„Rok temu powiedziałem: – Paweł, wracam i bierzemy się do roboty”. Jurek Owsiak o Polsce i marzeniach
łukasz widziszowski/wośp
#lepszeżycie

„Rok temu powiedziałem: – Paweł, wracam i bierzemy się do roboty”. Jurek Owsiak o Polsce i marzeniach

„Nowy Jork nie zamknął lotnisk po World Trade Center”

Wika Kwiatkowska
11.01.2020

W tym roku stwierdziłem: »Wiecie co? Wiatr w żagle, wszystkie ręce na pokład! Pędzimy przed siebie, nie zatrzymujemy się. Łapiemy ten wiatr i wykorzystujemy go w stu procentach. Do przodu!«”, mówi Jurek Owsiak. I dodaje: „Jak nie będziemy wszyscy razem, to przepadniemy. I wierzę w to, że się uda, że podczas 28. finału znowu poczujemy się jako społeczeństwo solidarni”.

Wika Kwiatkowska, „Uroda Życia”: Orkiestra jest niezatapialna? 

Jurek Owsiak: Będzie grać do końca świata i jeden dzień dłużej. Niewiele jest chwil w roku, gdy my, Polacy, wyciszamy się i jednoczymy. W Boże Narodzenie potrafimy odszukać się na końcu świata. I okazało się, że drugim takim momentem stał się finał Orkiestry. Kiedy w tym roku ogłosiliśmy nabór na otwieranie sztabów, byliśmy pod wrażeniem, w jakim tempie to poszło.

Ten finał może być taki jak poprzednie? Przebiegnie pod hasłem: „Wiatr w żagle”.

Zawsze mówimy, że finał będzie taki sam. Ale ten na pewno będzie inny. Mimo że po tym, co się wydarzyło na ostatnim – po tej nieprawdopodobnej tragedii, szalenie dla nas traumatycznym przeżyciu – powiedzieliśmy sobie, że dalej pracujemy na sto procent. Ilustracja do każdego finału najpierw rodzi się w mojej głowie. W tym roku stwierdziłem: „Wiecie co? Wiatr w żagle, wszystkie ręce na pokład! Pędzimy przed siebie, nie zatrzymujemy się. Łapiemy ten wiatr i wykorzystujemy go w stu procentach. Do przodu!”. Najpierw ja zrobiłem rysunki, potem przejął to nasz dział graficzny. Usiadłem i powiedziałem: „A żagle będą bardzo kolorowe! To jest nam teraz bardzo potrzebne, w wielu aspektach”. 

Masz w sobie tyle entuzjazmu, co na początku?

No nie. Polska produkuje całe tony goryczy. Gdybyśmy chcieli ją eksportować, mielibyśmy pierwsze miejsce: gorycz w aerozolu, w pastylkach. I nie ma się co w tym doszukiwać żadnej piątej kolumny. Sami sobie zgotowaliśmy ten los. Idziemy w niebezpiecznym kierunku i obawiam się, że możemy obudzić się dopiero, gdy świat wokół nas będzie już zupełnie inny. Dlatego musimy szanować się nawzajem, nie tracić energii na boksowanie, kłótnie, tylko robić coś pozytywnego. Jak nie będziemy wszyscy razem, to przepadniemy. I wierzę w to, że się uda, że podczas finału znowu poczujemy się jako społeczeństwo solidarni. Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się: „Tyle się wydarzyło w ciągu tych 10 miesięcy, może zapał w ludziach przygasł? Może są zajęci czymś innym?”. A tu buch! Cały czas odbieramy telefony, rejestrują się kolejne sztaby.

28. finał WOŚP rok po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza

W zeszłym roku dzień po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza ogłosiłeś, że rezygnujesz z funkcji prezesa Fundacji. Z dzisiejszej perspektywy uważasz, że to był błąd, chwila słabości?

Nie. Teraz zachowałbym się tak samo. Moja reakcja na takie rzeczy jest jednoznaczna. Zwołaliśmy konferencję prasową, stanąłem i powiedziałem, że muszę się wycofać, ale Fundacja pracuje dalej. Stało się coś nieprawdopodobnego, nie możemy dopuszczać do eskalacji takich aktów agresji, zła. Wstałem i wyszedłem. Chciałem, żeby zarząd Fundacji mógł nadal normalnie funkcjonować. Uważałem, że do mnie w każdej chwili może zapukać policja, prokurator lub ktokolwiek inny, żeby wyjaśnić, czy w czymś nie zawiniliśmy. Do dziś nikt nie przyszedł, nie próbowano nawet wyjaśniać naszego związku z tą sprawą. Nie uważam, żebyśmy cokolwiek zrobili źle, ale oczekiwałbym pytania: „Jak finał wyglądał od strony organizacyjnej?”. 

