Janusz Józefowicz przyznaje, że nie był gotowy na dzieci 
Marta Wojtal
#czytajdlaprzyjemności

Janusz Józefowicz przyznaje, że nie był gotowy na dzieci 

„Ukradłem to dla mojej córeczki, a ona oszalała ze szczęścia”.
Opracowanie: Marzena Rogalska
04.09.2018
Żeby najstarszej córce wynagrodzić, że wciąż go nie ma, w sklepie z zabawkami w Szwecji ukradł dla niej różową walizeczkę. Był koniec lat 80. O swoim dorastaniu do bycia ojcem dla Kamy, Kuby i Kaliny Janusz Józefowicz opowiedział w rozmowie z Marzeną Rogalską. 
 

Kiedy urodziła się moja pierwsza córka, Kamila, byłem studentem pierwszego roku Szkoły Teatralnej w Warszawie. Przed jej narodzinami przeżywałem trudne chwile, byłem wtedy związany z Teatrem Muzycznym w Chorzowie, wystawialiśmy rewie, musicale... Nagle, w 1981 r., cała idea tego teatru runęła. Razem z Danką, wtedy moją dziewczyną, kompletnie nie wiedzieliśmy, co ze sobą robić. Poczuliśmy się rozczarowani, oszukani. Wszystko rozsypało się jak domek z kart. Dokładnie w takim momencie okazało się, że Danka jest w ciąży. Postanowiliśmy się pobrać, zadzwoniłem szybko do moich rodziców, żeby przyjechali, bo ślub będzie za tydzień. Przez pierwszy rok Danka mieszkała z Kamą w Chorzowie, starałem się jeździć do nich na weekendy, ale różnie to wyglądało. Wybuchł stan wojenny, trzeba było załatwiać zezwolenia na przejazd. A ja w szkole harowałem od rana do nocy. Masakra. Byłem u progu kariery, szukałem swojego miejsca w świecie, a tu rodzina, obowiązki. Kochałem Dankę i Kamilkę, ale bardzo rzadko dawałem im to, czego oczekiwały. Kiedy byliśmy razem, byliśmy szczęśliwi, ale mnie wciąż nie było. A Kamilka rosła tak szybko...

Może się usprawiedliwiam, ale pierwsze dziecko to dla wszystkich wyzwanie i przy nim robi się najwięcej błędów. Tak czy owak, wyrzuty sumienia stale kołatały mi się z tyłu głowy. Danka przyjechała z Kamilą do Warszawy. Pracowała w Teatrze Syrena, pomagali nam dziadkowie, rzadkie wakacje spędzaliśmy razem.

Gdy Kama miała dziewięć, dziesięć lat, zacząłem wyjeżdżać z nią sam, zabierałem ją na koniec świata, na Malediwy, do Tajlandii. Mówiłem: „Mamę masz na co dzień, zróbmy coś razem”. Przez pierwsze dni zwykle było trudno, bo musieliśmy do siebie przywyknąć. Powoli uczyliśmy się siebie na nowo. To była taka, może nie do końca udana, próba nadrobienia straconych chwil.

Na moje pierwsze ojcostwo kompletnie nie byłem gotowy. Chodzi mi o taką gotowość psychiczną, żeby być odpowiedzialnym ojcem. Nikt nas tego nie uczył. Nie było i nadal nie ma kursów dla młodych ojców. A ja miałem 22 lata. Sam wyfrunąłem z domu bardzo szybko. W wieku 15 lat zamieszkałem w Lublinie na stancji, potem w bursie. To, że mam dziecko, docierało do mnie i docierało… Starałem się, ale równocześnie miałem i tyle rzeczy do zrobienia! Zaraz po szkole teatralnej było „Złe zachowanie”, jeździliśmy z tym spektaklem po całej Polsce i Europie. Uczyłem w szkole, w Berlinie Zachodnim. Pracowałem w weekendy, które powinienem był poświęcać dziecku. Najgorzej było podczas pracy nad „Metrem” – kompletnie wyłączyłem się z domowych spraw.

