Jakub Gierszał: „Zastanawiam się nad tym, dokąd idę”
Tomek Tyndyk
#czytajdlaprzyjemności

Jakub Gierszał: „Zastanawiam się nad tym, dokąd idę”

Jak znosił lata emigracji?
Magdalena Żakowska
23.01.2019

Jakub Gierszał debiutował w filmie Jacka Borcucha „Wszystko, co kocham” (2009), ale przełomem w jego karierze okazała się główna rola w „Sali samobójców” (2011) Janka Komasy, grał w „Hiszpance” Łukasza Barczyka. Ma 26 lat i status jednego z najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia. W rozmowie z Magdaleną Żakowską mówi o tym, jak bolała go emigracja, czym dla niego jest patriotyzm („Jest dużo ważniejszych tematów” – twierdzi) i o tym, czym kieruje się, wybierając filmy, w których gra.

 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

O czym, twoim zdaniem, jest „Hiszpanka”?

O powstaniu wielkopolskim.

 

Sceny pokazujące powstanie to góra 5 minut całego obrazu.

Nie podobał ci się?

 

Podobał. Czy zrozumiałam? Nie wiem.

To co ci się podobało?

 

Chyba właśnie to, że choć o powstaniu, to bez powstania. To w polskim kinie nowe. Do tej pory filmy historyczne żerowały na patriotyzmie i innych wzniosłych uczuciach. Konwicki mówił o nich filmy „na proszę wstać”.

Tak, „Hiszpanka” jest w tym sensie czymś nowym. Powiedziałbym, że to alternatywna wersja historii. Albo autorska opowieść historyczna. Łukasz Barczyk nie przywołuje faktów po to, żeby opowiedzieć o bohaterskiej walce o niepodległość, czy żeby fabularnie przywołać konkretne wydarzenia. Dla niego fakty i postaci historyczne są tylko pretekstem do snucia własnej opowieści. To mi się spodobało już na poziomie scenariusza. W czasie pracy docierało do mnie, jak potężną pracę faktograficzną wykonał. W tym filmie pokazanych jest jednak mnóstwo wydarzeń i ludzi, którzy tworzyli historię. Opowiadałem o „Hiszpance” mojemu dziadkowi, który interesuje się historią, i też był pod wrażeniem niektórych szczegółów.

 

To wróćmy do pytania pierwszego – o czym jest „Hiszpanka”?

Myślę, że paradoksalnie także o patriotyzmie, o którym mówiłaś, że go tu nie ma. Moja ulubiona scena to ta, w której Jan Peszek wygłasza zdanie o truskawkach. Że wolałby, żeby czerwień i biel kojarzyła mu się nie z krwią i honorem, tylko z truskawkami z bitą śmietaną. W ogromnym skrócie o tym jest dla mnie ten film. O innym modelu patriotyzmu, o którym nie uczymy się na lekcjach historii.

 

To jest patriotyzm na dzisiejsze czasy?

Nie wiem. Patriotyzm to słowo, którego wciąż się w Polsce nadużywa w różnych celach i wydaje mi się, że gdzieś po drodze straciło znaczenie. Ale może do końca tego nie rozumiem dlatego, że wychowałem się zagranicą?

 

A co dla ciebie znaczy słowo patriotyzm?

To, że jestem i pracuję tutaj? Żyjemy w globalnej wiosce, więc już z samego faktu, że decyduję się mieszkać w Polsce, że tutaj może założę kiedyś rodzinę, wychowam dzieci, tutaj płacę podatki, wynika, że zdecydowałem się oddać temu krajowi coś z siebie. Każdy, kto żyje i pracuje tutaj, tworzy fundamenty tego kraju. Wszyscy oddajemy mu nasze talenty, możliwości, siły, ale też bierzemy to, co w nim gorsze i lepsze. Nie usłyszysz ode mnie żadnych wzniosłych deklaracji. Truskawki ze śmietaną to jest wizja patriotyzmu, która mi odpowiada i tak go rozumiem. Nie wychodzę na ulicę 11 listopada – ani po to, żeby rzucać kamieniami, ani po to, żeby kamieniem dostać. Szanuję swoją twarz, bo nią pracuję. Co nie znaczy, że zgadzam się ze wszystkim, co się tu dzieje.

