Julia Marcell: „Muszę zasysać dźwięki, książki, filmy, żeby to potem oddać w twórczości” 
Jacek Poremba
#czytajdlaprzyjemności

Julia Marcell: „Muszę zasysać dźwięki, książki, filmy, żeby to potem oddać w twórczości” 

Wokalistka Julia Marcell o płycie „Skull Echo” i pracy nad filmem.
Aleksandra Szajewska
29.12.2020

Od jej debiutu minęło 12 lat. Mówi, że była wtedy „taka niebieskooka”, myślała, że może wszystko. Teraz dojrzała. Julia Marcell, jedna z najciekawszych polskich wokalistek śpiewa ambitny pop z elementami elektroniki. Ma intrygujący głos, pisze teksty, komponuje, reżyseruje swoje teledyski. Jej poprzednia płyta „Proxy” (2016) była wydarzeniem. Jest laureatką Paszportu „Polityki” i Fryderyka. Właśnie wydała nowy album „Skull Echo”. 

Wika Kwiatkowska, „Uroda Życia”: Masz wrażenie, że w ciągu ostatnich lat dojrzałaś, wydoroślałaś?

Julia Marcell: Na pewno dużo się wydarzyło, pewnie trochę się zmieniłam. Jakieś dwa lata temu właściwie przestaliśmy koncertować i to był czas, kiedy po raz pierwszy od dawna mogłam pobyć sama ze sobą. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Z płyty „Proxy” pochodzą takie piosenki, jak „Andrew” czy „Tarantino”

Twoja nowa płyta jest szalenie poważna. Na „Skull Echo” pojawiają się pytania o sens życia, spojrzenie na człowieka z perspektywy wręcz kosmicznej. 

Ta płyta powstała z pewnego rodzaju ciekawości, ze zgłębiania określonych tematów. Takich jak czas, percepcja, granice świadomości. Co to właściwie znaczy: być człowiekiem, patrzeć na wszystko swoimi oczami, słuchać swoimi uszami. I jak bardzo te nasze percepcje się różnią. Gdzie to się spotyka, a gdzie rozjeżdża. Ciekawi mnie to ogromnie. Ale na „Skull Echo” śpiewam też o emocjonalnych, międzyludzkich sprawach – jak się porozumieć.

I o tym, że nie jest to łatwe?

Tak, bo każdy z nas – bez względu na sytuację – może w pewnym momencie poczuć się totalnie samotny. Z tego prostego powodu, że sam siedzi w swojej głowie. I tylko on czy ona widzi to, co widzi. 

Śpiewasz: „Miliony lat świetlnych w głąb świadomości lecę, zamknięta w ciasnej kapsule z kości”. W tym nie ma nic z ironicznego dystansu, który był charakterystyczny dla twojej poprzedniej płyty.

„Proxy” była moją pierwszą płytą po polsku i można było odnieść wrażenie, że humor i ironia są w ogóle dla mnie charakterystyczne. A tu jest faktycznie wszystko serio: pisałam to z trzewi, z refleksji nad zwykłym ludzkim doświadczeniem.

Zadajesz egzystencjalne pytania – znalazłaś już jakieś odpowiedzi?

Nie. Pozostają pytania.

Muzyka cię wycisza?

Wycisza, pobudza, to zależy od muzyki. Przewspaniałe jest to, że tak niesamowicie działa i potrafi mnie wprowadzić w określony nastrój. Ja w ogóle potrzebuję cały czas mieć kulturalną dietę. Muszę zasysać dźwięki, książki, filmy, żeby to potem oddać w twórczości. A kiedy nie mam czasu tego wchłaniać, czuję, że trochę więdnę. (śmiech)

Czytaj także: Joanna Kulig znów śpiewa i kocha – i znów zachwyca!

Inspiracją do nowej płyty były m.in. filmy „Pod skórą” Jonathana Glazera i „Odyseja kosmiczna” Kubricka

Co wchłonęłaś przy okazji „Skull Echo”?

