie budźcie mnie”. 

„Nie budźcie mnie”

Dygat całe życie używał krytyki – prywatnej i zawodowej – do podporządkowywania sobie ludzi i budowania pozycji w środowisku. Ale w końcu ta broń obróciła się przeciwko niemu.

Po kolaudacji filmu Ewy Kruk „Palace Hotel” (1977) opartego na jego opowiadaniu „Dworzec w Monachium” dostał zawału serca. Film poddano okrutnej, tendencyjnej partyjnej krytyce, ale Dygata bardziej zabolał fakt, że żaden z jego przyjaciół obecnych na kolaudacji nie stanął w jego obronie. Wrócił do domu i zmarł w swoim ulubionym pluszowym fotelu. Kalina była wtedy na tournee, wróciła do Warszawy pierwszym pociągiem. Do końca życia nie darowała sobie, że nie było jej przy mężu w jego ostatnich chwilach. 

Po śmierci Stanisława Dygata Kalina nie wróciła do dawnego życia. Jeśli zapraszała do domu przyjaciół, to tylko po to, żeby wspominać zmarłego męża – gotowała jego ulubione potrawy i siadała w jego fotelu. Mężczyźni zniknęli, a pustkę po nich wypełniła stadem kotów, którymi opiekowała się jak dziećmi, karmiąc najlepszą polędwicą. Zwróciła się w stronę religii i popadła ponoć w dewocję, chociaż jedyne co wiadomo na pewno, to że dużo więcej niż wcześniej myślała o innych. „Nudno, ale ciekawie” – to powiedzenie Dygata pasuje jak ulał do ostatnich lat jej życia. W czasie stanu wojennego osobiście dostarczała paczki dla internowanych opozycjonistek. 

Zmarła 7 sierpnia 1991 roku z powodu ataku astmy, na którą cierpiała w wyniku uczulenia na kocią sierść. Wiedziała, że tak to się skończy. 17 sierpnia Andrzej Łapicki zapisał w „Dziennikach”: „We wtorek pogrzeb Kaliny. Tłumy nieprzebrane, w większej części przekupki. Przemawiałem, cytując Przyborę: «Nie, nie budźcie mnie! Śni mi się tak ciekawie«”.

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat. Książka
Książka „Z nikim ci nie będzie tak źle, jak ze mną” Remigiusza Grzeli ukaże się już we wrześniu. Fot. materiały prasowe

Jesienią planowana jest premiera filmu poświeconego Kalinie Jędrusik w reżyserii Katarzyny Klimkiewicz. W rolę gwiazdy wcieli się znana m.in. z filmu „Zabawa zabawa” Maria Dębska. A już we wrześniu ukaże się książka poświęcona małżeństwu Dygatów. „Byli tak modną i tak interesującą parą ludzi, że na pewno doczekają się własnego biografa” – mówiła Agnieszka Osiecka i miała rację. Biografem pary został Remigiusz Grzela, a jego książka nosi tytuł – jakże by inaczej – „Z kim tak ci będzie źle, jak ze mną” (Wydawnictwo Otwarte).

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Tom Hanks i Rita Wilson
East News

Tom Hanks i Rita Wilson są razem od 32 lat.  „To moja siódma i ostatnia kochanka: moja żona”.

Żaden inny aktor nie potrafi tak pięknie mówić o żonie, jak Tom Hanks. Jego wyznania miłości wygłaszane podczas radosnych chwil, jak ceremonia rozdania Oscarów, albo trudnych, jak choroba, wzruszają nie tylko Ritę Wilson. I tak już od 32 lat.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

Amerykanie traktują Toma Hanksa i Ritę Wilson jak narodowe dobro. Hanksowie stanowią wzór w wielu kategoriach: szczęśliwego, kochającego się małżeństwa z 30-letnim stażem, ludzi sukcesu, którym nie przewróciło się w głowie, skromności i po prostu normalności. Kiedy dyskretnie, bez epatowania sensacją, poinformowali świat o tym, że zarazili się w Australii koronawirusem, dla Ameryki przekaz był jasny: jeśli spotkało to ich, to znaczy, że może spotkać każdego z nas. Hanksowie pokazali, jak przejść przez ten trudny czas godnie, nie popadając w histerię i zachowując pogodę ducha. W każdym wpisie na Instagramie dziękowali lekarzom za opiekę, Tom żartował z wybitnych osiągnięć Rity w prostych grach zręcznościowych, które ściągnęła na telefon w czasie kwarantanny, publikował zdjęcia kanapek z wegetariańską pastą Vegemite, regionalnym przysmakiem Australijczyków, który u większości pozostałych mieszkańców Ziemi wywołuje nudności. Tak jak do wszystkiego w życiu, podeszli do choroby z optymizmem i poczuciem humoru. Wyzdrowieli, a Ameryka odetchnęła z ulgą. To był happy end w amerykańskim stylu, który w tych trudnych czasach dawał wszystkim nadzieję.  Tom Hanks: „Znałem ją długo przed pierwszym spotkaniem” Po raz pierwszy spotkali się na planie serialu komediowego „Bosom Buddies”. Tom miał na sobie różową sukienkę i cieliste szpilki. Łatwo sobie wyobrazić, że zrobił na Ricie piorunujące wrażenie.  Oboje mieli po 24 lata i w zasadzie czyste konto zawodowe. On tkwił w nieudanym małżeństwie, z dwójką dzieci (Elizabeth i Colin) i wieczną dziurą na koncie. Ona twierdziła, że nigdy się nie zakocha, ale na wszelki wypadek się zaręczyła. „Wszyscy to robili: zaręczali się, brali śluby, mieli dzieci. Nie chciałam być gorsza” – żartowała potem. Kto...

