Jak uchronić świat przed kolejnym „Auschwitz”. Rozmowa z Niną Majewską-Brown
Maciej Januchowski, bookalog.pl

Jak uchronić świat przed kolejnym „Auschwitz”. Rozmowa z Niną Majewską-Brown

- Docieram do niezwykle brutalnych zdjęć i relacji, których potem nie sposób zapomnieć. Nie epatuję tym w swoich książkach, bo uważam, że o wojennym okrucieństwie powiedziano już tyle, że czytelnik pewne rzeczy jest w stanie sobie „dowyobrazić” – opowiada autorka „Ostatniej "więźniarki" Auschwitz” i zdradza, jak na jej życie wpłynęło zgłębianie wojennych zbrodni. 
Materiał partnera
02.02.2021

Zamknij na chwilę oczy i pomyśl, jak wygląda współczesny świat. Pomyśl o swojej pracy, rodzinie, życiowych osiągnięciach i doświadczeniach. Pomyśl o marzeniach i tym, co stoi na drodze w ich realizacji. Przypomnij sobie beztroskie chwile, kiedy śmiałaś się jak dziecko i te, kiedy wzruszenie odbierało ci mowę. Ot, życie - można powiedzieć. Ktoś doda - normalność. W takim momencie życia poznajemy nastoletnią Mimi Guzik, główną bohaterkę „Ostatniej "więźniarki" z Auschwitz”, najnowszej powieści Niny Majewskiej-Brown. 

mat. prasowe

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Dysonans, którego nie da się pojąć

Mimi o niczym tak nie marzyła, jak o wyjeździe do Warszawy - miasta, w którym niegdyś żyli jej rodzice i gdzie nadal jest jej dalsza rodzina. Nieustannie rozmyślała, jak cudownie byłoby poznać te wszystkie ciotki i kuzynów, o których opowiadała jej mama. Jak niesamowitym doświadczeniem będzie zwiedzanie tych wszystkich miejsc, które opisywała jej rodzicielka, nie kryjąc nigdy swej tęsknoty za stolicą Polski. Nie sposób opisać radości nastolatki, gdy w końcu dostała zgodę na wyjazd. Nikt się nie spodziewał, że już nigdy nie wróci do domu ze swych upragnionych wakacji. 

Jesteśmy świadkami pierwszych spotkań Mimi z krewnymi z Warszawy. Poznajemy ich, wpadamy w rytm ich codzienności. Wraz z nastolatką zachwycamy się infrastrukturą stolicy, sklepami, restauracjami i rozrywkami, które oferuje duże, europejskie miasto. Udziela nam się zachwyt i beztroska głównej bohaterki. Choć w gazetach coraz częściej pojawiają się niepokojące wzmianki o działaniach Hitlera, nieszczególnie się nimi przejmujemy. Bo jak to możliwe, by dzisiejszy spokój, jutro zamienił się w piekło na ziemi? 

Tęsknota za rodziną, wyrzuty sumienia, strach

Z dnia na dzień na niebie pojawiają się niemieckie samoloty. Bombardowany jest cały kraj. Mimi, wraz z krewnymi, u których mieszka, co chwilę zbiega do piwnicy. Zaczyna brakować jedzenia, a na ulicach Warszawy pojawiają się żołnierze Hitlera - człowieka, o którym wiadomo dziś, że stworzył ludziom prawdziwe piekło na ziemi. Nasza bohaterka nie jest już tą samą, beztroską dziewczyną. Tęsknota za rodziną, strach i głód zaglądający do oczu odciskają piętno. Jednak najgorsze dopiero nadejdzie. 

W wyniku nieoczekiwanego splotu zdarzeń nasza bohaterka zostaje aresztowana. Towarzyszymy w jej przesłuchaniach, niemalże czując uderzenia i kopniaki, które co i rusz otrzymuje. Mimi spędza 18 miesięcy na Pawiaku, dalej przez 3 miesiące przesłuchują ją na Szucha, później są Majdanek, Ravensbrück i Buchenwald. Niewyobrażalne okrucieństwo, które widzi i którego doświadcza, trudno opisać słowami. Aż trudno uwierzyć, że po wyzwoleniu obozu w Auschwitz Mimi wraz z mężem, także byłym więźniem, zamieszka za drutami obozu w jednym z byłych esesmańskich budynków i… będzie tam szczęśliwa. 

