Ta miłość wyniosła Judy Garland na sam szczyt i ściągnęła na dno
Getty Image

Ta miłość wyniosła Judy Garland na sam szczyt i ściągnęła na dno

Skandale, aborcje, pigułki, przemoc i krótkie chwile szczęścia.

Magdalena Żakowska
03.01.2020

To jedna z najsmutniejszych historii miłosnych Hollywood. Zaczyna się aborcją, a kończy skandalem. Dużo w  niej przemocy, promili i pigułek. Trudno uwierzyć, że małżeństwo z Sidem Luftem przyniosło Judy Garland kilka najszczęśliwszych lat życia i zrobiło z niej artystkę.
Nie połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia ani do grobowej deski. W ciągu 13 lat małżeństwa Judy Garland i Sid Luft zdradzali się, odchodzili od siebie i wracali. On, hazardzista i pijak, roztrwonił cały jej majątek. Ona, uzależniona od leków i  narkotyków, kilkanaście razy próbowała odebrać sobie życie, z czego dwukrotnie poderżnęła sobie gardło, a raz zapadła w śpiączkę z powodu przedawkowania leków nasennych. Podczas procesu rozwodowego ona zeznała, że ją bił, a on, że większość ich małżeństwa przespała na prochach. Ale już następnego dnia po rozwodzie wybaczyli sobie wszystko.

Do końca życia pozostali najbliższymi przyjaciółmi, a  wspólnie spędzone lata zgodnie zaliczali do najszczęśliwszych. Jeśli spojrzeć na życie Judy Garland z perspektywy czasu, trudno nie przyznać im racji. Jej największe sukcesy – broadwayowskie koncerty, za które otrzymała nagrodę Tony, film „Narodziny gwiazdy”, za który zdobyła nominację do Oscara, legendarny występ w Carnegie Hall – nie udałyby się bez udziału Sida Lufta. To dzięki niemu stała się gwiazdą porównywaną z Frankiem Sinatrą. Ale żeby zrozumieć, dlaczego tak trudny związek był jednocześnie najbardziej udanym w życiu Judy Garland, trzeba wiedzieć, przez co przeszła wcześniej.

O całym życiu Judy Garland zdecydowała jej matka

Chociaż była jedną z najjaśniejszych gwiazd swoich czasów, jej życie bardziej przypominało koszmar niż spełnienie hollywoodzkiego snu. Karierę zaczynała w czasach, kiedy amerykańską kinematografią rządziło niepodzielnie kilka wielkich wytwórni, a  kontrakty z  gwiazdami obejmowały nie tylko filmy, ale także ich życie prywatne. Wytwórnie narzucały swoim aktorkom repertuar, nazwisko, wygląd, wagę i  mężów, a  Judy Garland miała pecha, bo jej matka zdecydowała, że córka zostanie gwiazdą zaraz po przyjściu na świat. W  wieku dwóch lat Judy pożegnała się więc z  dzieciństwem i  rozpoczęła profesjonalną karierę jako aktorka, tancerka i  piosenkarka wodewilowa.

W wieku siedmiu lat zadebiutowała w filmie, a matka podała jej po raz pierwszy leki nasenne, żeby efektywniej wypoczywała podczas kilku godzin snu między zdjęciami. Judy nigdy nie chodziła do normalnej szkoły. W wieku 12 lat podpisała siedmioletni kontrakt z wytwórnią filmową Metro-Goldwyn-Meyer. Miała genialny głos, świetnie tańczyła, ale reżyserzy narzekali na jej banalną urodę. Na polecenie wytwórni wstawiono jej w nosie specjalne dyski modelujące od środka jego kształt i nasadki na zęby, zmieniono kształt jej brwi, linię włosów i zmuszono do zażywania amfetaminy, by zachowała szczupłą sylwetkę. Do końca życia zmagała się z kompleksami i  brakiem poczucia własnej wartości. 
Zachowały się relacje świadków, którzy twierdzili, że 12-letnią Judy molestował jeden z  szefów wytwórni, Louis B. Meyer. Jej matka nie protestowała, kiedy Meyer brał Judy na kolana i  wkładał dziewczynce rękę pod bluzkę, a jednocześnie publicznie ją ośmieszał, twierdząc, że jest „małym garbuskiem, maskotką wytwórni”. 

