Jonasz Kofta – poeta w masce smutnego błazna. Wybitnego twórcę wspomina syn, Piotr
źródło: Wikipedia

Jonasz Kofta – poeta w masce smutnego błazna. Wybitnego twórcę wspomina syn, Piotr

Dziś Jonasz Kofta – poeta, satyryk, autor tekstów piosenek, twórca niezapomnianych przebojów: „Pamiętajcie o ogrodach”, „Śpiewać każdy może”, „Z tobą chcę oglądać świat” – miałby 78 lat. Zmarł w 1988 roku po nieszczęśliwym wypadku – zakrztuszeniu.
Marta Strzelecka Jakub Demiańczuk
18.07.2020

Odszedł na tyle wcześnie, że nie zdążyliśmy mieć żadnego poważnego konfliktu, typowego dla nastolatków i ojców. Nie mógł mnie zbesztać, że wróciłem pijany do domu, że się nie uczę, że wybrałem złe studia. To była jego osobliwa przewaga nad innymi ojcami”, mówi o Jonaszu Kofcie jego syn Piotr.

Marta Strzelecka: Dlaczego mówisz o ojcu: Jonasz?

Piotr Kofta: A wiecie, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem? Może dlatego, że on jednak przez większość mojego życia nie żyje? Z Jonaszem nie mieszkam od 31 lat, ale bardzo często o nim rozmawiam, przede wszystkim z mamą, choć nie tylko. Mama mówi o nim: Jonasz. Ja w rozmowie mówię: Jonasz. Tak się utarło. Dla mnie nie ma po prostu żadnego innego Jonasza. Natomiast kiedy byłem dzieckiem, zwracałem się do niego zwyczajnie: „tato”, ewentualnie, dla obopólnej radości, „ojcze” bądź „ojczenaszu”. Nie mówiłem do Jonasza po imieniu. 

Czy twój tata jest rodzinnym tematem rozmów?

Wydaje mi się, że nigdy nie uprawialiśmy kultu Jonasza – co rozumiem przez taką na przykład sytuację, że podczas rozmaitych świąt rodzina rytualnie zasiada, wspomina, ogląda zdjęcia. Takie rzeczy fajnie się robi spontanicznie, bez okazji, bo Jonasz był i jest wrośnięty w nasze życie. Ale ważne wydaje się jeszcze coś: nie wpadliśmy z mamą na pomysł, żeby z kultywowania pamięci o Jonaszu uczynić swoją misję albo zawód. Tego też nie należy rozumieć opacznie: my się zajmujemy Jonaszem, dbamy o jego spuściznę, o archiwum jego utworów, o kontakty z artystami, pojawiają się kolejne publikacje wierszy Jonasza, teraz z kolei ta biografia. Chodzi o coś innego – o pełnienie publicznej funkcji. Ja się nie nadaję do publicznych funkcji. 

Jak pamiętasz dom z dzieciństwa?

Tu mam dwa wspomnienia, jedno niewyraźne, a drugie całkiem ostre. Wspomnienie niewyraźne jest w ogóle moim pierwszym, a pojawia się w nim pewne mieszkanie, które rodzice wynajmowali na Rakowcu: pomarańczowe bądź czerwone zasłony w oknach, puchaty dywan, niski klubowy stolik, a pod blatem rozmaite nogi kończące się stopami w skarpetach albo butach, jako że lubiłem tam siadywać, pod tym stolikiem, kiedy do rodziców przychodzili goście. Ale to jeszcze nie był dom. Dom, i to pamiętam z fotograficzną precyzją, zaczął się wtedy, gdy przeprowadziliśmy się na osiedle Groty na Bemowie. Tam zderzał się żywioł porządku i piękna, czyli świat mojej mamy z żywiołem nieładu i chaosu, czyli światem mojego ojca i moim, ponieważ obaj mieliśmy, a ja mam do dzisiaj, skłonności do strasznego bałaganiarstwa. Życie towarzyskie, jak to w polskich domach, toczyło się w dużej mierze w kuchni w chmurach tytoniowego dymu. Ale dom na Grotach to nie tylko rodzice, to także ogród i zwierzęta. Bo zawsze mieszkały z nami zwierzęta – psy i koty. 

