Jonasz Kofta – poeta w masce smutnego błazna. Wybitnego twórcę wspomina syn, Piotr
źródło: Wikipedia

Jonasz Kofta – poeta w masce smutnego błazna. Wybitnego twórcę wspomina syn, Piotr

Dziś Jonasz Kofta – poeta, satyryk, autor tekstów piosenek, twórca niezapomnianych przebojów: „Pamiętajcie o ogrodach”, „Śpiewać każdy może”, „Z tobą chcę oglądać świat” – miałby 78 lat. Zmarł w 1988 roku po nieszczęśliwym wypadku – zakrztuszeniu.
Marta Strzelecka Jakub Demiańczuk
18.07.2020

Odszedł na tyle wcześnie, że nie zdążyliśmy mieć żadnego poważnego konfliktu, typowego dla nastolatków i ojców. Nie mógł mnie zbesztać, że wróciłem pijany do domu, że się nie uczę, że wybrałem złe studia. To była jego osobliwa przewaga nad innymi ojcami”, mówi o Jonaszu Kofcie jego syn Piotr.

Marta Strzelecka: Dlaczego mówisz o ojcu: Jonasz?

Piotr Kofta: A wiecie, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem? Może dlatego, że on jednak przez większość mojego życia nie żyje? Z Jonaszem nie mieszkam od 31 lat, ale bardzo często o nim rozmawiam, przede wszystkim z mamą, choć nie tylko. Mama mówi o nim: Jonasz. Ja w rozmowie mówię: Jonasz. Tak się utarło. Dla mnie nie ma po prostu żadnego innego Jonasza. Natomiast kiedy byłem dzieckiem, zwracałem się do niego zwyczajnie: „tato”, ewentualnie, dla obopólnej radości, „ojcze” bądź „ojczenaszu”. Nie mówiłem do Jonasza po imieniu. 

Czy twój tata jest rodzinnym tematem rozmów?

Wydaje mi się, że nigdy nie uprawialiśmy kultu Jonasza – co rozumiem przez taką na przykład sytuację, że podczas rozmaitych świąt rodzina rytualnie zasiada, wspomina, ogląda zdjęcia. Takie rzeczy fajnie się robi spontanicznie, bez okazji, bo Jonasz był i jest wrośnięty w nasze życie. Ale ważne wydaje się jeszcze coś: nie wpadliśmy z mamą na pomysł, żeby z kultywowania pamięci o Jonaszu uczynić swoją misję albo zawód. Tego też nie należy rozumieć opacznie: my się zajmujemy Jonaszem, dbamy o jego spuściznę, o archiwum jego utworów, o kontakty z artystami, pojawiają się kolejne publikacje wierszy Jonasza, teraz z kolei ta biografia. Chodzi o coś innego – o pełnienie publicznej funkcji. Ja się nie nadaję do publicznych funkcji. 

Jak pamiętasz dom z dzieciństwa?

Tu mam dwa wspomnienia, jedno niewyraźne, a drugie całkiem ostre. Wspomnienie niewyraźne jest w ogóle moim pierwszym, a pojawia się w nim pewne mieszkanie, które rodzice wynajmowali na Rakowcu: pomarańczowe bądź czerwone zasłony w oknach, puchaty dywan, niski klubowy stolik, a pod blatem rozmaite nogi kończące się stopami w skarpetach albo butach, jako że lubiłem tam siadywać, pod tym stolikiem, kiedy do rodziców przychodzili goście. Ale to jeszcze nie był dom. Dom, i to pamiętam z fotograficzną precyzją, zaczął się wtedy, gdy przeprowadziliśmy się na osiedle Groty na Bemowie. Tam zderzał się żywioł porządku i piękna, czyli świat mojej mamy z żywiołem nieładu i chaosu, czyli światem mojego ojca i moim, ponieważ obaj mieliśmy, a ja mam do dzisiaj, skłonności do strasznego bałaganiarstwa. Życie towarzyskie, jak to w polskich domach, toczyło się w dużej mierze w kuchni w chmurach tytoniowego dymu. Ale dom na Grotach to nie tylko rodzice, to także ogród i zwierzęta. Bo zawsze mieszkały z nami zwierzęta – psy i koty. 