Rola Dorotki w „Czarnoksiężniku z krainy Oz” uczyniła z niej gwiazdę

16 listopada 1935 roku podczas występu na żywo w radiu 13-letnia Judy dowiedziała się, że jej tata umiera w  szpitalu na zapalenie opon mózgowych. Matka nie pozwoliła przerwać występu. Po raz pierwszy Garland wykonała wtedy piosenkę „Zing! Went the Strings of My Heart” na tyle dramatycznie, że utwór stał się później jej najbardziej rozpoznawalnym przebojem. Nie zdążyła pożegnać się z  ojcem. 

Judy Garland w „Czarnoksiężniku w krainie Oz”
East news

W wieku 16 lat Judy była już trwale uzależniona od amfetaminy i  barbituranów. Zagrała wtedy swoją najsłynniejszą rolę, Dorotki w „Czarnoksiężniku z  Oz”, i na stałe wpisała się do historii kina dzięki piosence „Over The Rainbow”. Na potrzeby tej roli nosiła perukę, piersi ściskano jej taśmą i sznurowano w ciasnym gorsecie, który miał za zadanie spłaszczyć jej kobiece już wówczas kształty. Sukces filmu był jednocześnie początkiem końca Judy Garland – po wyczerpującej trasie promocyjnej przeszła pierwsze załamanie nerwowe. W ciągu kilkunastu kolejnych lat zagrała w blisko 40  filmach, a krótkie przerwy między zdjęciami spędzała w szpitalach psychiatrycznych i na odwykach. 
Do pierwszej aborcji zmusiła ją matka. Judy miała wówczas 19 lat i pierwszego z  pięciu mężów, ale wytwórnia uznała, że macierzyństwo popsułoby wizerunek słodkiej dziewczyny z sąsiedztwa. Z drugiego małżeństwa, z o 20 lat starszym reżyserem Vincentem Minnellim, miała córkę Lizę. Jednak mimo starań nie była dobrą matką. Jej życie już do końca było nieustannym zmaganiem się – z uzależnieniem, matką, myślami samobójczymi, kolejnymi mężami próbującymi odebrać jej dzieci, bezrobociem, a wreszcie ubóstwem. Jej kariera po raz pierwszy załamała się, kiedy aktorka miała 28 lat – została wyrzucona z wytwórni filmowej ze względu na pogarszający się stan zdrowia, a jej miejsce w kinie zajęła Ginger Rogers. I to byłby koniec historii Garland, gdyby rok później nie spotkała Sida Lufta. 

Miała czterech mężów. Kochała tylko jednego

Niektórzy widzą w nim zbawiciela, który zaopiekował się Judy w momencie, kiedy Hollywood odwróciło się do niej plecami. Inni uważają, że po prostu skorzystał z okazji, aby wypompować z niej resztki talentu i pieniędzy. Kiedy się poznali, nikt nie przypuszczał, że ich związek przetrwa 13 lat i  że będzie to najszczęśliwszy okres w życiu gwiazdy. 

Ich miłość zaczęła się od aborcji. Kiedy poznali się w 1950 roku w Nowym Jorku, ona była jeszcze żoną Minnellego (ich córka Liza urodziła się w 1946 roku), a on mężem aktorki Lynn Bari. Dziecko z innym mężczyzną nie wchodziło w  grę, wszyscy w Ameryce pamiętali, jak szybko z  tego właśnie powodu skończyła się kariera Ingrid Bergman, którą publiczność i wytwórnie skazały na banicję za to, że zaszła w  ciążę z  Robertem Rossellinim, będąc jeszcze żoną Pettera Lindströma. Judy nie chciała popełnić tego samego „błędu”, tym bardziej nie chciał tego Sid, który wpadł w tym czasie na pomysł broadwayowskiego show z jej udziałem. W poświęconej ich relacji książce „Judy & I” Sid Luft przyznaje ze skruchą, że kiedy ukochana była w szpitalu na nielegalnym zabiegu, on spędzał wesoło czas na wyścigach konnych, a już kilka dni później namówił ją do udziału w  próbach do produkowanego przez siebie spektaklu. 

Judy Garland i Sid Luft
Getty Image

Występ Judy Garland w The Palace Theater na Broadwayu przeszedł do historii. „Show, który stworzyliśmy, stał się początkiem legendy Judy, jej kultu, statusu niekwestionowanej gwiazdy” – pisał we wspomnieniach Sid. To dzięki koncertom w The Palace stała się samodzielną gwiazdą pokroju Franka Sinatry, której żadna wytwórnia nie mogła już niczego narzucić. Sama wybierała piosenki do swojego repertuaru, sama decydowała o aranżacji, nareszcie mogła ubierać się jak dorosła, seksowna kobieta. Nikt już nie spłaszczał jej piersi taśmą, nikt nie zaplatał warkoczyków. Wyjęła dyski z  nosa, z  dumą uśmiechała się, pokazując własne, lekko krzywe zęby. Show nie schodził z afisza przez rekordowe 19 tygodni i przyniósł aktorce nagrodę Tony za „odrodzenie sztuki wodewilu”. 