Pojawiały się zarzuty dotyczące niewłaściwej ochrony sceny.

Właśnie, dlatego uważam za błąd to, że nie dano nam nawet możliwości odpowiedzieć na pytania, jaki mieliśmy kontakt z organizatorami koncertu, ze sztabem w Gdańsku. Zresztą do dzisiaj sprawa zabójstwa Pawła Adamowicza jest dla mnie mało wyjaśniona. 
Jako normalny obywatel tego kraju mam o tym szczątkową wiedzę, nic nie wiem na temat powodów, przyczyn, które pchnęły do tego sprawcę. I na to nie mogę się wewnętrznie zgodzić. Podczas tego tygodnia, kiedy się wycofałem z zarządu Fundacji, bardzo mocno poczuliśmy, że jesteśmy monolitem. Jestem bardzo wdzięczny mediom, że wysłuchały wtedy naszej prośby i przez tydzień nie kontaktowały się z nami, nie zadawały pytań. Zwykle, co tu gadać, nie odpuszczają sobie żadnej sensacji. I przez ten tydzień byliśmy tu, w Fundacji, świadkami czegoś nieprawdopodobnego, niesamowitego. Czegoś, co przeszło nasze wyobrażenia i oby nigdy nie musiało się powtórzyć.

Mówisz o inicjatywie Murem za Owsiakiem?

Tak. Bo z jednej strony coś takiego pokazuje, jak bardzo ludzie są po naszej stronie, a z drugiej – stawia w nieprawdopodobnie trudnej sytuacji psychologicznej. 

Jakie odczuwałeś wtedy emocje? 

Skrajne. Następnego dnia po zabójstwie, po konferencji prasowej spędziliśmy tutaj całą noc: siedzieliśmy, rozmawialiśmy, płakaliśmy, śmialiśmy się, przypominaliśmy sobie różne rzeczy. To było takie przegadanie wszystkiego aż do wyżęcia wszystkich słów. Nie wiedzieliśmy, w którą stronę wszystko pójdzie. Czy nie pojawią się złość, żal, oskarżenia. Potem, rano, zobaczyliśmy pierwszą kartkę przyczepioną do ogrodzenia. A potem całą masę takich kartek, które ludzie zaczęli przyczepiać na płocie przy siedzibie Fundacji.

Co na nich było: „Jurek, trzymaj się!”? 

Tak, byłem oszołomiony skalą. Dostaliśmy tysiące maili i odpisaliśmy na każdy. Siedzieliśmy tutaj w kilka osób, w moim pokoju w Fundacji, i odpisywaliśmy, dziękowaliśmy za listy. Dostaliśmy całe mnóstwo pocztówek, kolaży, bibelotów. Będziemy je licytowali. Odpowiedzieliśmy na każdy list, który przyszedł pocztą, ręcznie je podpisywałem. A apogeum tego był dzień, kiedy przyjechała do nas Ochotnicza Straż Pożarna z całej Polski. Siedzę tu, gdzie teraz, na drugim piętrze Fundacji, i widzę w oknie, że coś się wysuwa: pojawia się facet w hełmie strażackim i drugi, z trąbką. Jeden macha, a drugi zaczyna grać „Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic” Voo Voo. Schodzę do nich, a po drodze natykam się na człowieka, który przyjechał z Krakowa z medalem Tadeusza Kościuszki – dla mnie. Mówię: „Szybko mi to wepnij, bo mam strażaków na dole”. Wpina mi medal, robi sobie ze mną selfie, wychodzę i wpadam na Agnieszkę Chylińską, która płacząc, mówi, że też chce nas wesprzeć. Przybiłem ze strażakami piątkę, wręczyli mi legitymację, że do końca świata i jeden dzień dłużej jestem w Ochotniczej Straży Pożarnej. No a potem to niesamowicie wzruszające pożegnanie Pawła Adamowicza w gdańskiej bazylice. Wracamy do hotelu, zbieramy się do wyjazdu do Warszawy i nagle rzucam: „Dobra, bierzcie kamerę. Idziemy”. Stajemy na moście na Motławie i mówię: „Paweł, bierzemy się do roboty, wracam”. I dostajemy 11 milionów kliknięć: „Jurek, w porządku!”, „Yes!”, „Git!”.