Jakie mieliście psy i koty?

Opowiem o psach, bo koty zajęłyby za dużo miejsca. Ale to i tak nie wszystkie psy. Najpierw był Korek, którego mama kupiła na bazarze w Grudziądzu w 1965 roku jako szczenię maltańczyka, ale Korek okazał się typem od maltańczyka dość odległym, kupą skłębionej sierści na patykowatych nogach, z silnym przodozgryzem. Był to pies inteligentny, więc kiedy w końcu pojawiłem się na świecie, wiedział, że stanowię zagrożenie. Wiedział też, że nie może mnie ugryźć, znalazł więc moralną lukę w tym zakazie i gryzł mnie w buty. Potem mieliśmy Szpicera, już na Grotach. Szpicer po prostu wkroczył do domu, wlazł pod krzesło w kuchni i zamieszkał. Nieduży piesek, ryży, brzydki. Darzył nienawiścią wszystko, co żywe, z wyjątkiem naszej rodziny. Mieliśmy jeszcze Samka, znajomi znaleźli go na moście Poniatowskiego w zimę stulecia. Samotnie, stąd Samek. Było to wielkie, futrzaste psisko – no i jak to bywa z dużymi osobami, Samek miał charakter łagodny i płochliwy. Wystarczyło zabuczeć dziwnym głosem w jego obecności, a już kładł uszy po sobie i wciskał nos pod pachę.  

„Jonasz był zajęty wydarzeniami w swojej głowie”

Kto się nimi zajmował?

Mama, oczywiście. Ja też. Jonaszowi chyba nie przyszłoby do głowy, żeby wyjść z psem na spacer. Nie dlatego, że ich nie lubił, bo wiem, że lubił. Był człowiekiem bardzo zajętym wydarzeniami we własnej głowie.  

Jak wyglądał jego pokój?

Papiery, książki, popiół z papierosów, jakieś lekarstwa walające się po podłodze. Zawsze było tam ciemno, lubił mieć szczelnie zaciągnięte zasłony. Pachniało wodą kolońską, tytoniem, słodkim męskim potem. Lubiłem ten pokój, to, że był taką zdziczałą norą. Kiedy Jonasza nie było, kładłem się na jego łóżku, słuchałem muzyki, czytałem książki. To zresztą nie był pokój do pracy, tylko właśnie do spania i czytania. Jonasz pracował w dużym pokoju, często w nocy. Siedział przy stole, w szlafroku, z herbatą, stosem kartek i czymś do pisania. Zużywał kolejne magnetofony-kasprzaki, puszczał linię melodyczną z kaset – bo zwykle tworzył do gotowej muzyki – i przewijał taśmy na włączonym playu, dał się słyszeć wtedy charakterystyczny, niepodrabialny wizg. Przez pewien czas mieliśmy też bardzo ładny japoński magnetofon, tata przywiózł go ze swojego jedynego wyjazdu do Stanów, ale ten magnetofon został dokumentnie zasikany przez psa Szpicera. Pies uważał, że to jakaś uczuciowa konkurencja.  

Kiedy budziłeś się rano, tata już spał?

Przeważnie tak, chyba że w ogóle go nie było w domu.

A gdy go nie było, wchodziłeś do pokoju z nadzieją na odkrycie jego sekretów?

Oczywiście. Szybko się jednak zorientowałem, że jeśli miał jakieś sekrety, nosił je raczej w głowie. Bo w pokoju wszystko leżało na wierzchu, Jonasz był niezdolny do stworzenia jakiejkolwiek skrytki. Dokumenty, listy, rękopisy, telegramy – to tak sobie po prostu zalegało w warstwach geologicznych.  

