Jonathan Franzen: „Miłość motywuje bardziej niż strach”
Talia Herman

Jonathan Franzen: „Miłość motywuje bardziej niż strach”

„Jeśli chcemy przetrwać, powinniśmy zająć się miłością do przyrody, a nie obawą przed końcem świata” – mówi Jonathan Franzen, jeden z największych współczesnych pisarzy.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Jest zaangażowany, pełen pasji, niewspółczesny. „Bohaterowie jego książek nie rozwiązują zagadek kryminalnych, nie posiadają supermocy, ale pokazują nam, jacy jesteśmy” – pisał tygodnik „Time” w numerze, na którego okładce pojawił się Jonathan Franzen. Już wtedy, w 2010 roku, poza tym, że nazywano go największym pisarzem Ameryki, uznawany był za nieokrzesanego, kontrowersyjnego, zaskakującego. Może dlatego, że nigdy nie próbował spodobać się jak największej liczbie odbiorców. Do dziś nie dba o to.

Krytykuje media społecznościowe, chociaż to od nich zależy sprzedaż książek. Występuje przeciw organizacjom zajmującym się ochroną przyrody, których działania uznaje za pozornie dobre. I pisze o tym w powieściach – przenikliwych, inteligentnych, dowcipnych – ale też w esejach. Ich ostatni zbiór, „Koniec końca świata”, wydany został w Polsce w 2019 roku. Uchodzi za outsidera, w rozmowie z „Urodą Życia" mówi:  „doskonale wiem, jak próbować walczyć z samotnością. Można nawet powiedzieć, że ćwiczę to od dzieciństwa".

Franzen mieszka w Kalifornii z wieloletnią partnerką Kathryn Chetkovich, również pisarką. Nie mają dzieci. Za domem w Santa Cruz nie założyli ogrodu z wypielęgnowanym trawnikiem; w tym miejscu pozwolili rosnąć dzikim trawom i krzewom. Tam od czasu do czasu powstają nowe gniazda.

Marta Strzelecka: Dlaczego obserwuje pan ptaki?

Jonathan Franzen: Bo mnie fascynują, od lat się to nie zmienia. Budzą we mnie czułość, empatię, powodują, że staję się spokojniejszy, bardziej wyrozumiały, pokorny. Zanim zacząłem obserwować ptaki, spacerowałem po lesie wkurzony. Teraz chodzę, rozglądam się i zauważam istoty, które są podobne do mnie. Zakładają rodziny, budują domy, organizują sobie wakacje w ciepłych krajach. Do mojego ogródka co roku o tej samej porze przylatuje łuszcz czarnogłowy. I przebywa w nim określony czas, sześć tygodni, wpisuje się w życie mojego ogrodu. Niesamowite, że ptaki żyją dziko tuż obok nas, w zasięgu wzroku. Słyszymy je, możemy obserwować, a one, jeśli nie są oswojone, niczego od nas nie chcą.

Pamięta pan początek tej fascynacji?

Zawsze czułem sympatię do słabych istot – może to jest początek? Nie interesuje mnie zajmowanie się wygranymi. Ale fascynacja ptakami na dobre rozwinęła się u mnie dosyć późno, około czterdziestki. Dużą rolę miała w tym moja partnerka, miłośniczka zwierząt. Kiedy zamieszkaliśmy w Santa Cruz w Kalifornii, zaczęliśmy żyć bliżej ptaków, lasów, dzikich wybrzeży. Przyjechał do nas ktoś z rodziny, przywiózł lornetkę, poszliśmy do parku i zauważyłem w powiększeniu jaskółkę. Wzruszyłem się niemal do łez. Otworzył się przede mną zupełnie nowy świat. Jakby ktoś zdradził mi w młodości tajemnice seksu.

Panie Franzenie, świat się kończy...

Kiedy pana zainteresowanie ptakami zamieniło się w obsesję?

Pamiętam ten spacer po Central Parku z lornetką – ptaki akurat migrowały, nie wiedziałem, że w tym czasie pojawia się tam około 200 gatunków. Od tamtego dnia staram się wracać do tego poczucia, że poznaję coś zupełnie nowego. Jak każdy obserwator mam listę zaliczonych gatunków. Odkrywam też ptaki, które wielokrotnie widziałem. Teraz mamy w ogrodzie pisklęta, które nie potrafią jeszcze latać, skaczą po trawniku, nie wiedzą, co jest jedzeniem, a co nie. Wyglądają zabawnie, kiedy orientują się, że to jednak nie obiad, tylko kamień. Mógłbym patrzeć na nie bez końca. To, że dbamy o ptaki, nie ignorujemy przyrody, znaczy, że nie tracimy nadziei.

