Jan Komasa, reżyser „Hejtera” i „Bożego ciała” szczerze o życiu po sukcesie

Jan Komasa z kolejną nagrodą za „Hejtera” – film polskiego reżysera wygrał najważniejszy konkurs Tribeca Film Festivalu w Nowym Jorku, jednego z najważniejszych festiwali filmowych w Ameryce. Jeden z członków jury uzasadniał wybór: „Inspirujący, moralnie potężny, wnikliwy".
Marta Strzelecka
30.04.2020

Wspólnota, rodzina, samotność to tematy, które mnie fascynują. Zastanawiam się w moich filmach, jak bardzo potrafimy się poświęcić, żeby być wśród innych, i jak bardzo cierpimy, kiedy jesteśmy poza grupą” – rozmowa z reżyserem Janem Komasą, twórcą m.in. filmów „Sala samobójców. Hejter” i „Boże Ciało”

Marta Strzelecka, „Uroda Życia” Był pan kiedykolwiek wcześniej tak bardzo zapracowany jak teraz?

Jan Komasa: Ostatnio było wyjątkowo, bo mam za sobą intensywną promocję „Bożego Ciała” związaną z Oscarami. Ona zresztą wciąż trwa, film wchodzi do kin w kolejnych krajach. Nikt z nas, jego twórców, nie sądził, że zajdziemy aż tak daleko. Tymczasem z powodu nominacji i związanych z nią nowych obowiązków, musieliśmy przesunąć premierę mojego najnowszego filmu, czyli „Sala samobójców. Hejter”. 

Nie wyobrażałem sobie, że dzięki „Bożemu Ciału” od końca sierpnia ubiegłego roku, czyli od festiwalu w Wenecji, bez przerwy będę w trasie promocyjnej. Ale nie narzekam. Zawsze rozwijałem kilka projektów jednocześnie. A teraz prace nad scenariuszami, które od jakiegoś czasu chciałem zrealizować w Stanach, nabierają przyspieszenia, bo stałem się tam po prostu bardziej rozpoznawalny.

Czyli nie odpoczywa pan dużo?

Niespecjalnie. Ale mam nadzieję, że niedługo razem z rodziną zaszyjemy się w ciszy. Zanim „Hejter” narobi szumu w mediach.

Żonie i dzieciom musi być trudno, kiedy tak często pana nie ma.

Od lat dużo czasu spędzam w podróżach, poza domem, jak marynarz. Nie jest im łatwo, ale doskonale znają tę sytuację. Koniec ubiegłego roku spędziłem w Stanach, z przerwą na Boże Narodzenie, początek też – dni miałem szczelnie wypełnione od rana do wieczora wywiadami, spotkaniami, pokazami, ściskaniem wielu rąk, poklepywaniem wielu pleców. Zwyczajna praca nad filmem też oddala mnie od najbliższych, na przykład pracując nad „Bożym Ciałem”, nie widziałem rodziny przez dwa miesiące. Nie chcę przez to powiedzieć, że są przyzwyczajeni, więc nie dotyka ich moja nieobecność, ale przynajmniej mamy ten temat omówiony, opracowane rozwiązania. 

Nigdy nie chciałem zabierać dzieci na plan filmowy na długo, na przykład miesiąc albo kilka. Wolę, żeby miały poukładane codzienne życie, stałą szkołę. Godzę się z utratą czasu, który mógłbym spędzić z nimi. Za to kiedy już jesteśmy razem, staram się, żeby nasze wspólne przeżycia były wyraziste, silne. 

Jak pan to robi?

Dużo podróżujemy, wyjeżdżamy zazwyczaj na dłużej niż tydzień. I mam wrażenie, że jesteśmy wtedy razem w większym stopniu, mocniej, niż gdybym był głową w pracy, a ciałem przy nich. 