Amfetamina na pobudkę, morfina na sen

„Po raz pierwszy w życiu jestem naprawdę szczęśliwa – mówiła. – Sid jest typem mężczyzny, na którym mogę polegać. Pomógł mi się podnieść, kiedy upadłam, jest silny i zawsze już będzie mnie chronił. A co najważniejsze – lubię go tak samo mocno, jak kocham”. W 1952 roku rozwody Judy i  Sida zostały sfinalizowane, pobrali się w lipcu tego samego roku, a w listopadzie urodziła się ich córka Lorna. Dopiero wtedy Sid zorientował się, że problemy zdrowotne jego żony to nie tylko „klasyczna bezsenność”. Krótko po porodzie Judy przeszła depresję, z  której nie wyszła przez dwa kolejne lata. Odmawiała terapii i rozmowy na temat uzależnienia. Nigdy się zresztą do niego nie przyznała. Nikt nie miał pełnej wiedzy na temat tego, jakie leki w jakich ilościach zażywa. Psychiatra przepisywał jej psychotropy na depresję, mąż koleżanki środki uspokajające, z innych źródeł brała amfetaminę i morfinę. W  efekcie jej stan przez kolejne kilka lat wahał się od euforii po kompletne załamanie nerwowe. 


„Kiedy poznałem Judy, wiedziałem, że ma problemy, ale nie myślałem o niej jako o klinicznie chorej osobie. Dotarło to do mnie dopiero po narodzinach Lorny. Nie mogłem nic zrobić. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem ją w szpitalu po tym, jak poderżnęła sobie gardło, usłyszałem od niej tylko: »Nie będę o  tym rozmawiać«. I tak było już do końca” –  wspomina w książce Sid.

 Johnowi F. Kennedy'iemu śpiewała kołysanki

Podczas rozwodu z Vincentem Minnellim Judy skarżyła się, że mąż nie jest dla niej wystarczającą podporą, nie dba o jej karierę. Sid był tego przeciwieństwem. Kiedy podpisywali akt ślubu, Judy miała już zaplanowane przez niego koncerty na kolejną dekadę. Kupili wspaniałą posiadłość na wzgórzach Beverly Hills, gdzie przyjmowali największe gwiazdy swoich czasów – od Marilyn Monroe i  Elizabeth Taylor, przez Cary’ego Granta i  Gary’ego Coopera, po Johna F. Kennedy’ego. Ten ostatni, kiedy został już prezydentem, miał w zwyczaju dzwonić wieczorem do Judy z prośbą, aby zaśpiewała mu „Over the Rainbow”. Nie mogła odmówić, nawet wtedy, kiedy przygnieciona depresją od kilku dni nie wstawała z łóżka. Córka Judy Garland, Lorna Luft, wspomina, że widok zapłakanej matki śpiewającej do telefonu rozdzierał jej serce. 


Sid opiekował się nią tak, jak potrafił. Sprowadzał kolejnych lekarzy, zatrudnił opiekunkę, która nie opuszczała Judy nawet na chwilę, podsłuchując pod drzwiami za każdym razem, gdy zamykała się w łazience. Z 13 wspólnych lat co najmniej połowę Judy spędziła w  szpitalach i na odwykach. Sid też nie był bez skazy. Były bokser, pijak i  hazardzista częściej bywał w kasynie lub na wyścigach konnych niż przy łóżku chorej żony. Ale ich słabości były w ten związek wpisane od początku. Nie żywili do siebie urazy. 

Judy Garland z Lizą Minelli
East news

W 1954 roku Judy i Sid założyli firmę producencką i rozpoczęli zdjęcia do swojego pierwszego, a zarazem ostatniego wspólnego filmu: „Narodziny gwiazdy”. Judy nie wytrzymała napięcia. Przeszła kolejne załamanie nerwowe. Przerwa w  zdjęciach była dla produkcji zabójcza, a  straty ogromne i chociaż film miał fantastyczne recenzje, frekwencja była wysoka, a Judy dostała nominację do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej, okazał się finansową klapą. Firma producencka upadła, a szansa na powrót aktorki na afisze została zaprzepaszczona. 