Jakie mieliście psy i koty?

Opowiem o psach, bo koty zajęłyby za dużo miejsca. Ale to i tak nie wszystkie psy. Najpierw był Korek, którego mama kupiła na bazarze w Grudziądzu w 1965 roku jako szczenię maltańczyka, ale Korek okazał się typem od maltańczyka dość odległym, kupą skłębionej sierści na patykowatych nogach, z silnym przodozgryzem. Był to pies inteligentny, więc kiedy w końcu pojawiłem się na świecie, wiedział, że stanowię zagrożenie. Wiedział też, że nie może mnie ugryźć, znalazł więc moralną lukę w tym zakazie i gryzł mnie w buty. Potem mieliśmy Szpicera, już na Grotach. Szpicer po prostu wkroczył do domu, wlazł pod krzesło w kuchni i zamieszkał. Nieduży piesek, ryży, brzydki. Darzył nienawiścią wszystko, co żywe, z wyjątkiem naszej rodziny. Mieliśmy jeszcze Samka, znajomi znaleźli go na moście Poniatowskiego w zimę stulecia. Samotnie, stąd Samek. Było to wielkie, futrzaste psisko – no i jak to bywa z dużymi osobami, Samek miał charakter łagodny i płochliwy. Wystarczyło zabuczeć dziwnym głosem w jego obecności, a już kładł uszy po sobie i wciskał nos pod pachę.  

„Jonasz był zajęty wydarzeniami w swojej głowie”

Kto się nimi zajmował?

Mama, oczywiście. Ja też. Jonaszowi chyba nie przyszłoby do głowy, żeby wyjść z psem na spacer. Nie dlatego, że ich nie lubił, bo wiem, że lubił. Był człowiekiem bardzo zajętym wydarzeniami we własnej głowie.  

Jak wyglądał jego pokój?

Papiery, książki, popiół z papierosów, jakieś lekarstwa walające się po podłodze. Zawsze było tam ciemno, lubił mieć szczelnie zaciągnięte zasłony. Pachniało wodą kolońską, tytoniem, słodkim męskim potem. Lubiłem ten pokój, to, że był taką zdziczałą norą. Kiedy Jonasza nie było, kładłem się na jego łóżku, słuchałem muzyki, czytałem książki. To zresztą nie był pokój do pracy, tylko właśnie do spania i czytania. Jonasz pracował w dużym pokoju, często w nocy. Siedział przy stole, w szlafroku, z herbatą, stosem kartek i czymś do pisania. Zużywał kolejne magnetofony-kasprzaki, puszczał linię melodyczną z kaset – bo zwykle tworzył do gotowej muzyki – i przewijał taśmy na włączonym playu, dał się słyszeć wtedy charakterystyczny, niepodrabialny wizg. Przez pewien czas mieliśmy też bardzo ładny japoński magnetofon, tata przywiózł go ze swojego jedynego wyjazdu do Stanów, ale ten magnetofon został dokumentnie zasikany przez psa Szpicera. Pies uważał, że to jakaś uczuciowa konkurencja.  

Kiedy budziłeś się rano, tata już spał?

Przeważnie tak, chyba że w ogóle go nie było w domu.

A gdy go nie było, wchodziłeś do pokoju z nadzieją na odkrycie jego sekretów?

Oczywiście. Szybko się jednak zorientowałem, że jeśli miał jakieś sekrety, nosił je raczej w głowie. Bo w pokoju wszystko leżało na wierzchu, Jonasz był niezdolny do stworzenia jakiejkolwiek skrytki. Dokumenty, listy, rękopisy, telegramy – to tak sobie po prostu zalegało w warstwach geologicznych.  

Również te telegramy, w których ponaglano go do oddawania tekstów?

