Jaka jest naprawdę polska prowincja? „Nie ma co się śmiać z disco polo czy odpustów”
Jacenty Dędek

Jaka jest naprawdę polska prowincja? „Nie ma co się śmiać z disco polo czy odpustów”

„Odwiedzaliśmy odpusty i festyny, robiliśmy zdjęcia na wyborach miss albo dniach miasta, podczas których zaproszeni panowie kulturyści prężyli pośladki. Byliśmy w wielu domach, spotykaliśmy naszych bohaterów na ulicach, zaglądaliśmy na podwórka”, opowiada fotograf Jacenty Dędek, autor albumu „Portretprowincji.pl”.
Sylwia Niemczyk
09.10.2020

Polska prowincja ma przypięte nie jedną, ale aż dwie gęby. Jedna to ta poczciwa: bieszczadzka, marzenie pracowników korporacji. Druga – to gęba roszczeniowego kombinatora, łasego na kolejne pięćsetki. A jaka jest ta prawdziwa twarz? Fotograf Jacenty Dędek i jego żona Katarzyna postanowili ją poznać. Przez sześć i pół roku odwiedzili ponad 600 miejscowości liczących nie więcej niż 30 tysięcy mieszkańców. Ona rozmawiała, on robił zdjęcia. Stworzony przez nich album „Portretprowincji.pl” przedstawia świat położony trochę dalej od głównych dróg. 

Sylwia Niemczyk: Wiem, że to najgorsze z pytań, ale je zadam: skąd pomysł? 

Jacenty Dędek: Jestem fotografem od prawie 30 lat, robiłem sporo fotoreportaży, przez co dużo jeździłem po kraju. Widziałem, jak Polska się zmienia. A że miałem w pamięci prace fotograficzki Zofii Rydet, w tym jej „Zapis socjologiczny”, stwierdziłem, że to jest moment, by ktoś, kto jest dokumentalistą-fotografem, wziął się do pracy. Zaczynaliśmy nasz projekt w 2011, wtedy o prowincji mówiło się prawie wyłącznie źle, w mediach sugerowano, że mieszkańcy wsi i miasteczek są sami winni swoim problemom. Nigdy nie chcieliśmy jechać z tezą, ale i tak na początku – uświadomiliśmy sobie to później – w naszych głowach pojawiały się jakieś stereotypy charakterystyczne dla ludzi z miasta. To było widać na pierwszych zdjęciach. Dlatego je wyrzuciłem. 

polska prowincja
Jacenty Dędek

„Urodziłam się na Wileńszczyźnie. Miałam osiem lat, jak nas wywieźli na Syberię. Pięć lat byliśmy w Tomsku. W 1946 wsadzili nas znowu do pociągu. W Sątopach na Warmii i Mazurach wyładowali. Sto sześćdziesiąt wagonów przyszło. Ludzie bali się. W jednym domu to sześć, osiem rodzin zamieszkało. A szczurów było ile… Boże, spać nie można było, po człowieku chodzili. Później każdy sobie sam gospodarki szukał”. 
(Maria, woj. warmińsko-mazurskie, 2014)

Co na nich zobaczyłeś?

Kiedy jedziesz w jakieś nowe miejsce, to jeszcze zanim tam dotrzesz, już masz w głowie jakiś jego obraz: zbudowany z wyobrażeń, lektur, z różnych rzeczy, które usłyszałaś od znajomych albo w telewizji. Na początku fotografowałem przede wszystkim sceny potwierdzające, że prowincja ciągle jest mocno osadzona w poprzednim systemie. To nie było właściwe spojrzenie, dopiero gdy wyrzuciłem te zdjęcia, otworzyłem się na coś innego, bardzo trudnego do uchwycenia i opisania. To było duże przeżycie, gdy pierwszy raz poczułem, że w końcu udało mi się być w tych fotografiach szczerym i otwartym na rzeczywistość. 

Pamiętasz to pierwsze „szczere” zdjęcie?

Pierwsze zdjęcie portretowe, po którym wiedziałem, że idę w dobrym kierunku, znajduje się na okładce naszego albumu pod obwolutą. To motocyklista w białym kasku. Portret młodego człowieka w swoim świecie, wolnego i odrębnego. Mieszkańcom prowincji cały czas przypisuje się złe cechy: że są pełni resentymentów i pretensji, że narzekają, umieją tylko wyciągać rękę po jałmużnę. A to nieprawda. To ludzie, którzy są bardzo zdeterminowani, pracowici, odważni, szczerzy.