Najwspanialsza noc w historii showbiznesu należy do niej

Judy nie mogła uczestniczyć w gali rozdania Oscarów, bo dosłownie tego samego dnia urodziła Sidowi drugie dziecko – syna, Josepha. Stacje telewizyjne przyjechały więc do niej – w jej szpitalnym pokoju tłoczyło się kilkunastu dziennikarzy z kamerami. Oscara zdobyła ostatecznie Grace Kelly. Judy mówiła później, że było to jej największe zawodowe rozczarowanie. Naprawdę wszyscy – od krytyków po zwykłych widzów – typowali ją na zwyciężczynię. Zagrała jeszcze później w dosłownie kilku produkcjach, które nie odniosły już podobnego sukcesu. Ostatnie wspólne przedsięwzięcie Judy i Sida to jej recital w  Carnegie Hall w 1961 roku. Miała marskość wątroby, lekarze dawali jej zaledwie dwa lata życia, ale na scenie wypadła fantastycznie. Każdą piosenkę śpiewała tak, jakby to była ostatnia piosenka śpiewana ostatniego wieczoru podczas ostatniej trasy koncertowej w jej życiu. Krytycy okrzyknęli ten wieczór mianem „najwspanialszej nocy w historii show-biznesu”.

Po tym sukcesie Sid miał kolejne pomysły na odbudowanie jej kariery, ale odmówiła dalszej współpracy. Chciała już tylko spokoju i czasu, który mogłaby poświęcić dzieciom. „Kiedy dowiedziałam się, że jestem nieuleczalnie chora, po raz pierwszy poczułam się wolna. Zniknęła cała presja, nie muszę spełniać już niczyich oczekiwań” – wyznała. I zdecydowała rozstać się z Sidem. 


Ich rozwód przebiegał w atmosferze skandalu. Wzajemnym oskarżeniom nie było końca, chociaż nie kłócili się przecież o pieniądze, bo tych już dawno nie było. „Najdroższy Sidzie – napisała do niego w liście dzień po podpisaniu papierów rozwodowych. – Nasze małżeństwo się skończyło, ale twoją przyjaciółką będę już na zawsze”. I tak się stało. Pozostali w bliskim kontakcie do końca. Dwa kolejne małżeństwa Judy nie wytrzymały próby kilku miesięcy. Pod koniec życia śpiewała w szemranych lokalach za kilkadziesiąt dolarów za występ. 

 


W styczniu na ekrany polskich kin wchodzi film „Judy” z  Renee Zellweger w tytułowej roli. Opowiada o ostatnich latach życia gwiazdy. Dawno nie widziałam tak smutnego filmu. Zellweger fantastycznie oddaje prawdę o swojej bohaterce – kobiecie tak zmęczonej życiem, że nie jest w stanie przeżywać już nawet własnej depresji. 


„Ludzie twierdzą, że byłem pasożytem, który uczepił się Judy, żeby wyciągnąć od niej ostatnie pieniądze. To bzdura – napisał tuż przed śmiercią w 2005 roku Sid Luft. –  Nie byłem większym pasożytem niż każdy inny mąż. Nie potrafiłem uratować jej przed nią samą. Nikt nie potrafił. Ale  byłem przy niej tak długo, jak mi na to pozwoliła. I udowodniłem całym swoim późniejszym życiem, że ją kocham”. 


Po śmierci Judy Garland 22 czerwca 1969 roku Sid Luft zajął się nie tylko organizacją pogrzebu, ale także opieką nad jej spuścizną. Założył fundację poświęconą pamięci żony, zorganizował remastering jej filmów. Dzięki jego zbiorom możliwe było powstanie kilku książek i filmów dokumentalnych o aktorce. Sam nie czerpał z fundacji finansowych korzyści. Nie ukończył też książki, którą poświęcił Judy. Ostatnie zapisane przez niego zdania brzmią: „Nigdy się nawzajem nie pouczaliśmy. Mieliśmy swoje słabości. Ale kochałem ją, a ona kochała mnie. Tylko tyle i aż tyle”.

Tekst o Judy Garland i Sidzie Lufcie ukazał się w Urodzie Życia 1/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia, pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Pademia koronawirusa
Adobe Stock

Akcja #zostanwdomu chroni przed koronawirusem, ale kwarantanna może prowadzić do depresji

Przymusowa izolacja ma wpływ na naszą psychikę.