Przywoziłem pełne siatki prezentów, żeby Kamilce to wynagrodzić. Chociaż nie od razu było za co zrobić zakupy. Pamiętam, że po raz pierwszy ze „Złym zachowaniem” wyjechaliśmy do Szwecji. Graliśmy tam za dietę w wysokości pięciu dolarów dziennie. Pewnego dnia wszedłem do sklepu z zabawkami i zobaczyłem różową walizeczkę, w której była prawdziwa suszarka do włosów (na baterie), szminka, lusterko i szczotka do włosów. Taki zestaw dla dziewczynek.

W Polsce nie było wówczas nic, tylko puste półki. Ubranka dla dziecka braliśmy z darów, bo brakowało pieniędzy. Jak zobaczyłem tę walizeczkę – kosztowała chyba 50 dolarów, co było dla mnie fortuną – to ją po prostu zwinąłem. Po raz pierwszy w życiu pomyślałem: „K..., to jest niesprawiedliwe! Dlaczego moje dziecko nie może czegoś takiego mieć!”. Wyniosłem tę walizeczkę pod kurtką, trząsłem się cały jak galareta. Ale ukradłem ją dla córki. Przywiozłem do Polski, dałem jej i nie zapomnę... Mała oszalała ze szczęścia. Mam nadzieję, że „zbrodnia” jest już przedawniona.

Pamiętam wakacje z Kamilką na Malediwach. Mieliśmy tam swój bungalow, było pięknie jak w raju. Trochę ze sobą gadaliśmy, trochę czytaliśmy. W pewnym momencie pojawił się miejscowy instruktor windsurfingu, który zaczął rozmawiać z Kamą i zapytał, czy za darmo mógłby ją uczyć. Mówię: „OK, w porządku!” i leżę na plaży, obserwuję, jak on uczy Kamę surfować. Ona – ładna blondynka, taka dorastająca 12-letnia kobietka... W pewnym momencie facet do mnie przychodzi i tłumaczy, że pójdą na drugą stronę, bo tam jest lepszy wiatr. Zgodziłem się, poszli i… wtedy mnie tknęło. Myślę: „Zaraz, dlaczego z tamtej strony ! Jaki wiatr !”. Pomyślałem, że muszę tam pójść, ale jak? Wyjdę na durnia. Wpadłem na pomysł, żeby wziąć aparat fotograficzny, powiedziałem: „To ja będę wam robił zdjęcia!” (śmiech). Stałem jak kretyn w wodzie chyba przez trzy godziny. Wtedy poczułem się ojcem! (Śmiech).

Kiedy Kama dojrzewała, mieliśmy trudne chwile. Wiele razy rozmawialiśmy na niełatwe tematy. Z czasem poukładaliśmy sobie wszystkie sprawy. Na szczęście wróciła do Polski, bo długo mieszkała za granicą. Dwa lata siedziała w Brazylii i zrobiła tam superdokument „Galumphing”, o argentyńskiej malarce, która od 10 lat żyje na odludziu, w brazylijskiej dżungli. Podoba mi się, że w tym zwariowanym świecie Kamila znajduje czas, żeby swoim bohaterom przyjrzeć się bardzo dokładnie, wnikliwie.

Ja też się zmieniłem, zrozumiałem, że kontakt z dziećmi jest przynajmniej tak samo ważny jak praca. Ale do tego trzeba dojrzeć, dorosnąć. Przez wiele, wiele lat nie wiedziałem, co to znaczy urlop. Jechałem odpocząć z rozsądku, a nie po to, żeby z kimś pobyć. Nie było mi to potrzebne. Na wszystko patrzyłem z perspektywy pędzącego pociągu.

Kuba urodził się w połowie lat 90. Nasza grupa teatralna okrzepła i osiadła w teatrze Buffo. Dało mi to poczucie stabilizacji, przynajmniej na jakiś czas. Myślałem: „OK, mamy swoje miejsce. Tu będziemy działać!”. Nie byliśmy już z Danką, ale pędziłem do Kuby po spektaklu, czytaliśmy razem książki i to był dla mnie fantastyczny czas. Zasuwałem tak codziennie. Z Kubą udało mi się to, co chyba nie do końca udało się z Kamą – nie przegapiłem momentu, kiedy dziecko musi wiedzieć, że jest dla ciebie najważniejsze na świecie.