Na co?

Że przetrwamy, nie zmasakrujemy planety, na której żyjemy.

Dlaczego – jak pan pisze – lepiej zająć się sprzątaniem okolicznych łąk, wybrzeży niż stawianiem farm wiatrowych?

Tego lata spędziłem kilka dni w Niemczech, było niesamowicie gorąco, sucho. Zwiedzaliśmy ogromny rezerwat, mieliśmy nadzieję na zobaczenie kilku gatunków ptaków, których wcześniej nie widziałem. I właśnie kiedy wjechaliśmy do lasu, drzewa zaczęły płonąć. Spłonęło 200 hektarów, nikt się tego nie spodziewał. Ogromny pożar. Takie doświadczenie, ale też naukowcy mówią mi, że to dopiero początek katastrofy planety, na której żyjemy. Będzie coraz gorzej. I myślę, że nadszedł czas na pogodzenie się z tym, że świat się po prostu kończy. Nie możemy wciąż powtarzać, że mamy jeszcze 10 lat na powstrzymanie tragedii. A jednocześnie powinniśmy dbać o to, co najbliżej nas.

Pogodzić się, że nie ma już ucieczki, a jednocześnie zajmować się drobiazgami?

Trudno określić jednoznacznie, co jest drobiazgiem. Są tacy, którzy twierdzą, że największym problemem jest globalne ocieplenie. Tymczasem poważniejszym zagrożeniem dla ginących gatunków ptaków są w Stanach domowe koty, wypuszczane z domów, mieszkań. Nasze ptaki, w przeciwieństwie do europejskich, nie postrzegają ich jako zagrożenia. Nie uciekają w porę i są po prostu zabijane. Trywialna sprawa, być może mało atrakcyjna dla mediów, a jednak bardzo ważna dla przetrwania wielu gatunków.

Kiedy protestuję przeciwko budowaniu farm wiatrowych, spotykam się oczywiście z krytyką, bo ignoruję walkę ze zmianami klimatycznymi. Nikogo nie obchodzi, że wiatraki budowane są w miejscu migracji ptaków, że zabiją ich miliony. Patrzę na moich rozmówców i mam wrażenie, że myślą: „Panie Franzen, świat się kończy, nie mamy zbyt wielu pomysłów na to, jak zatrzymać katastrofę i kto mógłby w tym pomóc. Przychodzimy do pana, ważnego pisarza. A pan nam mówi, że powinniśmy oglądać ptaki?”.

Co pan odpowiada na taki zarzut?

Ludzie rzadko się zmieniają, a nawet powiedziałbym, że całe życie pozostają tacy sami. Nie jesteśmy racjonalni, nie myślimy o kolejnych pokoleniach. Jakoś przez lata nie udało się wprowadzić drastycznych zmian, które zmieniłyby nasze podejście do przyrody. Nie da się szybko zmienić porządku świata. Ale wyjątkiem są sytuacje, w których pojawia się miłość – różnego rodzaju. Niech to będzie miłość do ptaków.

Autor „Korekt” o miłości i utracie

„Nawet w świecie pełnym strat, rodzą się nowe miłości”, pisze pan.

To jest coś oczywistego, prawdopodobnie tak bardzo, że nie zastanawiamy się nad tym. Nasi najbliżsi umrą, nie będzie ich, niektórych zupełnie niedługo. A jednak dbamy o nich. Często im bardziej myślimy o tym, że odejdą, tym bardziej dbamy. Tak samo powinniśmy dbać o świat dookoła nas, który przestanie istnieć w takim kształcie, w jakim go znamy.

I niektórzy z pełnym zaangażowaniem się o niego troszczą – w zatoce San Francisco było dużo zanieczyszczonych miejsc. Ludzie stamtąd skrzyknęli się, żeby posprzątać, zlikwidować ekspansywne rośliny. Sprzątali sukcesywnie, ale kilka tygodni wystarczyło, żeby odrodziły się gatunki kwiatów, pojawiły się owady. Ktoś mógłby powiedzieć, że to bez sensu, bo za kilkadziesiąt lat zatoka zniknie pod wodą.