Radosny, dziecięcy śmiech w miejscu zagłady

To w dużej mierze dzięki Annie Odi świat dowiedział się o historii Mimi Guzik i jej męża Józefa, którzy współtworzyli Muzeum Auschwitz-Birkenau wraz z innymi ocalałymi. „Ostatnia "więźniarka" Auschwitz” to niezwykła opowieść nie tylko o II wojnie światowej i piekle, jakie zgotował Hitler, ale także o miłości od pierwszego wejrzenia i walce o pamięć o tych, którzy zginęli w obozach zagłady. Anna Odi jest najmłodszą córką Mimi i Józefa, która - podobnie jak jej starsze siostry - urodziła się i wychowała na terenie byłego obozu, która zna każdy jego zakamarek i każdą, najbardziej odrażającą zbrodnię. Ale czy faktycznie czuje się więźniarką tego miejsca? Tego już musicie dowiedzieć się sami…

Rozmowa z Niną Majewską-Brown, autorką „Ostatniej "więźniarki"  Auschwitz”

"Ostatnia „więźniarka” Auschwitz" to nie pierwsza Pani książka poruszająca temat obozów koncentracyjnych i więźniów. Jak zrodził się pomysł, żeby zająć się tym wstrząsającym okresem naszej historii?

Nigdy nie sądziłam, że będę pisać o jakimkolwiek obozie koncentracyjnym. Auschwitz pojawiło się w moim życiu za sprawą osiemdziesięcioletniej przyjaciółki. To ona poprosiła, żebym spisała historię jej rodziny, a ściślej mamy, która do obozu trafiła jako zakładniczka za męża. A potem w jakiś magiczny sposób wszystko się potoczyło: pojawiły się kolejne osoby, które pragnęły, abym ocaliła pamięć o ich bliskich. I tak się stało również w przypadku "Ostatniej „więźniarki” Auschwitz". Pani Anna Odi, która od wielu lat pracuje w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau (poznałyśmy się, gdy pisałam wcześniejsze książki) i do dziś mieszka na terenie byłego obozu w dawnym budynku administracji SS, gdzie zapadały najgorsze z wyroków, poprosiła, abym utrwaliła historię jej rodziców: Józefa, byłego więźnia Auschwitz, i Mimi, byłej więźniarki Pawiaka, Majdanka, Buchenwaldu i Ravensbrück. To właśnie oni po wojnie wrócili na miejsce kaźni, zamieszkali w prowizorycznym mieszkanku na Bramie Śmierci Birkenau i współtworzyli muzeum.

Nina Majewska-Brown i Pani Anna
archiwum prywatne

Gdy czytałam powieść, na początku denerwował mnie długi opis sielankowego życia Mirosławy Guzik i jej wakacji w Warszawie. Potem, gdy wybuchła wojna i jej życie było zagrożone, przeżywałam jej historię ze zdwojoną siłą – myślę, że właśnie przez to, iż wcześniej mogłam ją poznać i polubić. To był celowy zabieg?

Owszem, był to celowy zabieg, ale raczej nie miał na celu budowania sympatii dla bohaterów. Chciałam oddać, jak wyglądało życie w stolicy tuż przed wybuchem wojny. Że był to wakacyjny sielankowy czas, z teatrem i kabaretem w tle, miłymi rodzinnymi spotkaniami i spacerami po parkach, w gazetach pojawiały się banalne ogłoszenia drobne, a w czasie II Dorocznej Wystawy Radiowej wyświetlono pierwszy program telewizyjny. Nic nie zapowiadało wybuchu wojny. Owszem, dyskutowało się o napięciu politycznym w Europie, ale nie przewidywano takiego nieszczęścia. Mimi, która wraz z krewną, Zosią, po raz pierwszy przyjechała z Francji do Polski na dwutygodniowe wakacje, niespodziewanie znalazła się w centrum strasznych wydarzeń. Zosia zostawiła w domu półroczną córeczkę, którą zobaczyła dopiero po sześciu latach, Mimi w zasadzie już nigdy do domu nie wróciła. Zabrakło im dwóch dni, aby wsiąść do powrotnego pociągu. Tych niewiele godzin zdecydowało o tym, że ich życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.