Włochy są naszą pasją. Żona skończyła italianistykę, pracowała przy festiwalach filmowych w Mediolanie, Rzymie. Od kiedy pamiętam, jeździmy tam na wakacje, staramy się za każdym razem poznać nowe miejsce, byliśmy już prawie wszędzie, poza skrajnym południem i Sardynią. Lubimy opuszczać Europę, byliśmy na Dominikanie, w Meksyku, Afryce, Azji. Staramy się, żeby nie były to miejsca, w których ktoś załatwia wszystko za nas jako turystów, chcemy przy tym uczyć dzieci pokory, umiejętności odnajdywania się w różnych kulturach.

Ale muszę powiedzieć, że utrzymywanie równowagi między życiem prywatnym a pracą jest jedną z najtrudniejszych dla mnie rzeczy. Ciężko pracujesz, dzień za dniem, chcesz dobrze, więc dajesz z siebie wszystko, a jednocześnie tak, jakbyś przeprowadzał operację na otwartym organizmie, czyli na emocjach najbliższych. Łatwo jest pójść na kompromis i postawić pracę na pierwszym miejscu – raz, dwa, w końcu regularnie. Bo wydaje ci się, że ten organizm, czyli szczęśliwa rodzina, zniesie wszystko. A myślę, że tak nie jest. Dlatego bardzo staram się zachować dyscyplinę w tej sprawie, co najmniej taką samą jak w pracy.

Żona pomaga?

Więcej niż pomaga – dzięki niej dom funkcjonuje tak, jak chcemy, czyli z zachowaniem rytuałów, z pewną codzienną rutyną w życiu dzieci. Gdyby nie Kinga, wszystko by się rozsypało. Pomaga nam też to, że znamy się bardzo długo, jesteśmy małżeństwem od 20 lat, pochodzimy z podobnych rodzin – oboje mamy po kilkoro rodzeństwa, nasi rodzice są artystami.

Żadne z nas nie musiało uczyć się odmiennego świata tej drugiej najbliższej osoby, co zresztą bywa piękne, ale my nie musieliśmy poświęcać na to czasu. Mój teść był profesorem Akademii Muzycznej, w klasie wiolonczeli, teściowa też była zawodowo związana z muzyką, tak jak właściwie cała rodzina żony. Mój tata – aktor, mama śpiewała gospel, brat śpiewa, siostra też, druga jest kostiumografką, a niedawno skończyła reżyserię teatralną. Gdybyśmy usiedli wszyscy do stołu, byłoby nas chyba trzydzieścioro. I właśnie ci wszyscy ludzie, rozmowy z nimi, sprowadzają mnie, każdego z nas, na ziemię. Wolę spędzić czas z nimi niż na jakimkolwiek innym spotkaniu towarzyskim. Kiedy tak się spotykamy, każdy opowiada, co przeżył – zbiorowa psychoterapia, można powiedzieć. Bezcenna jest świadomość, że masz się komu wygadać. Dziękuję losowi za taką rodzinę, nie wiem, jak bym sobie bez nich poradził.

Ostatnio miał pan co im opowiadać – Oscary to musiała być niezła przygoda.

Pojechaliśmy na ceremonię we dwójkę z żoną, dziećmi zajęli się nasi rodzice. Ale ta przygoda była rozciągnięta na wiele tygodni, gala oscarowa jest zwieńczeniem sezonu przyznawania nagród filmowych, który zaczyna się w listopadzie. To jest cały cykl pokazów, bankietów, przyjęć. „Boże Ciało” pojawiło się w kinach w końcu roku, więc mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, że film został zauważony, szybko rozeszły się dobre opinie o nim. I zaczęliśmy brać udział w Stanach w wywiadach, spotkaniach, obiadach z innymi nominowanymi. W tygodniu przed Oscarami, poza oficjalnymi imprezami, były też takie wydawane przez gwiazdy w ich domach – od Madonny przez raperów po aktorów z pierwszych stron gazet. Normalna praca, mimo że być może wygląda, jak gdybyśmy wszyscy świetnie się bawili. A ja starałem się podchodzić do tego jak do zawodowej przygody. Żeby nie spalić się, nie wymęczyć przez zbyt intensywne emocje.

Kogo najbardziej chciał pan spotkać w Los Angeles?

