Jonathan Franzen: „Miłość motywuje bardziej niż strach”
Talia Herman

Jonathan Franzen: „Miłość motywuje bardziej niż strach”

„Jeśli chcemy przetrwać, powinniśmy zająć się miłością do przyrody, a nie obawą przed końcem świata” – mówi Jonathan Franzen, jeden z największych współczesnych pisarzy.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Jest zaangażowany, pełen pasji, niewspółczesny. „Bohaterowie jego książek nie rozwiązują zagadek kryminalnych, nie posiadają supermocy, ale pokazują nam, jacy jesteśmy” – pisał tygodnik „Time” w numerze, na którego okładce pojawił się Jonathan Franzen. Już wtedy, w 2010 roku, poza tym, że nazywano go największym pisarzem Ameryki, uznawany był za nieokrzesanego, kontrowersyjnego, zaskakującego. Może dlatego, że nigdy nie próbował spodobać się jak największej liczbie odbiorców. Do dziś nie dba o to.

Krytykuje media społecznościowe, chociaż to od nich zależy sprzedaż książek. Występuje przeciw organizacjom zajmującym się ochroną przyrody, których działania uznaje za pozornie dobre. I pisze o tym w powieściach – przenikliwych, inteligentnych, dowcipnych – ale też w esejach. Ich ostatni zbiór, „Koniec końca świata”, wydany został w Polsce w 2019 roku. Uchodzi za outsidera, w rozmowie z „Urodą Życia" mówi:  „doskonale wiem, jak próbować walczyć z samotnością. Można nawet powiedzieć, że ćwiczę to od dzieciństwa".

Franzen mieszka w Kalifornii z wieloletnią partnerką Kathryn Chetkovich, również pisarką. Nie mają dzieci. Za domem w Santa Cruz nie założyli ogrodu z wypielęgnowanym trawnikiem; w tym miejscu pozwolili rosnąć dzikim trawom i krzewom. Tam od czasu do czasu powstają nowe gniazda.

Marta Strzelecka: Dlaczego obserwuje pan ptaki?

Jonathan Franzen: Bo mnie fascynują, od lat się to nie zmienia. Budzą we mnie czułość, empatię, powodują, że staję się spokojniejszy, bardziej wyrozumiały, pokorny. Zanim zacząłem obserwować ptaki, spacerowałem po lesie wkurzony. Teraz chodzę, rozglądam się i zauważam istoty, które są podobne do mnie. Zakładają rodziny, budują domy, organizują sobie wakacje w ciepłych krajach. Do mojego ogródka co roku o tej samej porze przylatuje łuszcz czarnogłowy. I przebywa w nim określony czas, sześć tygodni, wpisuje się w życie mojego ogrodu. Niesamowite, że ptaki żyją dziko tuż obok nas, w zasięgu wzroku. Słyszymy je, możemy obserwować, a one, jeśli nie są oswojone, niczego od nas nie chcą.

Pamięta pan początek tej fascynacji?

Zawsze czułem sympatię do słabych istot – może to jest początek? Nie interesuje mnie zajmowanie się wygranymi. Ale fascynacja ptakami na dobre rozwinęła się u mnie dosyć późno, około czterdziestki. Dużą rolę miała w tym moja partnerka, miłośniczka zwierząt. Kiedy zamieszkaliśmy w Santa Cruz w Kalifornii, zaczęliśmy żyć bliżej ptaków, lasów, dzikich wybrzeży. Przyjechał do nas ktoś z rodziny, przywiózł lornetkę, poszliśmy do parku i zauważyłem w powiększeniu jaskółkę. Wzruszyłem się niemal do łez. Otworzył się przede mną zupełnie nowy świat. Jakby ktoś zdradził mi w młodości tajemnice seksu.

Panie Franzenie, świat się kończy...

Kiedy pana zainteresowanie ptakami zamieniło się w obsesję?