Również te telegramy, w których ponaglano go do oddawania tekstów?

Jasne. Mamy je w archiwum. Jest ich dużo. Nasz dom był na peryferiach miasta, telefon zamontowali nam dopiero w 1984 roku, a wcześniej przyjeżdżał łysy facecik małym fiatem z napisem „Łączność” i przywoził telegramy. W zasadzie codziennie. Myślę, że nas nienawidził. Telegramy zwykle mówiły o tym, że Jonasz coś komuś obiecał i zapomniał. Bo on był hojny w dawaniu obietnic. Nie rachował: to zrobię, a tego nie, bo nie starczy mi czasu. Szedł na całość. Byli ludzie, którzy ścigali go całą wieczność. Umawiali się z nim na tekst, on mówił: „Jasne, stary, będziesz to miał do końca tygodnia”. I ten człowiek po trzech latach wciąż pisał telegramy albo dzwonił, żeby zapytać, kiedy dostanie tekst. 

Jaką część życia, do czasu, kiedy Jonasz umarł, spędziłeś tylko z mamą?

Większość. Ojciec był raczej skromnie obecny. Mimo całej swojej niekonwencjonalności pochodził jednak ze starej szkoły, tej wyznającej zasadę, że mężczyzna jest od zarabiania, nie od opieki. Jego zawodowy tryb życia też nie pomagał – życie estradowe Jonasza polegało na byciu w trasie, gdzieś między Strzegomiem, Radomiem i Piłą, więc przez dom tylko się przemykał. Ale dzięki temu pamiętam wyraźnie wiele chwil, które ze mną spędził. Czuł, tak myślę, że powinien jakoś wynagradzać mi swoją nieobecność. Było więc chodzenie do 

Pewexu, kupowanie czekolad, wożenie się taksówkami, lody w Horteksie, wyścigi konne na Służewcu. 

Lubiłeś to wynagradzanie nieobecności?

Chyba podświadomie wiedziałem, że on inaczej nie potrafi, że to jest jego sposób okazywania uczuć. Nie miałem poczucia krzywdy. Już jako dziecko musiałem zdawać sobie sprawę, że on nie radzi sobie najlepiej w roli ojca. To miało też swoje dobre strony: nie oceniał mnie, nie nadzorował. Interesował się mną umiarkowanie. Nie jestem pewien, czy wiedział, w której akurat jestem klasie. Ale też nie wydawało mi się to istotne. 

Czyli generalnie był znikającą postacią.

Ciężko było go namierzyć. Nigdy nie zatrzymywał się na dłużej w jednym miejscu. Gdyby człowiek zadał sobie trochę trudu, pozbierał te wszystkie kalendarze, bilety, notatki z hoteli, mógłby wyrysować mapę jego wędrówek. Byłaby gęsta. Często bywał w Krakowie, we Wrocławiu, na Wybrzeżu. Krążył między różnymi miastami, tylko zawadzając o Warszawę. 

Jego powroty były dla was świętem?

Na początku tak bywało, ale w drugiej połowie lat 80. jego krążenie nabrało charakteru ucieczkowego. Wtedy naprawdę nie wiedzieliśmy, w jakim stanie wróci. I czy w ogóle wróci. A ja się po prostu martwiłem. Jak każdy, gdy znika ktoś bliski i przez miesiąc nie daje znaku życia. Niewiele mogłem zrobić w tej sprawie. Nikt nie mógł, obawiam się. 

Miałeś wtedy 13, 14 lat. Patrzyłeś na ojca i myślałeś: nie będę taki jak on?