Sama Mendesa, twórcę „1917”. Mamy w Stanach wspólnych agentów, a jego „American Beauty” to jeden z najważniejszych dla mnie filmów, zainspirował mnie do stworzenia „Sali samobójców”, w której też, tak jak on, opowiadam o pękniętej rodzinie.

To prawda, że pokłóciliście się z żoną po wspólnym obejrzeniu „Drogi do szczęścia” Mendesa?

Nie mogliśmy przestać dyskutować o tym filmie, historii idealnego na pierwszy rzut oka małżeństwa, w którym i ona, i on czują się nierozumiani, niespełnieni. Przez kilka godzin po wyjściu z kina kłóciliśmy się, czy żona, którą gra Kate Winslet, ma rację, czy też mąż, czyli Leonardo DiCaprio. A tak naprawdę gadaliśmy o nas samych. Nie przypomnę sobie teraz, o czym konkretnie, bo tak naprawdę nie chodzi o te postaci, ani o nas nawet, tylko o to, że każdy w małżeństwie czy związku jest niewolnikiem jakiejś roli społecznej. W codziennym życiu próbujemy znaleźć balans pomiędzy tym, czego od nas oczekują partnerzy, a tym, jakie przyzwyczajenia wynieśliśmy z domów rodzinnych, czyli kim jesteśmy. I takie filmy jak „Droga do szczęścia” potrafią sprawić, że zaczynamy rozmawiać o tych ukrywanych pragnieniach czy chowanym żalu. „Historia małżeńska” w podobny sposób działa na ludzi, ale tego filmu nie odważyłem się jeszcze obejrzeć z żoną.

Imponują mi reżyserzy, którzy w taki sposób opowiadają o kobietach, mężczyznach i relacjach, że po obejrzeniu ich filmów nie rozmawia się o fikcyjnych bohaterach, ale o sobie, swoim stosunku do bliskich. Chciałbym robić właśnie takie kino. 

Pan często opowiada o samotności. W „Bożym Ciele” główny bohater jest samotny, ktoś inny – niezauważany, ktoś jeszcze inny – znienawidzony, odrzucony. „Hejter” to też historia o wyobcowaniu.

Bohater tego filmu ma obsesję na punkcie rodziny bogatszej, lepiej wykształconej od tej, z której sam pochodzi. Ale poza tym na początku niewiele więcej o nim wiemy. Tylko tyle, że jest sam. Samotność, wspólnota, rodzina – to są tematy, które mnie fascynują. Zastanawiam się w moich filmach, jak bardzo potrzebujemy innych ludzi, jak bardzo potrafimy się poświęcić tylko po to, żeby być wśród nich, jak bardzo cierpimy, kiedy jesteśmy poza grupą.

Pan czuł się kiedyś samotny?

Dla mnie, na szczęście, samotność była zawsze wyborem. Dorastałem, wierząc, że są dwie komfortowe sytuacje – wśród dużej grupy najbliższych i kiedy oddalam się od nich na jakiś czas, żeby pomyśleć o sobie. Odkąd pamiętam, miałem młodsze rodzeństwo, dużo obowiązków związanych z siostrami i bratem, a potem bardzo szybko zostałem ojcem. I zawsze czułem, że od czasu do czasu potrzebuję samotności, żeby przypomnieć sobie, na czym mi tak naprawdę zależy. Kiedy nie mam takiego czasu tylko dla siebie, czuję, jakbym się dusił. Uważam, że to jest zdrowe – spojrzeć na siebie samego z boku, oderwać się raz na jakiś czas od codziennego zapracowania. Czyli wyjechać gdzieś, chodzić na długie samotne spacery. To jest część dbania o własne zdrowie psychiczne i wierzę, że korzystają na tym również moi bliscy.

Ma pan dokładnie przemyślane sprawy budowania relacji, dbania o spokój psychiczny – również dzięki swojej pracy. To ułatwia życie?

