Jane Fonda dorastała w toksycznym domu, przebaczyła rodzicom dopiero po latach
Getty Images

Jane Fonda dorastała w toksycznym domu, przebaczyła rodzicom dopiero po latach

Dorastała pozbawiona uczuć. Dopiero pisząc autobiografię, próbowała zrozumieć rodziców. Wybaczyć im. I dzięki temu zbliżyć się do własnych dzieci. „Nigdy nie jest za późno” – mówi Jane Fonda.
Marta Strzelecka
12.06.2020

Jane Fonda, którą znamy – piękna, wysportowana, zdobywająca Oscary gwiazda, dorastała jako pełna kompleksów, samotna dziewczynka. Ojciec, słynny amerykański aktor Henry Fonda zajęty był swoją karierą i romansami. Matka cierpiała na chorobę psychiczną. W mediach życie ich rodziny przedstawiano jako bajkę, w rzeczywistości było od niej bardzo dalekie. Sama aktorka dopiero po latach odkryła, jak bardzo cierpiała jej matka, zrozumiała, co się z nią naprawdę stało. Z ojcem zdążyła się pogodzić przez jego śmiercią. Pisząc autobiografię „My Life So Far” gotowa była nie tylko na rodzinne rozrachunki, ale na czułość i przebaczenie. Dużo też zmieniło się w jej życiu.

W ostatnich latach uroczyste kolacje u Jane Fondy wyglądają podobnie. Kilkanaście osób zasiada przy jednym stole: Jane, jej partner, córka, syn, dwoje wnucząt, przyjaciele, krewni. Atmosfera jest luźna, stroje codzienne, nikt nie przejmuje się konwenansami. Po deserze zazwyczaj ktoś przypomina sobie o rodzinnej tradycji – każdy każdemu mówi, jakie wydarzenie w ostatnim czasie było dla niego najważniejsze.

„Wiedziałam, co powiem córce, kiedy do mnie podejdzie – Jane wspomina kolację sprzed kilku lat. – Ale ona odezwała się pierwsza: »Ty. Ty byłaś dla mnie najważniejszym wydarzeniem roku«. Mogłabym wtedy umrzeć i byłoby w porządku. Bo to był czas, kiedy w końcu, po 37 latach, udało mi się nawiązać szczerą relację z córką”.

Jane Fonda, dzisiaj 82-letnia, w autobiografii „My Life So Far” pisze o swoich latach po sześćdziesiątce, że to trzeci akt. Nie etap odpoczynku, jak zazwyczaj myślimy. Ale okres, w którym najłatwiej naprawić relacje z najbliższymi.Bo najwięcej wie się o sobie samym. Ale dla Jane trzeci akt oznaczał nie tylko nadrabianie lat, w których nie potrafiła być blisko córki. Pracując nad biografią, odkryła wiele nowego na temat matki i własnego dzieciństwa.

Jane Fonda: „Ojciec o nic nigdy nie pytał”

Ślub rodziców Jane: Henry’ego Fondy i Frances Brokaw był w 1936 roku wydarzeniem. Nie tylko wśród nowojorskich artystów, ale też wśród czytelników kolorowych magazynów i poważnych gazet. Henry zagrał już w sześciu popularnych filmach, był po rozwodzie z aktorką Margaret Sullavan, Frances miała 29 lat, była bogatą wdową po nowojorskim kongresmenie, miała córkę z tego małżeństwa.

Jane urodziła się rok później. Zamieszkali na przedmieściach Los Angeles, w posiadłości otoczonej hektarami ziemi, łąkami pełnymi kwiatów i starych drzew. Przyjaciółka z dzieciństwa Jane tak opowiada o niej w filmie dokumentalnym „Klub osieroconych córek”: „Wspinała się na wszystko, co rosło wokół ich domu i miało kilka metrów. Była chłopczycą, pełną energii, zadziorną, ale też zamkniętą w sobie”. Trzy lata po Jane urodził się jej brat, Peter, towarzysz wszystkich niebezpiecznych zabaw i jedyny człowiek, który rozumiał jej ból dziecka traktowanego przez ojca oschle, przez matkę – bez czułości.

