Jan Himilsbach – z zawodu kamieniarz, z zamiłowania artysta. Zasłynął rolą w kultowym filmie „Rejs”
PAP/CAF - Witold Rozmysłowicz

Jan Himilsbach – z zawodu kamieniarz, z zamiłowania artysta. Zasłynął rolą w kultowym filmie „Rejs”

Jan Himilsbach był jedną z najbarwniejszych postaci szarego okresu PRL-u. Mistrz anegdot, żartów i ciętych ripost. Nigdy nie udawał, był sobą nawet wtedy, kiedy grał w filmach.
Kamila Geodecka
22.03.2021

Jan Himilsbach umawiał się z dziennikarzami w knajpie, pił na ich koszt i opowiadał historie ze swojego życia. Które były prawdziwe? Trudno powiedzieć, ponieważ niemal nigdy się nie powtarzały. Aktor dodawał do swojego życiorysu nowe wątki, zazwyczaj bardzo barwne, często groteskowe i nierzadko absurdalne. „No bo ile razy można pieprzyć wciąż jedno i to samo” – tłumaczył.   

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

31 listopada

Mawiał, że przehulał swoją młodość, a resztę życia zachował sobie na czarną godzinę. Kiedy ta młodość się zaczęła? Aktor urodził się w Mińsku Mazowieckim w 1931 roku, jak sam podawał – 31 listopada. Taką datę znajdziemy również w jego oficjalnej metryce. Aktor przyznawał, że jeden dzień w tę, czy w drugą stronę nie robi mu żadnej różnicy.

Był dzieckiem rosyjskiej imigrantki, jego ojciec był nieznany. Z powodu swoich żydowskich korzeni musiał ukrywać się na cmentarzach, chociaż schronienia szukał także w domu sióstr zakonnych w Laskach pod Warszawą. Imię Jan dostał na chrzcie świętym przyjętym w 1943 roku, wcześniej miał nazywać się Iwan. W 1947 roku, mając 16 lat, trafił do więzienia za kradzież, a następnie przebywał w zakładzie poprawczym, gdzie zdobył fach kamieniarza. Odbywając praktykę w kamieniołomie w Strzegomiu, zaczął czytać książki i interesować się literaturą.

Później jeździł po Polsce i trudno zliczyć miejsca, w których miał pracować. Podobno był piekarzem, rębaczem, grabarzem, ślusarzem, górnikiem i palaczem na kutrach rybackich. W końcu trafił do Warszawy, gdzie pracował na cmentarzu Powązkowskim, wykuwając pomniki i rzeźby. W 1975 roku załatwił miejsce na cmentarzu Markowi Hłasce oraz sam wykuł napis na jego grobie.

Czytaj także: Marek Hłasko został gwiazdą. „U nas wszystkie gwiazdy spadają” – mówiła jego matka, Maria Hłasko

Grać siebie

W latach 50. uczył się na Uniwersyteckim Studium Przygotowawczym, a następnie kształcił się w Wojewódzkim Uniwersytecie Marksizmu-Leninizmu. Tomem wierszy debiutował w 1951 roku, a w 1959 roku został prozaikiem. 10 lat później na podstawie jego opowiadań „Monidło” powstał film fabularny. Jan Himilsbach miał jednego mistrza literatury i był nim Marek Hłasko. Jego opowiadania mógł recytować całymi godzinami, nierzadko przy tym płacząc.

Największą popularność przyniosła mu jednak nie literatura, a improwizowana rola w słynnym „Rejsie” w reżyserii Marka Piwowskiego. Był aktorem-naturszczykiem, a przed kamerą nikogo nie udawał. Miał zachrypnięty głos, charakterystyczny wygląd, niezwykłe poczucie humoru, naturalność oraz wrodzony talent. Zachwycił Polskę i polskich reżyserów do tego stopnia, że po „Rejsie” zagrał jeszcze w ponad 60 innych filmach.

Śmietanka towarzyska

Jan Himilsbach często chadzał do warszawskich knajp, gdzie spotykał się z inteligencją tamtego okresu. Bywał w SPATiF-ie, Harendzie czy Kameralnej, gdzie zawsze był serdecznie przyjmowany. Nie zależało mu  jednak na tym, by dołączyć do śmietanki towarzyskiej i udawać eleganckiego inteligenta. Sam stwierdził żartobliwie, że zdecydowanie bardziej ceni sobie pracę kamieniarza niż artysty: „Bo moim dziełem granitowym nikt sobie dupy nie podetrze” – mawiał.

Podanie o przyjęcie do Związku Literatów Polskich napisał odręcznie na pogniecionej kartce wyrwanej niechlujnie z zeszytu. „Proszę o przyjęcie mnie do Związku Literatów. Piszę od jakiegoś czasu podobno nieźle” – argumentował w oficjalnym piśmie.  Pił, przeklinał, zawsze mówił szczerą prawdę. Nie wstydził się tego, kim jest. Był świetnym obserwatorem i przyglądał się ludziom wokół niego, a następnie o nich pisał.

