Jerzy Pilch: „Wszystko dalej potoczy się bez nas”. Pisarz zmarł w wieku 67 lat
Mieszko Stanisławski/REPORTER

Jerzy Pilch: „Wszystko dalej potoczy się bez nas”. Pisarz zmarł w wieku 67 lat

Jeden z najważniejszych polskich pisarzy, Jerzy Pilch nie żyje. Gdy z nim rozmawialiśmy, był jeszcze pełen nadziei, choć już bardzo ciężko chory.
Marta Strzelecka
29.05.2020

Zmarł Jerzy Pilch. Jeden z największych współczesnych polskich pisarzy, autor takich książek, jak ‚Spis cudzołożnic”, „Pod Mocnym Aniołem”, „Moje pierwsze samobójstwo”, „Marsz Polonia”. W końcu 1999 roku, na przełomie  wieku w „Tygodniku Powszechnym" opublikował listę 10 słów „mojego życia, a raczej moich słów". Te najważniejsze słowa dla Jerzego Pilcha to: dom, nałóg, dotyk, pismo, dzwon, trawa, światło, matka, skrzydła, koniec. 

Kilkanaście lat później w rozmowie z „Urodą Życia” mówił o relacjach i uczuciach: „Przekonanie, że dla miłości zrobiłoby się absolutnie wszystko, może być złudne, jednak warto dostać szansę, żeby to sprawdzić. Warto zaryzykować”.

W ostatnich latach niechętnie udzielał wywiadów. Niechętnie nazywał swoją chorobę. Ale mówił i pisał o przebytej operacji mózgu, o tym, że pod obojczykiem ma wszczepioną baterię, że utracił na jakiś czas mowę, miał problemy z pisaniem i typowe objawy choroby Parkinsona. Podkreślał, że ta nazwa medyczna brzmi dla niego zbyt złowrogo. Bohater jego książki „Zuza albo czas oddalenia” (Wydawnictwo Literackie, 2015) choruje na Parkinsona, żyje sam i tęskni za miłością. Zakochuje się w młodej prostytutce, wspomina swoje poprzednie związki, ale dopiero ten wydaje mu się największą szansą na spełnienie i szczęście.

Marta Strzelecka: Dlaczego w pana opowieści o zakochaniu jest tak dużo tęsknoty?

Jerzy Pilch: Wydaje mi się, że za mało. Gdyby dopisywały mi siły i zdrowie, napisałbym nie sto, lecz kilkaset stron lodowatego monologu miłosnego pełnego tęsknoty.

Niewystarczająco dużo jest tych emocji w zachwycie dojrzałego, chorego mężczyzny nad młodą, wolną, piękną kobietą?

Aż nadto. Zastanawiam się tylko, czy udało mi się je odpowiednio zapisać. Kiedy kończy się książkę – jakąkolwiek, nawet najobszerniejszą – naturalnym doświadczeniem jest poczucie niedosytu. Albo wrażenie, że teraz to ja bym wiedział, jak to napisać. Każde kolejne dzieło jest w jakimś sensie korektą poprzedniego. Całe życie piszę coś w rodzaju sprostowań, dopowiedzeń, staram się być bardziej dokładny, tak mi się przynajmniej wydaje. I czuję to klasyczne złudzenie, że teraz wiedziałbym, jak to zrobić lepiej. Albo to nie jest złudzenie.

Jerzy Pilch: śniłem, że będę pisarzem

Napisał pan jednak coś ważnego. Co panu dała ta książka?

Nie żebym robił z siebie herosa, ale pisałem ją w rozmaitym stanie ducha i ciała. Pisałem wtedy, kiedy trafiałem w klawiaturę, bo byłem w ostatnich miesiącach umiarkowanie sprawny. Nie mówię, że ćwiczyłem, żeby nie zostać analfabetą, jednak ćwiczyłem. I nie było to czcze działanie – pisałem dla zachowania sprawności.