Przy Kubie zawsze byłem blisko. Robiliśmy wycieczki do zoo, do Disneylandu, wszędzie... Brałem go na spacery nad Wisłę. Zrozumiałem, że wspólne przeżycia są ważne dla mnie i dla niego. Powiedziałem sobie, że nie odpuszczę tego tematu. Nie odpuszczę spraw syna.

Nie mam złudzeń: dziecko zawsze przeżywa rozstanie rodziców, ale chciałem, żeby Kuba wiedział, iż będę blisko. Raz poszedłem do szkoły, bo miał problemy z matematyką. Mówię: „Podobno matematyczka ma problemy ”. „Jakie problemy ”. „Nie potrafi mojego syna przekonać, że matematyka jest fantastyczną dziedziną wiedzy. Może jej w czymś pomóc ”. Czasem potrafię być ostry (śmiech). Ale wiedziałem, że będę po stronie dziecka. Powiedziałem: „Kuba, nie musisz mieć samych piątek!”. Zresztą uważam, że dzieci są i tak przeciążone programem nauczania – spychologia ze szkoły na dom i korepetycje, a gdzie dzieciństwo, gdzie kino, gdzie piłka ! Dlatego nie podoba mi się ta afera z sześciolatkami, które Ministerstwo Edukacji goni do szkoły. Co za bzdura ! Gdzie to dziecko ma się spieszyć ! Ono wszędzie zdąży! Niech cieszy się życiem, biega po podwórku tak długo, jak to możliwe.

Znajomi pytali mnie, czy posyłam dzieci do prywatnych szkół? Był taki czas, kiedy Kama chodziła do amerykańskiej szkoły. Zabrałem ją stamtąd, bo zrozumiałem, że to szkoła dla snobów. I nie uczono tam historii Polski, tylko Stanów Zjednoczonych. Z Kubą była potem podobna sytuacja. Jego kolega poszedł do elitarnej szkoły podstawowej w Warszawie. Kuba był w szkole w Komorowie, do której chodziły dzieciaki z okolic, ze wsi, sosny rosły na podwórku… Ja wychowałem się na wsi na Lubelszczyźnie.

Co jest najważniejsze? Przyglądać się dziecku i wychodzić naprzeciw jego zainteresowaniom. Gdy widziałem, że Kubę zaczyna coś interesować, to natychmiast to ode mnie dostawał. Kiedy kupiłem mu kamerę? Gdy zobaczyłem, że w klockach Lego dla dzieci najbardziej zajęła go kamera. Muzyka? Proszę bardzo! Sprzęt, wzmacniacze. Z Kubą mamy fantastyczny kontakt, widać, że nasze relacje są bliskie, żywe, trzymamy sztamę.

Kalina to zupełnie inna bajka. Po pierwsze, byłem przy jej narodzinach, co już jest dużym przeżyciem. Gdy urodził się Kuba, to z Machalicą i Zamachowskim wracałem z festiwalu piosenki aktorskiej. Gdy rano dojechałem do szpitala, krzyczałem zza płotu: „Syn czy córka ”. Kalinę natomiast urodziliśmy razem z Nataszą. Można nawet powiedzieć, że ja parłem bardziej niż Natasza. Przy Kalinie byłem od początku. Już do niczego nie musiałem dojrzewać. Niczego udowadniać sobie i światu.

To wcale nie znaczy, że pracuję mniej, ale potrafię to lepiej zorganizować. Potrafię znaleźć czas na bycie z dzieckiem, na bycie w domu. Razem z Kaliną pojawił się nasz dom w Emilinie. Kiedy się urodziła, to posadziliśmy las, który rośnie razem z nią. Wszystko nabiera jakiejś harmonii, sensu i spójności. Jestem szczęśliwy, gdy do naszego domu przyjeżdżają i Kama, i Kuba. Wtedy jest super.

