Julie Delpy mówi głośno to, co po cichu myśli wiele matek:  „Mieć dzieci to szaleństwo”
mat. prasowe

Julie Delpy mówi głośno to, co po cichu myśli wiele matek:  „Mieć dzieci to szaleństwo”

Julie Delpy powraca w filmie o matczynej miłości: „Moja mała Zoe”. To historia, która poruszy wasze serca i zostanie z wami na długo.
Anna Tatarska
21.05.2020

Julie Delpy, eteryczna blondynka z filmu „Przed wschodem słońca”, wraca w mrocznym thrillerze „Moja  mała Zoe”. Grana przez nią Isabelle, mama kilkuletniej Zoe, zajmuje się genetyką. W pracy odnosi kolejne sukcesy, gorzej jest z życiem osobistym: właśnie się rozwodzi i musi dzielić z byłym mężem opiekę nad córką. KIedy Zoe ulega wypadkowi, Isabelle postanawia zrobić wszystko, żeby ich życie wróciło do dawnej normalności. Aktorka przyznaje, że film był dla niej formą terapii po rozwodzie i trudnej walce o dziecko. Czy skuteczną?

Anna Tatarska: Film „Moja Zoe” to nie tylko podróż w przyszłość, ale też w mroczne rejony ludzkiej duszy. Co takiego się stało, że postanowiła pani rozstać się z komediami? 

Julie Delpy: Pierwszy zalążek pomysłu na ten film pojawił się w mojej głowie już bardzo dawno, bo 25 lat temu. Ale wtedy to były luźne wątki: rodzina, los, sprzeciwianie się przeznaczeniu, rodzicielstwo. Potem wydarzyło się… życie. I wiele obserwacji, które spotkały się ostatecznie w tym projekcie. Po pierwsze, temat straty dziecka. Kilkakrotnie w swoim życiu widziałam rodziców tracących dzieci, także bardzo małe. Twarzy tych ludzi nie jestem w stanie zapomnieć. Ich oczu. Trudno mi wyobrazić sobie trudniejsze doświadczenie, to wręcz nie do zniesienia. 

Po drugie, rodzicielstwo. Kiedy sama zostałam mamą, dotarło do mnie, jakim szaleństwem jest posiadanie dzieci. Jest w tym oczywiście coś wspaniałego, niesamowitego, zabawnego, cudownego. Ale wraz z rodzicielstwem w życie człowieka nieodwołalnie wkrada się niepokój. Każda najmniejsza choroba, spóźnienie, nieodebrany telefon, wszystkie te maleńkie rzeczy. Nie wspominając już o naprawdę poważnych kryzysach. 

A pani jakim jest rodzicem?

Nieustannie towarzyszy mi lęk. Tylko kiedy spędzam cały dzień z synem, a on rzępoli na gitarze kawałki Beatlesów, jestem spokojna. Ale wystarczy, że wyjdzie z domu i już pojawia się niepewność. Dodatkowo dzielę się opieką nad dzieckiem pół na pół z jego ojcem [aktorka ma 10-letniego syna z niemieckim kompozytorem Markiem Streitenfeldem. Para rozstała się, gdy Léo miał trzy lata – red.]. Zatem połowa mojego życia to niedola. Doświadczenie dzielenia się opieką nad dzieckiem, wychowanie dziecka po rozstaniu bardzo mocno na mnie wpłynęło.

Trudy rodzicielstwa po rozwodzie?

Opieka pół na pół jest uczciwa, jednak wiąże się z nią konieczność oddania dziecka. A to bardzo trudne. Ciągle powraca pytanie: „Czy kiedy Léo spędza 50 procent czasu z ojcem, wciąż jestem jego matką?”. Trzeba sobie zbudować w pewnym sensie inną wersję własnego dziecka. Bo ono nie jest stale nasze. Być może mój film jest taką alegorią walki o sprawowanie opieki nad dzieckiem. 