Wiedziałem, że nie jestem taki jak on – była między nami dość oczywista różnica charakterologiczna. Natomiast dużo w życiu zrobiłem, niekoniecznie świadomie, żeby moje dzieci nie były jedynakami. Coś we mnie zdecydowało, że muszę mieć wokół siebie dużą rodzinę. Nie wyszedłem z domu straumatyzowany, wręcz przeciwnie: mama, która zawsze dużo ze mną rozmawiała, zapewniła mi, na tyle, na ile to możliwe, miękkie lądowanie. Boleśnie wspominam jednak te dni, gdy nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, bo byłem po prostu sam. Owszem, dało się to zabić czytaniem i to właśnie robiłem. Ale duże rodziny wytwarzają poczucie bezpieczeństwa, którego z niczym się nie da porównać. 

W jakim stopniu Jonasz Kofta jest dla ciebie wspomnieniem, a w jakim postacią wyobrażoną?

W pełni świadomie zacząłem poznawać ojca dopiero, kiedy już go nie było. Bardzo dużo dowiedziałem się o nim, czytając jego wiersze i sztuki. Rzadki przypadek – własnego rodzica poznawać przez literaturę. Wolałbym inaczej, ale to też nie był najgorszy sposób. Jonasz odszedł na tyle wcześnie, że nie zdążyliśmy nawet mieć poważnego konfliktu, typowego dla nastolatków i ojców. Nie mógł mnie zbesztać, że wróciłem pijany do domu, że włóczę się z jakimiś żulami, że się nie uczę, że wybrałem złe studia, że mam dziecko w wieku 20 lat. To była jego osobliwa przewaga nad innymi ojcami. I w jakimś sensie moja przewaga nad innymi dziećmi trudnych ojców.

Jak budowałeś relację z nim po jego śmierci?

On się z czasem dla mnie ukonkretniał. Wydawałoby się, że powinien się w pamięci zacierać, ale stało się odwrotnie. Im jestem starszy, tym lepiej pojmuję wiele z jego decyzji i motywacji. Nawet w jakimś sensie rozumiem to, co się z nim stało pod koniec życia. Te jego ucieczki, które musiały brać się z przekonania, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia – w nałogu, z niespełnionymi obietnicami, strachem przed chorobą, zmieniającym się gwałtownie światem, z brakiem pewności, z kim i jak chce żyć. Kiedy umarł, miałem nieostry obraz ojca, oparty na intuicji. I to wyobrażenie jego charakteru, jego nadwrażliwości, potwierdzało się w ciągu kolejnych 30 lat na podstawie tekstów, dokumentów, które przeczytałem. To nie był facet idealny, ale nie potrafię o nim źle myśleć. Bardzo wiele od siebie wymagał, nie mógł spełnić tych wszystkich ambicji. Nie umiał się wydostać z tej pętli – a jego konstrukcja psychiczna mu tego nie ułatwiała.  

Wracasz pamięcią do dnia, w którym umarł?

Gdy Piotr Derlatka pracował nad biografią ojca, uświadomiłem sobie, że niewiele wiem o tym dniu. W ogóle niewiele wiemy o tym, co się wydarzyło w SPATiF-ie, kiedy Jonasz podczas spotkania ze znajomymi zakrztusił się, a potem stracił przytomność, zapadł w śpiączkę. Wypadek zdarzył się po południu, zadzwoniono do nas następnego dnia rano. Odważny – anonimowy, bo się nie przedstawił – znalazł się po 18 godzinach. Nie mieliśmy z kim porozmawiać na ten temat, bo nagle okazało się, że nie ma świadków, chociaż lokal był pełen. Krążyły jakieś niestworzone legendy, większość zmyślona. Kiedy ojciec leżał nieprzytomny w szpitalu i jego życie podtrzymywały maszyny, byłem tam tylko parę razy, być może mama chciała mi oszczędzić tego widoku. Trudno to przyznać, ale nie miałem nadziei. Miałem za to czas, żeby się przygotować na jego śmierć. Na tyle, na ile 14-letnie dziecko może się na coś takiego przygotować. A potem musiałem to przepracować, zrozumieć, co się stało. I z tego przepracowywania wyszło, że go rozumiem, ze wszystkimi felerami i zaletami. Jonasz ma u mnie pełne odpuszczenie grzechów.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Jonasz Kofta – smutny błazen

Często o nim myślisz tak na co dzień?