Jeszcze bardziej poruszającą historię poznałem w Nowej Zelandii. Na wyspach Chatham żyje ginący gatunek ptaków – petrel reliktowy. Rodzina niezamożnych rolników wymyśliła, że zapewni tym ptakom odpowiednie pożywienie, żeby mogły żyć, rozwijać się. Sąsiedzi pozazdrościli tym ludziom i teraz nie tylko ta jedna rodzina, ale wielu mieszkańców wyspy zaangażowało się w projekt. Zauważają przy okazji, jak zmienia się roślinność, co zmieniają w niej ptaki.

A my wszyscy razem wzięci, mający świadomość zmian klimatycznych od ponad 20 lat, nie potrafimy ich zatrzymać. W takim razie co ma sens? Brak zmiany czy udane nieduże projekty? Obietnice i mgliste wypowiedzi czy działania zwyczajnych ludzi?

Pan namawia sąsiadów do zmian?

Mam z tym problem. Gram w tenisa, nad kortami latają drony, a ja boję się podejść do ludzi, żeby powiedzieć, że mi to przeszkadza. Zazwyczaj w końcu to robię, ale mój głos staje się wtedy wysoki, piskliwy, denerwuję się. Mieliśmy takiego kota w sąsiedztwie, który polował na ptaki. Cały wieczór zastanawialiśmy się z kolegą, co z nim zrobić – wywieźć gdzieś, zanieść do weterynarza, żeby uśpił, czy porozmawiać z sąsiadem? Ostatecznie stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli napiszę w powieści o tym, jak niebezpieczne dla ptaków są domowe koty. Dzięki temu o sprawie dowiedziało się więcej ludzi niż wtedy, gdybym kota unieszkodliwił w realu.

Czyli Jonathan Franzen, którego czasem nazywają wyniosłym, jest po prostu nieśmiały?

Nie lubię bezpośrednich konfrontacji, nie da się ukryć. Mam problem z załatwianiem spraw przez telefon. Kiedy jestem sam w domu, odbiorę, ale zazwyczaj słuchawkę pierwsza podnosi Kathy.

Jonathan Franzen – jak być samotnym

Jedną ze swoich książek zatytułował pan „Jak być samotnym”. Jest pan ekspertem w tej dziedzinie?

Niezbyt udany tytuł, bo w dużych księgarniach trafiał pomiędzy poradniki psychologiczne, czym nie jest. Natomiast doskonale wiem, jak próbować walczyć z samotnością. Można nawet powiedzieć, że ćwiczę to od dzieciństwa. Dorastałem w rodzinie pełnej spięć, pierwsze lata mojego życia nie były sielskie. Ale uciekałem od stresu, niepewności w idylliczne miejsca: nad rzekę Mississipi, na polany niedaleko Hannibal, rodzinnego miasta Marka Twaina. Spacerowałem, szwendałem się, tworzyłem w głowie postaci, historie, śniłem na jawie.

Dziś jako doświadczony pisarz, dojrzały mężczyzna wiem, jaki ma to sens – literatura, czyli wymyślanie historii po to, żeby je komuś opowiedzieć, potrafi łączyć ludzi. Samotnego pisarza z samotnym czytelnikiem i odwrotnie. Kiedy czytam Tołstoja, mogę poczuć, że złości go to samo, co mnie. Nie czuję się sam.

Niektórzy twierdzą, że można w tym celu – żeby nie czuć się samotnym – po prostu zajrzeć do internetu.

Teoretycznie. Można w ten sposób zlikwidować niepokój, poczuć się rozumianym – natychmiast, jednak nie na długo, nie do końca skutecznie. Moim zdaniem spędzenie wielu godzin online powoduje wręcz, że samotność rośnie, chociaż nie zwracamy na to uwagi. 20 lat temu byliśmy zaskoczeni, że nagle ludzie na ulicach obok nas zaczęli prowadzić prywatne rozmowy przez telefony. To było dużą zmianą w granicach prywatności.

A teraz w internecie każdy udaje, że wszyscy go obserwują, że są zainteresowani jego prywatnością. Wcale nie są, tak naprawdę. Chodzi o wzajemne wymienianie uprzejmości. I o pieniądze oczywiście, o politykę, ale o tym wolałbym nie rozmawiać.

Wyobraża pan sobie, jak bardzo byłby pan popularny, gdyby jednak założył pan konta w mediach społecznościowych?