Czytałam wtedy książkę o percepcji Donalda D. Hoffmana, amerykańskiego psychologa zajmującego się kognitywistyką. Ale też „Biocentryzm” Roberta Lanzy i Boba Bermana – bardzo ciekawa koncepcja, według której nie istnieje obiektywny obraz świata, a wszystko, co widzimy wokół, jest wytworem naszych umysłów. Teraz jestem na etapie „Diuny” Franka Herberta, czyli klasyki powieści science fiction. W ogóle jestem fanką tego gatunku. Zawsze lubiłam filmy, w których samotny bohater włóczy się i rozmyśla na temat absolutu. Uwielbiam „Pod skórą” Jonathana Glazera, bardzo podobał mi się „Nowy początek” Denisa Villeneuve’a. A jednym z moich najukochańszych filmów jest „Odyseja kosmiczna” Kubricka. Z jednej strony fascynują mnie totalnie wyciszone filmy, które dzieją się niemal w głowie bohatera, dają mnóstwo oddechu i przestrzeni, a z drugiej pełne wartkiej akcji kino przygodowe. I to chciałabym połączyć w całym projekcie „Skull Echo”.

Bo równolegle do albumu pracujesz nad filmem fabularnym? 

To będzie polskie science fiction w stylu Lema. Z towarzyszeniem muzyki z tej płyty.

Zagrasz w nim?

Nie, bohaterką będzie kobieta, ale ja będę po drugiej stronie kamery, czyli tak, jak wolę. (śmiech) W roli reżyserki. Na razie skupiam się na dopracowaniu scenariusza, który napisałam – chcę, żeby był świetny. Bo to podstawa.

Pierwszy film krótkometrażowy „Night Herald” zrealizowała w Los Angeles

Jesteś reżyserskim samoukiem?

Tak, lubię odkrywać wszystko na własną rękę, wtedy mnie to nakręca i sprawia, że chcę wiedzieć coraz więcej. Wyreżyserowałam wiele swoich teledysków, pisałam do nich scenariusze, nadzorowałam całość. Zawsze wiedziałam, jak to ma wyglądać. Zrobiłam też kilka krótkich amatorskich filmów, animacje. A w zeszłym roku zrealizowałam w Los Angeles film krótkometrażowy „Night Herald”. To był dla mnie sprawdzian, czuję, że jestem już gotowa na dłuższą formę. Ale zanim wejdę na plan, minie pewnie jeszcze kilka lat.

Myślisz o tym, żeby w przyszłości zająć się reżyserią, przekierować się w tę stronę?

Zająć – tak, ale kocham muzykę i nie chciałabym jej porzucać. Film mnie pasjonuje, zawsze był dla mnie ważny. W projekcie „Skull Echo” muzyka była pierwsza, ale zdałam sobie sprawę, że tematy, o jakich śpiewam, są tak ogromne i pojemne, że znajdzie się tam jeszcze pole do eksploracji.

Masz w sobie tęsknotę za drugim człowiekiem, o której śpiewasz?

Mam. Moje życie to właściwie dwie skrajne sytuacje: kiedy pracuję nad jakimś projektem, całe dnie spędzam w swojej samotni. A potem wpadam w totalny ludzki wir: muzycy, management, trasa. Trochę taki ping-pong. A czasu dla rodziny, dla najbliższych jest mało. Staram się go wyciskać, ile się da. Ale często jest mi tęskno. Najbliższa mi osoba też jest w ciągłych rozjazdach. Brakuje mi go czasem, tak po ludzku. Mieszkamy w dwóch miastach naraz: w Warszawie i Berlinie. Czasem on jest w domu i ja jestem w domu, ale to są dwa różne domy. 

Co jest teraz dla ciebie najważniejsze?