Julie Delpy „Moja Zoe”
mat. prasowe

A skąd pomysł na science fiction? Nie przyszłoby mi do głowy, że Julie Delpy nakręci film rozgrywający się w przyszłości…

Wybrałam ten gatunek z wielu powodów, ale głównie dlatego, że kiedy w trakcie rozstania decydowały się losy mojego syna, moje cierpienie wykraczało poza ziemskie ramy. Ono w pewnym sensie było kosmiczne, czułam, jakby ktoś wyrwał wielki kawał mnie. 

Ale ta rzeczywistość przypomina jednak tę naszą, dzisiejszą. 

Jakiś czas przed rozpoczęciem zdjęć byłam w Chinach i rozmawiałam z tamtejszymi przedstawicielami branży technologicznej. Poproszono mnie, bym wyobraziła sobie zdjęcie swojego domu sprzed 20 lat. Co się zmieniło? Mój samochód? Jasne, jest nieco bardziej nowoczesny. Moje meble? Nie. Wystrój wnętrza? Niuanse. Sama szybko sobie odpowiedziałam: mój telefon i mój komputer przeszły przemianę totalną. Tak naprawdę zmiana zaznacza się na poziomie łączności i sposobów, w jakie ona wypływa na nasze życie. Dziś jestem w stanie wypożyczyć samochód, wciskając przycisk na specjalnej bransoletce, ale herbatę cały czas piję taką samą i z takich samych szklanek. 

W „Mojej Zoe” pojawia się temat klonowania.

My, dorośli, nawet jeśli nazywamy się ateistami, jesteśmy przesiąknięci koncepcjami religijnymi. Albo filozoficznymi i moralnymi. Klonowanie jest dlatego tak dyskusyjną koncepcją, że wydaje nam się moralnie niewłaściwe. Wierzymy w wyjątkowość duszy, w jednostkę jako coś nienaruszalnego. Pytałam dzieci o klonowanie. Ich odpowiedź zawsze brzmiała: „Wspaniale, byłoby więcej mnie”. Mówi się też, że klonowanie to zabawa w Boga. Jeśli wierzysz w niego i w to, że stworzył człowieka, to może tak. Ale co, jeśli Bóg ze stworzeniem człowieka nie ma nic wspólnego, jeśli to czysta biologia? Wtedy, klonując, w nic nie ingerujemy.

W filmie widzimy ciężarne kobiety w bardzo zaawansowanym wieku. Skąd pomysł, by przestawić zegar biologiczny? 

Sama właśnie wchodzę w menopauzę i mam poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że zegar biologiczny jest jakiś spieprzony. Myślę, że to trudne dla wielu kobiet. Totalny brak równouprawnienia. Jestem przekonana, że gdyby sperma przestawała mieć własności zapładniające po 45. roku życia, już dawno mielibyśmy milion patentów na to, jak sobie z tym poradzić. Ale mężczyźni mogą mieć dzieci przez całe życie. Zaś dla kobiet w pewnym momencie gra się kończy i nic nie da się z tym zrobić. Chyba że w filmie! Postanowiłam wykorzystać tę możliwość.

Żadna z kobiet grających w filmie ciężarną nie była w trakcie zdjęć w ciąży. Ale pod koniec pracy wszystkie z tymi sztucznymi wielkimi brzuchami były bardzo szczęśliwe. I nie chodziło tylko o kwestię tego udawanego macierzyństwa, ale też pokazania środkowego palca wiekowi biologicznemu i jego ograniczeniom.

Julie Delpy „Moja Zoe”
mat. prasowe

Pani trzyma w tym filmie stronę kobiety i patrzy z jej perspektywy.

To było dla mnie kluczowe: zrealizować ten film z punktu widzenia kobiety. Mam wrażenie, że niewiele jest filmów, które na proces rozwodu, walki o prawa do opieki nad dzieckiem i całego tego emocjonalnego ciężaru patrzą właśnie z tej perspektywy. Jednocześnie było dla mnie jasne, że mężczyzna nie może być postacią jednoznacznie negatywną. Łatwo byłoby powiedzieć: „Co za beznadziejny typ, czarny charakter”, ale nie o to chodzi. Dlatego pokazuję dwie strony tej postaci: James [były mąż Isabelle, gra go Richard Armitage – red.] cierpi, jego cierpienie jest ważne i prawdziwe. Ale James bywa też bezlitosny – jako reżyserka tego nie ukrywam. 