Jak wygląda proces zbierania materiałów do książki? 

To bardzo żmudna i wymagająca praca. Po pierwsze, przeczytałam mnóstwo książek i dokumentów związanych z tym okresem. Po drugie studiuję materiały dostępne w archiwach IPN, PMA-B, rozmawiam ze świadkami, z byłymi więźniami. Wszystko po to, by nie przekłamywać historii, ale też aby stworzyć wiarygodną kanwę opowieści. W przypadku tej książki bardzo pomogła mi Pani Anna, która przez lata skrupulatnie zbierała pamiątki rodzinne, zdjęcia, zapiski, listy.

Nina Majewska-Brown i Pani Anna
Maciej Januchowski, bookalog.pl

Podejrzewam, że rozmowy z ocalałymi i ich rodzinami są ogromnym przeżyciem. Czy ich historie nie obciążają Pani psychicznie? Niejednokrotnie opisywała Pani potworne zbrodnie, cierpienie, głód, zniewolenie…

Pisanie o obozach koncentracyjnych, piekle, jakie ludzie zgotowali ludziom, o całym tym bestialstwie jest bardzo wyczerpujące emocjonalnie i kładzie się cieniem na duszy. Nigdy nie wiem, co znajdę w archiwalnej teczce. Docieram do niezwykle brutalnych zdjęć i relacji, których potem nie sposób zapomnieć. Nie epatuję tym w swoich książkach, bo uważam, że o wojennym okrucieństwie powiedziano już tyle, że czytelnik pewne rzeczy jest w stanie sobie „dowyobrazić”. Bardziej skupiam się na emocjach, niejako staję się moimi bohaterkami. Czuję strach, ogarnia mnie panika, niemal fizyczny ból i trudno się potem od tego uwolnić. Dlatego po każdej takiej książce spotykam się z moim psychologiem na sesji, żeby się oczyścić. To pomaga, choć i tak wszystko się we mnie kumuluje i odkłada. Ale dzięki temu coraz bardziej doceniam drobne rzeczy. Kładąc się wieczorem, dziękuję losowi, że mam łóżko, i coraz większą wagę przywiązuję do wspomnień: to jedyna rzecz, której nikt nie może mnie pozbawić. 

Czy usłyszała Pani kiedyś od czytelnika coś tak poruszającego, że zapamięta to do końca życia?

Tak. Kilka razy usłyszałam, że moje książki uratowały komuś życie, że zapaliłam dla kogoś światełko nadziei i odważył się zmienić swoją ścieżkę. To bardzo budujące, ale też uświadamia, jak wielką moc mają słowa. Najbardziej jednak wzruszają mnie rozmowy z byłymi więźniami. Dwukrotnie zdarzyło mi się, że ci starsi już ludzie po raz pierwszy zdecydowali się podzielić z kimś tym, co przeżyli w obozach. Chyba łatwiej zwierzyć się obcej osobie. Najbardziej jestem poruszona, gdy od byłych więźniów słyszę, że takie książki i tak opowiedziane historie są potrzebne i że mi za nie dziękują. Liczby nie mają twarzy ani emocji. Gdy słyszymy, że w Auschwitz-Birkenau zginęło 1,3 miliona osób, nie zastanawiamy się, czyje to były żony, bracia, dzieci. Ale gdy opowiadamy o poszczególnych rodzinach, mówimy poprzez ich uczucia, dramat, ból, tęsknotę, jesteśmy w stanie wyobrazić sobie grozę, jakiej doświadczali. 

archiwum prywatne Nina Majewska-Brown
archiwum prywatne

Jak Pani myśli, czy można wskazać jakieś cechy wspólne osób, które doczekały wyzwolenia? A może była to kwestia „szczęścia”? Główna bohaterka wielokrotnie mówiła, że niepewność i nieobliczalność oprawców stale jej towarzyszyły.