Pamiętam ten spacer po Central Parku z lornetką – ptaki akurat migrowały, nie wiedziałem, że w tym czasie pojawia się tam około 200 gatunków. Od tamtego dnia staram się wracać do tego poczucia, że poznaję coś zupełnie nowego. Jak każdy obserwator mam listę zaliczonych gatunków. Odkrywam też ptaki, które wielokrotnie widziałem. Teraz mamy w ogrodzie pisklęta, które nie potrafią jeszcze latać, skaczą po trawniku, nie wiedzą, co jest jedzeniem, a co nie. Wyglądają zabawnie, kiedy orientują się, że to jednak nie obiad, tylko kamień. Mógłbym patrzeć na nie bez końca. To, że dbamy o ptaki, nie ignorujemy przyrody, znaczy, że nie tracimy nadziei.

Na co?

Że przetrwamy, nie zmasakrujemy planety, na której żyjemy.

Dlaczego – jak pan pisze – lepiej zająć się sprzątaniem okolicznych łąk, wybrzeży niż stawianiem farm wiatrowych?

Tego lata spędziłem kilka dni w Niemczech, było niesamowicie gorąco, sucho. Zwiedzaliśmy ogromny rezerwat, mieliśmy nadzieję na zobaczenie kilku gatunków ptaków, których wcześniej nie widziałem. I właśnie kiedy wjechaliśmy do lasu, drzewa zaczęły płonąć. Spłonęło 200 hektarów, nikt się tego nie spodziewał. Ogromny pożar. Takie doświadczenie, ale też naukowcy mówią mi, że to dopiero początek katastrofy planety, na której żyjemy. Będzie coraz gorzej. I myślę, że nadszedł czas na pogodzenie się z tym, że świat się po prostu kończy. Nie możemy wciąż powtarzać, że mamy jeszcze 10 lat na powstrzymanie tragedii. A jednocześnie powinniśmy dbać o to, co najbliżej nas.

Pogodzić się, że nie ma już ucieczki, a jednocześnie zajmować się drobiazgami?

Trudno określić jednoznacznie, co jest drobiazgiem. Są tacy, którzy twierdzą, że największym problemem jest globalne ocieplenie. Tymczasem poważniejszym zagrożeniem dla ginących gatunków ptaków są w Stanach domowe koty, wypuszczane z domów, mieszkań. Nasze ptaki, w przeciwieństwie do europejskich, nie postrzegają ich jako zagrożenia. Nie uciekają w porę i są po prostu zabijane. Trywialna sprawa, być może mało atrakcyjna dla mediów, a jednak bardzo ważna dla przetrwania wielu gatunków.

Kiedy protestuję przeciwko budowaniu farm wiatrowych, spotykam się oczywiście z krytyką, bo ignoruję walkę ze zmianami klimatycznymi. Nikogo nie obchodzi, że wiatraki budowane są w miejscu migracji ptaków, że zabiją ich miliony. Patrzę na moich rozmówców i mam wrażenie, że myślą: „Panie Franzen, świat się kończy, nie mamy zbyt wielu pomysłów na to, jak zatrzymać katastrofę i kto mógłby w tym pomóc. Przychodzimy do pana, ważnego pisarza. A pan nam mówi, że powinniśmy oglądać ptaki?”.

Co pan odpowiada na taki zarzut?

Ludzie rzadko się zmieniają, a nawet powiedziałbym, że całe życie pozostają tacy sami. Nie jesteśmy racjonalni, nie myślimy o kolejnych pokoleniach. Jakoś przez lata nie udało się wprowadzić drastycznych zmian, które zmieniłyby nasze podejście do przyrody. Nie da się szybko zmienić porządku świata. Ale wyjątkiem są sytuacje, w których pojawia się miłość – różnego rodzaju. Niech to będzie miłość do ptaków.

Autor „Korekt” o miłości i utracie

„Nawet w świecie pełnym strat, rodzą się nowe miłości”, pisze pan.

To jest coś oczywistego, prawdopodobnie tak bardzo, że nie zastanawiamy się nad tym. Nasi najbliżsi umrą, nie będzie ich, niektórych zupełnie niedługo. A jednak dbamy o nich. Często im bardziej myślimy o tym, że odejdą, tym bardziej dbamy. Tak samo powinniśmy dbać o świat dookoła nas, który przestanie istnieć w takim kształcie, w jakim go znamy.