Właśnie rodzina, bliscy mi ludzie. Poczułam, że muszę się oderwać od pracy, bo jestem z nią sklejona do granic możliwości. To coś, bez czego nie potrafię funkcjonować. Ale ostatnio zaczynam zauważać, jak ucieka czas. Poczułam, że jest też życie poza pracą. Może nawet z tego wzięły się te najnowsze rozważania filmowo-płytowe. Specyfika mojej pracy sprawia, że non stop konfrontuję się sama ze sobą. W piosenkach ciągle gadam o sobie, w wywiadach też, brakuje mi innych ludzi w moim życiu. Żeby to o nich posłuchać, zobaczyć, jak rozwija się ich życie. Za tym tęsknię. 

Jako artystka pielęgnujesz w sobie tego narcyza?

Dokładnie. I trochę mam go dosyć, znudził mnie. 

Czytaj też: Kayah u progu 50-tki: „Nie mam nikogo, na kim mogłabym polegać”

Życie na dwa domy – w Warszawie i Berlinie

Na ile się zmieniłaś przez te 12 lat, od pierwszej płyty?

To już tyle czasu minęło? Kompletnie się zmieniłam. Wtedy byłam taka niebieskooka, wydawało mi się, że wszystko mogę, że to zależy tylko od siły moich mięśni, mózgu i tego, co sobie zażyczę. Dalej trochę na tym jadę, bo jestem typem osoby, która jak coś sobie wymyśli, to nie ma zmiłuj. Polecam tę metodę: nie przyjmować do wiadomości, że coś może się nie udać. Natomiast na pewno teraz więcej się martwię – jestem bardziej świadoma wielu spraw i ich konsekwencji.

Widzisz więcej odcieni szarości?

To też. Pewnie na tym polega dojrzewanie. Zmienia się gust, zmienia się smak. Ale patrząc z perspektywy czasu, czuję, że dokonałabym wielu takich samych wyborów. Tyle że teraz byłoby to świadome, a wtedy robiłam to intuicyjnie. Kierowała mną jakaś dzika logika. Na przykład zawiało mnie do Berlina. 

Nagrałaś w rodzinnym domu w Olsztynie demo płyty i jako pierwsza polska artystka zebrałaś pieniądze w internecie – bardzo dużą sumę, 50 tysięcy dolarów. Zaproponowano ci menedżera i producenta w Berlinie. Nie bałaś się skoku na głęboką wodę?

To jest właśnie jedna z tych rzeczy, które się zmieniły przez lata: teraz totalnie bym się bała. Wtedy nie wiedziałam, z czym taki wyjazd się wiąże. W Berlinie byłam kompletnie sama. Zima, maleńkie mieszkanie, zimno, dwa i pół mebla. Nie było nawet lampy. Dzisiaj nie wiem, czy bym się na to porwała, ale wtedy to było dla mnie idealne: przygoda, na której mi zależało, coś, co mnie unosiło i pchało do przodu. 

Zachłysnęłaś się Berlinem?

Totalnie. Najbardziej zachwyciła mnie wielkość i różnorodność tego miasta. Mnóstwo ludzi, małe sklepiki na rogu sprzedające potrawy z najróżniejszych stron świata. Poczułam się częścią społeczności lokalnej, która niesamowicie aktywnie żyje i się wspiera. Trafiłam do studia zrzeszającego muzyków i innych artystów – jedni nagrywali piosenki, inni sprzedawali swoje obrazy. Zakochałam się w Berlinie, był tym, o czym zawsze marzyłam. Wszystko mnie tam inspirowało. 

W Olsztynie czy Warszawie byłoby to niemożliwe?

Byłoby niemożliwe w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, w jakimkolwiek innym czasie. Chodzi o jakąś ulotną energię.

Miałaś kompleks osoby ze Wschodu, z mniejszego miasta?

Zupełnie nie. Ludzie, wśród których się tam obracałam, pochodzili z najróżniejszych miejsc na świecie – z małych miasteczek i ogromnych metropolii.

Trzy lata temu powiedziałaś mi, że jedną nogą jesteś w Berlinie, drugą w Warszawie.