Budujesz jakąś opozycję: szczera prowincja – fałszywa metropolia? 

Nie, zupełnie nie. Przeciwnie, przeciwstawiam się budowaniu jakichkolwiek opozycji. Nie chcę mieszkańców prowincji do nikogo porównywać. Opisuję ich takich, jakimi są. 

polska prowincja
Jacenty Dędek

„Najważniejsze zdrowie, jak jest, to wszystko człowieka cieszy. I póki zdrowie pozwala, to jakoś się ciągnie. Mama mi umarła w tamtym roku, w maju. Też na roli robiła, cały czas na roli. Buraki sieli, cały czas przy burakach, kurczę… I potem chorowała, już nie mogła chodzić, i kręgosłup wysiadł… Wszystko od tej roboty. Musiała umrzeć, przychodzi wiek, człowiek nie będzie przecież żył wiecznie. Nie tacy umierają, nie? Jak skromny, to nie szkoda takiemu umierać, ale takiemu, co ma ze trzy chałupy, ze cztery samochody, dużo pieniędzy, takiemu ciężko…”
(Julian, woj. warmińsko-mazurskie, 2011)

To mieszkańcy – a jaki jest świat, w którym żyją?

Jest bardzo trudny do zdefiniowania. Brakuje nam słów, żeby go dobrze opisać. Na pewno polska prowincja w jakiś sposób jest zawieszona między poprzednim systemem a dzisiejszym. Poza tym są różne prowincje, pomyśl o Kazimierzu Dolnym albo o Białowieży, gdzie kwitnie turystyka. My opowiadamy o tej drugiej, niedostrzeganej, zostawionej samej sobie. Na przykład: 30 lat temu został zamknięty PGR i dotąd nic nie powstało w zamian. Albo były zakłady produkcyjne, rzeźnia, cukrownia – dziś ich nie ma, czyli zniknęła masa miejsc pracy. Choć zmiany zaszły trzy dekady temu, ten deficyt jest wciąż bardzo odczuwalny. Oczywiście są też inne. 

Olga Gitkiewicz w książce „Nie zdążę” pisała, że przede wszystkim jest to brak transportu publicznego. 

Transport to bardzo ważna sprawa, na jego niedomaganiu zbudowane są kolejne. Ale mieszkańcy prowincji mierzą się też z brakiem szkół, bo wiele zostało zamkniętych, brakuje lekarzy, organizacji pomocowych. Jednak najważniejszy jest niedostatek miejsc pracy, który sprawia, że polska prowincja się wyludnia. Kiedy rozmawialiśmy z naszymi bohaterami, nieraz słyszeliśmy: „Chciałbym (chciałabym) mieć pracę”. Powiedz sama, czy to jest roszczeniowość – marzyć o pracy? Czy naprawdę można wymagać od ludzi, aby wyjeżdżali za pracą z miejsca, gdzie się urodzili, gdzie mieszka ich rodzina? Nieraz o tym lekceważąco mówią ci, którzy sami nigdy nie wyjechali albo jeśli już, to tylko turystycznie, i nie zdają sobie sprawy, jak trudna to jest decyzja. Rozmawialiśmy z kilkuset ludźmi i większość z nich nigdy nie chciałaby wyjeżdżać z rodzinnych stron. Chwalą sobie przestrzeń, spokój, bliskość rodziny. Ale często nie mają tam z czego żyć. W rozmowach z nami nie ukrywali tego, że jest im nieraz źle, mówili szczerze o tęsknotach, o nieszczęściach, ale to nie była żadna roszczeniowość czy narzekanie. W ogóle się z tym nie spotkaliśmy.

Jak wybieraliście cel podróży? Zamykaliście oczy i pukaliście palcem w mapę?