I niektórzy z pełnym zaangażowaniem się o niego troszczą – w zatoce San Francisco było dużo zanieczyszczonych miejsc. Ludzie stamtąd skrzyknęli się, żeby posprzątać, zlikwidować ekspansywne rośliny. Sprzątali sukcesywnie, ale kilka tygodni wystarczyło, żeby odrodziły się gatunki kwiatów, pojawiły się owady. Ktoś mógłby powiedzieć, że to bez sensu, bo za kilkadziesiąt lat zatoka zniknie pod wodą.

Jeszcze bardziej poruszającą historię poznałem w Nowej Zelandii. Na wyspach Chatham żyje ginący gatunek ptaków – petrel reliktowy. Rodzina niezamożnych rolników wymyśliła, że zapewni tym ptakom odpowiednie pożywienie, żeby mogły żyć, rozwijać się. Sąsiedzi pozazdrościli tym ludziom i teraz nie tylko ta jedna rodzina, ale wielu mieszkańców wyspy zaangażowało się w projekt. Zauważają przy okazji, jak zmienia się roślinność, co zmieniają w niej ptaki.

A my wszyscy razem wzięci, mający świadomość zmian klimatycznych od ponad 20 lat, nie potrafimy ich zatrzymać. W takim razie co ma sens? Brak zmiany czy udane nieduże projekty? Obietnice i mgliste wypowiedzi czy działania zwyczajnych ludzi?

Pan namawia sąsiadów do zmian?

Mam z tym problem. Gram w tenisa, nad kortami latają drony, a ja boję się podejść do ludzi, żeby powiedzieć, że mi to przeszkadza. Zazwyczaj w końcu to robię, ale mój głos staje się wtedy wysoki, piskliwy, denerwuję się. Mieliśmy takiego kota w sąsiedztwie, który polował na ptaki. Cały wieczór zastanawialiśmy się z kolegą, co z nim zrobić – wywieźć gdzieś, zanieść do weterynarza, żeby uśpił, czy porozmawiać z sąsiadem? Ostatecznie stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli napiszę w powieści o tym, jak niebezpieczne dla ptaków są domowe koty. Dzięki temu o sprawie dowiedziało się więcej ludzi niż wtedy, gdybym kota unieszkodliwił w realu.

Czyli Jonathan Franzen, którego czasem nazywają wyniosłym, jest po prostu nieśmiały?

Nie lubię bezpośrednich konfrontacji, nie da się ukryć. Mam problem z załatwianiem spraw przez telefon. Kiedy jestem sam w domu, odbiorę, ale zazwyczaj słuchawkę pierwsza podnosi Kathy.

Jonathan Franzen – jak być samotnym

Jedną ze swoich książek zatytułował pan „Jak być samotnym”. Jest pan ekspertem w tej dziedzinie?

Niezbyt udany tytuł, bo w dużych księgarniach trafiał pomiędzy poradniki psychologiczne, czym nie jest. Natomiast doskonale wiem, jak próbować walczyć z samotnością. Można nawet powiedzieć, że ćwiczę to od dzieciństwa. Dorastałem w rodzinie pełnej spięć, pierwsze lata mojego życia nie były sielskie. Ale uciekałem od stresu, niepewności w idylliczne miejsca: nad rzekę Mississipi, na polany niedaleko Hannibal, rodzinnego miasta Marka Twaina. Spacerowałem, szwendałem się, tworzyłem w głowie postaci, historie, śniłem na jawie.

Dziś jako doświadczony pisarz, dojrzały mężczyzna wiem, jaki ma to sens – literatura, czyli wymyślanie historii po to, żeby je komuś opowiedzieć, potrafi łączyć ludzi. Samotnego pisarza z samotnym czytelnikiem i odwrotnie. Kiedy czytam Tołstoja, mogę poczuć, że złości go to samo, co mnie. Nie czuję się sam.

Niektórzy twierdzą, że można w tym celu – żeby nie czuć się samotnym – po prostu zajrzeć do internetu.

Teoretycznie. Można w ten sposób zlikwidować niepokój, poczuć się rozumianym – natychmiast, jednak nie na długo, nie do końca skutecznie. Moim zdaniem spędzenie wielu godzin online powoduje wręcz, że samotność rośnie, chociaż nie zwracamy na to uwagi. 20 lat temu byliśmy zaskoczeni, że nagle ludzie na ulicach obok nas zaczęli prowadzić prywatne rozmowy przez telefony. To było dużą zmianą w granicach prywatności.