Ludzie ci doceniali jego prostotę i naturalność. Traktowali go jak kumpla, z którym można wyjść do knajpy i dobrze się pobawić. „Wszyscy namawiali go na alkohol. Można go było poklepać po plecach, bo my tu jesteśmy elita, a on nas bawi, z niego można pożartować, pośmiać się. To było coś w rodzaju lekceważenia” – mówiła działaczka społeczna Alicja Gluza w Polskim Radiu.

Czytaj także: Nikt tak nie kochał życia, jak Zbigniew Wodecki. „To był człowiek nieskazitelny…”

Umowna data śmierci

„Piszę powoli. Kiedy mam w głowie początek opowiadania, koniec i tytuł, zasiadam do pisania. Piszę po śniadaniu, kiedy żona pójdzie do roboty. Ja dopiero jak skończę, idę do knajpy. Cieszę się i zapijam mola” – miał powiedzieć w jednym z wywiadów Jan Himilsbach. Artysta był świadomy swojej choroby alkoholowej, ale nie chciał nawet myśleć o leczeniu. Pijąc na środku ulicy piwo, mawiał, że wprowadza organizm w bajkowy nastrój. I z takim nastawieniem sięgał po kolejną butelkę.

O wyjściu z nałogu myślała jednak jego żona – Barbara – która wielokrotnie namawiała go do tego, by przestał pić. Czasami zamykała go nawet w mieszkaniu, ale wtedy Jan Himilsbach mógł liczyć na wsparcie kolegów. Przynosili mu pod drzwi dostawę wysokoprocentowych trunków, które spijał przez rurkę przeciągniętą przez dziurkę od klucza. Gdy żona mówiła mu o tym, że pije, pali i ma zachrypnięty głos, on odpowiadał jej żartobliwe: „Oni mi za ten głos płacą!”.

Koledzy znaleźli go martwego 11 listopada 1988 roku, podczas kilkudniowej libacji. Data jest umowna tak jak wszystko w jego życiorysie. W czasie pogrzebu artysty ksiądz prowadzący mszę powiedział: „Żegnaj Janku, już nigdy nie usłyszymy twojego ciepłego, aksamitnego głosu”. Na płycie nagrobnej Jana Himilsbacha widnieje napis: „Życie z myślami ciężkimi jak kamień zawiłymi jak wersety biblii zaczęło się i trwa niewidzialne jak czas”.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Marek Grechuta z żoną Danutą
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła. Pani pachnie jak tuberozy… Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”. Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno. Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali. Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana...

Czytaj dalej
Zbigniew Wodecki
Albert Zawada

Nikt tak nie kochał życia, jak Zbigniew Wodecki. „To był człowiek nieskazitelny…”

Zbigniew Wodecki – wielki artysta, pełen uroku mężczyzna, wspaniały przyjaciel. „Był to człowiek nieskazitelny. Był przyjacielem wszystkich”, mówił o nim Krzysztof Materna. 22 maja mija trzecia rocznica śmierci artysty.
Anna Zaleska
22.05.2020

Maj był zawsze jego ulubionym miesiącem. Cieszył się słońcem, spacerami, spotkaniami, jazdą z otwartym oknem w aucie. W maju najłatwiej kochać życie – a Zbigniew Wodecki na pewno je kochał i umiał je doceniać. W jednej ze swoich piosenek śpiewał: „Co było, przeszło, nie wróci/Wczorajszy smutek niech już nie smuci/Więc zostaw, zostaw wszystko…”. W wielu wywiadach powtarzał, że liczy się tylko to, co jest teraz, że warto chwytać dzień, nie oglądać się za siebie, nie żałować tego, co przeszło.  Do siebie miał dużo dystansu i traktował siebie z humorem. Na koncertach opowiadał nieraz dowcip o samym sobie: „Zbigniew Wodecki czołga się przez pustynię i jęczy: wody… W końcu spotyka karawanę i dostaje wodę – Wodecki nalewa odrobinę w dłonie i… poprawia włosy”. Żartował też, że kiedy umrze, to jego imponująca grzywa nie zmieści się w trumnie…  Jego piosenki, jego głos i jego lwią grzywę znał w Polsce każdy. Na ulicy zagadywali do niego i starsi ludzie, i małe dzieci. Prosili o autografy, a on żartował, że dzień bez autografu to dzień stracony. Każdy jednak miał w głowie trochę innego Zbigniewa Wodeckiego. Dla jednych był wykonawcą przebojów, które stały się klasyką polskiej piosenki: „Z tobą chcę oglądać świat”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”… Innym kojarzył się z hitami „Chałupy” i „Pszczółka Maja”. Przez lata cieszył się popularnością jako najsympatyczniejszy juror w „Tańcu z gwiazdami”. Wydawało się, że jest już skazany tylko na rolę szanowanego seniora, kiedy w 2013 roku wydarzyła się rzecz niezwykła. Do 63-letniego artysty przyszli muzycy z Mitch & Mitch z propozycją wspólnego nagrania jego debiutanckiego albumu „1976”. Dzięki...