Rozmowa o patriotyzmie dziś wydaje mi się absurdem, to słowo w rozmaitych dyskusjach o „rację” straciło znaczenie. Jest tyle ważniejszych tematów – jak bezrobocie czy emerytury, opieka zdrowotna, kwestie, które dotykają każdego dogłębnie. A my krążymy wokół jakiś abstrakcyjnych pojęć.

 

Ale skoro w imię czyjegoś patriotyzmu ktoś może 11 listopada dostać kamieniem w głowę, to to już nie jest abstrakcja.

Wydaje mi się, że nie jestem odpowiednim człowiekiem, aby móc oceniać rzetelnie takie sprawy. Uważam, że często zdarza się tak, że skrajna idea zastępuje cel życiowy, który przez biedę, brak perspektyw i szans na realizację jest bardzo trudny do ustalenia. Wyjść z tego udaje się tylko jednostkom najsilniejszym. Większość jednak dogłębnie wchłania nową ideologię. Są to procesy znane, które powtarzają się od wielu lat w różnych kontekstach i krajach. Desperacja człowieka głodnego jest nieporównywalna do determinacji najedzonego. To jednak odrębny temat niż patriotyzm. Na przykład w Niemczech najwięcej współczesnych radykalnych nazistów pochodzi z regionów wschodnich, z biednych, małych miast i miasteczek.

 

Podobno twój pradziadek brał udział w powstaniu wielkopolskim?

Tak, mam nawet kilka pamiątek po nim – skserowany dowód, książeczkę wojskową, ordery. Ale poza tym niewiele wiem na ten temat. Mój dziadek zna tę historię lepiej.

 

Skąd pochodzi dziadek?

Z Poznania, to dziadek ze strony mamy.

 

A ty?

Urodziłem się w Krakowie. Ale zaraz po urodzeniu wyjechałem z rodzicami do Niemiec i do 11. roku życia mieszkałem w Hamburgu.

 

To skąd jesteś?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie znam odpowiedzi.

 

Nie zastanawiasz się nad tym?

Zastanawiam się nad tym, dokąd idę.

 

Niemiecki to był twój pierwszy język?

Pierwszy język to język matki, czyli polski. Ale pierwszy język, którego używałem poza domem – w przedszkolu, szkole, na podwórku – to był niemiecki.

 

Czułeś się tam jak u siebie?

Dziecko zna tylko taki świat, jaki zostaje mu pokazany, w tym sensie ja byłem u siebie. Mówiłem dobrze po niemiecku, bo od dziecka, ale zdradzało mnie moje dziwne nazwisko i rodzice, którym nauka języka przychodziła trudniej. Ale też bez przesady, w klasie, na osiedlu otoczony byłem różnymi narodowościami, więc nie czuliśmy się w tej emigracyjnej obcości jacyś osamotnieni.

 

Ale jednak obcość.

Dziś potrafię to tak nazwać. Wtedy odczuwali to moi rodzice. Ich perspektywa była znacznie bardziej bolesna niż moja. Ja w tłumie dzieci uchodziłem za niemieckie dziecko. Oni byli obcy zawsze i wszędzie. Życie na emigracji to nie jest miła sprawa. A przynajmniej wtedy nie była. Teraz to się bardzo zmienia. Poznałem ostatnio na planie dziewczynę, której rodzice wyemigrowali z Turcji do Szwecji. I choć jej uroda nijak na to nie wskazuje, ona bez zająknięcia mówi o sobie, że jest Szwedką. Być może jesteśmy po prostu pierwszym pokoleniem, które wychowało się w multikulturowej atmosferze. Co znacznie ułatwia adaptację.

 

Twój tata jest reżyserem teatralnym. W Hamburgu pracował w teatrach?

I tak, i nie. Zdarzało się, że nie było dla niego pracy i wtedy jeździł na taksówce albo rozwoził pizzę.

 

Co było najgorsze w emigracji?

Wydaje mi się, że najgorsze było zafałszowanie własnej tożsamości. Desperacka próba, by na siłę dopasować się do tej nowej rzeczywistości. Moi rodzice wyjechali z Polski w 1988 r., bo uciekali przed systemem, tyle że w Niemczech też zderzyli się z systemem. Innym, ale to musiało być równie bolesne.