Podjąłeś tę decyzję spontanicznie?

Tak. Tak samo jak tydzień wcześniej, gdy szliśmy na konferencję prasową. Nikt z zarządu Fundacji – ani moja żona Dzidzia, ani żaden z lekarzy – nie wiedzieli, co powiem.

Żona ci nie doradzała?

Nie. To są bardzo osobiste decyzje. Ale postanowiłem: tak, wracamy, robimy, pracujemy! To jest zgodne z moją filozofią: kiedy dwa samoloty wleciały w World Trade Center, Nowy Jork nie zamknął przecież lotnisk. Kiedy wybuchały bomby w Londynie, nikt nie wyłączył metra ani nie nakazał przestać jeździć autobusom. Bo nie jest tak, że jeżeli będziemy czegoś unikali, to nic złego się nie zdarzy. Mamy nie robić koncertów? Albo przed sceną wykopać fosę? Może jeszcze wezwać brygady antyterrorystyczne? Przed pewnymi rzeczami nie ma ucieczki. Przed szaleńcami. Bo terroryzm wykorzystuje każdą szczelinę, to przysłowiowe ucho igielne, żeby tam wpakować swoje macki i nas zaskoczyć. 

Na tym moście w Gdańsku powiedziałeś też, że jedno serce zgasło, ale miliony się otworzyły.

Bo ta sytuacja pokazała ludziom, Polakom, że musimy uważnie patrzeć na to, co dzieje się obok nas. Nie przechodzić obojętnie, nie zatracać wrażliwości. Ostatnia Orkiestrowa Puszka Pana Prezydenta Pawła Adamowicza – to było coś nieprawdopodobnego, ludzie zareagowali na tę akcję niewiarygodnie. Zebrano 16 milionów złotych, to była największa zbiórka pieniędzy w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki w historii Facebooka. I teraz dokładnie za te 16 milionów plus jeszcze 10 tysięcy złotych kupiliśmy sprzęt dla czterech szpitali w Gdańsku i dla hospicjum im. ks. Dutkiewicza. To sprzęt z najwyższej półki – wypasiona karetka pogotowia, noworodkowa, rezonans magnetyczny, tomograf komputerowy, ultrasonografy premium. Pieniądze wydane co do złotówki, ostatnie zakupy dokonane dwa miesiące temu. 

Myślisz, że zabójstwo prezydenta Gdańska wyzwoliło w ludziach jeszcze większą motywację do tego, żeby wspierać Orkiestrę i jej idee? 

Tak! Ludzie nie zgadzają się na to, co się wydarzyło. To straszna rzecz w historii każdego kraju, miasta, każdej zbiorowości ludzkiej. Kwestia tego, co potem z tego wynika. Medialna nagonka nie może być normą. Dlatego mówię: nie bądźcie dla siebie złośliwi, nie napadajcie na siebie, bo łatwo jest zatracić granicę przyzwoitości. A jak zaciera się ta granica, to traci się całe człowieczeństwo, traci się grunt pod nogami. I ktoś z boku może przejąć te lejce.

Dotyka cię hejt?

Dotykał. Teraz jest lepiej. Często mówię: mnie możesz nie lubić. Możesz nie lubić tembru mojego głosu, tego, co mówię, muzyki, którą puszczam w radiu. Może cię wkurzać, jak się zachowuję. To wszystko dopuszczam. Ale Orkiestra rozlicza się perfekcyjnie. Jesteśmy absolutnie transparentni. W Polsce tradycją jest to, że każda osoba, która odniosła sukces – a Olga Tokarczuk czy Robert Lewandowski są tego najlepszymi przykładami – spotyka się z hejtem. Prawnie hejt bardzo trudno jest powstrzymać. Więc co można zrobić? Powiedzieć ludziom: „Nie bądź hejterem. Nie kradnij pieniędzy z puszki. Bo jest to niefajne, słabe. Bo w ten sposób wypadasz z naszego dobrego towarzystwa”. I ludzie biorą to sobie do serca. W zeszłym roku podczas finału było słownie jedno zdarzenie kryminogenne: kobieta ukradła pieniądze z puszki, kamery w sklepie ją sfilmowały. To był absolutny wyjątek. Trzymamy się zasad. 

Co w tym roku było dla was najważniejsze?