Aleksandra Nowakowska
13.03.2020

Nie ma wątpliwości: jeśli możesz w najbliższych dniach zostać w domu, to zrób to. A jeśli nie możesz – to zrób wszystko, żeby móc: nie tylko ze względu na swoje bezpieczeństwo, ale też na zdrowie innych. W tej chwili na kwarantannie przebywają np. premier Kanady Justin Truedeau, którego żona jest zakażona koronawirusem, czy Tom Hanks z żoną, którzy zarazili się koronawirusem prawdopodobnie na planie nowego filmu. – Kwarantanna to nie jest czas wolny – podkreśla jednak minister zdrowia, Łukasz Szumowski i jego słowa mają głębsze znaczenie, niż myślimy. W przeciwieństwie do zaplanowanego urlopu, kwarantanna wcale nie jest dla nas korzystna. Przymusowa izolacja, bezczynność, nawet jeśli jest dobra dla naszego zdrowia fizycznego, to jednocześnie nie jest dla nas naturalna i nie sprzyja naszej psychice. Badania wskazują, że osoby, które na skutek choroby zmuszone są na dłuższy czas być oddzielone od bliskich, czują tego negatywne skutki nawet – uwaga! – trzy lata później.  Kwarantanna chroni przed koronawirusem, ale… Celem izolacji jest ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa. I to jest wielki plus: dzięki kwarantannie możemy spowolnić przebieg pandemii i zwiększyć szansę na jej opanowanie. Ale sama kwarantanna też nie jest dla nas obojętna.  Artykuł opublikowany w  „The Lancet” podsumowuje szereg raportów badawczych, przeprowadzonych na grupach ludzi poddanych kwarantannie. Dla większości z nich przyniosła ona negatywne skutki dla zdrowia psychicznego, które trwały długo po jej zakończeniu. Nawet po trzech latach od zakończenia kwarantanny zespół stresu pourazowego występował u tych osób cztery razy częściej niż w grupie, która nie doświadczyła izolacji. Aż 60 proc. osób poddanych kwarantannie zgłosiło objawy...

Czytaj dalej
Rozwój osobisty: jak znaleźć szczęście
Rodney Smith

Prof. Bartłomiej Dobroczyński o sensie życia: „Musimy żyć własnym życiem, a nie cudzym”

Co robić, by nie czuć nieznośnej lekkości bytu?

Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Możemy stać się niezwykli, zrobić wszystko, żyć kolorowo – takie hasła słyszysz od rana do wieczora. A ty siedzisz nad szklanką herbaty i myślisz, że przed tobą kolejny szary dzień. Siedzisz i pytasz: jaki sens ma to moje życie. Co na to odpowiada dr. hab. Bartłomiej Dobroczyński.  psycholog, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim? Pyta go o to Dorota Szustkiewicz, czytaj wywiad.  Skąd się biorą nasze lęki? Czy kiedyś było lepiej? Mężczyzna miał spłodzić syna, wybudować dom i posadzić drzewo i wtedy jego życie coś znaczyło? Kobieta miała urodzić i wykarmić dzieci. To się bierze m.in. z przepływu informacji. Z zalewu, potopu, deszczu informacji. Ten zalew rozbił naszą izolację, nie żyjemy już w zaścianku, naszym światem nie jest już tylko rodzina, sąsiedzi i pejzaż po horyzont. Dziś żyjemy w społeczeństwie spektaklu, jak powiedział w 1968 r. francuski pisarz i filozof Guy Debord. Każdy marzy, żeby stać się częścią tego przedstawienia. Kto nie gra żadnej roli, ten nie istnieje. Stąd parcie na szkło, bo jeśli czegoś nie ma w telewizji, to nie ma wcale. Stąd sukces fotografii – być na zdjęciu to też rodzaj udziału w grze. Mówi się, że o wszystkim decydują media, ale Debord – bardzo lewicowy myśliciel – poszedł dalej, stwierdził, że jest to forma sprawowania rządów.   A tak bardziej przyziemnie, czemu w duszy odczuwamy błahość życia? To jest właśnie forma sprawowania rządu dusz, jeśli pani woli. Człowiek żyje w społeczeństwie, które jest pewną formą organizacji, ale jest też formą przymusu. Spektakl jest tak skonstruowany, że przedstawia wzorce: jak spędzać wakacje, jak wyglądać, co jeść. Wszyscy podlegamy temu przymusowi i jeszcze go sami wymuszamy!   To znaczy? Naszą rolę mamy włożoną na plecy, na głowę, jak w Afganistanie kobieta burkę –...