Bardzo często jego wiersze pojawiają się w moich myślach jako komentarz do tego, co widzę albo słyszę. Ja tę bibliotekę noszę przecież w pamięci, ona jest częścią tego, jak reaguję na rzeczywistość. To są takie mgnienia, często czysto odruchowe. Jakby ktoś włączał mi nagle w głowie lampkę i w ten sposób coś oświetlał. To pewnie daleka pochodna tego, że Jonasz miał zdolność trafnego komentowania i puentowania. Miał także purnonsensowe, sytuacyjne poczucie humoru, nie do odtworzenia bez kontekstu. Lubił zresztą przybierać personę smutnego błazna, który wprawdzie opowiada żarty, ale w istocie jest śmiertelnie poważny i ponury.

Jonasz często wraca w codziennych rozmowach twoich i twojej mamy?

To są rzeczy trudne do opowiedzenia, a właściwie niemożliwe, bo chodzi o człowieka, z którym się żyło, o nieprzekazywalne wrażenia z obcowania z nim. Dla kogoś takie moje opowieści mogłyby być anegdotami, a dla nas są pamiątką ze wspólnego życia. Mamy cały wachlarz ulubionych opowieści, które są tylko nasze. Różne powiedzonka, niektóre niecenzuralne, bo Jonasz lubił sobie przekląć. U mnie w domu panowała zasada „ciężkie życie, ciężkie słowa” – nikt się nie oszczędzał w tym zakresie. Ale jeśli chcecie anegdoty, to, żeby nie szukać daleko: kilka ulic od miejsca, gdzie rozmawiamy, jest ulica Krucza. Był tam sklep tytoniowy, do którego ojciec lubił chodzić. I nigdy nie pamiętał, jak nazywa się ulica, na której rogu był ten sklep. Więc przyjęło się, że to „róg Kruczej i dupy suczej”. Do tej pory, kiedy nie znamy dokładnego adresu, używamy tego powiedzonka. Drugim źródłem kodu, którym się porozumiewaliśmy, były „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Dziś też posługujemy się całymi zdaniami z tej powieści. 

Jak pamiętasz go fizycznie?

To zabawne, bo zapamiętałem go jako dużego, silnego mężczyznę. Tymczasem on był mniejszy niż ja teraz. Drobny gość, wprawdzie wysoki, ale bardzo szczupły, kanciasty, szorstki. Miał swoje ulubione rodzaje ubrań, przede wszystkim różne wojskowe kurteczki i koszule. Lubił też ciasne, odrobinę za małe ubrania, a to dlatego, że miał krótkie ręce – ciuchy w normalnym rozmiarze miały dla niego za długie rękawy.

Twoja mama mówiła, że na co dzień chodził jak postrzelony kaczor, a na scenie zmieniał się w piórko. Dostrzegałeś to?