Chciałam pokazać, że zarówno zdradzone kobiety, jak i zdradzeni mężczyźni potrafią stać się niezwykle okrutni. Bardzo ważne było dla mnie zachowanie emocjonalnej prawdy tej trudnej sytuacji. W filmach często oglądamy kłótnie między parami, ale tutaj bohaterowie nie sprzeczają się po to, żeby coś sobie wyjaśnić, lepiej się zrozumieć. Oni się kłócą, żeby jak najmocniej nawzajem się zranić. 

Jest pani typem kłótliwym czy raczej unikającym konfliktów? 

Zrobiłam film o ludziach, którzy się kłócą, ponieważ doskonale wiem, jakie uczucia się z tym wiążą. W kłótniach jestem niepowstrzymana. Mój obecny mąż nawet nie zaczyna ze mną kłótni, bo wie, że szybko przekształciłaby się w jakieś werbalne szaleństwo, które rozsadzi świat. A że jest Grekiem i jego angielski jest nieco gorszy od mojego, tym bardziej miałby mniejsze szanse. W naszym związku, na szczęście nie ma zbyt wiele gniewu.

Znowu występuje pani w głównej roli. Reżyseria, scenariusz, gra… Dużo tego miała pani na głowie.

Reżyserowanie i granie we własnym filmie to cholernie trudne zadanie. Wydawałoby się, że skoro mam już na tym polu doświadczenia, to będzie łatwiej. Ale nie! Było wręcz przeciwnie. Nie chciałam, ale dużo na planie płakałam, było mi to potrzebne, żeby przepracować pewne emocje. Po powrocie do Los Angeles poszłam do mojego lekarza, a on zapytał mnie podejrzliwie, co się dzieje z moimi zatokami, dlaczego są takie spuchnięte. Przypominałam chomika! Sześć miesięcy zajął mi powrót do normalnego wyglądu. 

Czy realizacja filmu była formą terapii? Pozwoliła przepracować rodzicielską traumę? 

Myślałam, że ten projekt przyniesie mi pewne wyzwolenie. Chciałam uwolnić się od lęków i paranoi. Ale tak naprawdę nie wyswobodziłam się z niczego, a wszystkie podskórne lęki, które wcześniej w sobie nosiłam, przyjęły rzeczywistą formę i kształt. Istny koszmar!

Rozmowa z Julie Delpy ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2020

Film „Moja mała Zoe” od 21 maja będzie można obejrzeć na platformach VOD: VOD.pl, Platforma CANAL+, Player +, Chili, UPC Polska, Play Now, Inea, Toya, Vectra, Multimedia Polska, Netia oraz Orange VOD. Dystrybutorem filmu „Moja mała Zoe” jest firma M2 Films.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Reese Witherspoon
East News

Reese Witherspoon wraca jako Elle Woods w „Legalnej blondynce”! 

„Legalna blondynka 3” już powstaje – ale co tym razem spotka Elle Woods, nie wie jeszcze nikt. Wcześniejsi scenarzyści zostali zastąpieni nową parą twórców, którzy zapowiadają „zupełnie świeże podejście”.
Sylwia Niemczyk
20.05.2020