Doświadczyłem przy tym, dosyć niespodziewanie, powrotu czegoś bardzo młodzieńczego – emocji towarzyszących zderzeniu z wyzwaniem. Ekscytacji tym wyzwaniem. Kiedy wchodziłem w literaturę albo jeszcze wcześniej – kiedy marzyłem o niej – myślałem: „Dobrze, chcę być pisarzem, śnię o tym, ale jak tu napisać sto stron” Ta setka mnie przerażała. Jakoś wystartowałem i z książki na książkę pisałem rzeczy coraz bardziej obszerne. Może to jest miara grafomanii, ale dla mnie pisanie wielkich form było dobre, bo miałem poczucie, że spełniam się rzemieślniczo. Wiedziałem, że prawdziwa powieść to nie jest 90 stron, ale minimum 400, i że do takich objętości powinienem dążyć. „Zuza...” dała mi powrót tego młodzieńczego lęku: „Co zrobić, żeby moja książka miała sto stron” Znów poczułem obawę i jednocześnie podniecenie czymś, co wydaje się niemożliwe, a mimo to jest do osiągnięcia.

Nie zgadza się pan z Vargasem Llosą, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zakochuje się w prostytutce?

Moim zdaniem noblista nie ma racji. Uwierzyłbym raczej Marquezowi, który mieszkał przez jakiś czas w burdelu i mówił, że to jest dla pisarza idealne miejsce: rano cisza, można pracować, a wieczorem dzieją się rzeczy ciekawe, godne opisania. O płatnych dziewczynach z fascynacją pisali nawet autorzy dalecy od kontaktów z nimi, jak Tomasz Mann. I tacy jak Flaubert, który był aktywnym wielbicielem tego rodzaju uciech.

Nie mówię, że postać ladacznicy w większym stopniu zstąpiła do mojej książki z kart literatury niż z rzeczywistego domu uciech, ale te karty są ważne.

Nawiązuje pan do Biblii. „Jest czas obłapiania i czas oddalania się od obłapiania”.

I jest czas miłości. Mój bohater jest już w pewnym wieku, który wyklucza go z seksu, ale nie z miłości przecież. Tak bardzo jej pragnie, że ladacznicy proponuje spokojny związek, nie wymagając od niej, żeby się oczyściła. „Rób, co chcesz, ale bądź ze mną” – to jest jego podstawowy przekaz skierowany do kobiety. Gdyby porządnie to napisać, brzmiałoby dosyć tragicznie. Przeraźliwie smutna jest jego determinacja.

Zapłaciłby, żeby stworzyć szczęśliwą parę. Wykupiłby nawet małżeństwo. Przekonanie, że dla miłości zrobiłoby się absolutnie wszystko, może być złudne, jednak warto dostać szansę, żeby się przekonać. Warto zaryzykować.

Ile chciałby pan napisać książek o głębokiej samotności?

Jedną, ale 700 stron.

Czytanie ocaliło mi życie

Nie wystarczy, że na kilkudziesięciu pana bohater mówi: „Nie daję rady, jestem zakochany i słaby”?

Zdarza się, że jedno niedopowiedziane zdanie mocniej działa niż kilkadziesiąt stron rozważań. Być może to jest jeden z takich przypadków.

W czytaniu też woli pan długie historie?

Tak, gruba książka daje mi poczucie bezpieczeństwa. Zanurzenie w odległym świecie trwa wtedy długo, a to potrafi być oczyszczające. Wtedy zostajesz w domu i czytasz cały dzień. W skrajnych sytuacjach można zostać dwa dni w łóżku, w listopadzie powiedzmy. Kiedy, tak jak teraz, światło dzienne długo wpada przez okno, jest trochę trudniej – zostanie w domu wymaga pewnego samozaparcia.

W Wiśle, u mojej matki, warunki do takiego zatapiania się w czytaniu są idealne – zimą nie wychodzi się czasami parę dni. Zostać w łóżku z lekturą jest wtedy – zdawałoby się – oczywistym ruchem. Tyle że nie działać to jedna z kardynalnych zbrodni – nawet nie grzechów – ewangelickich. Matka ma 80 lat i nie wiem, czy w ciągu tych lat kiedyś leżała dzień w łóżku. Nawet gdy bywała ciężko chora. Jest takie zagadnienie: czy ewangelik, który ma złamaną rękę, pracuje mniej od tego, który ma obie sprawne. Z moich obserwacji wynika, że im bardziej połamany, tym lepszy w robocie. Tym bardziej się stara.