Tylko na ekranie telewizora, bo nigdy nie widziałem go na żywo na scenie. W ostatnich latach życia przestał występować, a wcześniej byłem za mały. On to swoje sceniczne wcielenie miał bardzo przemyślane i na te potrzeby rzeczywiście lubił się przebrać. Garnitury, fraki – po prostu dumny paw. A na co dzień był raczej niezgrabny. Nie miał zdolności manualnych, nie umiał grać na żadnym instrumencie. Zawsze zarysowywał płyty winylowe, bo nie był w stanie trafić igłą w rowek. I jak on jadł! Nasze wielkie psisko bardziej elegancko chłeptało ze swojej miski. Jonasz pochłaniał jedzenie bardzo szybko, oblewał się, całe menu miał na ubraniu. Angażował się w to na sto procent. Może na sto dziesięć. W ogóle nigdy chyba nie widziałem, żeby coś robił na pół gwizdka. Albo robił, albo nie. Jak nie robił, to również konsekwentnie. Pamiętam, że nie można się było z nim dogadać, gdy się czymś intensywnie zajmował, tak zapamiętywał się w tych czynnościach. A, i uwielbiałem oglądać, jak się golił! On to bardzo ładnie robił. Nie zacinał się, a miał twardy, sztywny zarost. To była czynność, którą wykonywał wyjątkowo zgrabnie, finezyjnie, a ja patrzyłem jak zaczarowany. Dziś wiem, że popisywał się przede mną. To była pokazówka. Używał kremu do golenia Wars, potem wody kolońskiej Hattric, czuję te wszystkie zapachy do dzisiaj. Bardzo ładnie pachniał.

A co myślisz, kiedy patrzysz na jego kolorowy autoportret?

Myślę, że był jednak znacznie lepszym poetą i dramaturgiem niż malarzem. Miał talent malarski, owszem, ale bez przesady. Jest trochę podobny do siebie na tym obrazie, ale nie wiem, dlaczego wielobarwny bukiet wyrasta mu akurat z szyi. Podejrzewam, że coś spieprzył i po prostu zamalował to kwiatami.

Jonasz Kofta
mat. prasowe

„Jego portret. Opowieść o Jonaszu Kofcie”, Piotr Derlatka, Prószyński i S-ka 2019

***

Rozmowa z Piotrem Koftą ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Janusz Józefowicz, Viva! 1/2019
Marta Wojtal

Janusz Józefowicz przyznaje, że nie był gotowy na dzieci 

„Ukradłem to dla mojej córeczki, a ona oszalała ze szczęścia”.
Opracowanie: Marzena Rogalska
04.09.2018

Żeby najstarszej córce wynagrodzić, że wciąż go nie ma, w sklepie z zabawkami w Szwecji ukradł dla niej różową walizeczkę. Był koniec lat 80. O swoim dorastaniu do bycia ojcem dla Kamy, Kuby i Kaliny Janusz Józefowicz opowiedział w rozmowie z Marzeną Rogalską.    Kiedy urodziła się moja pierwsza córka, Kamila, byłem studentem pierwszego roku Szkoły Teatralnej w Warszawie. Przed jej narodzinami przeżywałem trudne chwile, byłem wtedy związany z Teatrem Muzycznym w Chorzowie, wystawialiśmy rewie, musicale... Nagle, w 1981 r., cała idea tego teatru runęła. Razem z Danką, wtedy moją dziewczyną, kompletnie nie wiedzieliśmy, co ze sobą robić. Poczuliśmy się rozczarowani, oszukani. Wszystko rozsypało się jak domek z kart. Dokładnie w takim momencie okazało się, że Danka jest w ciąży. Postanowiliśmy się pobrać, zadzwoniłem szybko do moich rodziców, żeby przyjechali, bo ślub będzie za tydzień. Przez pierwszy rok Danka mieszkała z Kamą w Chorzowie, starałem się jeździć do nich na weekendy, ale różnie to wyglądało. Wybuchł stan wojenny, trzeba było załatwiać zezwolenia na przejazd. A ja w szkole harowałem od rana do nocy. Masakra. Byłem u progu kariery, szukałem swojego miejsca w świecie, a tu rodzina, obowiązki. Kochałem Dankę i Kamilkę, ale bardzo rzadko dawałem im to, czego oczekiwały. Kiedy byliśmy razem, byliśmy szczęśliwi, ale mnie wciąż nie było. A Kamilka rosła tak szybko... Może się usprawiedliwiam, ale pierwsze dziecko to dla wszystkich wyzwanie i przy nim robi się najwięcej błędów. Tak czy owak, wyrzuty sumienia stale kołatały mi się z tyłu głowy. Danka przyjechała z Kamilą do Warszawy. Pracowała w Teatrze Syrena, pomagali nam dziadkowie, rzadkie wakacje spędzaliśmy razem. Gdy Kama miała dziewięć, dziesięć lat, zacząłem wyjeżdżać z nią sam, zabierałem ją na koniec...