Bo Henry Fonda, wielki aktor i nowojorski król towarzystwa, w domu był zimny, zasadniczy, cyniczny. „Kiedy czytaliśmy razem, czyli robiliśmy coś, co może kojarzyć się z bliskością, ojciec siedział ze swoją książką w jednym fotelu, ja ze swoją w drugim. Pamiętam do dziś, że czasem czytając, śmiałam się głośno, żeby zapytał, co mnie tak rozśmieszyło. Nigdy nie zapytał – wspominała Jane w jednym z ostatnich wywiadów. – Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czekała, aż ojciec powie: »Kocham cię«. Po prostu chciałam wiedzieć, że tak jest. I pierwszy raz pomyślałam, że być może tak jest, słuchając wywiadu, którego udzielił angielskiej stacji telewizyjnej. Powiedział, że jest ze mnie dumny, opowiadał o moim aktorstwie. Rozpłakałam się, oglądając ojca w telewizji”.

„Czułam się winna śmierci mamy”

Niewiele jest upublicznionych zdjęć rodziny Fondów z czasów, gdy była z nimi matka Jane. Jedno z najbardziej znanych zrobiono w 1949 roku na rodzinnym pikniku. Wszyscy siedzą na kraciastym kocu, spokojni, ale nie rozmawiają ze sobą. Mama, Frances, pali papierosa, spogląda na męża, który w tamtym czasie był gwiazdą Broadwayu. Jane również przygląda się ojcu. Na zdjęciu są też Peter, brat Jane, i Pan, córka Frances z pierwszego małżeństwa. Ta rodzina niedługo później przestała istnieć. Henry był już wtedy zakochany w dużo młodszej od siebie kobiecie, zamierzał poprosić o rozwód. Frances zaś, domyślając się wszystkiego, zapadała na coraz poważniejszą depresję. Kilka tygodni później wyjechała do ośrodka psychiatrycznego, dzieci zostały pod opieką dziadków, Henry podróżował w związku z pracą, ale też nową miłością. Frances Fonda zamknęła się w łazience domu, w którym ją leczono, i podcięła sobie gardło żyletką.

W „Klubie osieroconych córek” Jane Fonda tak zaczyna swoją historię: „To opowieść o kimś, kto późno zaczął rozumieć. Śmierć mojej matki sprawiła, że uznałam się za winną. Myślałam, że odeszła, bo nie potrafiła mnie kochać. Odkryłam, że tak nie było, kiedy miałam 64 lata. Sporo czasu przeżyłam, przekonana o swojej winie, prawda? To oczywiście wpłynęło na moje związki, bo określało, jak postrzegałam samą siebie. Gdyby nie aktorstwo, prawdopodobnie nie poradziłabym sobie”.

Młodsze dzieci nie pojawiły się na pogrzebie mamy, ojciec zabronił. Powiedziano im, że zmarła na atak serca. Jane dowiedziała się prawdy dopiero siedem lat po śmierci Frances, czytając magazyn filmowy podczas zajęć w szkole. „Nie uroniła łzy – wspomina jej przyjaciółka. – Tego roku pojechałyśmy latem na obóz, mieszkałyśmy w jednym pokoju, pamiętam, że miała koszmary, wołała matkę przez sen”. Ona sama wspomina: „Może to zabrzmieć dziwnie, ale nigdy nie miałam poczucia straty. Kiedy powiedziano mi, że mama umarła, nie zapłakałam. Pewnie dlatego, że nie było jej dla mnie od samego początku”.

Frances już przed romansem męża cierpiała na chorobę psychiczną, dziś powiedzielibyśmy: dwubiegunową. „Nie czułam jej obecności, nie mówiąc o bliskości. Podobno dziecko zakłada w takiej sytuacji, że to jego wina i tak właśnie myślałam. Jako siedmiolatka miałam już bliskie przyjaciółki, nocowałam u nich często i mogłam zauważyć, że ich mamy są inne niż moja. Pytają dzieci o emocje i w ogóle rodzina rozmawia przy stole – nie doświadczyłam takiej codzienności”.