Czytaj dalej
Jedzenie i emocje
Rodney Smith

Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów

Nigdy jeszcze sformułowanie „jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie.

Sylwia Niemczyk
04.02.2019

Nigdy jeszcze sformułowanie „jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie. Kuchnia stała się nowym salonem, bazary ze zdrową żywnością – miejscem towarzyskich spotkań, a blogi kulinarne mają więcej odsłon niż serwisy informacyjne. Właściwy jadłospis wydaje się lekiem na wszystko – od raka po złamane serce. Chociaż coraz pilniej wyłapujemy kolejne niebezpieczne E ukryte w opakowaniach z jogurtem czy serem, to równocześnie zdajemy się wierzyć, że lodówka jest naszą najlepszą przyjaciółką. Tymczasem co trzecia Polka ma nadwagę, a co druga chciałaby schudnąć. Dlaczego jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją? Zajadanie emocji to epidemia naszych czasów Z jednej strony mamy jeść to, co najlepsze, i tym się rozkoszować. Z drugiej – nosić rozmiar zero. Nie możemy pójść na zakupy do supermarketu, bo jesteśmy straszeni, że masowe jedzenie to czysta chemia. – Z zaspokajaniem podstawowej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie, wiążą się dziś sprzeczne lub negatywne emocje – mówi psycholog i terapeutka zaburzeń odżywania Dorota Minta. Wygląda na to, że najlepiej by było, gdybyśmy mogły się najeść, patrząc na reklamy jedzenia. Albo jak w „Matriksie” wcinać wirtualne steki. Niestety, to wciąż niemożliwe, więc żyjemy w permanentnym napięciu między apetytem na życie i próbami jego poskromienia. Do tego większość sposobów, jakie w tym celu stosujemy, nie skutkuje. – Nasz stosunek do jedzenia niewiele ma wspólnego z racjonalnością – przekonuje Dorota Minta. – Wewnętrzny dialog „zjeść czy nie zjeść” odbywa się na poziomie naszych instynktów, lęków i nieuświadomionych przekonań. Kompulsywne jedzenie łagodzi stres, ale też...

Czytaj dalej
uzależnienie od miłości
Zuzanna Szamocka

Uzależnienie od miłości jest dla nas tak samo groźne jak alkohol czy narkotyki

Psychoterapeutka z Fundacji Kobiece Serca o nałogowej miłości

Sylwia Niemczyk
22.01.2019

Miłość może stać się takim samym nałogiem jak alkohol czy narkotyki” – mówi krakowska psychoterapeutka Eugenia Herzyk, założycielka Fundacji Kobiece Serca,  specjalizującej się w problematyce uzależnienia od miłości, i autorka książek „Nałogowa miłość” i „DDD – Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych”. W rozmowie z Sylwią Niemczyk wyjaśnia, czym jest uzależnienie od miłości i tłumaczy, że nałogowa miłość może być groźna nawet dla naszego życia.  Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia” : Określenie: „uzależnienie od miłości” nie  kojarzy się poważnie. Eugenia Herzyk: To prawda, podobnie jak seksoholizm. Niewtajemniczeni w problematykę mężczyźni żartują, że jeśli już od czegoś się w życiu uzależniać, to właśnie od seksu, tymczasem osoby, które zmagają się z  tym zaburzeniem, cierpią katusze. Uzależnienie od miłości, tak jak każdy inny nałóg, może być groźne dla życia i zdrowia. Wszyscy znamy tragiczne historie Whitney Houston czy Amy Winehouse – to są przypadki kobiet, które kochały za bardzo. Wiele z nas zna z własnego otoczenia czy nawet osobistego doświadczenia sytuacje, kiedy miłość nie karmi nas i nie wzmacnia, ale jest toksyną. W polskim piśmiennictwie psychologicznym rzadko pojawia się nawet nazwa tego zaburzenia, choć na Zachodzie psychiatrzy, psychologowie i  psychoterapeuci traktują uzależnienie od miłości poważnie. Nałogowej miłości poświęconych jest wiele prac naukowych, choćby w wydanej w 2014  roku, cenionej przez specjalistów książce „Behavioral Addictions” („Uzależnienia behawioralne”), jest rozdział dotyczący uzależnienia od miłości. Jestem typem naukowca, zrobiłam doktorat z  chemii, więc praca badawcza nie jest mi obca. W taki sam naukowy sposób...

Czytaj dalej