Jasne. Mamy je w archiwum. Jest ich dużo. Nasz dom był na peryferiach miasta, telefon zamontowali nam dopiero w 1984 roku, a wcześniej przyjeżdżał łysy facecik małym fiatem z napisem „Łączność” i przywoził telegramy. W zasadzie codziennie. Myślę, że nas nienawidził. Telegramy zwykle mówiły o tym, że Jonasz coś komuś obiecał i zapomniał. Bo on był hojny w dawaniu obietnic. Nie rachował: to zrobię, a tego nie, bo nie starczy mi czasu. Szedł na całość. Byli ludzie, którzy ścigali go całą wieczność. Umawiali się z nim na tekst, on mówił: „Jasne, stary, będziesz to miał do końca tygodnia”. I ten człowiek po trzech latach wciąż pisał telegramy albo dzwonił, żeby zapytać, kiedy dostanie tekst. 

Jaką część życia, do czasu, kiedy Jonasz umarł, spędziłeś tylko z mamą?

Większość. Ojciec był raczej skromnie obecny. Mimo całej swojej niekonwencjonalności pochodził jednak ze starej szkoły, tej wyznającej zasadę, że mężczyzna jest od zarabiania, nie od opieki. Jego zawodowy tryb życia też nie pomagał – życie estradowe Jonasza polegało na byciu w trasie, gdzieś między Strzegomiem, Radomiem i Piłą, więc przez dom tylko się przemykał. Ale dzięki temu pamiętam wyraźnie wiele chwil, które ze mną spędził. Czuł, tak myślę, że powinien jakoś wynagradzać mi swoją nieobecność. Było więc chodzenie do 

Pewexu, kupowanie czekolad, wożenie się taksówkami, lody w Horteksie, wyścigi konne na Służewcu. 

Lubiłeś to wynagradzanie nieobecności?

Chyba podświadomie wiedziałem, że on inaczej nie potrafi, że to jest jego sposób okazywania uczuć. Nie miałem poczucia krzywdy. Już jako dziecko musiałem zdawać sobie sprawę, że on nie radzi sobie najlepiej w roli ojca. To miało też swoje dobre strony: nie oceniał mnie, nie nadzorował. Interesował się mną umiarkowanie. Nie jestem pewien, czy wiedział, w której akurat jestem klasie. Ale też nie wydawało mi się to istotne. 

Czyli generalnie był znikającą postacią.

Ciężko było go namierzyć. Nigdy nie zatrzymywał się na dłużej w jednym miejscu. Gdyby człowiek zadał sobie trochę trudu, pozbierał te wszystkie kalendarze, bilety, notatki z hoteli, mógłby wyrysować mapę jego wędrówek. Byłaby gęsta. Często bywał w Krakowie, we Wrocławiu, na Wybrzeżu. Krążył między różnymi miastami, tylko zawadzając o Warszawę. 

Jego powroty były dla was świętem?

Na początku tak bywało, ale w drugiej połowie lat 80. jego krążenie nabrało charakteru ucieczkowego. Wtedy naprawdę nie wiedzieliśmy, w jakim stanie wróci. I czy w ogóle wróci. A ja się po prostu martwiłem. Jak każdy, gdy znika ktoś bliski i przez miesiąc nie daje znaku życia. Niewiele mogłem zrobić w tej sprawie. Nikt nie mógł, obawiam się. 

Miałeś wtedy 13, 14 lat. Patrzyłeś na ojca i myślałeś: nie będę taki jak on?

Wiedziałem, że nie jestem taki jak on – była między nami dość oczywista różnica charakterologiczna. Natomiast dużo w życiu zrobiłem, niekoniecznie świadomie, żeby moje dzieci nie były jedynakami. Coś we mnie zdecydowało, że muszę mieć wokół siebie dużą rodzinę. Nie wyszedłem z domu straumatyzowany, wręcz przeciwnie: mama, która zawsze dużo ze mną rozmawiała, zapewniła mi, na tyle, na ile to możliwe, miękkie lądowanie. Boleśnie wspominam jednak te dni, gdy nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, bo byłem po prostu sam. Owszem, dało się to zabić czytaniem i to właśnie robiłem. Ale duże rodziny wytwarzają poczucie bezpieczeństwa, którego z niczym się nie da porównać. 

W jakim stopniu Jonasz Kofta jest dla ciebie wspomnieniem, a w jakim postacią wyobrażoną?