Nie było jednego przepisu na przetrwanie. Wszystko zależało od szczęścia, zbiegów okoliczności, do jakiego komanda zostało się przydzielonym i jak brutalny był kapo. Ale osoby, które przeżyły, w rozmowach ze mną niezmiennie podkreślały, że ważna była wola walki, bo ci, którzy się załamywali, zazwyczaj nie dożywali wolności. Ważna była wzajemna pomoc, wsparcie drugiego, ale też wspomnienia, tęsknota. Matki myślały o pozostawionych dzieciach i to im dodawało siły. Ale przede wszystkim to było kwestią szczęścia. Józef kilkakrotnie miał być rozstrzelany, cudem przeżył. To samo dotyczyło Mimi, która miała to szczęście, że znalazła przyjaciółkę, że od czasu do czasu dostawały paczki, że niemiecka rodzina przyjęła je, gdy uciekły z marszu śmierci, i ukrywała w swoim gospodarstwie ponad miesiąc.

Wiemy, że na świecie nie jest spokojnie. Są regiony, w których panują konflikty zbrojne, giną cywile, dochodzi do mordów na tle religijnym. Czy myśli Pani, że to, co stało się na terenie Polski, może się gdzieś powtórzyć?

Tak, oczywiście, nie mam wątpliwości. Może nie dokładnie „Auschwitz”, może nie na taką skalę, ale także teraz toczą się wokół nas brutalne konflikty, w których cierpią ludzie i w obliczu których jesteśmy bezradni. Wtedy wszystko zaczęło się od nietolerancji i nienawiści, to m.in. one doprowadziły do tego, że na mapie Europy pojawiły się obozy koncentracyjne. Myślę, że docenianie codziennych drobiazgów mogłoby nas uczynić lepszymi ludźmi. Dlatego apeluję, żebyśmy cieszyli się każdą chwilą, zaakceptowali siebie i polubili to, co odróżnia nas od innych, byli tolerancyjni dla odmiennych poglądów i postrzegania świata. Tylko to może uchronić nas przed wojną, przed kolejnym „Auschwitz”.

Czy pracuje już Pani nad kolejną powieścią? Jaką historię opowie Pani tym razem?

Tak, piszę kolejną książkę opartą na faktach i rodzinnych wspomnieniach. Zgromadziłam bardzo obszerny i interesujący materiał, myślę, że czytelnicy będą zadziwieni, jak los potrafi poplątać ścieżki. Zdradzę tylko, że tym razem nie będzie żadnego obozu koncentracyjnego, ale pojawią się esesmani, brutalna wojna i trudne decyzje, z których żadna nie będzie się wydawać właściwa. 

Materiał powstał z udziałem wydawnictwa Bellona

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Unorthodox Shira Haas
mat. prasowe

Po roli w serialu „Unorthodox” Shira Haas stała się gwiazdą

W „Unorthodox” widzowie pokochali ją jako Esty, która ucieka z chasydzkiej rodziny, by odnaleźć siebie. To jedna z najlepiej ocenianych ról w historii Netflixa!
Anna Zaleska
23.04.2020

Dwudziestoczteroletnia aktorka, mieszkająca na co dzień w Tel Avivie, pochodzi z rodziny, która ma mieszane węgierskie, czeskie i polskie korzenie. Jej dziadek był więźniem obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Z 86-letnią babcią, bardzo jej bliską, każdego roku obchodzi Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu, w Izraelu przypadający 21 kwietnia. W tym roku rodzina była razem przez media społecznościowe. Shira pisała na Instagramie: „Dzisiaj jest Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Moja babcia, miłość mojego życia, która przeżyła Holokaust, jest w kwarantannie, bez rodziny. Zdzwaniamy się wszyscy razem na Zoomie, by nawet w czasach korony, zwłaszcza w tym dniu, babcia nigdy nie była sama. Nigdy nie zapomnimy. Zawsze będziemy pamiętać”. Polskie korzenie Shiry Rodzice Shiry Haas urodzili się w Izraelu, ona również. Gdy miała rok, zamieszkali w Hod HaSharon i tam przyszła aktorka spędziła dzieciństwo. Trudno w tym przypadku napisać beztroskie dzieciństwo, bo w wieku trzech lat zachorowała na raka nerki i przeszła serię ciężkich zabiegów. Była 16-letnią studentką uczęszczającą do szkoły artystycznej Thelma Yellin High School of the Arts – gdzie miała zajęcia z muzyki klasycznej, teatru, tańca, filmu i jazzu – gdy na Facebooku otrzymała wiadomość od słynnego reżysera castingu z zaproszeniem na przesłuchanie. „Nie miałam wtedy agenta, byłam mało zorientowana w tym wszystkim. A on napisał do mnie coś w stylu: Cześć, przepraszam, że w ten sposób, ale szukamy aktorki do filmu, może przyjdziesz na przesłuchania? Widzę, że chodzisz na zajęcia teatralne. Nie jestem zboczeńcem, to moja praca”. Tak dostała swoją pierwszą rolę – w izraelskim dramacie „Królewna”, za którą była nominowana do nagrody OFIR, zwanej potocznie izraelskim Oscarem. W kolejnych ośmiu latach nie...