Mniej więcej tak to właśnie wyglądało. Mówiliśmy sobie, że dzisiaj jedziemy np. na Mazury albo na Kielecczyznę czy Śląsk. Obieraliśmy kierunek i potem meandrowaliśmy, czasem przez trzy dni, czasem dwa tygodnie. Albo na przykład pamiętaliśmy radiowe komunikaty o stanie wody w Wiśle na wysokości Zawichostu, więc raz powiedzieliśmy sobie: „Jedziemy zobaczyć Zawichost”. Spotkaliśmy tam właściciela promu, który opowiedział nam o swoim życiowym marzeniu: chciałby wygrać milion w Lotto. Kasia spytała, co by zrobił z tym milionem, na co by go wydał. A on bez zastanowienia: „Kupiłbym nowy prom”. 

polska prowincja
Jacenty Dędek

„U nas niedawno, tu po sąsiedzku, powiesił się mężczyzna. Żona pojechała do tego Londynu, pięcioro dzieci też mieli, znałam ich osobiście. Jak ona pojechała i dzieci zostawiła, a najmłodsze miało cztery lata, to po kilku latach zażądała rozwodu. I on teraz, przed samymi świętami, poszedł do stodoły się powiesić. Przystojny facet. I pracowity. I miał fach w ręku. A ona się tam zakochała czy coś. Jakąś swoją pierwszą miłość spotkała, szczęścia szukała...”
(Irena, woj. mazowieckie, 2014)

Łatwo było wam zdobyć zaufanie mieszkańców prowincji? Przyjeżdża dwoje obcych z aparatem, z dyktafonem…

Nigdy nie ukrywałem aparatu i zawsze mówiliśmy, co robimy i po co. Udawało nam się budować szczere relacje. Zaufanie, które budziło się w naszych bohaterach, nie było skierowane do „fotografa”, tylko do mnie, Jacentego Dędka. Jeśli jesteś szczery w tym, co robisz, to jest duża szansa, że ktoś ci zaufa. 

Prosiliśmy mieszkańców małych miejscowości, żeby powiedzieli, kim są, co jest dla nich ważne, i widzieliśmy, że oni mieli wielką potrzebę opowiedzenia własnej historii, bycia dostrzeżonym. Dla nas te intymne rozmowy i portrety miały największą wartość. Choć odwiedzaliśmy też odpusty i festyny, robiliśmy zdjęcia na wyborach miss albo święcie miasta, gdzie panowie kulturyści prężyli pośladki ku uciesze dzieciaków. W małych miejscowościach na odpust naprawdę się czeka i nie ma co się śmiać z koncertu disco polo czy wyborów miss, bo one ubarwiają tamtą codzienność. 

Wydałeś piękny album. A co, poza zdjęciami, dał ci twój projekt?

Gdy wchodzisz w czyjeś życie, słuchasz o czyichś losach, to twoje problemy karleją. Ale też słuchając, uczysz się i mądrzejesz. Gdybyśmy nie wyjechali w Polskę, nigdy nie spotkałbym na przykład pana Mariana, który ma 93 lata i opowiada: „Człowiek sam sobie życia nie wyznacza, ma los przeznaczony i tym losem przeżyje”. Bardzo mocno żyją w nas historie naszych bohaterów, ale tak samo mocno żyją w nas ich słowa. Często do nich wracamy.

Jacenty Dędek – fotograf i dokumentalista. Wieloletni współpracownik polskiej edycji „National Geographic” Publikował  m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Polityce”, „Przekroju”, „Newsweeku”.

Cytaty zamieszczone w wywiadzie pochodzą z albumu „Portretprowincji.pl”. Więcej zdjęć, a także możliwość kupienia albumu na:  Portretprowincji.pl.

***

Rozmowa z Jacentym Dędkiem ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
fot. East News
fot. East News

Wszystkie Rosjanki kochają Putina? Opowiada znawczyni Rosji, Anna Wojtacha

Te na wsi pracują ponad siły i znoszą niewyobrażalną biedę. Te w Moskwie kupują brylanty i ubrania od Chanel. Co je łączy?  Opowiada Anna Wojtacha, dziennikarka, która przejechała Rosję wzdłuż i wszerz.
Bartosz Janiszewski
10.08.2020