Nie gram w to na własne ryzyko. Nigdy zresztą nie byłem dobry w kreowaniu własnego wizerunku. Teraz właściwie zdziwiłoby mnie, gdyby nie było na mój temat negatywnych opinii. Wprawdzie kiedy byłem młodszy, nie zawsze mówiłem, co naprawdę myślę, bo nie chciałem być nielubiany. Teraz wiem, że po prostu nie jest łatwo mnie lubić – moje poglądy nie są uładzone, w dodatku krytykuję media społecznościowe, więc one krytykują mnie. A jednak wydaje mi się, że w tym, co piszę, i w tym, co mówię, wyrażam opinie, które chciałoby wypowiedzieć wielu ludzi, ale się boją.

Teraz pisze pan i mówi, że powinniśmy pogodzić się z tym, że nie ma ratunku, bo świat, jaki znamy, się kończy. To chyba naturalne, że boimy się z tym pogodzić?

Wiadomo, że nie jest łatwo stanąć twarzą w twarz z tym, że tracimy coś ważnego – czyste powietrze, rozwijającą się roślinność, kolejne gatunki. Ale tak jest. Powinniśmy raczej nauczyć się wspierać w tej ostatecznej sytuacji.

Moja mama od młodości, od trzydziestki, traciła najbliższych, jej życie było pasmem strat już do końca. A jednak żyła, dbała o nas, cieszyła się tym, co ma. Również dzięki niej nie jest mi obojętne, co dzieje się z naturą. A być może dzięki mnie innym też zależy. Myślę, że miłość to uczucie, które motywuje znacznie bardziej niż strach. Dlatego, jeśli chcemy przetrwać, powinniśmy zająć się miłością do ptaków, przyrody, która nas otacza, a nie obawą przed końcem świata.

***

Rozmowa z Jonathanem Franzenem ukazała się w „Urodzie Życia” 10/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Nowa książka Szczepana Twardocha
East News

Szczepan Twardoch napisał kolejną powieść. Czy „Pokora” będzie trzecią częścią „Króla”?

Autor „Morfiny”, „Dracha” i dyptyku „Król” i „Królestwo” zapowiedział na Facebooku, że już we wrześniu będziemy mogli przeczytać jego kolejną książkę.
Sylwia Niemczyk
18.06.2020

Szczepan Twardoch zapowiedział, że napisał taką książkę, jaką sam przeczytałby z przyjemnością: rozległe, wielogłosowe i wielotematyczne. Dla zaostrzenia naszych czytelniczych apetytów pokazał jej zdjęcie: „Święta Madonno, ile to ma stron?!” – pytali fani w komentarzach. Licząca ponad 500 stron „Pokora” będzie chyba najobszerniejszą z dotychczasowych powieści pisarza. Pisarz w facebookowym poście opisuje, że „Pokora” opowiada o władzy i uległości, a także o cenie, jaką płaci się, walcząc o własną godność. Po raz kolejny Twardoch umiejscawia akcję w przeszłości, jednak z opisu pisarza można wnioskować, że nie będzie miała nic wspólnego z bestsellerami: „Królem” i „Królestwem”.  „Opowiada o wojnie i o następującej po niej rewolucji na ulicach Berlina i Górnego Śląska, o klasowych niepokojach i o erotycznym napięciu w czasach płynnej, rozedrganej rzeczywistości. Akcja „Pokory” dzieje się sto lat temu, zacząłem ją pisać w kwietniu 2019 roku, a jednak wydaje mi się, że jest to powieść właśnie na takie czasy, w jakich przyszło nam żyć” – pisze  Szczepan Twardoch.   „Pokora” ukaże się już 16 września nakładem Wydawnictwa Literackiego. Fani Szczepana Twardocha mogą jednak już od dziś wziąć udział w przedsprzedaży na stronie empik.com.

Czytaj dalej
Janusz Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski

Janusz Józefowicz: „Uwiodła mnie przytulia czepna…” Artysta o ziołach i domu na wsi! 