Myślę, że doskonalę się w swojej rodzicielskiej roli. Zaczynam inaczej traktować i rozumieć ojcostwo. Dzisiaj już wiem, że „mieć córkę” to jeszcze nic nie znaczy. My kształtujemy tego dzieciaka w sposób zamierzony i niezamierzony. Mamy naprawdę duży wpływ na to, jakie będą nasze dzieci, a co za tym idzie, jaki będzie świat. Uwielbiam, gdy budzimy się rano z Kaliną i opowiadamy sobie swoje sny. Co my tam opowiadamy ! Jakie to jest cudowne! To są momenty bezcenne, kiedy budzisz się i widzisz przy swojej twarzy twarz dziecka.

Czego nauczyłem się dzięki moim dzieciom? U Kamy imponuje mi wrażliwość i umiejętność skoncentrowania się na czymś w taki sposób, w jaki ja bym już nie potrafił. To skłania do głębokiej refleksji. Patrząc na nią, na jej filmy, zastanawiam się nad sobą. Dzięki Kubie tak naprawdę stałem się ojcem. Poczułem tę niezwykłą więź ojca z synem. A Kalina jest kompletną bombą atomową i nie wiem, co z tego wyniknie.

Patchworkowa rodzina... W mojej rodzinie sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej. Wiem, że Kama ucierpiała najbardziej. Kiedy dorastała, nie mogłem, nie umiałem dać jej z siebie tyle, ile powinienem, chociaż kochałem Ją najbardziej na świecie. Czy ojcostwo mnie przytłacza? Nie, wręcz przeciwnie. Widzę w nim wiele radości, szczęścia. Coś metafizycznego. Pewnie zrobię jeszcze trochę przedstawień, ale za 15 czy 20 lat nikt nie będzie o nich pamiętał. A moje dzieciaki będą. Kiedy teraz patrzę na Kamilę, Kubę, Kalinę, to widzę w nich siebie. Mamy wiele podobnych cech. To jest w życiu tak naprawdę najważniejsze. Może to jest ta nieśmiertelność, o którą wszyscy się dobijamy i w którą bardzo chcemy wierzyć. Ona polega na tym, że zostajemy w naszych dzieciakach.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Kazik Staszewski
Adam Polański

Kazik Staszewski: „Kwestia podzielenia Polski to ostatnie lata. Kiedyś rozmawialiśmy ze sobą”

Głos pokolenia. A właściwie kilku pokoleń, bo jest na scenie od ponad 30 lat. Kazik Staszewski opowiada o punkowej rebelii, artystycznej bezkompromisowości i tym, jak to jest być mężem, ojcem i dziadkiem.
Wika Kwiatkowska
17.05.2020

Kazimierz Staszewski – rocznik 1963. Wokalista i autor tekstów, lider Kultu i wielu innych formacji muzycznych. Jedna z czołowych postaci polskiego undergroundu lat 80. Mąż (żona Anna), ojciec (synowie Kazimierz i Jan) i dziadek (wnuczki Hanna i Helena).  W wywiadzie dla „Urody Życia” mówi: „Zrozumiałem, że piosenka, a tym bardziej wykrzyczany tekst, niesie za sobą o wiele większy przekaz niż słowo mówione czy pisane”. Wika Kwiatkowska: Waszą kultową płytę „Spokojnie” nagraliście ponad 30 lat temu. Cenzura nie przeszkadzała? Kazik Staszewski: Byliśmy już po dwóch płytach. Podczas obowiązkowych wizyt w urzędzie cenzury przepadł cały materiał pierwszej, musieliśmy wybierać z tekstów drugo- albo nawet trzeciorzędnych. Nie godziłem się na żadne ingerencje – albo teksty szły tak, jak napisałem, albo w ogóle.  Cenzorów było dwóch – ten dobry i ten zły. Zły nazywał się Witold Gawdzik, był leciwym panem i purystą językowym, zresztą autorem słynnych w PRL-u książek dla dzieci „Ortografia na wesoło” i „Gramatyka na wesoło”. Oczywiście czepiał się treści, ale czasem się rozpędzał i chciał też poprawiać ortografię czy składnię. Drugi nazywał się Wiesław Konopka i był tym dobrym. Mówił: „Musimy tak zrobić, żeby ci na górze się nie domyślili”. To była nie tyle walka z systemem, co prawdziwy Monty Python.  Na drugiej płycie po przepychankach przepuścili tekst „Wódki” pod warunkiem, że dam słuchaczom do zrozumienia, iż problem alkoholizmu dotyczy nie tylko Polski. Mocowałem się ze sobą, czy tego typu ustępstwo jest godne, czy niegodne. W końcu dałem tytuł: „Na całym świecie źle się dzieje, koledzy”.  Wybrnąłeś. A jak było ze...