Czytaj dalej
Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku
Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku: „Nie żałuję ani jednego dnia z nim”

„Jeśli miałabym wskazać jedną cechę, która nas połączyła, to powiedziałabym, że nam się chciało. Mieliśmy głód życia, zapał do pokonywania przeszkód. Tony nie żyje, ale mi ciągle chce się chcieć. Myślę, że by się z tego cieszył. Jestem futuro, a nie retro. Patrzę do przodu” – mówi znana podróżniczka i pisarka.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Elżbieta Dzikowska – historyczka sztuki, sinolożka, legendarna podróżniczka, reżyserka (ur. 1937). Wraz z Tonym Halikiem stworzyła najpopularniejszy duet podróżników w Polsce. Ich program „Pieprz i wanilia” oglądało 18 milionów widzów. Autorka wielu książek. Bohaterka biografii „Dzikowska” napisanej przez Romana Warszewskiego. 6 września na festiwalu Doc Against Gravity miała miejsce premiera filmu o ich życiu: „Tony Halik”. Magdalena Żakowska: Kiedy czytałam o waszych podróżach, to ciągle zastanawiałam się, który element dzikiej natury przerażał panią najbardziej. Pająki? Węże? Owady? Elżbieta Dzikowska: Dzika natura nie przeraża mnie ani trochę, przecież jestem Dzikowska. Zresztą, lubię być blisko natury nie tylko podczas wielkich wypraw. Z pierwszym mężem, Andrzejem Dzikowskim, dużo podróżowaliśmy z namiotem. On łapał ryby, ja zbierałam grzyby, było co jeść, a przemieszczaliśmy się kajakiem. Z drugim mężem pływałam żaglówką.  Myślałam, że z pierwszym mężem była pani krótko. Wzięliście ślub jeszcze na studiach, a chwilę później wyjechała pani na swoją pierwszą wielką wyprawę – sześć tygodni w Chinach.  Nie było tak źle. Byliśmy sobie bliscy i blisko – po ślubie przez osiem lat wynajmowaliśmy pokój z możliwością korzystania z kuchni, a w sumie byliśmy ze sobą 17 lat. Z Tonym – 25 lat. Bez ślubu.   Nie potrzebowaliśmy go. Dla mnie Tony był mężem. Zawsze tak o nim myślałam. Jak byśmy sami sobie udzielili ślubu, to najważniejsze. Nie lubię słowa „partner” w kontekście związku uczuciowego. Ale mam wrażenie, że Tony Halik to był pani „partner in crime”, najlepszy towarzysz przygód....

Czytaj dalej
met 2020 wspomnienie met gala 2019 moda czerwony dywan Lady Gaga
East News

Jennifer Lopez, Kendell Jenner i inni wspominają Met Galę 2019 na Instagramie 

Rihanna w „sukience-omlecie” czy Katy Perry w kreacji inspirowanej żyrandolem? W tym roku święto mody się nie odbędzie, ale razem z gwiazdami możemy przeżyć te emocje jeszcze raz!
Zuzanna Szustakiewicz
06.05.2020