Daleko od bliskości

Jane nigdy nie rozmawiała z ojcem o śmierci mamy. „Pamiętam pierwszy raz, kiedy ktokolwiek przypomniał jej samobójstwo. Siedziałam latem na tarasie z moją bardzo młodą macochą, która próbowała zastąpić mi matkę, choć była ode mnie starsza tylko siedem lat. Powiedziała, że jej przykro i spytała, jak się czuję. Sam fakt, że zadała mi to pytanie, zamurował mnie. Byłam zdziwiona, że można rozmawiać o uczuciach”.

Historię własnego charakteru, źródła swoich lęków poznała dopiero po sześćdziesiątce, pisząc autobiografię. Zadedykowała tę książkę matce z zamiarem zrozumienia jej depresji i wybaczenia. „Trochę dlatego, żeby zmusić samą siebie do poznania mamy, bo tak naprawdę nie byłam jej bardzo ciekawa”, mówi. Ale odkryła przy tej pracy znacznie więcej, niż się spodziewała.

Dostała do wglądu dokumentację medyczną z pobytu Jane w ośrodku psychiatrycznym. Tak ją dziś streszcza: „Mama wychowała się na farmie w Ontario, w Kanadzie. Jej ojciec cierpiał na schizofrenię. Babcia była młodsza od niego o 35 lat, bał się, że ktoś mu ją odbierze. Jedynym mężczyzną, który mógł przychodzić do domu był stroiciel fortepianu. I – tego właśnie dowiedziałam się z dokumentacji – molestował moją mamę. Kiedy dowiedziałam się o tym, chciałam ją przytulić. Takiego zrozumienia dla mamy nigdy wcześniej nie czułam”.

W filmie „Nasze noce” Jane zagrała kobietę, która dopiero jako babcia uczy się miłości do dziecka. „Pewnego dnia wydaje ci się, że masz wszystko, a następnego budzisz się i nagle to spełnienie znika. Okazuje się, że nie da się naprawić przeszłości. Ale możesz się starać naprawić siebie” – mówi jej bohaterka. Tak samo o swoim życiu opowiada Jane Fonda: „Rodząc dzieci, nie wiedziałam, co to znaczy być matką. Popełniłam wiele tych samych błędów, jakich doświadczyłam od rodziców. Wybaczasz im, kiedy zdajesz sobie sprawę, że nie tak bardzo się od nich różnisz. Na szczęście, kiedy pojawiają się wnuki, możesz wiele nadrobić. Dopiero dzięki nim zrozumiałam,co powinno znaczyć kochanie dziecka”.

W swojej autobiografii wprost pisze o tym, że nie była dobrą matką. „Powtarzałam dokładnie zachowanie moich rodziców wobec mnie: robiłam wielkie zamieszanie organizacyjne dotyczące szkół, lekarzy, wakacji, ale nie miałam kontaktu z córką jako człowiek. Pamiętam taką niezwykłą chwilę: miała niecały rok, leżała na moim brzuchu i spojrzała mi głęboko w oczy. Wystraszyło mnie to. Patrzyła na mnie uważnie, a ja nie chciałam być widziana w ten sposób.

Kiedy przygotowywałam się do 60. urodzin, chciałam zrobić montaż fragmentów nagrań z moim udziałem. Taki filmowy autoportret. Córka jest filmowcem, więc poprosiłam ją o pomoc. Powiedziała: »Czemu nie pokażesz kameleona przebiegającego przez ekran?«. Przez większość życia była na mnie zła. Ale po sześćdziesiątce nie chcę żałować, że nie naprawiłam tej relacji. Zamiast być zajętą, wybrałam bycie dla niej. I udało się”.