Nigdy się tego nie dowiem, bo nie znam innego życia. Ale nie jestem naiwny – wiem, że wiele zawdzięczam temu, jakie środowisko mnie ukształtowało. Być może nie mówiłbym z taką łatwością o budowaniu relacji czy samotności z wyboru, gdyby nie moi rodzice. Zawsze dużo rozmawialiśmy. Dzięki nim od dziecka miałem kontakt ze sztuką, co przecież uwrażliwia, otwiera. Chodziłem do szkoły muzycznej, na dodatkowe zajęcia plastyczne, uczyłem się języków, co w latach 80. nie było tak oczywiste jak dziś. Słuchało się u nas w domu Arethy Franklin, czarnych muzyków, mama śpiewała gospel, była zafascynowana Ameryką – tą kulturą wiecznego progresu. 

A tata zaraził nas swoją miłością do Włoch. Dorastaliśmy, wierząc, że ważne jest odkrywanie świata, wolność, jakiej można doświadczyć dzięki podróżom, ale też budowanie własnej niezależności. I wydaje mi się, chociaż może się łudzę, że dzięki temu jest nam wszystkim w rodzinie łatwiej, bo jak dotąd nie spotkały nas żadne rozstania czy inne międzyludzkie tragedie.

„Sala samobójców. Hejter” – film Jana Komasy
mat. prasowe

Jan Komasa na planie „Sali samobójców. Hejtera” z aktorem Maciejem Musiałowskim.

Pracowitość też była w pana rodzinnym domu jedną z najważniejszych wartości?

Tak, być może zabrzmi to nudno czy nawet nudziarsko, ale praca moim zdaniem trzyma w ryzach, nie pozwala na wariactwa. Dzięki pracy nie rozpadamy się, nie załamujemy. Mam też na myśli wysiłek, jaki trzeba wkładać w budowanie relacji. Wiem, że to nie brzmi może atrakcyjnie czy romantycznie, ale praca nad miłością lub przyjaźnią jest po prostu niezbędna. Spotkania, rozmowy, gotowość do tego, żeby gdzieś pójść albo pojechać i komuś pomóc – niby oczywiste sprawy, ale trzeba o tym pamiętać. Za to w pracy reżysera wysiłek nie zawsze da się łatwo zmierzyć, bo czasem reżyserowanie oznacza intuicyjne działanie, a nie dużą liczbę godzin spędzoną nad projektem. Nad „Miastem 44” pracowałem osiem lat, nad „Bożym Ciałem” – najkrócej spośród moich filmów, a odniósł największy sukces. 

Ale może przez lata wypracowałem umiejętność takiego opowiadania historii, żeby trafić do serc widzów, dotykać tego, co ich niepokoi.

Dla pana pokolenia, dzisiejszych 40-latków, niepokój o przyszłość nie był chyba czymś najbardziej naturalnym. Wydawało się, że wszystko, co najgorsze w historii, już było, że może być tylko lepiej. Jak teraz myśli pan o przyszłości?

Dorastałem w czasach nieustających zmian na lepsze, urodziłem się na początku lat 80., kolejne były krokami do przodu. I teraz mam poczucie, że dotarliśmy do momentu, w którym rzeczywistość przestała rządzić się tą zasadą. Jest to dosyć przerażające, tym bardziej że nie wiadomo do końca, jaką zasadą się rządzi. 

Byliśmy w Afryce w ubiegłym roku i poczuliśmy, jak gorący jest ocean, cieplejszy niż powietrze – przez wymarcie rafy i glonów. Zmienił też kolor, bo brak w nim tlenu produkowanego przez rośliny, których już tam nie ma. A ja nie mam na to wpływu, żadnej kontroli nad czymś, co może mnie zniszczyć, jak w koszmarze. Ktoś, kto cię ściga w koszmarze, i tak cię dogoni, nogi grzęzną, coraz wolniej się poruszasz, chociaż uciekasz. Tak się czasem czuję, myśląc o tym, jak zmienia się świat wokół mnie. 

Co pana przeraża, poza zmianami klimatycznymi?

Nigdy bym nie przypuszczał, że rzeczywistość skręci w stronę tak silnego strachu przed innymi, czego dowodem jest chociażby Brexit. Wydawało mi się, że będzie lepiej pod tym względem. A jeżeli rozwój nie jest najważniejszy, demokracja, bycie razem, otwieranie się, rozwijanie, tolerancja, to nie wiem, co może zastąpić te wartości. 