Czytaj dalej
Ingmar Bergman z żoną
eastnews

Liv Ullmann i Ingmar Bergman – historia filmowej miłości wielkiego reżysera i jego aktorki

„On jest potworem! Zazdrośnikiem! Tyranem!”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Gdy tylko Ingmar Bergman ją zobaczył, z miejsca zaproponował jej rolę. Sam nie wiedział jeszcze wtedy, w jakim filmie. Chodziło tylko o to, żeby być bliżej niej. Bergman miał wówczas 46 lat, Ullman 25. To historia 50 lat wspólnego życia. Miłości, rozstania i przyjaźni. Wielki reżyser Ingmar Bergman i jego muza Liv Ullmann – złączeni na zawsze wspólną legendą. Jacob? Tu Liv, jestem w ciąży. – W słuchawce zaległa cisza. – Nie wiem, co robić. – Wróć do domu, będę ojcem dla tego dziecka. Wróciła. Był luty 1966 roku. Z Jacobem byli małżeństwem od pięciu lat. Kochała go, kochała też jego matkę, ciotki, braci. To była jej prawdziwa rodzina – własnego ojca nie pamiętała, umarł, gdy była dzieckiem, z mamą układało się różnie. Jacob czuł, że coś się święci. Liv pracowała przecież ze słynnym Ingmarem Bergmanem, każda jego kolejna aktorka stawała się jego kochanką, wszyscy o tym wiedzieli. Najbliższa przyjaciółka Liv, Bibi Andersson miała z nim romans podczas kręcenia „Siódmej pieczęci” (1957) i „Tam, gdzie rosną poziomki” (1957). Teraz obie grały w jego filmie „Persona” (1966). Na potrzeby zdjęć Bergman wynajął wyspę Farö. Jacob wiedział, jak podekscytowana była Liv, gdy pakowała walizkę. To źle wróżyło. Nie widział jej ponad pół roku, nawet przez sekundę nie pomyślał, że to może być jego dziecko. Kiedy wróciła, pojechali razem do jego matki i Jacob powiedział: „Liv jest w ciąży”. Matka zalała się łzami. Miała czterech synów, traktowała ją jak córkę, marzyła o wnukach. Nie pytała, jak to możliwe, skoro nie widzieli się tyle miesięcy. Nie chciała nic wiedzieć. Była taka szczęśliwa. Liv odetchnęła z ulgą. I właśnie wtedy, gdy wszystko zaczęło się tak dobrze...

Czytaj dalej
Agnieszka Osiecka
East News

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością

On zakochał się od pierwszego wejrzenia, ona długo nie wiedziała, o co jej chodzi. Flirtowała, bo tak miała w zwyczaju. Kochała jego piosenki, jak cała Polska. Najpierw zakochała się w jego listach, dopiero potem w nim samym.
Sylwia Arlak
21.08.2020

Byli piękni, piekielni zdolni i kompletnie niedopasowani. Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora dzielili miłość do poezji, ale pochodzili z dwóch różnych światów. Ona – 28-letnia outsiderka, nie umiała usiedzieć w jednym miejscu, wciąż gdzieś goniła. Żeby żyć, musiała czuć się wolna. I dla nikogo nie chciała tego zmieniać. On, starszy od niej o 21 lat, był domatorem. Cenił sobie życie rodzinne i spokój. Ich miłość była bardzo intensywna. Trwała dwa lata i wygasła. Mistrz i Agnieszka Po raz pierwszy usłyszała o nim, gdy w 1958 roku założył telewizyjny Kabaret Starszych Panów. Jako 22-letnia studentka reżyserii była pod ogromnym wrażeniem jego talentu aktorskiego i poetyckiego. Sławny i czczony artysta inspirował ją. Pod wpływem mistrza zrezygnowała ze świata filmu i wybrała pisanie. Osobiście poznali się sześć lat później. Kariera 49-letniego Jeremiego Przybory kwitła, gorzej z życiem prywatnym. Artysta miał dwójkę dzieci (córka była mniej więcej w wieku Osieckiej) i tkwił w drugim, nieudanym małżeństwie. Agnieszka Osiecka miała 28 lat i już była po rozwodzie. I wielu miłosnych przejściach. Dopiero zaczynała przygodę z poezją. Jeremi Przybora zakochał się w Agnieszce Osieckiej od pierwszego wejrzenia. To on zabiegał o pierwsze spotkania, dzwonił i nieśmiało pisał krótkie wiadomości. Ona nie dawała im szans. Traktowała tę znajomość z dystansem. Flirtowała, bo to był jej styl bycia, ale nie chciała rozbudzać w nim nadziei na więcej. Aż w końcu wpadła. Romans nabierał mocy, choć głównie na papierze, bo zakochanym trudno było się spotkać. „Nie przypuszczałem, że będę stąd pisał z taką tęsknotą do panienki, którą tyle lat temu spotkałem w pewnej deszczowej piosence, i też nic o tym nie wiedziałem. Paryż owszem, ładne miasto,...

Czytaj dalej