Jane dotarła też w końcu do ojca. W najbardziej skomplikowany z możliwych sposobów. W 1981 roku wyprodukowała film „Nad złotym stawem” – historię o umierającym, zamkniętym w sobie mężczyźnie i jego upartej wyobcowanej córce. Zagrała w nim obok Henry’ego, a w roli matki zatrudniła Katharine Hepburn. Henry miał wtedy 75 lat, cierpiał na nieuleczalną chorobę, wiedziała, że to jego ostatnia rola.

Podczas nagrywania sceny, w której bohaterka Jane ma wyznać cynicznemu ojcu, że zależy jej na jego przyjaźni, Hepburn szeptała do przerażonej Fondy: „Powiedz to! Wiem, jakie to trudne, ale powiedz!”. „To, że zauważała, jak mi ciężko, starała się mnie wspierać tak, jak potrafiła, znaczyło dla mnie wtedy wszystko”, mówi Fonda.

Henry za tę rolę otrzymał pierwszego w swojej karierze Oscara, odebrała go Jane. Zmarł cztery miesiące później. „Ten Oscar to dla mnie skarb. W moje ręce trafiła nagroda za opowieść o relacji ojca i córki. Ale nie wiem, jak tata to odbierał, nigdy mi o tym nie powiedział. Henry Fonda unikał jakichkolwiek znaków, świadczących o własnej bezbronności. Za to zimna, zasadnicza Katharine Hepburn okazała się dla mnie na planie filmowym współczującą matką. Najlepszą, z jaką udało mi się szczerze rozmawiać”.

***

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 12/2017

Przy jego pisaniu autorka korzystała z książki „My Life So Far” i filmu dokumentalnego HBO „Klub osieroconych córek”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Jane Fonda i Roger Vadim, rok 1967 / East News

Jane Fonda o Rogerze Vadimie: „Jadłam tylko skórki z jego chleba i okrawki z jego camemberta"

„Dlaczego kobiety robią tyle hałasu o zdradę?”, dziwił się Roger Vadim. Dla Jane Fondy było jasne, że aby zatrzymać go przy sobie, musi zostać królową antyburżujstwa. Wszystko wybaczać. I hojnie dawać mu pieniądze.
Anna Zaleska
25.11.2020

Jane Fonda stwierdziła po latach, że mogłaby napisać dwie historie małżeństwa z Rogerem Vadimem. W jednej jawiłby się jako okrutny, mizoginiczny i nieodpowiedzialny nicpoń. W drugiej byłby czarującym, czułym mężczyzną. Obie byłyby równie prawdziwe. Jane Fonda: „O Boże, jaki on jest przystojny!" To był dzień jej urodzin, Paryż, rok 1963. Francuska agentka Jane zorganizowała z tej okazji imprezę. Wśród gości był Roger Vadim – sławny 36-letni reżyser. Już po dwóch małżeństwach: z Brigitte Bardott i duńską aktorką Annette Strøyberg. Już ojciec dwójki dzieci, w tym jednego z Catherine Deneuve. O dziesięć lat młodsza Jane Fonda patrzyła na niego myśląc: „O Boże, jaki on jest przystojny!” Siedzieli razem i rozmawiali, potem zaczął śpiewać sprośne piosenki. Cieszył się sławą wspaniałego kochanka. Już przy drugim spotkaniu poszli do hotelu. „Zaczęliśmy się namiętnie pieścić, ale gdy w końcu dotarliśmy do łóżka, on już nie był podniecony”. Niezbyt doświadczona w damsko-męskich sprawach 26-latka uznała, że to jej wina. Gdy sytuacja powtarzała się przez kolejne trzy tygodnie, czuła się okropnie. Przysięgała sobie: „Naprawię to, potrafię to naprawić!”. Gdy w końcu wszystko między nimi zadziałało, przez dwie doby nie wychodzili z łóżka. „Jeśli kobieta jest dokonałą gospodynią, mężczyzna jej nie porzuci” Miała wrażenie, jakby poza Vadimem życie dla niej przestało istnieć. Straciła zainteresowanie pracą, Paryżem, ludźmi, nawet jedzeniem. „Jadłam tylko skórki z jego chleba i okrawki z jego camemberta”, wspominała w autobiografii „Moje życie”. Nie zauważała sygnałów ostrzegawczych – ile czasu spędzał w klubie, ile pił, ile pieniędzy wydawał na obstawianie wyścigów kolejek...