Niepokoi mnie, że teraz uczenie się polega często na oduczaniu się, czyli wybieraniu rzeczy prostszych, szybszych, bardziej aktualnych, ale tymczasowych. Ja akurat odnajduję się w nowych mediach, bo się nimi interesuję, ale wielu znajomych w moim wieku nie do końca wie, co to jest Snapchat, a kiedy już się dowiedzą, to okazuje się, że za późno, bo Snapchat już się nie liczy, tylko TikTok.

Nie chciałby pan po prostu zamieszkać na odludziu, na przykład w Bieszczadach, gdzie powstało „Boże Ciało”?

Nie chciałbym. Uwielbiam Warszawę, w której się wychowałem, lubię Berlin, gdzie mieszka moja siostra, Nowy Jork, Londyn. Jestem miejskim zwierzęciem. A przede wszystkim lubię być częścią czegoś większego niż ja sam.

Rozmowa z Janem Komasą ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Mat. prasowe Netfliks

Joanna Kulig znów śpiewa i kocha – i znów zachwyca! „The Eddy” już w maju na Netfliksie

Jej głos tak poruszył reżysera Damiena Chazelle'a, że specjalnie dla niej zmienił scenariusz swojego najnowszego dzieła. Joanna Kulig w nowym miniserialu Netfliksa „The Eddy” zachwyca tak samo jak w „Zimnej wojnie”.
Sylwia Niemczyk
28.04.2020

Po  sukcesie filmu „Whiplash” i „La La Land”, reżyser Damien Chazelle powraca – ale tym razem współtworzone przez niego dzieło trafia na mały ekran. Miniserial „The Eddy” już w maju pojawi się na Netfliksie. W jednej z głównych ról zobaczymy Joannę Kulig.  Akcja „The Eddy” rozgrywa się we współczesnym, wielokulturowym Paryżu.  Eliot Udo (André Holland), kiedyś uznany pianista, dziś jest właścicielem klubu jazzowego The Eddy i menadżerem zespołu prowadzonego przez Polkę, Maję (właśnie w jej roli zobaczymy Joannę Kulig). Reżyser specjalnie dla polskiej aktorki zmienił rolę Mai: pierwotnie bohaterka miała być Amerykanką.  Maja stworzona przez Joannę Kulig może czasami przypominać Zulę z „Zimnej wojny”. Tak samo jest piękna i utalentowana, ale jednocześnie wybuchowa i trudna we współpracy. Mimo talentu zmaga się z depresją i nie widzi sensu życia.  Oprócz pracy Eliota i Maję łączy dawna wielka miłość, dziś jednak ich relacja jest przepełniona głównie złością i żalem. Rozstają się i na nowo schodzą, jak dźwięki w jam session. Najpiękniejsze chwile przeżywają podczas wspólnego tworzenia: muzyka jest ich całym światem i kojącą ucieczką od problemów. A te ostatnie są niemałe – klub jest na skraju bankructwa, poza tym  Eliot odkrywa, że jego wspólnik może być zamieszany w gangsterskie interesy w klubie. Jakby tego było mało, z niespodziewaną wizytą przyjeżdża jego nastoletnia córka, Julie, która także zmaga się ze swoimi tajemnicami, emocjami i problemami. Aby ochronić najbliższych i ocalić klub, Eliot będzie musiał skonfrontować się ze swoją przeszłością. Gwiazdorski zestaw twórców: Chazelle,...

Czytaj dalej
Eva Green, Proxima
mat. prasowe

„Supermanki nie mają dzieci?” – Eva Green w „Proximie” udowadnia siłę kobiet

„Proxima” to historia superbohaterki, a jednocześnie bardzo przywiązanej do swojego dziecka matki – w „Proximie” gra tę postać wspaniała Eva Green.
Sylwia Niemczyk
30.04.2020