Za miastem, w Emilinie, Janusz Józefowicz z zapracowanego, wciąż zajętego artysty zamienia się w spokojnego zielarza. „Zbyt często jesteśmy aroganccy wobec piękna przyrody”, mówi.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Kiedyś mógł latami nie ruszać się z Warszawy i jak sam mówi, nie rozumiał ludzi, którzy „z jakiegoś powodu umawiają się, że nagle wyjeżdżają z tak wspaniałego przecież miejsca”. Od prawie dwunastu lat J anusz Józefowicz  dzieli swój czas między sielskie życie na wsi, gdzie mieszka z żoną Nataszą Urbańską i córką Kalinką, a prowadzenie teatru muzycznego  Studio Buffo w stolicy. Chociaż w Emilinie również zdarza mu się pracować. „Na tym tarasie pisaliśmy z Rosjanami libretto do »Mistrza i Małgorzaty«”, przyznaje Janusz Józefowicz w rozmowie z Martą Strzelecką, która odbyła się... na tarasie w Emilinie. Tu też pięć lat temu, będąc już po pięćdziesiątce, odkrył nową pasję – zielarstwo. „Kto by pomyślał, że będę wstawał rano i pytał: »Z czego dziś pijemy herbatkę?«. A potem wychodził do ogrodu, rozglądał się, skrzypu trochę zerwał, parę listków lipy, kwiat czarnego bzu, trochę pokrzywy, mięty kawałek.” – mówi Janusz Józefowicz. Marta Strzelecka: Jakie kwiaty pojawiają się u pana jako pierwsze? Janusz Józefowicz: Głogu. Zrywam je wczesną wiosną, robię nalewkę, suszę, potem zbieram owoce. Następnie są mirabelka, drzewa owocowe, jaśminowiec, kasztan. Po kolei rodzą się różne gatunki roślin, żeby pszczoły miały bez przerwy robotę. W ubiegłym roku wszystko jednocześnie zakwitło, to była anomalia. Ale kiedy idzie zgodnie z planem, w maju zbieramy pokrzywę, potem mniszek lekarski, krwawnik, dziurawiec, czarny bez. Znad stawu – wierzbownicę wielokwiatową. W tym roku wiosną ususzyłem też konwalie. Po co suszy pan konwalie? Na serce, to jest cudowne zioło. Nie trucizna?...

Czytaj dalej
Kristen Stewart zagra księżną Dianę
East news

Kristen Stewart zagra księżną Dianę! Widzowie krytykują: „Królową ludzkich serc zagra lodowa księżniczka?”

Kristen Stewart, aktorka znana z sagi „Zmierzch”, wcieli się w rolę tragicznie zmarłej księżnej Walii w nowym filmie „Spencer”.
Dorota Falkowska
18.06.2020

Kristen Stewart zagra księżną Dianę w nowym filmie biograficznym „Spencer” – jednak ten wybór nie spotkał się z zachwytem widzów. „To okropny pomysł – mówi dziennikarka, Tory Schulman w telewizji „Daily Blast Live”. – Nie dlatego, że Kristen jest złą aktorką: bo jest świetną aktorką, ale pamiętajmy, że księżna Diana nie bez przyczyny była nazywana „królową ludzkich serc”. Była ciepłą osobą, umiała z ludźmi wchodzić w relacje, tymczasem to jest ostatnia rzecz, jaką możemy powiedzieć o Kristen Stewart. Ludzie postrzegają ją jako tajemniczą, skrytą, tymczasem księżna Diana była dla nich jak otwarta księga. To tak jakby wybrać Jacka Nicholsona do roli świętego Mikołaja” – podsumowuje dziennikarka.  Reżyserem filmu „Spencer” jest Pablo Larraín, którego inny film biograficzny „Jackie” o Jacqueline Onassis Kennedy, z Natalie Portman w roli głównej, dostał trzy nominacje do Oscara. Scenariusz napisze Steven Knight („Locke”, „Peaky Blinders”). Start zdjęć zapowiedziany jest na początek 2021 r. Akcja nowej biografii o księżnej Dianie trwa zaledwie kilka dni – twórcy chcą pokazać, jak wyglądały ostatnie święta Bożego Narodzenia, jakie księżna Diana spędziła w królewskiej posiadłości w Norfolk. Właśnie wtedy Diana zrozumiała, że jej małżeństwo z księciem Karolem dobiegło końca i podjęła decyzję o rozwodzie. – Wszyscy dobrze znamy historię Diany i nie musimy wchodzić w nią po raz kolejny. Dlatego w „Spencer”  chcę pokazać jej intymny prychologiczny portret – powiedział reżyser Pablo Larrain. Dla Kristen Stewart rola księżnej Diany to kolejna rola biograficzna. W ubiegłym roku w filmie...

Czytaj dalej