A teraz w internecie każdy udaje, że wszyscy go obserwują, że są zainteresowani jego prywatnością. Wcale nie są, tak naprawdę. Chodzi o wzajemne wymienianie uprzejmości. I o pieniądze oczywiście, o politykę, ale o tym wolałbym nie rozmawiać.

Wyobraża pan sobie, jak bardzo byłby pan popularny, gdyby jednak założył pan konta w mediach społecznościowych?

Nie gram w to na własne ryzyko. Nigdy zresztą nie byłem dobry w kreowaniu własnego wizerunku. Teraz właściwie zdziwiłoby mnie, gdyby nie było na mój temat negatywnych opinii. Wprawdzie kiedy byłem młodszy, nie zawsze mówiłem, co naprawdę myślę, bo nie chciałem być nielubiany. Teraz wiem, że po prostu nie jest łatwo mnie lubić – moje poglądy nie są uładzone, w dodatku krytykuję media społecznościowe, więc one krytykują mnie. A jednak wydaje mi się, że w tym, co piszę, i w tym, co mówię, wyrażam opinie, które chciałoby wypowiedzieć wielu ludzi, ale się boją.

Teraz pisze pan i mówi, że powinniśmy pogodzić się z tym, że nie ma ratunku, bo świat, jaki znamy, się kończy. To chyba naturalne, że boimy się z tym pogodzić?

Wiadomo, że nie jest łatwo stanąć twarzą w twarz z tym, że tracimy coś ważnego – czyste powietrze, rozwijającą się roślinność, kolejne gatunki. Ale tak jest. Powinniśmy raczej nauczyć się wspierać w tej ostatecznej sytuacji.

Moja mama od młodości, od trzydziestki, traciła najbliższych, jej życie było pasmem strat już do końca. A jednak żyła, dbała o nas, cieszyła się tym, co ma. Również dzięki niej nie jest mi obojętne, co dzieje się z naturą. A być może dzięki mnie innym też zależy. Myślę, że miłość to uczucie, które motywuje znacznie bardziej niż strach. Dlatego, jeśli chcemy przetrwać, powinniśmy zająć się miłością do ptaków, przyrody, która nas otacza, a nie obawą przed końcem świata.

***

Rozmowa z Jonathanem Franzenem ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Andrzej Kruszewicz
archiwum prywatne

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo o sekretnym życiu zwierząt

Chociaż Andrzej Kruszewicz jest dyrektorem warszawskiego zoo już od ponad 10 lat, nadal nie nudzi go obserwowanie mieszkających tutaj zwierząt. Z tych obserwacji powstała książka „Sekretne życie zwierząt” – piękny przewodnik po świecie zwierzęcych uczuć i podręcznik dla tych, którzy chcą nie tylko oglądać małpy, słonie i pingwiny, ale też naprawdę je poznać.
Marta Strzelecka
07.06.2020

Miłość jest sprytniejszym sposobem działania od agresji, choćby dlatego, że nie przysparza wrogów. Proste prawda? Jesteśmy ssakami, jednak nie potrafimy przyjąć tej zasady za coś pewnego, tak jak goryle„ – mówi Andrzej G. Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. Właśnie ukazała się jego książka „Sekretne życie zwierząt”. Marta Strzelecka: To prawda, że zwierzęta w zoo przyglądają się panu ostatnio bardzo uważnie?  Andrzej G. Kruszewicz: Kiedy nie było zwiedzających, były mną zainteresowane bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Może zobaczyły mnie zupełnie na nowo? Ja też miałem więcej czasu, żeby im się przyjrzeć. Więcej też byłó słychać, śpiew ptaków głośniej brzmi.  I co pan dostrzegł?  Małpy na przykład nudzą się bez ludzi, nie mają się z kogo śmiać. Zwykle kręcą się przy ogrodzeniu, przedrzeźniają zwiedzających. A teraz nie widują nikogo poza opiekunami, pracownikami zoo. Dlatego, żeby umilić im życie, chowamy na ich wybiegach różnego rodzaju frykasy, a one szukają. Dostają też od nas plastikowe butelki z kompotem, które zamiast wyrzucać po wypiciu napoju, przynoszą do opiekunów, żeby dostać za to daktyle. Ale wydry na przykład, które bardzo lubią publiczność, nie zmieniły się. Dla nich na pierwszym miejscu zawsze była zabawa i wciąż tak jest. Oglądamy szczęśliwe grupy bawiących się samotnych matek z małymi, bo panowie wydry raczej nie interesują się ani potomstwem, ani ukochanymi. U gibonów zawsze jest ruch, niezależnie od tego, czy ktoś je obserwuje. A ja uwielbiam na nie patrzeć, nie przestaje mnie zadziwiać, jakie są sprawne, jakie potrafią robić wygibasy. Wszystkie zwierzęta w zoo korzystają teraz ze swoich przestrzeni w większym stopniu niż kiedyś. Mieliśmy niedawno kilka porodów, gepardzica urodziła na...