Na co dzień monumentalne schody przy Piątej Alei prowadzące do The Metropolitan Museum of Art to ulubione miejsce nowojorczyków i turystów. Można na nich przysiąść choćby po to, by zjeść bajgla i napić się kawy z papierowego (lub bardziej ekologicznie: wielorazowego) kubka. Ale w jeden dzień w roku te schody stają się częścią spektakularnej scenografii towarzyszącej najważniejszej modowej imprezie świata — Balowi Met.   First Monday in May   Choć sama impreza trwa pół dnia (i nocy) to przygotowania do „Pierwszego Poniedziałku w Maju” - jak o gali mówią ludzie z branży, zajmują cały rok. Nic dziwnego skoro Met Ball jest dla świata mody tym, czym rozdanie Oskarów dla świata kina.  Pierwsza gala Met odbyła się 1948 roku. To doroczne wydarzenie od początku ma charakter benefitu, na którym zbiera się fundusze na działalność Costume Institute. Od połowy lat 70. impreza ma motyw przewodni. Jest tematycznie powiązana z dorocznymi modowymi ekspozycjami w MET i jest jednocześnie imprezą inaugurującą te wystawy. Met Gala 2019 odbyła się pod hasłem „Camp: Notes on Fashion”. Dzień przed wydarzeniem okazało się, że dywan zamiast czerwonego będzie tym razem... różowy. Nie tylko zeszłoroczny dywan, ale i większość kreacji przejdzie do historii mody jako jedne z najbardziej spektakularnych. W końcu nie tylko ranga wydarzenia, ale sam temat, czyli kiczowata, przesadzone estetyka campu to był doskonały do tego pretekst.   Na różowym dywanie?   Poznajcie top kreacje tamtego wieczoru. W ciekawe w tym gronie znalazł się wyjątkowo mężczyzna. Billy Porter (modowe objawienie zeszłego roku) wystąpił w złotym kostium ze skrzydłami, a także samo wejście aktora, niesionego na platformie przez sześciu półbogów, było jak narodziny Feniksa. Oczywiście zachwyciła...

Czytaj dalej
Camilla Lacberg
mat. prasowe

Camilla Läckberg składa hołd kobietom, które są lojalne wobec innych kobiet

„Chcę rozsadzić klatkę, w której zamyka się kobiety” – mówi Camilla Läckberg, słynna na całym świecie autorka kryminałów, która właśnie rozpoczyna nową serię. Pierwsza część, „Złota klatka” to thriller o zemście, determinacji i sile charakteru.
Patrycja Pustkowiak
22.06.2020

Camilla Läckberg zasłynęła serią szwedzkich kryminałów o dociekliwej pisarce książek non-fiction, Erice Falck. Z wykształcenia jest ekonomistką, pisać zaczęła po tym, jak dostała od rodziny na urodziny kurs kreatywnego pisania. Każdy kolejny tom z jej serii o Erice stawał się bestsellerem – podobnie, jak pierwszy tom z nowej serii, wydany w 2019 r. „Złota klatka”. Jesienią 2020 r. ukaże się w Polsce drugi tom „Strebrne skrzydła”.  Patrycja Pustkowiak: Bohaterka pani nowej powieści, Faye, jest zamknięta w tytułowej „złotej klatce” komfortowego życia, które tak naprawdę skrywa przemoc. Faye żyje w małżeństwie, w którym nie ma równości, wciąż musi zadowalać swojego przemocowego męża.  Camilla Läckberg: Chciałam zająć się innym niż do tej pory typem bohaterki, przekonać się, jak daleko może posunąć się zdesperowana kobieta, by bronić siebie i swojego dziecka. I ile ma w sobie mroku. Faye chce wyzwolić się od czegoś, co ją stopowało, powstrzymywało jej rozwój. Opisałam ją w momencie, w którym musi na nowo odkryć siebie.  Zawsze, tak jest i tym razem, pisarsko motywowało mnie stawianie sobie nowych wyzwań. Myślę, że widać to w tej książce. „Złota klatka” jest czymś więcej niż thriller – to hołd dla kobiet, które są wobec siebie lojalne. Mamy z tym problem? Tak bywa. Łatwo wychwalać siostrzeństwo, a w praktyce wygląda to tak, że stajemy w obronie siebie, dopóki nie podważa to naszej lojalności wobec mężczyzny. Lojalność w stosunku do innych kobiet bywa postrzegana jako zagrożenie. Mówiła pani, że wcześniej nie miała odwagi napisać „Złotej klatki”. Dlaczego? Z wiekiem stawałam się silniejsza, odważniejsza. A odkąd skończyłam 40 lat, nie staram się już zadowalać...

Czytaj dalej