Czytaj dalej
Dawid Ogrodnik
fot. Szymon Szcześniak

Dawid Ogrodnik: „Jestem wierzący, ale dziś już nie praktykuję”

„W Hollywood za takie role dostaje się Oscary”, piszą krytycy po każdym jego filmie. Genialny w „Ostatniej rodzinie”, „Cichej nocy” i „Ikarze. Legendzie o Mietku Koszu”.
Magdalena Żakowska
10.11.2020

Mieszkałem przez rok na plebanii i wyciągnąłem z tego doświadczenia przerażający obraz tego, co się dzieje w Kościele. Byłem świadkiem sytuacji, kiedy księża pod pretekstem urlopu wyjeżdżali na seksualne orgie do Niemiec – mówi w wywiadzie Dawid Ogrodnik.  Przed nim kolejne wielkie role: w „ Na pełnej petardzie” zagra ks. Jana Kaczkowskiego, w „Broad Peak” – jednego z najlepszych polskich himalaistów Adama Bieleckiego, a w planowanym na ten rok „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje” – kanciarza i „mistrza więziennych ucieczek” Zbigniewa Najmrodzkiego.  Magdalena Żakowska: Ile jest Dawida Ogrodnika w Mieczysławie Koszu?   Dawid Ogrodnik: Nie chciałbym, żeby ktoś poza mną znał odpowiedź na to pytanie. Ale odpowiem tak: w filmie są trzy sceny, które nie są historią Mieczysława Kosza. Jedna jest historią Krzysztofa Komedy – to ta scena, w której pijany Kosz nie może przypomnieć sobie melodii utworu, który ma zagrać na koncercie, i prosi kolegę, żeby mu zanucił. Druga dotyczy relacji Kosza z jego partnerką. A trzecia scena jest sceną z mojego życia. Opowiedziałem ją Maćkowi Pieprzycy i stwierdziliśmy, że warto ją umieścić w filmie, bo dobrze oddaje też prawdę o Koszu.  Która to scena? Nie mogę powiedzieć. To zbyt osobiste. Ta rola to taka kreacja totalna. Jak w filmie „Chce się żyć”, gdzie zagrałeś chłopaka z porażeniem mózgowym, czy w „Ostatniej rodzinie”, gdzie wcieliłeś się w postać Tomasza Beksińskiego.   Tym razem moje przygotowania polegały na tym, że Lech Możdżer przysyłał mi filmy, w których gra – z różnych ujęć kamery w swoim mieszkaniu we Wrocławiu, a ja odpalałem je na laptopie, a potem godzinami próbowałem odtworzyć. Ćwiczyłem też grę na...

Czytaj dalej
Marcel Andino Velez, Uroda Życia
Rafał Masłow

Marcel Andino Velez o przełomie w życiu: „Mam chorych rodziców, musiałem iść na całość”