Czytaj dalej
Stanisław Łubieński
Adam Lach/NAPOImages

Stanisław Łubieński: „Ptaki to osobny kosmos, który dzieje się tuż obok nas”

Obserwowanie przyrody jest jak aktywna medytacja. Uczy patrzeć, słyszeć więcej. „Taka zięba, mała, niedostrzegana w codzienności, pokazana palcem staje się gwiazdą” – mówi pisarz Stanisław Łubieński.
Emil Marat
12.06.2020

Stanisław Łubieński: z wykształcenia humanista, z urodzenia warszawiak, syn pisarza Tomasza, brat Macieja, współtwórcy kabaretu „Pożar w Burdelu”. Z pasji obserwator ptaków. Połączenie tych cech i talentów przyniosło sukces. Jego książka „Dwanaście srok za ogon” stała się wydarzeniem i przyniosła mu sympatię i uznanie czytelników (nagrodzona została m.in. nagrodą Nike Czytelników za 2017 rok). W tym roku Stanisław Łubieński wydał równie głośną „Książkę o śmieciach”, w której pisze o „ciemnej stronie księżyca, równoległym, nieznanym nam świecie” cywilizacyjnych odpadków. Mówiąc wprost o śmieciach, które zasypują nasz świat. Widzimy je na dzikich plażach, w lasach, w miastach, zatruwają oceany. Łubieński zastanawia się, co te śmieci mówią o nas i naszej cywilizacji, jak możemy wyzwolić ziemię spod ich dyktatury, jaki krajobraz zostawimy naszym dzieciom. „Śmieci są trochę tak jak ptaki. Mają swoje ulubione habitaty, te leśne często różnią się od nadrzecznych, plażowych czy łąkowych. Pomyślałem, że może warto się temu przyjrzeć. Przyjrzeć się sobie. Swoim śmieciom. Przedmiotom, które kupuję i które wyrzucam. Chciałem się dowiedzieć czegoś o materiałach, z których powstały, i tym, jaki może być ich dalszy los", pisze . Stanisław Łubieński jest też współautorem bloga „Dzika ochota”. Mówi że przyroda i obserwacja ptaków uczą uważności, skupienia, cierpliwości, patrzenia, dzięki temu widzi się nieco więcej od ludzi, którzy „dziobią palcem w telefon ze słuchawkami na uszach.” Emil Marat: Na każde spotkanie stawiasz się z aparatem i lornetką? Stanisław Łubieński: Nie, nie… Dzisiaj uznałem, że między wstaniem z...

Czytaj dalej
Andrzej Kruszewicz, Zoo
mat. prasowe

Dyrektor warszawskiego Zoo: „Wszyscy możemy uczyć się od zwierząt szczerości i radości”

Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego Zoo i Ptasiego Azylu namawia nas wszystkich, abyśmy przyglądali się zwierzętom i brali z nich przykład.
Sylwia Niemczyk
11.09.2020