Nadal tak jest. Zapuszczam dwa korzenie naraz. I w Berlinie, i w Warszawie mam swoje ulubione miejsca, przyjaciół. Gdybym miała maszynę do teleportacji, to dla mnie byłoby właściwie jedno miasto. 

Wciąż czujesz się artystką alternatywną?

Wydaje mi się, że alternatywny to jakieś przedziwne określenie, które już nie pasuje do rzeczywistości. Bo na rynku wszystko się zmieniło. Chyba każdy, kto tworzy muzykę, chciałby dotrzeć do jak największej liczby osób. Alternatywa, mainstream to trochę naciągane kategorie.

Ale chyba przekładają się na obecność w telewizji, radiu? 

Jeżeli myślimy pod kątem intencji twórcy, to w mojej muzyce jest ona prosta: gram, jak czuję. I nie myślę o tym, czy moja piosenka wpasuje się w format najbardziej słuchalnego radia. Myślę o słuchaczu, ale w inny sposób: zależy mi na tym, aby się skomunikować. Nie interesuje mnie granie do szuflady, chcę nawiązać z ludźmi łączność, czymś się podzielić. Więc próbuję formułować swoje myśli tak, by były czytelne. Co jest wbrew pozorom bardzo trudne, bo muzyka jest szalenie subiektywna, podlega nastrojom, miejscom, chwilom, przywołuje wspomnienia, skojarzenia. Ale to jest rodzaj wyzwania, które mnie pasjonuje. Czuję się najbardziej szczęśliwa, kiedy siedzę i piszę. Albo śpiewam. Albo reżyseruję. Bardzo lubię wszystkie twórcze działania. Natomiast unikam celebryckich sytuacji, typu pozowanie na ściance, bo męczą mnie i nudzą. Jednak promocja to część mojego zawodu, bez tego po prostu się nie da. 

Bardziej się czujesz Julią Marcell czy Julią Górniewicz? 

Ciężko to już teraz rozdzielić, jestem po prostu sobą. Ale jako Julia Górniewicz nie występuję na scenie.

Bo ona jest nieśmiała i wycofana?

Nie, bo ludzie przychodzą na Julię Marcell. Górniewicz jestem w urzędach, tam, gdzie trzeba się oficjalnie podpisać, podać pesel. A kiedy się przedstawiam ludziom, to jestem po prostu Julią.

***

Rozmowa z Julią Marcell ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Iga Nowakowska
Mateusz Stankiewicz/Same Same

Ida Nowakowska: „W swoich korzeniach mamy to, by się rozumieć nawzajem i szanować, a nie obrażać na siebie”

Ida Nowakowska, prowadząca „Pytanie na śniadanie” w TVP 2 opowiada o marzeniach, pokorze, której nauczyli ją rodzice, i  religii, która prowadzi ją przez życie.
Sylwia Niemczyk
06.11.2020

Ida Nowakowska po latach kursowania między Ameryką a Polską, od dwóch lat mieszka tu na stałe, jest prowadzącą m.in. „Ameryka da się lubić”, „Pytanie na śniadanie”, „The Voice Kids”. Głośno mówi o tym, że jest wierzącą i praktykującą katoliczką i ważne są dla niej tradycyjne wartości.  Sylwia Niemczyk: Gdzie się czujesz bardziej u siebie: w Polsce czy w Ameryce? Ida Nowakowska: I tu, i tu czuję, że jestem w domu. Stany są domem ludzi z całego świata, przecież kiedyś powstały właśnie po to, by dać schronienie wszystkim, którzy tego potrzebują. Amerykanie cieszą się ze skrzydeł, które daje im ten kraj, ale jednocześnie są bardzo przywiązani do swoich korzeni, celebrują tradycje kraju swoich rodziców i dziadków. Kiedy mieszkałam w Stanach, nie rozumiałam, jak można wyjechać z Polski i nie tęsknić. Bo ja tęskniłam bardzo. Ale gdy jestem tu, to nieraz tęsknię za Ameryką. Skończyłaś tam studia, wyszłaś za mąż – i wróciłaś. Dlaczego? Nigdy stąd do końca nie wyjechałam, tu byli moi rodzice. Choć rzeczywiście po studiach myślałam, że będę już na stałe mieszkać w Stanach, ale kolejny raz w życiu przekonałam się, że nawet jeśli sami coś sobie zaplanujemy, to ktoś na górze ma wobec nas własne plany. Mój mąż, Jack, dostał pracę w Chinach, więc najpierw przez jakiś czas mieszkaliśmy tam, potem zaczęłam coraz częściej przyjeżdżać do Polski: najpierw na chwilę, czasem nawet nie chowałam walizek, wreszcie na coraz dłużej. W końcu dwa lata temu rozpakowałam się do końca, Jack też już przestał kursować między Ameryką a Chinami, teraz pracuje zdalnie z naszego warszawskiego mieszkania. Ida Nowakowska o mężu i Ameryce Patrzysz czasem na Polskę jego oczami? Szczerze mówiąc, choć wychowałam się w domu, w...