W pełni świadomie zacząłem poznawać ojca dopiero, kiedy już go nie było. Bardzo dużo dowiedziałem się o nim, czytając jego wiersze i sztuki. Rzadki przypadek – własnego rodzica poznawać przez literaturę. Wolałbym inaczej, ale to też nie był najgorszy sposób. Jonasz odszedł na tyle wcześnie, że nie zdążyliśmy nawet mieć poważnego konfliktu, typowego dla nastolatków i ojców. Nie mógł mnie zbesztać, że wróciłem pijany do domu, że włóczę się z jakimiś żulami, że się nie uczę, że wybrałem złe studia, że mam dziecko w wieku 20 lat. To była jego osobliwa przewaga nad innymi ojcami. I w jakimś sensie moja przewaga nad innymi dziećmi trudnych ojców.

Jak budowałeś relację z nim po jego śmierci?

On się z czasem dla mnie ukonkretniał. Wydawałoby się, że powinien się w pamięci zacierać, ale stało się odwrotnie. Im jestem starszy, tym lepiej pojmuję wiele z jego decyzji i motywacji. Nawet w jakimś sensie rozumiem to, co się z nim stało pod koniec życia. Te jego ucieczki, które musiały brać się z przekonania, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia – w nałogu, z niespełnionymi obietnicami, strachem przed chorobą, zmieniającym się gwałtownie światem, z brakiem pewności, z kim i jak chce żyć. Kiedy umarł, miałem nieostry obraz ojca, oparty na intuicji. I to wyobrażenie jego charakteru, jego nadwrażliwości, potwierdzało się w ciągu kolejnych 30 lat na podstawie tekstów, dokumentów, które przeczytałem. To nie był facet idealny, ale nie potrafię o nim źle myśleć. Bardzo wiele od siebie wymagał, nie mógł spełnić tych wszystkich ambicji. Nie umiał się wydostać z tej pętli – a jego konstrukcja psychiczna mu tego nie ułatwiała.  

Wracasz pamięcią do dnia, w którym umarł?

Gdy Piotr Derlatka pracował nad biografią ojca, uświadomiłem sobie, że niewiele wiem o tym dniu. W ogóle niewiele wiemy o tym, co się wydarzyło w SPATiF-ie, kiedy Jonasz podczas spotkania ze znajomymi zakrztusił się, a potem stracił przytomność, zapadł w śpiączkę. Wypadek zdarzył się po południu, zadzwoniono do nas następnego dnia rano. Odważny – anonimowy, bo się nie przedstawił – znalazł się po 18 godzinach. Nie mieliśmy z kim porozmawiać na ten temat, bo nagle okazało się, że nie ma świadków, chociaż lokal był pełen. Krążyły jakieś niestworzone legendy, większość zmyślona. Kiedy ojciec leżał nieprzytomny w szpitalu i jego życie podtrzymywały maszyny, byłem tam tylko parę razy, być może mama chciała mi oszczędzić tego widoku. Trudno to przyznać, ale nie miałem nadziei. Miałem za to czas, żeby się przygotować na jego śmierć. Na tyle, na ile 14-letnie dziecko może się na coś takiego przygotować. A potem musiałem to przepracować, zrozumieć, co się stało. I z tego przepracowywania wyszło, że go rozumiem, ze wszystkimi felerami i zaletami. Jonasz ma u mnie pełne odpuszczenie grzechów.

Jonasz Kofta – smutny błazen

Często o nim myślisz tak na co dzień?

Bardzo często jego wiersze pojawiają się w moich myślach jako komentarz do tego, co widzę albo słyszę. Ja tę bibliotekę noszę przecież w pamięci, ona jest częścią tego, jak reaguję na rzeczywistość. To są takie mgnienia, często czysto odruchowe. Jakby ktoś włączał mi nagle w głowie lampkę i w ten sposób coś oświetlał. To pewnie daleka pochodna tego, że Jonasz miał zdolność trafnego komentowania i puentowania. Miał także purnonsensowe, sytuacyjne poczucie humoru, nie do odtworzenia bez kontekstu. Lubił zresztą przybierać personę smutnego błazna, który wprawdzie opowiada żarty, ale w istocie jest śmiertelnie poważny i ponury.