Są chyba sytuacje, których nie da się przeskoczyć staraniami.

Teraz jest parę takich dni, że nie mogę czytać, nie potrafię długo utrzymać książki. Bez pisania ciężko, ale jakoś bym się obył. Bez czytania nie. Czekam na poprawę zdrowia, żebym był w stanie długo czytać.

Co daje panu czytanie?

Ocala życie – myślę, że mogę się tak patetycznie wyrazić. Możesz posłuchać trochę muzyki, ale nie cały dzień. Choćby to był najszlachetniejszy barok. Spośród różnych zajęć właśnie czytanie jest najlepszą formą ucieczki od świata. I jest właściwie nieskończone.

Ja tu, jak w każdej przyzwoitej bibliotece, mam jakieś dwie trzecie książek nieprzeczytanych. To wystarczająca liczba, żebym – nawet wyzdrowiawszy – był zabezpieczony. Bo jeśli chcesz się uspokoić, coś ci bardzo przeszkadza, czujesz się źle z jakimiś myślami, to książka – i nie musi to być frapująca lektura kryminalna – potrafi uratować.

Męski analafabetyzm uczuciowy

Samotność z książką jest rodzajem odosobnienia, które może być szczęśliwe?

Tak, tylko trzeba uważać, żeby nie przesadzić z tą samotnością z wyboru. Ja trochę przesadziłem. Czasami zaczynało się słodko i upajająco, ale po paru godzinach bywało nie do zniesienia.

Jak radykalna była ta przesada?

Dosyć. Nie bardzo lubiłem towarzystwo. Okoliczności życiowe zmusiły mnie do wypicia kilku cystern spirytusu i 80 procent tego wypiłem sam. To jest raczej ponure jednak.

Jerzy Pilch patrzy na książkę na stoliku przy fotelu: „Żony. W cieniu mistrzów rosyjskiej literatury”. Na okładce: Vladimir Nabokov i jego żona Vera, ona pisze na maszynie, on przechadza się po pokoju. – Bardzo lubię to zdjęcie – mówi Pilch.

Czy to nie jest największa tęsknota pisarza – mieć przy sobie kobietę, która podziwia, wspiera, przepisuje rękopisy, ratuje z opresji?

O tak. A kiedy pisarz jest chory, występuje w jego zastępstwie. Ale nie tylko. Jest w tej książce takie zwyczajne zdjęcie: są na spacerze, on patrzy przed siebie, a ona na niego z miłością. Byli szczęśliwi. Chociaż miał jakiś poryw, każdy ma jakiś poryw. I niby pisarz, niby facet rozumiejący, co robi, ale z typowo męskim analfabetyzmem uwiesił na niej swój romans. Czyli powiedział jej o zauroczeniu jakąś dziewczyną. Przetrzymała ten wyskok. Ale jaka była skala ran, które jej zadał, wie tylko ona.

To jest typowo męski analfabetyzm?

No tak, w pewnych sytuacjach kobiety są jednak nieskończenie wyżej. Wyjątkowej bezmyślności dowodzą ruchy mężczyzn, którzy zwierzają się kochającym żonom ze swoich pozornych miłości poza małżeństwem. Albo domagają się, żeby ich wszystkie byłe żony – jeśli mieli ich kilka – z okazji świąt, raz w roku, spotykały się przy jednym stole. Bo lubią być macho, ojcami wielu rodzin. Ale co one czują – to jakoś im do głowy nie przychodzi.

Niech sobie pani wyobrazi, że idzie na rodzinne spotkanie i tam siedzą jeszcze cztery byłe żony pani męża, z którymi nie utrzymuje pani na co dzień kontaktów.