Wyprawa w kosmos jest zazwyczaj w kinie przygodą dla dużych chłopców. Nawet jeśli do załogi należą kobiety, zazwyczaj to mężczyźni dyktują warunki. W „Proximie” w sam środek męskiego świata wkracza ambitna, zdecydowana, inteligentna Sarah (w tej roli Eva Green). Z dumą znosi kpiny kolegów, nie poddaje się presji rywalizacji. Jednak radość ze zbliżającej się misji na Międzynarodową Stację Kosmiczną zaburza jej konieczność rozstania z kilkuletnią córką. Eva Green – jako astronautka planująca podróż na Marsa – z Zélie Boulant grającą jej córkę. „Chciałam udowodnić, że możesz być jednocześnie superbohaterką i matką, a zazwyczaj kobiety nie są pokazywane w ten sposób w kinie – mówiła reżyserka „Proximy” Alice Winocour. – Superbohaterki nie mają dzieci, Catwoman nie jest matką, bo to odwróciłoby jej uwagę od misji. Ale w prawdziwym życiu musimy łączyć pracę i macierzyństwo. Uznałam, że kino musi o tym opowiadać”. Choć zdjęcia powstawały w autentycznych ośrodkach treningowych dla kosmonautów, a Winocour wielką uwagę przywiązywała do realizmu w kwestiach naukowych, imponująca wizualnie „Proxima” nie przypomina klasycznych filmów science fiction. Relacje matki i córki przygotowujących się do długiego rozstania interesują reżyserkę bardziej niż proces przygotowania do lotu w kosmos. Francuska reżyserka porusza mimochodem kilka ważnych i aktualnych kwestii związanych z emancypacją kobiet, ale jej dzieło pozostaje intymnym, pełnym empatii i czułości portretem najbliższych sobie osób, które muszą się rozstać. Piękny, subtelnie opowiedziany, poruszający film. „Proxima”, reż. Alice Winocour, od 30 kwietnia na platformach VOD (m.in.: vod.pl, cineman.pl, player.pl, ipla.tv,...

Czytaj dalej
Michelle Obama
Mat.prasowe Netfliks

Michelle Obama w filmowej odsłonie „Becoming” – już w maju na Netfliksie

Już 6 maja na Netfliksie ukaże się kontynuacja biografii Michelle Obamy „Becoming”. Film ma opowiadać o życiu byłej pierwszej damy USA po wydaniu bestsellera.
Sylwia Arlak
29.04.2020

Ponad 10 mln sprzedanych egzemplarzy i miliony fanek – także w Polsce. Nawet sama Michelle Obama nie spodziewała się, że jej autobiografia „Becoming” odniesie aż  tak wielki sukces. Jak zmieniło się jej życie po jej wydaniu? Dowiemy się tego już 6 maja, bo właśnie wtedy Netflix wypuści nowy film dokumentalny „Becoming”, który opowiada o doświadczeniach Michelle Obamy już po wydaniu książki. „Z ekscytacją mogę podzielić się informacją, że już 6 maja Netflix wyda „Becoming”. Mam nadzieję, że w tym trudnych czasach znajdziecie w tym filmie radość i inspirację” – napisała w poniedziałek Michelle Obama na Twitterze. W wydanej w 2018 r. autobiografii mówiła o dzieciństwie spędzonym w południowym Chicago, o dojrzewaniu i o tym, jak godziła macierzyństwo z karierą. Autorka rzuciła też nowe światło na czas prezydentury Baracka Obamy. Z kolei film, który będziemy mogli obejrzeć na Netfliksie, opowiada o trasie promocyjnej książki i spotkaniach z czytelniczkami „Becoming”. Kamera towarzyszyła żonie Baracka Obamy w 2018 roku przez trzy miesiące. W tym czasie była pierwsza dama Ameryki odwiedziła czytelników w 34 amerykańskich miastach. „Dokument w reżyserii Nadii Hallgren opowie historię niesamowitych ludzi, których poznałam po wydaniu mojego pamiętnika” – opowiadała. W filmie możemy oglądać Michelle już po zakończonej przygodzie z Białym Domem, ciepłą i bezpośrednią. jednak największą wartością są jej rozmowy z jej czytelniczkami, które opowiadają jej o swoim życiu i swoich codziennych zmaganiach. — Michelle Obama (@MichelleObama) April 27, 2020  

Czytaj dalej