Ten rok był wreszcie ogromnym sukcesem nauki pierwszej pomocy, którą propagujemy. Marzy nam się, żeby wprowadzić ją do szkół jako przedmiot obowiązkowy. 16 października biliśmy rekord w udzielaniu pierwszej pomocy: zgłosiło się 150 tysięcy ludzi i od godziny 12 do 12.30 w całej Polsce prowadzili resuscytację krążeniowo-oddechową. Wielkim sukcesem jest też nasz program dla kobiet z cukrzycą, które planują dzieci. Został już doceniony na świecie. Każda kobieta, która choruje na cukrzycę, przed ciążą, podczas jej trwania i jakiś czas po porodzie może korzystać z kupionych przez nas najnowocześniejszych na świecie osobistych pomp insulinowych. Dzięki temu ciąża przebiega bez powikłań spowodowanych cukrzycą, rodzi się zdrowe dziecko, a pompa przechodzi do innej kobiety. Teraz pochylamy się bardzo mocno nad diagnostyką genetyczną. Chodzi o tak zwane leczenie celowane, które wymaga nieprawdopodobnie kosmicznej diagnostyki, sprzętu z najwyższej półki. Już nad tym siedzimy i jest to dla nas teraz priorytetowe.

Jurek Owsiak, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, Finał WOŚP
stanisław wadas/wośp

Masz poczucie, że jest to doceniane? 

Bardzo mocno uciekamy od pomnikowości, ucinamy jakiekolwiek napuszenie. Wczoraj jedno z miast – dużych, cudownych – zadzwoniło do mnie z propozycją honorowego obywatelstwa. Ja mówię: „Nie, dajcie sobie z tym spokój. Będzie kopanie, złe dyskusje – nie bierzcie sobie na głowę kłopotu”. Za to chętnie pędzimy do Darłówka, gdzie piękny czerwony most spacerowy otrzymał właśnie imię WOŚP. Albo na otwarcie ronda imienia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Szczecinku. Ja sam, osobiście, uciekam od bycia uhonorowanym.

Ale Pokojową Nagrodę Nobla chciałbyś chyba dostać?

Nie. Absolutnie szczerze. Mam do tego bardzo spokojny, twardy stosunek. Nie chcę nikogo czarować, puszczać oka, ale uważam, że Pokojowy Nobel należy się ludziom, którym kapie na głowę, na plecach pali się ogień, czują strach, są w sytuacji zagrożenia. Nam nic się nie dzieje, żyjemy w spokoju. Byłoby w tym wręcz coś nieeleganckiego, gdybym ją dostał, pokazał się i mówił: „Hej, jestem z Polski, fajnie tu się żyje, policja do nas nie strzela”. 

Jaka nagroda sprawiła ci ostatnio satysfakcję?

Nagroda im. Tischnera, którą przyznają naprawdę mądrzy ludzie, związani z Kościołem katolickim. Bardzo się cieszę, że dostaliśmy ją obydwoje: moja żona i ja. Bo często, kiedy idziemy z Dzidzią po ulicy, podchodzą do mnie ludzie i mówią: „Bardzo chciałem panu podziękować”. Mówię wtedy: „To jest moja żona, proszę jej podziękować! To ona się tym wszystkim zajmuje”. Bo Dzidzia jest u nas głównym motorem medycznym. Niezwykle cenię sobie też nagrodę im. Andrzeja Wajdy. W pierwszych słowach uzasadnienia jest napisane: „za solidarność społeczną”. 

I solidarnie przekazałeś finansową część tej nagrody na azyl dla tygrysów w poznańskim zoo?

Nawet nie wiedziałem, jaka to będzie suma – okazało się, że 50 tysięcy złotych. Przekazaliśmy te pieniądze na tygrysy i jeszcze na Fundację Tara, która opiekuje się końmi odebranymi z rzeźni. Od lat z całą rodziną mamy pod opieką dwa z nich: Matuszkę i Life’a. Uważam, że za znęcanie się nad zwierzętami powinny być jak najwyższe kary. Można dyskutować na temat polowań, przemysłu futerkowego. Nie jestem ortodoksem. Ale w kwestii męczenia zwierząt jestem. To absolutnie niedopuszczalne. 

Tym też masz zamiar się zająć?

Jedna z moich zasad to: nie łap sześciu srok za ogon. I trzymamy się tego w Fundacji – wyznaczamy sobie temat na dany rok i tym się zajmujemy. Oczywiście dostajemy mnóstwo maili typu: „Czy mógłby pan przeznaczyć część pieniędzy WOŚP na zwierzęta?”. Nie, nie robimy tego. Mamy wyraźnie określony statut: to profilaktyka działań medycznych i sprzęt medyczny. I to naprawdę potrafimy robić. Cała ekipa Fundacji to około 50 osób, z większością pracuję od lat. Załoga jest super. Mamy zasadę: za wszystko odpowiadasz imiennie. Ludzie mają sto procent samodzielności i dzięki temu, inaczej niż w korporacji, można szybko, sprawnie podejmować decyzje. 