Pisarze mają szczególnie duży kłopot z ego. Te zwierzania się z romansów to przecież nic innego jak powiedzenie: „Podziwiaj, jakim ja jestem dżentelmenem – kocham ją, ale ciebie też, bo jesteś bardzo mi oddana”.

To za jaką miłością tęskni dojrzały pisarz? Czystą, opartą na przyjaźni, pełną oddania?

Tak, oczywiście. Przy wielkiej miłości drobne gierki bywają nawet dozwolone. A czasem niezbędne, bo miłość, którą sobie wyobraża człowiek pióra, obejmuje także to, że ona powinna kochać wszystko, co on napisze.

Zatem musi umieć niekiedy skłamać – jeśli nie jest zachwycona. Powinna być sojuszniczką i strażniczką jego twórczości. Bo tak być z kimś, kto nie lubi książek, to się nie da. Żebym ja sobie pisał, a ona w drugim pokoju Nie. Musimy być razem. Ja muszę jej natychmiast przeczytać, co napisałem, zamęczyć ją tym, zmusić do długotrwałej debaty na temat kształtu okładki mojej najnowszej książki – jałowej debaty oczywiście, bo i tak mniej więcej będzie tak, jak zechcę. A ona w tej debacie bierze udział z zapałem, wściekając się w głębi duszy.

Jak ten zapał wykrzesać?

No właśnie. Tu nudziarz stary, a ty musisz mieć zapał. Życie jest trudne – że powiem coś od siebie.

I jak się nie krzywdzić w takim związku?

W miłości niepokojące jest to, że często sprowadza się właśnie do tego problemu. Jak tu nie zrobić krzywdy – nie tylko żonie, ale też jej przyjaciołom, bliskim, własnej matce. Szczęście i spełnienie miłosne niepokojąco blisko graniczy z niebezpieczeństwem ukrzywdzenia. Dlatego miłość do prostytutki wydaje się taka bezpieczna. Sytuacja „ja jeden, ona sama i tłum jej widmowych, obłędnych kochanków” to łatwizna w porównaniu z życiem z żoną, kiedy wciąż istnieje niebezpieczeństwo zakochania się w jakiejś młodej dziewczynie.

Marzenia o nieskończoności

Dlaczego to takie ważne, żeby dbając o szczęście z kobietą, nie zrobić krzywdy matce?

Zdanie matki jest ważne, po prostu. Jej akceptacja jest ważna. Zwłaszcza jeśli przez dziesiątki lat nigdy nie zaakceptowała żadnej kobiety swojego syna. W końcu jego wyobrażenie co do tego, co ona mogłaby pochwalić, przyjąć, staje się tak różne od jej wyobrażenia, że nie dogadują się w tej sprawie. Nie jest też pewne, czy matka w ogóle chciałaby jakąś kobietę syna zaakceptować. Szczególnie jeśli w swoim mniemaniu jest tak nadrzędna, że w jakimś paśmie życia wręcz zastępuje żonę – przez lata stoi w centrum życia emocjonalnego syna.

To bardzo obciążające.

Nie da się ukryć. Jak syn sobie z tym radzi. Zostaje pisarzem i pisanie staje się dla niego kanałem, w którym może utyskiwać i pastwić się nad różnymi wersjami swojej matki. Albo – prościej – staje się seryjnym mordercą i zabija za każdym razem swoje wyobrażenie sprawczyni własnych nieszczęść, czyli matki. To drugie mówię dla śmiechu. Ale ten problem jest materiałem na tysiąc osobnych stron. Czy to nie klasyka, że pisarz utyskuje na Pana Boga i mamusię? Na początku twórczości bez cudzysłowu, a potem orientuje się, że będzie lepiej, jeśli na potrzeby swoich książek wymyśli dla prawdziwych postaci, o których pisze, jakieś fikcyjne odpowiedniki.

A gdyby zdjąć cudzysłów z bohatera pana książki – jak bardzo jest panu bliskie jego marzenie o nieskończoności?