Czytaj dalej
birkin
Fot. Newspix

Jane Birkin i Serge Gainsbourg: Byli szaleńczo zakochani, kiedy podbili świat zmysłową piosenką „Je t'aime, moi non plus"

Był od niej dwa razy starszy. Dwa razy rozwiedziony, ale zakochali się bez pamięci. Nagrali miłosną piosenkę „Je t’aime, moi non plus”, tak erotyczną, że wielu krajach zakazano jej grać. Jane Birkin i Serge Gainsbourg wytrzymali ze sobą 12 lat.
Dorota Szuszkiewicz
28.11.2020

Byli jedną z najbarwniejszych i najbardziej skandalizujących par francuskiej bohemy XX wieku. Jane Birkin i Serge Gainsbourg poznali się w końcu lat 60. Ona była wtedy nikomu nieznaną angielską aktoreczką. On – legendą artystycznego Paryża. Mówiło się, że podniósł piosenkę do rangi sztuki. Ona dużo młodsza, ale i bardziej poukładana życiowo, była dla niego córką i matką. Wytrzymała z nim – geniuszem i alkoholikiem – 12 lat. Ale kochać go nie przestała nigdy. Ich pierwsze spotkanie wróżyło raczej katastrofę i wyglądało tak: Paryż, 1969 r., casting do filmu „Slogan”. Ona bez pieniędzy, przyjmuje propozycję udziału w zdjęciach próbnych z desperacji. Ma 20 lat, malutką córeczkę, za sobą rozwód i erotyczną rólkę w„Powiększeniu” Antonioniego. Nie zna słowa po francusku, i to ją przeraża. On, tak brzydki, że aż piękny, jest dwa razy starszy, dwa razy rozwiedziony, ma dwójkę dzieci, a za sobą liczne romanse z najpiękniejszymi kobietami. Jest poetą, muzykiem i autorem utworów, które śpiewała sama Juliette Greco. Sławę we Francji przyniósł mu nie tylko niewiarygodny talent, ale też arogancki, prowokacyjny sposób bycia, alkoholowe ekscesy, skandale i cynizm. No i pełen namiętności związek z Brigitte Bardot. Mają zagrać w filmie zakochaną w sobie parę. On chce, aby wystąpiła z nim Marisa Berenson, arystokratyczna i pełna klasy, a nie jakaś niewydarzona, nikomu nieznana Angielka , o której on też nigdy nie słyszał. Cóż, ona też o nim nie słyszała i uparcie mówi do niego monsieur Bourguignon (czyli pan Burgundzki, co kojarzy się tylko z wołowiną w tym stylu), bo,]jak twierdzi, to było jedyne francuskie nazwisko, jakie obiło jej się o uszy. Boi się go. Jest arogancki i niemiły. Ale i fascynujący. Kręcą scenę w łazience, on...