Rzucił pracę, by opiekować się rodzicami.
Anna Maruszeczko
03.10.2019

Gdzie ty jesteś, miałeś być” – dzwonili z muzeum, a ja siedziałem z ojcem w przychodni albo podnosiłem go z podłogi. Musiałem się na coś zdecydować, to było jasne – mówi w „Urodzie Życia” Marcel Andino Velez, były wicedyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, który zrezygnował z pracy, by opiekować się chorymi rodzicami. Znaleźć jasne momenty Anna Maruszeczko: Chodzisz z kluczami na szyi? Marcel Andino Velez: To teraz mój stały atrybut. Mam ich dużo, muszę mieć je uporządkowane i być pewnym, że wszystkie są na miejscu. Najłatwiej, kiedy dyndają mi na szyi. Mierzę się w ten sposób z chorobą, która zabiera mi ojca – z demencją. Gubienie kluczy to pierwszy objaw chorób otępiennych u starszych ludzi. To się zwykle tak zaczyna: „Tata zgubił klucze. Nie możemy wejść do domu. A gdzie ty jesteś?”. „Nad morzem”. Potem dochodzą karty kredytowe, dokumenty. Te rzeczy się potem zwykle znajdują, ale wiesz, że musisz coś z tym zrobić. Przywiązujesz do nich tasiemkę, ćwiczysz z ojcem: „Chodź tato, pokażę ci, gdzie zawsze je odkładać. Jak tylko wejdziesz do mieszkania, to wieszasz tu”…  Słucha cię? Często towarzyszą temu nerwy. W chorobie Alzheimera bardzo łatwo o pobudzenie, napad agresji. Człowiek osuwający się w demencję nie wie, co się dzieje. Widzi, że coś robi źle, ale próbuje to jakoś zamaskować. Zwala winę na innych za wszelką cenę. Za cenę krzyków, nerwów. Oczywiście, każdy dorosły człowiek gubi klucze, bo mamy za dużo tych niezbędnych rzeczy. Święta triada z Masłowskiej: „Portfel, klucze, telefon”. Ale gdy dojdą klucze do domu rodziców, do domu brata, bo tam też teraz częściej wpadam, do piwnicy rodziców, gdzie trzymamy pampersy… – dzień...

Czytaj dalej
szyc
Fot. Robert Baka

Borys Szyc: „Uczę córkę, że w życiu nie ma nic za darmo”

„Kiedy urodziła się Sonia, byłem niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. Taki rolling stone. Zmieniłem się” – mówi Borys Szyc.
Bartosz Janiszewski redakcja „Uroda Życia”
15.07.2020

Borys Szyc rzadko opowiada o sobie, jako o ojcu. Nam udało się go namówić. Był wtedy ojcem Soni i przybranym tatą dla Franciszki i Stefanii – córek swojej, wówczas jeszcze partnerki, a dzisiaj już żony Justyny Nagłowskiej, z która ma trzymiesięcznego synka Henia. Borys Szyc o roli ojca Borys Szyc zwierza się w tej rozmowie, jak  bardzo czuł się nieprzygotowany do roli ojca. Ale zarazem mówi dużo ciekawych i mądrych rzeczy o wychowaniu Soni. O tym jak ważne jest wspólne spędzanie  czasu i wspólne pasje. O tym, że mama kocha bezwarunkowo, a tata musi nauczyć dziecko, że świat trzeba zdobywać. Podkreśla, że zależało mu, żeby Sonia czytała  i opowiada,  jak w niej rozbudzał tę ciekawość.  Może, gdy jego synek trochę podrośnie, będzie można znowu się spotkać i porozmawiać, jak to jest być tatą dwójki dzieci, które dzieli spora różnica wieku. Bartosz Janiszewski: Pamiętasz jeszcze, co czułeś na samym początku, kiedy zostałeś ojcem? Borys Szyc: Chyba byłem przerażony. Miałem 26 lat i byłem na to wszystko kompletnie nieprzygotowany. Znalazłem niedawno zdjęcie z tamtego czasu. [Borys wyciąga telefon i pokazuje zdjęcie z kilkumiesięczną Sonią. Rzeczywiście, sam wygląda na nim jak dzieciak]. Wszystko jest na tym zdjęciu. Gigantyczna ilość miłości do tej małej istoty i zero doświadczenia. Same emocje, żadnej wiedzy. Da się na coś takiego przygotować. Pewnie się nie da. Ale ja byłem wtedy niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. W wielkim uderzeniu, momencie największego rozwoju kariery i popularności. Nie sprzyjało to byciu „fajnym tatą”. Ale od samego początku poczułem z córką ogromną więź. Nagle pojawił się na świecie ktoś dużo ważniejszy ode mnie i przestałem się tak bardzo sobą przejmować. Czułem,...

Czytaj dalej