Czytaj dalej
Thelma i Louise / East News

10 najlepszych filmów o kobiecej przyjaźni: od „Thelmy i Louise” po „Służące"

Proponujemy Wam tym razem najlepsze filmy o kobiecej przyjaźni. Możecie wybrać klasykę, czyli „Mężczyźni wolą blondynki” z Marylin Monroe, ikoniczne kobiece kino drogi – „Thelma i Louise”. A może wyciskacz łez „Już za tobą tęsknię”?
Anna Zaleska
10.08.2020

Mnóstwo jest filmów o miłości, ale o kobiecej przyjaźni reżyserzy – a nawet reżyserki – opowiadają rzadko. Zbyt rzadko. Oto 10 filmów na wieczór z przyjaciółkami. Będziecie się śmiać do łez, ale nie zabraknie też powodów do wzruszeń. Tak czy inaczej, trzeba przygotować paczkę chusteczek.   Thelma i Louise (USA 1991, reż. Ridley Scott) Thelma (Geena Davis) jest zdominowaną przez prymitywnego męża gospodynią domową, Louise (Susan Sarandon) – żyjącą według własnych zasad kelnerką. Znużone codziennością przyjaciółki wyruszają na wspólną wyprawę. Pragnienie zakosztowania wolności sprawia, że sytuacja wymyka im się spod kontroli i z każdym kolejnym krokiem powrót do dawnego życia staje się coraz mniej możliwy. Aż dochodzi do tragedii. Dwie kobiety, które dla siebie nawzajem byłyby w stanie zabić albo dać się zabić, stały się ikonami wolności i przyjaźni.   Frances Ha (USA 2012, reż. Noah Baumbach) Biało-czarny niezależny film był wielką sensacją festiwali w Sundance i w Berlinie w 2012 roku. Dwie przyjaciółki od dziecka snują marzenia o tym, że podbiją świat. Jedna będzie potentatką na rynku wydawniczym, druga światowej sławy tancerką. Ale nie wszystko w życiu układa się po ich myśli. Wręcz bardzo mało. Niby wiadomo, że „czasem dobrze robić to, co musisz zrobić, kiedy powinnaś to zrobić” – ale Frances jakoś tego nie robi… W tym pełnym uroku, piekielnie błyskotliwym i zabawnym filmie główne role zagrały Greta Gerwig i Michey Sumner, najstarsza córka Stinga i Trudie Styler.   Stalowe magnolie (USA 1989, reż. Herbert Ross) Sally Field, Shirley MacLaine, Dolly Parton, Daryl Hannah i Julia Roberts – obsada koncertowa. I film, który sprawi, że na przemian będziecie się...

Czytaj dalej
mat.prasowe

Najlepsze filmy z lat 80. i 90. na Netfliksie – zobacz złotą dziesiątkę filmów, które przeniosą cię w przeszłość
 

Netflix zabiera nas na wycieczkę w przeszłość do lat 90. Nie zabraknie dramatu, kina gangsterskiego i romantycznej opowieści.  
Sylwia Arlak
24.07.2020