Jonasz często wraca w codziennych rozmowach twoich i twojej mamy?

To są rzeczy trudne do opowiedzenia, a właściwie niemożliwe, bo chodzi o człowieka, z którym się żyło, o nieprzekazywalne wrażenia z obcowania z nim. Dla kogoś takie moje opowieści mogłyby być anegdotami, a dla nas są pamiątką ze wspólnego życia. Mamy cały wachlarz ulubionych opowieści, które są tylko nasze. Różne powiedzonka, niektóre niecenzuralne, bo Jonasz lubił sobie przekląć. U mnie w domu panowała zasada „ciężkie życie, ciężkie słowa” – nikt się nie oszczędzał w tym zakresie. Ale jeśli chcecie anegdoty, to, żeby nie szukać daleko: kilka ulic od miejsca, gdzie rozmawiamy, jest ulica Krucza. Był tam sklep tytoniowy, do którego ojciec lubił chodzić. I nigdy nie pamiętał, jak nazywa się ulica, na której rogu był ten sklep. Więc przyjęło się, że to „róg Kruczej i dupy suczej”. Do tej pory, kiedy nie znamy dokładnego adresu, używamy tego powiedzonka. Drugim źródłem kodu, którym się porozumiewaliśmy, były „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Dziś też posługujemy się całymi zdaniami z tej powieści. 

Jak pamiętasz go fizycznie?

To zabawne, bo zapamiętałem go jako dużego, silnego mężczyznę. Tymczasem on był mniejszy niż ja teraz. Drobny gość, wprawdzie wysoki, ale bardzo szczupły, kanciasty, szorstki. Miał swoje ulubione rodzaje ubrań, przede wszystkim różne wojskowe kurteczki i koszule. Lubił też ciasne, odrobinę za małe ubrania, a to dlatego, że miał krótkie ręce – ciuchy w normalnym rozmiarze miały dla niego za długie rękawy.

Twoja mama mówiła, że na co dzień chodził jak postrzelony kaczor, a na scenie zmieniał się w piórko. Dostrzegałeś to?

Tylko na ekranie telewizora, bo nigdy nie widziałem go na żywo na scenie. W ostatnich latach życia przestał występować, a wcześniej byłem za mały. On to swoje sceniczne wcielenie miał bardzo przemyślane i na te potrzeby rzeczywiście lubił się przebrać. Garnitury, fraki – po prostu dumny paw. A na co dzień był raczej niezgrabny. Nie miał zdolności manualnych, nie umiał grać na żadnym instrumencie. Zawsze zarysowywał płyty winylowe, bo nie był w stanie trafić igłą w rowek. I jak on jadł! Nasze wielkie psisko bardziej elegancko chłeptało ze swojej miski. Jonasz pochłaniał jedzenie bardzo szybko, oblewał się, całe menu miał na ubraniu. Angażował się w to na sto procent. Może na sto dziesięć. W ogóle nigdy chyba nie widziałem, żeby coś robił na pół gwizdka. Albo robił, albo nie. Jak nie robił, to również konsekwentnie. Pamiętam, że nie można się było z nim dogadać, gdy się czymś intensywnie zajmował, tak zapamiętywał się w tych czynnościach. A, i uwielbiałem oglądać, jak się golił! On to bardzo ładnie robił. Nie zacinał się, a miał twardy, sztywny zarost. To była czynność, którą wykonywał wyjątkowo zgrabnie, finezyjnie, a ja patrzyłem jak zaczarowany. Dziś wiem, że popisywał się przede mną. To była pokazówka. Używał kremu do golenia Wars, potem wody kolońskiej Hattric, czuję te wszystkie zapachy do dzisiaj. Bardzo ładnie pachniał.

A co myślisz, kiedy patrzysz na jego kolorowy autoportret?

Myślę, że był jednak znacznie lepszym poetą i dramaturgiem niż malarzem. Miał talent malarski, owszem, ale bez przesady. Jest trochę podobny do siebie na tym obrazie, ale nie wiem, dlaczego wielobarwny bukiet wyrasta mu akurat z szyi. Podejrzewam, że coś spieprzył i po prostu zamalował to kwiatami.