Reese Witherspoon potwierdziła to, na co czekałyśmy: po raz kolejny  zobaczymy ją jako ponadprzeciętnie słodką i tak samo ponadprzeciętnie bystrą Elle Woods. Ekipa pracująca nad „Legalną blondynką 3” wróciła do pracy nad filmem. Poza samą Reese znajduje się w niej para scenarzystów: Mindy Kaling (scenarzystka serialu „Biuro”) oraz twórca serialu „Brooklyn 9-9” Dan Goor. Te dwa nazwiska to zupełna nowość: pierwotnie za trzecią część „Legalnej blondynki” miały odpowiadać twórczynie pierwszej części, które już planowały, że dorosła Elle Woods będzie ubiegać się o pracę w Sądzie Najwyższym i wystartuje w wyścigu do fotela prezydenckiego w Stanach Zjednoczonych. Teraz jednak scenariusz zostanie napisany na nowo. „Legalna blondynka 3”: nowe otwarcie Co zatem wydarzy się w „Legalnej blondynce 3”? Na razie zupełnie tego nie wiadomo, tym bardziej że obecni scenarzyści nie mieli nic wspólnego z wcześniejszymi obiema częściami filmu.  Według branżowego serwisu Deadline, ich wersja nie będzie zaledwie kosmetyczną przeróbką wcześniejszego scenariusza, ale zaoferuje zupełnie nowe spojrzenie na film. Najpewniej jednak i tym razem Elle Woods będzie głosem współczesnych kobiet. Pierwsza część filmu  rozbijała stereotyp „głupiutkiej blondynki” na studiach prawniczych. W drugiej – Elle walczyła o prawa zwierząt. Być może tym razem zabierze głos w sprawie molestowania kobiet w miejscach pracy – w ramach ruchu #metoo Reese wyznała, że i ona mierzyła się z tym doświadczeniem. Reese jest jak Elle – tylko jeszcze lepsza To właśnie dzięki „Legalnej blondynce”, kobiety prawie 20 lat temu pokochały Reese Witerspoon. Jej filmowa wersja,...

Czytaj dalej
Dzień Matki
iStock

Dzień Matki 2020: Czy Polska naprawdę lubi młode matki? 

„Macierzyństwo to dla kobiety coś wyjątkowego. Ale dla społeczeństwa młoda mama nie jest czymś wyjątkowym, więc nie zamierza traktować jej na lepszych prawach. Rodzi się konflikt” – mówi Dorota Peretiatkowicz, psycholożka, współautorka badań Family Power.
Sylwia Niemczyk
20.05.2020

Wyliczamy: roczny urlop macierzyński, 500+ na każde dziecko, zasiłki opiekuńcze i gwarantowane miejsce w przedszkolu. Rodzice nie mają w Polsce źle – wynika z takiego wyliczenia. Tymczasem młode matki (rzadziej młodzi ojcowie) wcale nie czują, że są wspierane przez społeczeństwo – zamiast wsparcia czują raczej presję i niechęć. Czy Polska – kraj, w którym uroczyście obchodzi się Dzień Matki – naprawdę lubi młode mamy? Pytamy badaczkę opinii społecznej i psycholożkę, Dorotę Peretiatkowicz. Sylwia Niemczyk: Spojrzałaś w 2019 roku na polską rodzinę – i co zobaczyłaś? Dorota Peretiatkowicz: Zobaczyłyśmy bardzo dużo – w naszym badaniu wzięło udział 800 kobiet i 800 mężczyzn. Rodzina to zawsze ciekawy temat dla badaczy, ale teraz wyjątkowo dużo się w niej i wokół niej dzieje: weszło 500+, wracają tradycyjne wartości, zmniejsza się udział kobiet na rynku pracy: już 45 procent matek nie pracuje. A przy tym rodzi się bardzo mało dzieci.  Jest coś, co cię szczególnie zdziwiło? Choćby to, że widać dużo większą niż jeszcze kilka lat temu akceptację rodzin patchworkowych, czyli rodzin, w których dzisiaj nie są jeszcze do końca opisane role. Podobne badanie polskich rodzin przeprowadzałyśmy pięć lat temu – już wtedy było widać, że ludzie dostosowują się do tego nowego zjawiska, ale teraz okazuje się, że liczba patchworkowych rodzin i kombinacji jest bardzo duża. Patchwork spowszechniał nie tylko w dużych miastach, ale też poza nimi. Okazało się, że możemy z tym żyć i że ważniejsze, żeby rodzina w ogóle powstała, niż żeby była tradycyjna.  Jak to się ma w stosunku do tego powrotu tradycyjnych wartości, o którym mówisz? Młodzi ludzie, zresztą nie tylko młodzi, nie do końca mają w naszych czasach ochotę zakładać rodziny i...

Czytaj dalej