Między Warszawą a Moskwą są dwie godziny różnicy. Między Moskwą a Władywostokiem ponad siedem, a ludzie żyją tam kompletnie inaczej. To całkiem odmienne światy. A kobiety z tych światów łączą wyłącznie religia, język i prezydent Putin, którego kochają niemal wszystkie. Dla Rosjanek Putin to ulepszona wersja samca alfa. Nie pije, za to ma władzę. O tym jak wygląda życie kobiet w Rosji, dlaczego wiele z nich wybiera na męża Chińczyka i czym jest słynna rosyjska dusza, rozmawiamy z Anną Wojtachą,  dziennikarką i korespondentką wojenną. Od lat zafascynowana Rosją, po której samotnie podróżowała. Jej książka „Zabijemy albo pokochamy” (wyd. Znak Literanowa) to zbiór opowieści o spotkanych tam ludziach. Putin i kobiety Bartosz Janiszewski: Ze wszystkich Rosjanek, które pojawiają się w pani książce, najmocniej zapamiętałem Ninoczkę.  Anna Wojtacha: Ja też. Długo nie mogłam się uporać z jej śmiercią.  Myślałem, że jako reporter wojenny nauczyła się pani na to znieczulać.   Bohaterów do tej książki poznawałam przypadkiem. Nie chciałam szukać konkretnych postaci do konkretnych tematów. Brałam kilka miesięcy urlopu w redakcji, plecak i podróżowałam po Rosji. Ninę zapytałam o drogę na ulicy.  Godzinę później siedziałyśmy przy herbacie, a ona mówiła mi prosto w oczy, że jest dziwką. Było coś, co sprawiło, że się zaprzyjaźniliśmy. Nina łączyła w sobie dwie dusze, które teoretycznie nie powinny się spotkać w jednej osobie. Dziecko i kurwę. Dostawała amoku w sklepie z zabawkami na widok pluszowego misia, a kilka godzin później z zimnym wyrafinowaniem prostytutki negocjowała z klientem cenę i zakres usług. Dualizm słabości i siły u kobiety jak w...

Czytaj dalej
Dom Pomocy Społecznej w Broniszewicach
Rafał Masłow

Zakonnice-pingwinki z „Domu Chłopaków” w Broniszewicach budują dom dla chorych na autyzm

„Czekałyśmy na cud – i się wydarzył”
Sylwia Niemczyk
25.02.2020

Kiedy szłam do zakonu, nie sądziłam, że kiedykolwiek zostanę mamą, i nie żałowałam tego. A dzisiaj codziennie słyszę słowo: mamusiu”, mówi siostra Tymoteusza, jedna z dominikanek z Domu Pomocy Społecznej w Broniszewicach. Rok temu dla swych podopiecznych wybudowały nowoczesny Dom Chłopaków, o którym mówiła cała Polska. Właśnie zaczęły budowę drugiego. Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Oglądacie sobie jeszcze czasem wasz filmik z tańcem pingwina? s. Eliza: Nie muszę, bo znam go na pamięć. Ale kiedy go sobie przypominam, to ciągle mnie śmieszy! s. Tymoteusza: Lubimy go bardzo i rzeczywiście dwa lata temu przyniósł nam rozgłos. Ale nasza historia z Domem Chłopaków zaczęła się dużo wcześniej.  Opowiecie ją w takim razie od początku?  s. Eliza: Początek był chyba taki, że obie – najpierw Tymka, ja rok później – zostałyśmy przez naszą matkę przełożoną oddelegowane do Broniszewic. Z zadaniem, by postawić na nogi tutejszy Dom Pomocy Społecznej dla niepełnosprawnych dzieci i młodzieży.  s. Tymoteusza: Gdy przyszłam tu w 2013 roku, to jakbym weszła do innego świata. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz tę nędzną kolację dla chłopaków, to byłam w szoku. Pierwsze tygodnie przepłakałam. Wcześniejsze lata pracy z dziećmi przyzwyczaiły mnie do tego, że co jak co, ale na jedzenie dla dzieci nie brakuje pieniędzy. A tu okazało się, że to nieprawda.  s. Eliza: Domy pomocy społecznej w Polsce w dużej mierze zależą od organizacji charytatywnych. A o naszym domu wtedy jeszcze prawie nikt nie wiedział. Więc wciąż nam na coś brakowało. Na buty dla chłopaków, jedzenie. Na pieluchy, bo NFZ refunduje tylko dwie na dobę – chciałabym, żeby geniusz, który to wymyślił, pobył tak sobie w jednej pieluszce od rana do wieczora....

Czytaj dalej
East News

Grace Kelly i książę Rainier: bajkowy ślub i tragiczny koniec

Grace Kelly dla księcia Rainiera zrezygnowała z kariery w Hollywood i zrzekła się amerykańskiego obywatelstwa. Wniosła do małżeństwa dwa miliony dolarów, tolerowała zdrady męża i awantury. A potem nastąpił tragiczny finał.
Sylwia Arlak
12.11.2020