Czytaj dalej
Patryk Vega
fot. Andrzej Świetlik

Patryk Vega o pieniądzach, używkach, rodzinie i religii

„Rodzina daje niesamowitego kopa. Nie czekasz na wenę, nie wymyślasz wymówek, tylko ostro zasuwasz”. Patryk Vega w bardzo osobistym wydaniu mówi, jakim był synem i jakim jest ojcem.
Magdalena Felis
16.06.2020

Filmy Patryka Vegi cieszą się w Polsce niesłabnącą popularnością. Chociaż krytycy zwracają uwagę na coraz niższy poziom produkcji, widzowie wciąż chodzą do kina na „nowego Vegę”.  A on postanowił ich nie zwieść i w rozmowie z nami mówi: „do 2025 roku mam zamiar zrobić 16 filmów”. Od maja na platformie Netflix możemy oglądać jego film „Bad Boy” o środowisku fanatycznych kibiców piłkarskich. W roli charyzmatycznego przywódcy jednej z takich organizacji wystąpił Antoni Królikowski. Niedawno Patryk Vega pokazał zwiastun swojej najnowszej produkcji „Pętla” o kulisach tzw. afery podkarpackiej, również z Antonim Królikowskim w roli głównej. Film ma trafić do kin we wrześniu. Sam pełen przemocy, przekleństw i odważnych scen erotycznych trailer wzbudził kontrowersję, ale o produkcji było głośno już w kwietniu za sprawą informacji, o tym, że Vega nie przerwał prac na planie filmowym, mimo trwającej pandemii. Niedawno Patryk Vega wrzucił nową wersję zwiastuna filmu „Pętla” przygotowaną z myślą o damskiej części widowni. Poświęcony jest on żonie głównego bohatera uwikłanej w romans przypominający słynną aferę z agentem Tomkiem.  Magdalena Felis: Wciąż jesteś najmłodszym twórcą profesjonalnych czołówek komputerowych w Księdze rekordów Guinnessa? Patryk Vega: Podejrzewam, że już mnie ktoś wyprzedził. Do Księgi Guinnessa trafiłem, kiedy zrobiłem animowaną czołówkę do programu „5-10-15”, a o tym wyróżnieniu poinformowała mnie Telewizja Polska. To był 1992 rok, inne czasy – byłem jedynym dzieckiem w klasie, które miało komputer. Moja mama musiała pojechać na parę miesięcy do pracy do Szwecji i w zasadzie za wszystkie zarobione pieniądze kupiła mi pierwszego...

Czytaj dalej
benigni
Fot. east news

Roberto Benigni: Życie naprawdę jest piękne – wywiad 

Słynny aktor Roberto Benigni opowiada nam o swojej włoskiej rodzinie, zachwycie nad życiem i o tym dlaczego jest przekonany, że pieniądze szczęścia nie dają.
Artur Zaborski
08.10.2020