Lata 90. były łaskawe dla kina. To wtedy powstały najlepsze komedie romantyczne („Mój chłopak się żeni”, „Masz wiadomość”) i rozwijało się kino gangsterskie („Chłopcy z ferajny”, „Ojciec chrzestny”, „Taksówkarz”). Startowały i rozkwitały kariery Julii Roberts, Edwarda Nortona, Brada Pitta, Richarda Gere’a — aktorów, których cenimy do dziś. Oto 10 filmów z lat 80. i 90., które znajdziecie na Netfliksie. „Dirty Dancing” W latach 90. niemal wszystkie nastolatki zazdrościły Jennifer Grey, która mogła schować się w ramionach Patricka Swayze. „Dirty Dancing” to klasyk, który być może pokrył się już patyną lat, ale na pewno nadal ogląda się go z przyjemnością. Do dzisiaj porusza nas ukazana w filmie pierwsza miłość i pasja do tańca. Wspaniała muzyka (utwór „I've Had The Time of My Life” otrzymał wówczas Oscara i Złoty Glob) i rzadko spotykana chemia pomiędzy bohaterami. Akcja zaczyna się, gdy 16-letnia Frances poznaje na wakacjach przystojnego instruktora tańca, Johnny’ego i jego partnerkę w tańcu, Penny.  Dzięki nim opuszcza złotą klatkę, w  której do tej pory żyła. Kiedy Penny zachodzi w nieplanowaną ciążę i decyduje się na aborcję, Frances będzie musiała ją zastąpić podczas występu – przechodzi przyśpieszony kurs tańca i… dorosłego życia. „Dirty dancing” powstał w 1988 r., ale w Polsce największe triumfy przeżywał w kolejnej dekadzie, kiedy rozkwitły wypożyczalnie kaset wideo – film był jednym z najczęściej wypożyczanych!   „Forrest Gump” „Życie jest jak pudełko czekoladek” – ktoś, kto wychował się w latach 90. zawsze i o każdej porze bezbłędnie rozpozna te słowa...

Czytaj dalej
Śniadanie u Tiffany’ego/ Kadr z filmu
Śniadanie u Tiffany’ego/ Kadr z filmu

Klasyki, które każdy musi obejrzeć, choć raz! Te 5 filmów nigdy nam się nie znudzi

Co miesiąc nowości na Netfliksie i HBO zaspokajają nasze apetyty na premiery z ostatnich lat. Ale jeśli chcielibyście zafundować sobie powrót do przeszłości – mamy dla was klasyki, które są dobre na wszystko.
Sylwia Arlak
15.05.2020

Lubicie to, co znacie? Mamy podobnie, dlatego polecamy klasyczne filmy, które nigdy nam się nie znudzą. Zawsze bawią albo wzruszają tak, jak za pierwszym razem. Sprawdźcie pięć tytułów, bez których nie wyobrażamy sobie wielkiego kina. 1. „Śniadanie u Tiffany’ego”, HBO „Śniadanie u Tiffany’ego”, film w reżyserii Blake’a Edwardsa z 1961 r. uczynił z Audrey Hepburn gwiazdę światowego formatu. Za rolę Holly Golightly otrzymała nawet nominację do Oscara. No bo jak nie uwielbiać granej przez nią bohaterki? Holly jest nie tylko piękna, ale też nieustraszona. Ma przy tym w sobie tyle wdzięku i uroku, że nie sposób jej nie kibicować. Hepburn wiele dała od siebie postaci stworzonej pierwotnie przez Trumana Capote’a w opowiadaniu z 1958 roku.  A sam film o początkującym pisarzu, Paulu (w tej roli George Peppard) i jego ekscentrycznej sąsiadce Holly, która żyje na koszt bogatych adoratorów to prawdziwe arcydzieło. 2. „Forrest Gump”, HBO Niezależnie od tego czy czytaliście powieść Winstona Grooma „Forrest Gump”, czy nie, musicie obejrzeć film w reżyserii Roberta Zemeckisa z 1994 r. A jeśli seans obrazu macie już za sobą (zakładamy, że tak właśnie jest), na pewno jeszcze nie raz będziecie do niego wracać. Tom Hanks wciela się tu w rolę mężczyzny, który, choć nie grzeszy inteligencją, nie da się nie lubić. Ostatecznie staje się miliardem i bohaterem wojny w Wietnamie. Tymczasem jego jedynym życiowym marzeniem jest to, aby zdobyć serce swojej ukochanej z dzieciństwa. Cudowna, ciepła opowieść o tym, że nie ma rzeczy niemożliwych, otrzymała aż sześć nagród Akademii Filmowej. W tym tę najważniejszą – za najlepszy film. 3. „American Beauty”, HBO Kiedy zachwycaliśmy się rolą Kevina Spacey’ego w „American...

Czytaj dalej