Bardzo. Z wiekiem to marzenie staje się nieuniknione. Nie każdemu jednak jest dana łaska wiary, a gdy jest dana, to w wersji niepełnej często, nie doskonałej, pełnej obaw, czy to rzeczywiście będzie tak wyglądało, jak nas uczy wielka księga ludzkości – że dość gładko przejdziemy z jednego wymiaru w drugi. W jednych wiara w taką kolej rzeczy narasta, w drugich stygnie. Ja należę do tych raczej powściągliwych. Trochę się zaczynam lękać. Aczkolwiek jakby to miała być nicość, to nie ma się czego tak bać.

To czego się jednak boimy?

Że wszystko się dalej potoczy bez nas. To jest wkurzające. Ale stawiajmy na to, że chwilo trwaj.

Tak?

Mogę tak siedzieć i rozmawiać do końca świata.

****************************************************

Rozmowa z Jerzym Pilchem ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Jerzy Pilch
East News

Jerzy Pilch nie żyje. Wielki polski pisarz odszedł w wieku 67 lat.

Pisarz zmarł po długiej i ciężkiej chorobie. Dziś po południu poinformowała o tym żona Jerzego Pilcha.
Anna Zaleska
29.05.2020

Gigant polskiej literatury, mistrz polszczyzny, geniusz opowieści. Niezwykle błyskotliwy, inteligentny, z poczuciem humoru ostrym jak brzytwa, ironią w oku i czułością do ludzkich słabości. Jak wielu prawdziwie wielkich pisarzy, Jerzy Pilch przez całe życie pisał w pewnym sensie jedną książkę. Często wracał do tych samych postaci i wątków, ale wciąż je wzbogacał, rozbudowywał. Surowe protestanckie wychowanie, ukochana matka, ojciec grający w szachy, pogubieni życiowo inteligenci, klimat małego miasteczka, piłka nożna, rozpaczliwe związki z kobietami, choroba alkoholowa… Siła jego pisarstwa polegała na tym właśnie, że stworzył swój osobny, rozpoznawalny język i wyjątkowy świat, zakorzeniony we własnej biografii. Do końca życia zachował dystans do świata i charakterystyczny, pilchowski humor. W jednym z ostatnich wywiadów, kilka tygodni temu w „Newsweeku” mówił: – Jest coś „zabawnego” w tym, że facet, który nie może wyjść z domu w Warszawie, opuszcza to miasto i trafia do Kielc. I tutaj się dowiaduje, że też nie wyjdzie z domu, bo epidemia. Ciekaw jestem, jaki będzie dalszy ciąg tej tajemniczej peregrynacji. Nie umiem mówić inaczej o tej sytuacji niż z nutą komizmu czy nawet szyderstwa. Dzieciństwo w Wiśle, studia w Krakowie Kochał w życiu wiele kobiet, ale jego największą, najprawdziwszą miłością była Wisła. Wracał do niej w wielu felietonach, w książkach. Urodził się tam 10 sierpnia 1952 roku, wychowywał się w wierze Kościoła ewangelicko-augsburskiego. Przyznawał, że rodzinny dom wywarł na niego ogromny wpływ. Najważniejszą postacią w rodzinie była – pisał o niej nieraz – babka Czyżowa, ortodoksyjna ewangeliczka, która rzadko opuszczała własną kuchnię. I której dziadek bardzo się bał. Dużo z nią...

Czytaj dalej
Piotr Głowacki
fot. Rafał Masłow

„Bilans robię co 10 lat”, mówi aktor Piotr Głowacki

Skończył 40 lat. Jest szczęśliwym mężem i ojcem, jego kariera nabrała rozpędu, obronił doktorat. Jak sam mówi domknął tematy z trójką z przodu. A teraz, jak jego bohaterowie „próbuje złapać zasadę, która zapewnia spokój w życiu.”
Marta Strzelecka
29.05.2020