Czytaj dalej
Mat.prasowe

Życie Robina Williamsa, choć pełne sukcesów, było jak ponury żart

Robin Williams, według magazynu „Entertainment Weekly”, najśmieszniejszy człowiek na ziemi cierpiał na depresję, był uzależniony od alkoholu i kokainy. Mając 63 lata, popełnił samobójstwo.
Sylwia Arlak
21.07.2020

Żona Robina Williamsa, Susan wspominała, że tamtego dnia wieczorem czule się pożegnali – jak zwykle. W jednym z wywiadów mówiła, że widziała, jak jej mąż szukał czegoś w swojej szafie, a w końcu wyszedł z iPadem, żeby poczytać przed snem. Wzięła to za dobry omen. Od miesięcy nie był zainteresowany lekturą.  Nawet nie oglądał telewizji. Potem zobaczyła, jak Robin idzie do swojej sypialni na końcu korytarza. Następnego dnia dochodziło już południe, gdy zorientowała się, że od poprzedniego wieczora jeszcze się nie widzieli. Nacisnęła klamkę, było zamknięte, Zapukała, na darmo. Asystentka za pomocą rozgiętego spinacza do papieru otworzyła zamek w drzwiach do sypialni. Zobaczyli wiszącego Robina – powiesił się na pasku od spodni. Robin Williams od dziecka zabawiał innych Swojego wymarzonego Oscara otrzymał za rolę terapeuty w filmie „Buntownik z wyboru” (nagroda dla najlepszego aktora drugoplanowego). Oprócz nagrody, otrzymał jeszcze trzy nominacje, w tym za rolę profesora literatury angielskiej ze „Stowarzyszenia umarłych poetów”. Widzowie kochali go też za lżejsze filmy – postacią ojca, który po rozwodzie udaje opiekunkę własnych dzieci w filmie „Pani Doubtfire” podbił serca milionów!  W trakcie 38-letniej kariery wystąpił w sumie w 74 filmach. Był wielbiony, nagradzany – i wciąż czuł pustkę. Urodził się 21 lipca 1951 roku, jako jedyne dziecko dyrektora Roberta i Laurie (modelki i aktorki) Williamsów. Rodzice nie byli idealnymi opiekunami, dziecko odrywało ich od ich pasji i zajęć.  Aby poradzić sobie z samotnością, już w wieku kilku lat Robin tworzył w głowie postaci i dialogi. W szkole nie było lepiej. Jako niezdarny chłopiec z nadwagą był...

Czytaj dalej
Wisława Szymborska
mat. prasowe

Wisława Szymborska, Ichna, Wisełka: „Czasami jestem podobna do siebie, a czasami nie”

Wisława Szymborska, pierwsza dama polskiej poezji, nie chciała opowiadać o swoim życiu i nie lubiła, gdy się o niej rozpisywano. Wolała, żeby mówiły za nią jej wiersze.
Sylwia Arlak
24.11.2020

O tym, że otrzymała nominację do literackiej Nagrody Nobla, dowiedziała się od dziennikarzy (była wówczas jedyną noblistką w historii, która poznała werdykt jeszcze przed oficjalnym komunikatem). Wypoczywała w pensjonacie Astoria w Zakopanem, gdy odwiedzili ją znajomi reporterzy. „Fotograf Adam Golec — już po ogłoszeniu wiadomości — uwiecznił na wspaniałych zdjęciach nieoficjalny wizerunek świeżo upieczonej noblistki: naprawdę zaskoczonej, roześmianej, z papierosem w ręce i z włosami w nieładzie. (…) Wisława Szymborska wyszła do dziennikarzy w rozciągniętym białym swetrze i w malinowej spódniczce wątpliwej urody. Była na wakacjach i stroje miała wakacyjne” — czytamy w książce Joanny Gromek-Illg „Szymborska. Znaki szczególne. Biografia wewnętrzna”. W 1996 roku wraz z upragnionym Noblem przyszła sława, która dla Szymborskiej była utrapieniem. „Dla niechętnie udzielającej się publicznie poetki szczególnie męcząca była rosnąca z dnia na dzień popularność. Stała się znana i rozpoznawalna, jej zdjęcia publikowały gazety, w telewizji co rusz pojawiały się poświęcone jej materiały, radio nadawało jej wiersze czytane przez popularnych aktorów. Jednym słowem — była sławna, jak gwiazdy filmowe w latach jej młodości, dla niektórych była » celebrytką « , ale też wiele osób nieczytających na co dzień poezji zachwyciło się jej wierszami” — pisze w swojej książce Gromek-Illg. Ludzi jednak interesowało też życie prywatne poetki. Chcieli wiedzieć, czy ma męża i dzieci. A jeśli nie, dlaczego? Jak mieszka i co robi w czasie wolnym? W miesiąc musiała udzielić więcej wywiadów, niż przez całe dotychczasowe życie. Jej przyjaciele z uśmiechem mówili o „tragedii sztokholmskiej”. Szymborska odetchnęła z ulgą, gdy po...

Czytaj dalej