W ich świecie nie ma pozerstwa, histerii, nie ma niczego na pokaz, no, chyba że w okresie tokowania. Za to są: radość, zachwyt, szczere uczucia. Obserwacja zwierząt dała mi bardzo dużo”, mówi dr Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo. Sylwia Niemczyk: Czy to prawda, że pana pierwszą miłością były wróble? Andrzej Kruszewicz: O wróblach napisałem doktorat, ale tak naprawdę moją pierwszą ptasią miłością był kanarek rodziców. Kiedy chcieli mieć mnie z głowy, to stawiali jego klatkę przed moim łóżeczkiem – podobno wlepiałem się w nią jak zahipnotyzowany. Poza kanarkiem pamiętam jeszcze z dzieciństwa makatkę nad łóżkiem: las z ptakami, też mogłem na nią patrzeć godzinami. Jak podrosłem, podglądałem wrony, szpaki, kawki, oczywiście wróble jak najbardziej też, szczególnie że one są bardzo przyjemne do obserwacji: zawsze dużo się u nich dzieje, jest mnóstwo zamieszania, trudno się nudzić. Człowiek nie rozumie, co te wróble właściwie robią, czemu np. samiczki biją samców, ale nawet jak nie rozumiemy, to i tak nie możemy od nich oderwać oczu.  Pamiętam też fascynację pszczołami, trzmielami. Albo wyprawy na obrzeża Białegostoku, gdzie mieszkałem, w poszukiwaniu glinianek z żabami. Jednak ptaki interesowały mnie zawsze najbardziej. W piątej czy szóstej klasie dostałem pierwszą lornetkę – wojskową, używaną, ale wciąż dobrą – i już wtedy wiedziałem, że obserwowanie zwierząt to jest to, co chcę robić w życiu. Poza kanarkiem były jeszcze jakieś inne zwierzaki w domu? Pies, kot? Rybki. Psa i kota nie było, mieszkaliśmy w bardzo małym mieszkanku, rodzice i trójka dzieci. Za to rybki były aż w dwóch akwariach, bo już w drugiej klasie podstawówki wywalczyłem u ojca, że będę miał swoje własne....

Czytaj dalej
powrót do natury
sime/free

Kwietna łąka to miododajny mikrokosmos – mówi Dave Goulson, biolog i pisarz

Mały żuk może być kluczowy dla wielkiego ekosystemu. Pamiętajmy o tym. O ludziach, największych szkodnikach na Ziemi, i owadach, które zbawiają świat, mówi Dave Goulson, brytyjski biolog i szczęśliwy właściciel trzynastu hektarów łąki.
Wika Kwiatkowska
07.06.2020

Zadbane, zielone trawniki są ładne, schludne, ale nudne. Na dodatek bezużyteczne dla pszczół, trzmieli czy motyli. Dlatego zamiast sadzić kolejny rząd tuj, zróbmy w naszych ogródkach (albo na trawniku przed domem) miejsce dla miododajnej, kwietnej łąki. Gdy położymy się już na łące w jakiś czerwcowy, ciepły dzień, odwdzięczy się nie tylko symfonią barw – chabrów, maków, rumianków czy łubinów – ale i dźwięków. Trzeba tylko nastroić ucho na delikatne bzyczenia, brzęczenia i trzepotania skrzydełek. A nuż uda nam się zrozumieć, o czym śpiewają owady? O fascynującym łąkowym świecie opowiada Dave Goulson,  brytyjski biolog specjalizujący się w ochronie trzmieli autor m.in. książki „Łąka” (wyd. Marginesy) Wika Kwiatkowska: Jak jest pan w stanie zapamiętać nazwy setek stworzeń, o których pan pisze? Dla mnie wyzwaniem jest już wbicie sobie do głowy nazw kilku motyli, takich jak: przestrojnik jurtina, przeplatka cinsia czy wielena plamowstęg.  Dave Goulson: Nie pamiętam imion ludzi, ale jakimś cudem nazwy owadów zapamiętuję. Nie potrafię tego wyjaśnić! Bliżsi są panu ludzie czy owady?  Muszę przyznać, że swoją rodzinę kocham bardziej niż owady. Ale wstydzę się tego, że należę do ludzkości jako takiej, bo jesteśmy spektakularnymi szkodnikami, skrajnie nieodpowiedzialnymi wobec naszej planety. Oczywiście, że kocham owady. Zawsze uważałem je za fascynujące i piękne. 15 lat temu kupił pan zaniedbane 13-hektarowe gospodarstwo na francuskiej wsi i postanowił zamienić je w swoisty rezerwat dla motyli, traszek i trzmieli. To pański prywatny raj? Przesiadywanie na mojej łące jest dla mnie bardzo ważne. Bzyczące, terkoczące i ćwierkające owady, różnorodne gatunki kwiatów i motyli, odgłosy skowronków i kukułek, zapach...

Czytaj dalej