Był chwalony i nagradzany za role w „Dziewczynie z szafy” Bodo Koxa i „Bogach” Łukasza Palkowskiego. Za tą kreację otrzymał nagrodę Orła za najlepszą drugoplanową rolę męską. Rozpoznawalność przyniósł mu udział w filmach „Planeta singli” i „Planeta Singli 2”. W październiku zobaczymy go w filmie „Mistrz” o pięściarzu Tadeuszu Pietrzykowskim, a w przyszłym roku w roli himalaisty Aleksandra Lwowa w obrazie „Broad Peak”.  Marta Strzelecka: Lubisz grać ojca? Piotr Głowacki: Zawsze lubiłem, jeszcze zanim sam nim zostałem. Dobrze jest mieć na planie filmowym obok siebie dzieci, bo dla nich granie oznacza najczęściej zabawę. Nie możesz siebie stawiać na pierwszym miejscu, kiedy grasz z dzieckiem, zwłaszcza tak małym, jak te w filmie „1800 gramów”. A ja lubię pamiętać, że jako dorosły nie jestem najważniejszy.  Ojciec zaangażowany Na co dzień muszą przypominać ci o tym twoje dzieci, bliźnięta. Tak właśnie jest. Ojcem zostałem ponad dwa i pół roku temu, miałem 37 lat. Nie wyobrażam, sobie, jak by to wyglądało, gdybym miał 20. Wciąż nie mam pewności, jak powinienem wychowywać dzieci ani które z wielu książek psychologicznych, jakie przeczytałem na ten temat, są słuszne. Ale przynajmniej czuję się na tyle dojrzały, żeby starać się zachować spokój. W jednym ze szwedzkich podręczników przeczytałem, że mogę być pewien tylko tego, że popełnię błędy. Zatem próbuję minimalizować szkody. Na tym między innymi polega moje odgrywanie roli ojca w życiu. I na czymś więcej – twoje dzieci były już na kilku ważnych protestach. Odkąd z Agnieszką poruszamy się po świecie z córką i synem, staramy się przekazywać im wiedzę na temat świata poprzez bycie z nimi w ważnych dla...

Czytaj dalej
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”

Odniosła zawodowy sukces, jej córka powoli dorasta, a ona na nowo uwierzyła w miłość. „Teraz mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte sztylety”, mówi królowa polskiego kryminału.
Marta Strzelecka
28.05.2020

Jest jedną z najpoczytniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich pisarek. Znaki szczególne? Długie blond włosy i sukienki – zawsze o tym samym kroju. Jednak to nie wygląd sprawił, że jest uznawana za królową polskiego kryminału . Tylko talent, wytrwałość i wyjątkowa odwaga, którą pisarka skromnie nazywa „niefrasobliwością”. Chociaż w swoich książkach kryminalnych Katarzyna Bonda pisze o przemocy, bólu i zbrodniach, to praca nad pierwszym romansem okazała się na tyle niebezpieczna (dosłownie – pisarce grożono) i obciążająca emocjonalnie, że nie mogła jej skończyć przez kilkanaście lat. „Zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność”, przyznaje Bonda. Pierwsza część trylogii romantycznej „Miłość leczy rany”, ukazała się wreszcie pod koniec 2019, a autorka zadedykowała ją byłemu partnerowi, który – jak mówi – przywrócił jej wiarę w miłość. Teraz Katarzyna Bonda wraca do kryminalnych korzeni i razem z psychologiem sądowym Bogdanem Lachem napisała reportaż „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera”.   Marta Strzelecka: W tym słonecznym mieszkaniu pisze pani o zbrodniach? Katarzyna Bonda: Mieszkam tu od niedawna, od ponad roku. I tak się składa, że właśnie tu skończyłam pracować nad moją pierwszą książką o miłości. Najwięcej słońca wpada do gabinetu, jest w nim naprawdę jasno. Kiedy weszłam do tego mieszkania po raz pierwszy, poczułam się jak w domu. Wcześniej żyłyśmy z córką w mniejszej przestrzeni, wszystko w jednym pokoju, wszędzie książki. Pisałam w nocy, siadałam przy biurku, kiedy dziecko zasypiało. Teraz ma swój pokój. Nie ma tu pokoju dla męża? Nie ma, ale nie wykluczam. Wystarczy tylko zmienić aranżację wnętrza. Wierzę w miłość....

Czytaj dalej