 

Rok później w Polsce skończył się PRL.

Ale jak tu wrócić ! Co powiedzieć ludziom, z którymi rok wcześniej żegnali się na zawsze, z hasłem, że „już nigdy”? Część ludzi wróciła, ale większość jednak została na emigracji. A z tych, którzy zostali, wielu wraca dopiero teraz, po 30 latach.

 

Ty wróciłeś do Polski po 11 latach. Z mamą. To pewnie też nie było łatwe.

Kompletna zmiana otoczenia. Trudność, bo nie mówiłem dobrze po polsku. Na przykład programów radiowych w ogóle nie rozumiałem, bo w radiu mówi się szybko. Jak w klasie każde dziecko miało przeczytać akapit tekstu, to kiedy wypadało na mnie, zapadała grobowa cisza. Nie potrafiłem nawet poprawnie powiedzieć, że nie potrafię po polsku czytać. Zresztą polska edukacja to temat na oddzielną rozmowę. Zdziwiłem się, kiedy się okazało, że w polskiej szkole trzeba się przed klasą ustawić w dwurząd i powiedzieć chórem „Dzień dobry, proszę pani”, a potem stać przy ławce, dopóki nauczycielka nie usiądzie. W Niemczech poszanowanie u kolegów zdobywało się, m.in. dostając dobre oceny. W Polsce – odwrotnie, trzeba było mieć same pały i mocniej bić kolegów. W Niemczech rodzice spotykali się na wywiadówki w knajpach, a do nauczyciela mówiło się na ty. W Polsce wszystko było formalne i sztuczne. Byłem w pięciu szkołach i w każdej było tak samo.

 

Dlaczego w aż tylu?

Akomodacja to nie jest łatwa rzecz.

 

Kiedy zdecydowałeś, że zostaniesz aktorem?

Nigdy. Zdawałem do szkoły teatralnej, żeby się otrzeć o coś, co wydawało mi się ciekawe. Bo aktorstwo to jest praca z samym sobą i nad sobą. Trzeba sobie zadawać pewne pytania i wobec nich odpowiedzialnie stanąć. I poznać jakąś prawdę o sobie. Wtedy wydawało mi się, że to jedyny sposób, żeby dowiedzieć się, czego chcę od życia. Do dziś nie wiem, czy chcę być aktorem. Pracę mam i bardzo się z tego cieszę, ale nigdy nie miałem poczucia, że oto kroczę wybraną przez siebie drogą. Tak mi się życie ułożyło.

 

Mateusz Kościukiewicz, Dawid Ogrodnik, Marcin Kowalczyk i ty – byliście w Krakowie na jednym roku. A teraz zdominowaliście polskie kino. Przypadek?

Z tej krótkiej perspektywy czasu wydaje mi się, że wszyscy mieliśmy bardzo silną chęć wyrażenia siebie. I dużo szczęścia, bo dostaliśmy możliwość, żeby to spełnić. I nie chodzi tu o karierę, a na pewno nie o pieniądze. Każdy z nas poszedł trochę inną drogą, ale też każdy mógłby zagrać w serialu, a jednak żaden tego nie robi. Poza tym urodziliśmy się w lepszych czasach. Gdy patrzę na starszych kolegów, to widzę, że oni nie mieli takiego komfortu wyboru, jak my dzisiaj.

 

Role w swoich pierwszych filmach – „Wszystko, co kocham” i „Sali samobójców” – wygrałeś w castingach. Nadal bierzesz w nich udział, czy reżyserzy już się do ciebie sami zgłaszają?

Rolę w „Hiszpance” zaproponował mi Łukasz Barczyk, zrobiliśmy zdjęcia próbne. Nadal biorę udział w castingach. Wielu. Ich liczba nadal nie jest współmierna do liczby zagranych potem ról. To jest w naszym zawodzie normalne.

A jakie masz kryteria, jeśli chodzi o filmy?

Film, czy raczej scenariusz, traktuję jako wypowiedź. I wybieram te, które wydają mi się ważne lub ciekawe. Uważam, że aktor bierze odpowiedzialność nie tylko za swoją rolę, podpisuje się pod całością.