Nawet jako uznana gwiazda filmowa nie spodziewała się takiego zainteresowania. W dwudniowej uroczystości weselnej Grace Kelly i księcia Rainiera III Grimaldiego w katedrze św. Mikołaja w Monako uczestniczyło ponad 3000 gości. Transmisję z „jednego z najpiękniejszych ślubów, jakie widział świat” (jak rozpisywały się o nim media) obejrzało ponad 30 milionów ludzi na całym świecie. Suknia księżniczki miała wysoki dekolt, kilka halek i starodawną koronkę składającą się z setek malutkich pereł. Trzydzieści szwaczek szyło ją przez sześć tygodni. Podobno na tej ślubnej kreacji wzorowana była suknia Kate Middleton. „Mama opowiadała, że to było przytłaczające wydarzenie. Mówiła, że określenie »podekscytowana « czy »uszczęśliwiona « nie oddawało w pełni jej uczuć” — mówił wiele lat później syn słynnej pary, książę Albert. On przepadł, ona go zbywała Nie była to jednak miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy Grace po raz pierwszy spotkała księcia Rainiera, nie była nim zainteresowana jako mężczyzną. Stwierdziła jedynie, że jest „niezwykle uroczy”. On przepadł momentalnie. 26-latkę uznawano za jedną z najbardziej oszałamiających kobiet w Ameryce. Rolami w takich filmach, jak „Dziewczyna z prowincji” (za którą otrzymała Oscara), „Mogambo” (ta rola również przyniosła jej nominację), „Okno na podwórze”, czy „M jak morderstwo”, udowodniła, że ma do pokazania znacznie więcej niż ładną buzię. Jej zagorzałym fanem był m.in. Alfred Hitchcock, z którym nakręciła trzy filmy. Nie mniej niż o jej rolach, rozpisywano się o kolejnych romansach. Spotykała się m.in. ze (starszym od niej o 28 lat) Clarkiem Gable i Rayem Millandem (o którym mówiono, że jest miłością jej życia). Z...

Czytaj dalej
27 śmierci Toby’ego Obeda
Unsplash

Były torturowane, głodzone, molestowane. Kanada przeprasza skrzywdzone dzieci – rozmowa z autorką „27 śmierci Toby’ego Obeda”

Joanna Gierak-Onoszko w nominowanej do Nike książce „27 śmierci Toby’ego Obeda” opisała, jak państwo kanadyjskie przy udziale Kościoła prowadziło akcję wynarodowienia dzieci Indian i Inuitów.
Dominika Buczak
24.08.2020

Kanada to kraj jak z pocztówki: otwarty, tolerancyjny, kolorowy. W rządzie proporcjonalne przedstawicielstwa płci i mniejszości. Ale na barwnych obrazkach z Kanady brakuje jednego: jej rdzennych mieszkańców. Dlaczego? Okazuje się, że ci, którzy witali białych Europejczyków, zostali potem przez nich zepchnięci na margines społeczeństwa. Ich dzieci trafiały do szkół z internatem, siłą odbierane rodzinom. Gdy wracały po kilkunastu latach, cierpienie, którego doświadczyły, nie pozwalało im dalej żyć.  Joanna Gierak-Onoszko w Toronto spędziła dwa lata. W książce „27 śmierci Toby’ego Obeda” odkrywa mroczne tajemnice Kanady. Opisuje też, w jaki sposób kraj sobie radzi z trudną historią. Dominika Buczak: Czy jadąc do Kanady, miałaś pojęcie o trudnych relacjach między jej mieszkańcami? Czy raczej jechałaś do kraju rządzonego przez Justina Trudeau, otwartego i niedyskryminującego nikogo? Joanna Gierak-Onoszko: Znałam, oczywiście, treści, które powiela polska prasa rozkochana w premierze Trudeau. Na miejscu zajęłam się urządzaniem mieszkania w Toronto, adaptowaniem dzieci do nowych warunków, języka, szkoły, przedszkola, systemu. Nie szukałam trudnych tematów. Chciałam doświadczyć Kanady z obrazka, zacząć nowe życie w Nowym Świecie, bez obciążeń i balastu. Oczywiście tak się nie da.  Jeszcze przed wyjazdem mój wujek wspomniał o tym, że dzieci rdzennych mieszkańców były w Kanadzie odbierane rodzicom i zamykane w szkołach z internatem, ale schowałam tę opowieść na samo dno bagażu. Wróciła do mnie po roku, kiedy przez Kanadę przetaczała się narodowa debata o winie i pojednaniu.  Czy pojednanie jest tematem numer jeden w Kanadzie? Mówi się o nim wszędzie – w mediach lokalnych, mediach głównego nurtu, a także w mediach,...

Czytaj dalej