Jonasz Kofta
mat. prasowe

„Jego portret. Opowieść o Jonaszu Kofcie”, Piotr Derlatka, Prószyński i S-ka 2019

***

Rozmowa z Piotrem Koftą ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Fot. Krzysztof Opaliński

„Mądrość większości jest często problematyczna”. Wywiad z Krystyną Jandą.

„Człowiek jest mały i bywa wielki, jest i tak, i tak. W tym utworze śmiejemy się z siebie, przez łzy, ale jednak” – mówi Krystyna Janda o spektaklu „Wspólnota mieszkaniowa”. Od dziś w Och-Teatrze.
Anna Zaleska
16.07.2020

Sztuka czeskiego dramaturga i reżysera Jiříego Havelki „Wspólnota mieszkaniowa” to pierwsza w Och-Teatrze premiera po pandemicznej przerwie. Arcyzabawna komedia, która w Czechach została zekranizowana, stając się wielkim kinowym przebojem, to zarazem gorzka satyra na współczesne społeczeństwo. W obsadzie spektaklu zobaczymy między innymi Agnieszkę Więdłochę, Katarzynę i Cezarego Żaków oraz Stanisława Brejdyganta. Z Krystyną Jandą, reżyserką „Wspólnoty mieszkaniowej”, rozmawiałam tuż przed premierą. Anna Zaleska: Z czego ostatnio pani się śmiała? Krystyna Janda: Teraz, kiedy po ponad trzech miesiącach wróciliśmy do pracy w teatrach i pracowaliśmy nad nową premierą, poziom optymizmu się podniósł, śmiejemy się na nowo bardzo dużo i często. Praca daje radość i zapomnienie. A ponieważ robimy komedię pokazującą typowe postawy społeczne, karykaturujemy je, sprawia nam to prawdziwą uciechę. Mamy też nadzieję, że ten gorzki śmiech będzie towarzyszył widzom podczas oglądania. O czym jest sztuka „Wspólnota mieszkaniowa”? I dlaczego ją wybrała pani na pierwszą premierę po pandemicznej przerwie? To typowe zebranie członków wspólnoty mieszkańców pewnego domu, pewnej kamienicy. Przekrój społeczny, charakterologiczny i typowe zachowania grupowe śmieszą do łez i przerażają nie na żarty, a jednocześnie uświadamiają aktualność i obecność tych postaw w naszym życiu. Głupota, egoizm, krótkowzroczność, zacofanie, bezmyślny upór i niemożność porozumienia się, niezdolność do najdrobniejszego kompromisu to główne tematy. Jest jak u Gogola: „Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie”? Człowiek jest mały i bywa wielki, jest i tak, i tak. W tym utworze śmiejemy się z siebie, przez łzy, ale...

Czytaj dalej
isabell allnede
Fot. east news

Isabel Allende: „Chciałam, aby świat dowiedział się, kim jestem”

„Przetrwaliśmy z mężem śmierć trójki dzieci. Ale nie wygraliśmy z jego depresją. Wierzę, że rozstanie było najlepszym wyjściem – mówi Isabel Allende. Właśnie ukazała się jej nowa książka „Długi płatek morza”.
Marta Strzelecka
15.07.2020