 

Przełomem w twojej karierze była rola w „Sali samobójców”.

Tak. Pierwsza główna rola. I temat, który mnie dotykał, a to zdarza się rzadko.

 

Dlaczego?

Bo ten film mówi o realnym problemie. Z jednej strony bardzo aktualnym problemie zagubienia nastolatków, a z drugiej – rodziców, którzy utracili dzieci – ta druga perspektywa interesowała mnie zresztą dużo bardziej.

Dlaczego?

Bo z samobójstwem jest ten kłopot, że najbardziej cierpią ci, którzy zostają.

 

Scena, w której twój bohater popełnia samobójstwo i krzyczy „mamo”, to chyba najmocniejsza scena z tego filmu. Wszyscy jesteśmy i zawsze pozostaniemy dziećmi naszych matek. I to dziecko mieszka w nas na zawsze.

Bo tak jest. I to wychodzi w skrajnych momentach – rozpaczy, bezsilności.

 

Jesteś dojrzałym człowiekiem?

Na pewno z upływem lat człowiek nabiera doświadczenia. Stara się nie popełniać tych samych błędów, bierze większą odpowiedzialność za relacje. Ale w wymiarze duchowym dobrze jest to dziecko w sobie pielęgnować.

 

Grasz także w niemieckich filmach. Jak patrzysz teraz na Niemcy? Lubisz ten kraj?

Lubię tam czasem wrócić. To dla mnie podróż w przeszłość, gdzie mogę się dowiedzieć czegoś o swojej nieświadomości, tak jakby tam zostały zapisane kartki papieru, które mogę odczytać tylko po przekroczeniu granicy, tutaj nie mam do nich dostępu. Natomiast potem czas wracać do Polski, bo – jak to się mówi – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

 
Rozmowa z Jakubem Gierszałem ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agata Trzebuchowska
mateusz nasternak

Agata Trzebuchowska: „Nie dzielę życia na to sprzed „Idy ” i po niej.”

Złote Globy ją rozczarowały, a oglądanie Oscarów – uśpiło.
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Po tym, jak „Ida” Pawła Pawlikowskiego zdobyła Oscara, Agata Trzebuchowska, odtwórczyni głównej roli, mogłaby przebierać w ofertach od innych reżyserów, tymczasem dla niej kariera aktorska niekoniecznie jest spełnieniem marzeń. Co więcej, sama twierdzi, że: „W roli Idy atutem okazał się mój absolutny brak cech, które są niezbędne, żeby być aktorem”. O „Idzie”,  filmowych nagrodach i planach na przyszłość z Agatą Trzebuchowską rozmawia Magdalena Felis.   Gdy cię ktoś teraz pyta, co słychać, to na którym miejscu wymieniasz nominacje do Oscara? Dalekim! Rok temu próbowałam oglądać Oscary w telewizji i odpadłam po 20 min. Choć oczywiście cały ten zgiełk wokół „Idy” zajmuje ważne miejsce w moim życiu. We wrześniu skończyłam studia, właśnie wróciłam z bardzo długiej podróży i przyznaję, że jestem dość bezbronna wobec tego, co dzieje się wokół mnie, bo w tym momencie nie mam nic swojego, w co mogłabym się chwilowo wrzucić. Ale nie dzielę życia na to sprzed „Idy ” i po niej.   Czy to była podróż festiwalowa? Tylko zaczęła się od festiwalu – w Rochester w stanie Nowy Jork. Dziwne miejsce ze specyficzną Polonią: dojrzali ludzie z dyplomami uniwersyteckimi, bardzo inteligenckie i zarazem konserwatywne środowisko. Potem był szalony Nowy Jork, niezależny i swobodny, bo znam już trochę to miasto, umiem się po nim poruszać, wiem, co mnie w nim interesuje. A później już moja własna wędrówka, czyli Panama, jeżdżenie po indiańskich wioskach, spanie z lokalsami pod jednym dachem i wreszcie cudowne Buenos Aires. Tyle emocji, że nie mogłam zająć myśli niczym innym. Przez pierwszych parę dni nie byłam w stanie ani czytać, ani oglądać żadnych filmów.   Złote Globy nie były...

Czytaj dalej