Czytaj dalej
Mat. prasowe

„Tyle słońca w całym mieście”, „Baju Baj”… – 10 piosenek Anny Jantar, które śpiewała cała Polska

Przeboje Anny Jantar, jednej z najpopularniejszych polskich piosenkarek lat 70., śpiewamy do dzisiaj. Radosne, taneczne, o miłości i kobietach. Posłuchajcie, wspomnijcie…
Sylwia Arlak
09.06.2020

Anna Jantar wydała zaledwie cztery płyty, ale przeboje, które się na nich znalazły, na zawsze zapisały się w historii polskiej muzyki rozrywkowej.  W latach 70. Anna Jantar była prawdziwym fenomenem, ale do dzisiaj ma swoich wiernych fanów. Przypomnijmy sobie dziesięć najpiękniejszych utworów piosenkarki.  1. „Nic nie może przecież wiecznie trwać”   2. „Tyle słońca w całym mieście”   3. „Przetańczyć z Tobą chcę całą noc”   4. „Żeby szczęśliwym być”   5. „Tylko mnie poproś do tańca”   6. „Baju Baj”   7. „Wielka dama tańczy sama”   8. „Staruszek świat”   9. „Za każdy uśmiech”   10. „Najtrudniejszy pierwszy krok”

Czytaj dalej
Maryla Rodowicz, Agnieszka Osiecka
East News

„Gdyby żyła, napiłybyśmy się winka” – Maryla Rodowicz o przyjaźni z Agnieszką Osiecką 

To Agnieszka Osiecka napisała dla niej największe hity: „Małgośkę”, „Niech żyje bal” albo „Sing sing”. Razem tworzyły, bawiły się, wyjeżdżały na wakacje. Ich przyjaźń trwała dziesięciolecia, aż do śmierci poetki.
Magdalena Felis
19.02.2020

Premiera serialu „Osiecka” o zmarłej 23 lata temu wspaniałej autorce piosenek została przesunięta na jesień. U nas już teraz opowieść Maryli Rodowicz o przyjaźni z Agnieszką Osiecką, wspólnej pracy, o bułgarskich niedźwiedziach i różowym szampanie, którym poetka witała ją na lotniskach. Magdalena Felis „Uroda Życia”: Grywała pani w tenisa z Osiecką? Maryla Rodowicz: Agnieszka nie była zainteresowana sportem, chociaż w młodości trenowała pływanie na Legii. Zdaje się, że to był pomysł jej ojca. A później, za nagrodę w Opolu w 1963 roku za zwycięską „Piosenkę o okularnikach”, kupiła motorówkę, właściwie to wystarczyło na pierwszą ratę. Łódka była dla szpanu! Chodziło o to, żeby ją mieć. To nie były moje czasy, ale wiem, że Agnieszka nazwała ją „Mr. Paganini” na cześć piosenki Elli Fitzgerald. Lubiła się pokazać? Kiedy miała ochotę, wkładała te swoje ekscentryczne kapelusze, ale generalnie nie przywiązywała wagi do wyglądu. Kiedyś spotkałyśmy się w Zakopanem, patrzę, a Agnieszka ma na sobie spodnie narciarskie jak z lat 50. I na moje zdziwienie powiedziała, że to właśnie są spodnie z lat 50. Mawiała, że nie interesuje się modą, a moda nie interesuje się nią. Kiedyś spotkałyśmy się w Nowym Jorku, Agnieszka zabrała mnie do Eli Czyżewskiej. To było romantyczne mieszkanie, z kominkiem i tarasem, przy którym rosło wielkie drzewo. Przez otwarte okno wpadały do pokoju liście. Siedzimy w tym pokoju, a Ela mówi nagle: „Boże, jakie ty masz okropne ciuchy! Rozbieraj się!”. I wrzuciła je do tego kominka.  Wakacje w Bułgarii i „Apetyt na czereśnie” Ale pani miała wtedy chyba najlepsze ciuchy w Warszawie! Agnieszka lubiła grzebać w pani szafie?...

Czytaj dalej