Najsłynniejszy Włoch w Hollywood, z którym pracować chcieli Francis Ford Coppola i Elizabeth Taylor. Ale laureat Oscara Roberto Benigni zamiast biegać za rolami, wybrał karierę na własnych warunkach. Pracuje wtedy, gdy scenariusz ma do zaoferowania przejmującą historię albo wartościowy przekaz. Uznał, że nowa ekranizacja słynnej baśni „Pinokio” ma jedno i drugie. Benigni zagrał w nim Geppetta, ojca, dla którego syn jest sensem życia. Jak się okazuje, ma z tą postacią znacznie więcej wspólnego! Artur Zaborski: Czy człowiek tak ekspresyjny jak pan potrafi chociaż przez 10 minut się nie ruszać? Roberto Benigni: Żaden Włoch by tyle nie wytrzymał! (śmiech) Wiele osób uważa, że jestem wręcz szalony, bo cały czas wymachuję rękami, przestępuję z nogi na nogę, drapię się, zakasuję rękawy albo podskakuję. Mam problem, żeby ustać w miejscu, bo roznosi mnie energia. Ale spokojnie, to nie jest oznaka szaleństwa, tylko żywiołowości. A jak powiedział kiedyś poeta, żywiołowość jest pięknem. Inny poeta twierdził, że piękno to jednak święty spokój. U mnie ruch, dynamika biorą się z entuzjazmu wobec życia. Kocham swoje życie i chcę z niego czerpać jak najwięcej. Stąd moja potrzeba nieustannego przemieszczania się, pośpiechu, reakcji. Nie potrafię biernie stać i patrzeć na to, co dookoła mnie. Jak opanować taki żywioł jak pan? Matteo Garrone, reżyser „Pinokia”, nie miał z tym najmniejszego problemu. Kiedy zaproponował mi rolę Geppetta, wyobraziłem sobie bohatera jako osobę żartobliwą, która reaguje uśmiechem, czasami nawet ironią na to, co ją spotyka. Matteo nie chciał iść w tę stronę. Zależało mu na odmalowaniu bohatera jako ojca, który jest przepełniony miłością do dziecka wyrzeźbionego z kłody drewna. W jego wyobraźni tragizm Geppetta zawierał się w bezbrzeżnej...

Czytaj dalej
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz
AFPEAST NEWS

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

On był po trzech rozwodach, ona – po dwóch. A jednak połączyła ich miłość, która przetrwała ponad 40 lat.
Kamila Geodecka
23.12.2020

W 1975 roku w Warszawie Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz wzięli ślub, którego właściwie nie potrzebowali. Towarzyszyło im dwóch świadków –  Basia Ślesicka i Piotr Skrzynecki, który specjalnie przyjechał z Krakowa. Młodzi powiedzieli sobie „tak”, ale nie było wesela. „Moglibyśmy żyć bez tego ślubu też” – mówiła aktorka. Już wtedy mieszkali razem. Oboje mieli za sobą doświadczenia z innych małżeństw, a przed sobą ponad 40 lat wspólnej miłości, przyjaźni, wsparcia i zrozumienia. Mogli spotkać się wcześniej, właściwie bez przerwy się mijali, przeprowadzając się do kolejnych miast, pracując w kolejnych teatrach, zmieniając kierunki studiów. Ona mówiła czasem, że mogli poznać się wcześniej. On uważał, że to dobrze, bo wszystkie błędy mieli już za sobą. Spotkania robocze W 1971 roku Andrzej Wajda pracował w krakowskim Starym Teatrze nad spektaklem „Biesy” Dostojewskiego na podstawie adaptacji Camusa. Reżyser chciał zająć się wszystkim – pracą z aktorami, opracowywaniem tekstu oraz scenografią i dekoracją. Okazało się, że nad tym ostatnim zapanować już nie mógł.  Wtedy Piotr Skrzynecki zapowiedział, że pozna go z Krystyną Zachwatowicz – scenografką i artystką kabaretową Piwnicy pod Baranami. Para poznała się w kawiarni Kolorowa w Krakowie. W końcu Zachwatowicz odwiedziła Wajdę w jego mieszkaniu. Długo dyskutowali o tym, w jaki sposób ma wyglądać przygotowywana sztuka. Od początku dobrze się dogadywali. Z czasem spotkania stały się coraz częstsze, a Andrzej Wajda zaczął przychodzić na występy kabaretowe swojej przyszłej żony. Podobno wchodził  potem do garderoby artystów i żartował. „Mam śmieszną anegdotę. Graliśmy program, w którym miałam blond perukę, usta na zielono. Ale na...

Czytaj dalej