Ma 78 lat, wydała ponad 20 książek, które sprzedały się na świecie w milionach egzemplarzy. Drogę do sławy utorował jej bestseller „Dom duchów". Powieść została sfilmowana w 1993 roku jako „Dom dusz” w gwiazdorskiej obsadzie m.in. z Meryl Streep, Winoną Ryder i Jeremi Ironsem. Jej najnowsza powieść „Długi płatek morza” ( wyd. Marginesy, 2020)  bierze swój tytuł z wiersza poety Pabla Nerudy, który tak nazywa swój rodzinny kraj Chile: „długi płatek morza i wina i śniegu”. Powieść opowiada o losach Roser i Victora, którzy pobierają się, nie z miłości, a po to by przetrwać. Uciekają z frankistowskiej Hiszpanjii i w poszukiwaniu nowego domu trafiają do Chile. Tam zaczynają nowe życie. Isabel Allende też jest chilijką, od lat mieszka w USA, w dużej posiadłości z ogrodem na przedmieściach San Francisco. Osiągnęła wszystko,co chciała, ale niedawno dużo też straciła. Rozstała się z mężem po 27 latach małżeństwa. Zaczynanie życia od nowa to jej specjalność. Marta Strzelecka: Pierwszy spektakularny zwrot akcji w pani życiu? Isabel Allende: Kiedy miałam trzy lata, zniknął mój ojciec. Na zawsze. Po prostu wyszedł na imprezę i nie wrócił. To była połowa lat 40. ubiegłego wieku, żyliśmy w Peru, gdzie się urodziłam, ojciec był dyplomatą. Prawdopodobnie zapadł się pod ziemię po jakiejś aferze narkotykowej, może chodziło o przekręt finansowy, może o skandal erotyczny. Nie wiem. U nas w domu traktowało się to wydarzenie jak wielką tajemnicę. Przez lata nie wiedziałam nawet, jak miał na imię. Wyprowadziliśmy się do Chile, gdzie nie mówiło się o tacie. Wisiało w powietrzu coś takiego, że jeśli ktoś poruszy ten temat, wydarzy się tragedia. Jakaś bliżej nieokreślona, na przykład mama nagle zachoruje. Z mamą ma pani szczególną...

Czytaj dalej
lewan bonasz
Fot. Piotr Porebsky/Metaluna

Dorota Landowska i Mariusz Bonaszewski: „Miłość zawsze wymaga troski”

„Na przestrzeni lat scalały nas różne rzeczy. Dziś jesteśmy siebie zupełnie inaczej głodni niż na początku” – mówi aktorska para Dorota Landowska i Mariusz Bonaszewski.
Karolina Morelowska-Siluk
03.07.2020

Poznali się w końcu lat 90. pracując nad spektaklem „Ninoczka” dla sceny „Prezentacje”. Oboje bardzo zdolni i doceniani jako aktorzy. Dorota Landowska, laureatka prestiżowej nagrody aktorskiej im. Schillera,   znana jest choćby z takich filmów, jak „Historia Roja" i seriali : „Kryminalni", „Ojciec Mateusz",  „Na dobre i na złe", „W rytmie serca". Mariusz Bonaszewski zagrał wiele wybitnych ról teatralnych, grał u Wajdy, Pasikowskiego, Trzosa-Rastawieckiego w jego serialu „Marszałek Piłsudski".  Kiedy się spotkali mieli już za sobą inne związki. Do swoich uczuć podchodzili niepewnie, jakby bali się kolejnego rozczarowania. Spotykali się, a potem wycofywali, na miesiąc, dwa. Ślub wzięli w 2014 roku, po 16 latach wspólnego życia. Dziś mówią, że naprawdę trzeba kogoś mocno kochać, by znieść taką emocjonalną huśtawkę. I opowiadają o tym, jak przez lata zmieniała się ich miłość i jak dojrzewał ich związek. Karolina Morelowska-Siluk: Może zacznijmy od początku. Najpierw było olśnienie? Dorota Landowska: Najpierw był moment zachłyśnięcia się sobą. Piękny. A potem zaczęło się prawdziwe życie. Ciekawe. Rozumiem, że nie bez przyczyny do tych dwóch etapów dodałaś zupełnie inne przymiotniki? Dorota Landowska: Chyba najtrafniej opisują te dwa stany. Są zupełnie inne. I dobrze. Mariusz Bonaszewski: Nie próbowałbym ich porównywać, wartościować. Minęło kilkanaście lat, oboje zmieniliśmy się. I nie ma możliwości, żeby nas dzisiejszych przenieść w tamto pierwsze spotkanie przepełnione gorączką. To jest zupełnie inny związek. Co nie oznacza, że nie ma w nim temperatury. Nadal są chwile, kiedy czuję się przy Dorocie jak mały, namiętny chłopiec. Ale dziś jestem już także sumą wszystkich spotkań,...

Czytaj dalej