Jesteś urodzonym liderem? 

Odpowiem tak: od wielu lat nie byłem w jakiejś ekipie, gdzie ktoś inny byłby liderem. (śmiech) Więc trudno mi ocenić. Ale staram się być fajnym liderem. A pomysł, który realizujemy z Orkiestrą, jest czymś najbardziej fantastycznym. Ten etap budowania, tworzenia wszystkiego, jest najpiękniejszy.

Czujesz, że jeszcze tworzysz, budujesz Orkiestrę?

Cały czas. Oczywiście przez te 28 lat były momenty – bo taki mam charakter – gdy mówiłem: „Coś się to za bardzo uklepało. Musimy trochę tym wstrząsnąć”. Ale na szczęście z czasem zrozumiałem, że wyzwania same przychodzą. Że nic na siłę. Pierwszy finał i ten, który będzie za chwilę, dzieli przepaść – przez te lata przesiedliśmy się z syreny towos do mercedesa. Kilka lat temu kompletnie wypięła się na nas telewizja publiczna, która przecież wspólnie z nami stworzyła WOŚP. A w tym roku robimy finał na placu Teatralnym i placu Bankowym, naszym partnerem jest TVN. I o takim podejściu do wyzwań mówię też młodym ludziom jako motywator wynajmowany przez firmy, w których pracują. 

Zdradzisz, co im mówisz?

Najważniejsze – miej marzenia. Żeby wylecieć w kosmos, musisz gdzieś dojść, w coś wsiąść, coś odpalić, mieć odpowiednie ubranie, polecieć i zobaczyć, jak na koniec będą wiwatowali na twoją cześć. Nie każdy z tych etapów musi się wydarzyć. Najprzyjemniejsze jest planowanie. Druga zasada – nie samemu. Z zespołem zawsze jest fajniej. Bo jak osiągasz sukces, to masz z kim wiwatować, a jak potrzebujesz wsparcia, to tym bardziej. Trzecia – najprostsza, jaka może być: dwa plus dwa to cztery, a nie 22. Więc nie kombinuj, nie wymyślaj. Kolejna – umilaj sobie wolny czas. Dla mnie to dobra muzyka. To ludzie, którzy są radośni. Chodzi o to, żeby mieć w sobie harmonię. I na samym końcu mówię tak: „I pamiętajcie – bez względu na poglądy polityczne czy religijne, niech was nie ciągnie do focha. Do miejsc, w których jest smutek, zło. Bo jak włożycie tam paznokieć, palec, łokieć, głowę, to wciągnie was celebracja tego, co tam znajdziecie. A to nie buduje. Buduje wyobraźnia, lot tą rakietą gdzieś daleko i spojrzenie z góry na całość”. 

Marzenia?

Mam cały czas. Ale wszystkie moje marzenia są niezmiennie, od ćwierć wieku ulokowane w pojęciu Polska. Kiedy kilkanaście lat temu byłem z ekipą telewizyjną w Jaipurze w Indiach, trafiliśmy na maga, który przepowiadał przyszłość. Wszyscy pytali o bliskich, o choroby, o różne swoje sprawy. A ja wszedłem do niego i powiedziałem: „Dzień dobry. Chciałbym wiedzieć, co będzie z moim krajem, Polską”. Przewrócił oczami i spytał: „A jakieś osobiste pytanie?”. „To właśnie jest osobiste”. Nie interesują mnie klimaty typu: dom z basenem na Bahamach. Próbuję sobie wyobrazić sytuację, że mam już mnóstwo czasu, czuję się doceniony, dostaję jakąś dożywotnią rentę i jadę na te Bahamy, żeby po prostu leniwie odpoczywać. I co? Po tygodniu mówię: „Kiedy najbliższy samolot?! Już się napatrzyłem, wypiłem drinki – wracamy!”. I pragnąłbym wrócić do kraju zadowolonych i uśmiechniętych rodaków, traktujących siebie nawzajem z szacunkiem i przyjaźnią. Do Polski, która wszystkich nas cieszy i napawa DUMĄ! Taka Polska dla wszystkich!

Wywiad z Jurkiem Owsiakiem ukazał się w „Urodzie Życia” 1/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia, pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG