Jak po pandemii spojrzymy sobie w oczy? Rozmowa z reżyserką Moniką Strzępką
Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Jak po pandemii spojrzymy sobie w oczy? Rozmowa z reżyserką Moniką Strzępką

Jak spojrzymy sobie w oczy? Co sobie powiemy? Że poświęciliśmy tych, tych i tych? – pyta Monika Strzępka, reżyserka, która w duecie z Pawłem Demirskim rozprawia się w teatrze z nierównością i narodowymi mitami.
Wika Kwiatkowska
09.11.2020

Monika Strzępka i Paweł Demirski są jednym z najwybitniejszych duetów teatralnych w Polsce. Właśnie mieli wystawić w Teatrze Starym w Krakowie spektakl „Jeńczyna” opowiadający o naszych seksualnych lękach i fantazjach. Ale z powodu COVID-19 premiera została jednak przesunięta. Nam Monika Strzępka opowiada o świecie w pandemii i o tym, jaki może być po zarazie, oraz o prawdziwym, żywym teatrze, którego nie zastąpią żadne trasmisje na skypie czy zoomie.

Wika Kwiatkowska: Gdybym pół roku temu spytała, czego ci najbardziej w codziennym życiu brakuje, co byś odpowiedziała?

Monika Strzępka: Nie wiem, czy w ogóle sięgnę teraz tak daleko pamięcią. Pół roku temu siedziałam już trzeci miesiąc w Krakowie i miałam przed sobą jeszcze dwa miesiące. Robiłam tam po kolei dwa przedstawienia, dwie Joanny: najpierw „Świętą Joannę” w szkole teatralnej, potem „Joannę d’Arc na stosie” w operze. Strasznie mi brakowało kontaktu z bliskimi, to była drastyczna rozłąka, zwłaszcza z dzieckiem. Może i wyłam z tęsknoty, ale miałam wrażenie, że sama sobie zgotowałam tę sytuację, że właśnie wyciągam wnioski i że nigdy więcej. Mózg produkował jakieś myśli o zbyt wysokiej cenie rozłąki, jak to mózg. Jakoś się żyło. Ale wiadomo – zawsze się jakoś żyje. Człowiek się szybko przyzwyczaja.

Do tej nowej sytuacji chyba wciąż się przyzwyczajamy?

Zobacz, jak łatwo daliśmy się osadzić w tych naszych domowych celach. Powiedzieli: „siedzieć w domu” i karnie siedzimy. Bez użycia środków przymusu, w każdym razie rozumianych po staremu. Oczywiście będzie to miało swoją dynamikę, bo to też jest proces – pogodzenie, frustracja, agresja. Zwłaszcza że miliony ludzi zwyczajnie pozbawiono środków do życia. Ale jakoś żyjemy. Do niedawna można było nawet wyjść na spacer z rodziną, dzisiaj musisz udowodnić, że to konieczne.

Masz psa, żeby mieć kogo wyprowadzać na spacer?

Nie, mam 11-letnie dziecko. I niespecjalnie mogę je wyprowadzać. Mięśnie w zaniku. Ćwiczymy w domu, żeby nie zwiotczeć i nie zapomnieć, że nasze organizmy nie zostały stworzone do siedzenia na Skypie.

Dla higieny psychicznej?

Psychicznej i fizycznej, bo bez tego zaczynają się kłopoty z ciałem i mózgiem. W głowach nam się przecież robią odleżyny. I dobrze by było, żeby nam się nie zrobiły jeszcze gdzie indziej.

Wejść na scenę, spotkać ciało z ciałem

Na koniec kwietnia w warszawskim Teatrze Polskim była zaplanowana premiera spektaklu „M.G.”. W zapowiedzi czytamy: „W charakterystycznym dla swoich przedstawień groteskowym stylu Strzępka i Demirski fantazjują, co by było, gdyby gwiazda, która na co dzień naprawia podupadające restauracje i pomaga ich właścicielom wyjść z problemów, zajęła się Polską”. W ramach przymusowego domowego relaksu oglądasz „Kuchenne rewolucje” Magdy Gessler?

Teraz nie. Mam to już za sobą. Jesteśmy fanami, widzieliśmy wszystkie odcinki – stąd wziął się pomysł. Oczywiście pracujemy nad spektaklem, Paweł kończy tekst, zastanawiamy się, co możemy zrobić online. Ale prawda jest taka, że w przypadku teatru – niewiele. Mogę na przykład z aktorami przeczytać na komunikatorze tekst – raz, dwa razy. Ale to zadziała tylko w pewnym stopniu. I nie wynika to z podejrzliwego stosunku do pracy online – sama mam np. lekcje śpiewu przez Skype’a – da się to zrobić. Nie są oczywiście tak efektywne jak te na żywo, ale utrata efektywności jest akceptowalna. W teatrze, niestety, jest tak, że trzeba wejść na scenę i spotkać ciało z ciałem.

W filmie dokumentalnym „Ustalenia, które zostały ustalone” widać, jak pracujesz z aktorami – jest między wami silna interakcja, są emocje, bardzo dużo im sama pokazujesz.

To, że pokazuję, to pół biedy. Mogę się bez tego obejść. Ale po prostu teatr jest zjawiskiem, które nie może się odbywać online, bo traci swój rdzeń, powód, dla którego istnieje i który odróżnia go od innych dziedzin sztuki. Tak jak istota teatru polega na bezpośrednim kontakcie widza i aktora, tak próby wymagają komunikowania się w sposób bezpośredni. Aktor pracuje ciałem, w kontakcie z partnerem. Nie da się tego zrobić przez internet.

Oczywiście ludzie zaczynają teraz kombinować, wymyślać jakieś alternatywne formy funkcjonowania teatru – jesteśmy przecież technologicznie dosyć zaawansowani, ale to jest chwilowa proteza, ogryzek. Każdy człowiek teatru ci to powie. Nie da się wejść na próby w teatrze na kilka dni przed premierą i powiedzieć: „Dobra, jesteśmy gotowi! Siedzieliśmy na tych Zoomach i Skype’ach i za tydzień możemy dać premierę”. To jest po prostu niemożliwe, bo to proces, kontakt, dotyk, oddech, spojrzenie w oczy, a nie w pustkę obiektywu, po prostu fizyczna obecność drugiego człowieka... Te wszystkie wspaniałe rzeczy, które nam teraz odebrano.

A kiedy się obudzimy, znajdziemy się w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, którą miała się zająć M.G. w waszym przedstawieniu.

Teatr ma szansę reagować na to, co jest dzisiaj, teraz. Mamy wymyślone przedstawienie, ale tekst może jeszcze ewoluować, bo świat się zmienia. Zmienia się perspektywa ludzi, artystów. Jednak powrót będzie trudny. Oczywiście w swoim czasie artysta będzie wiedział, co mówić, bo tak działa ten instrument, którym jesteśmy. Ale chyba nigdy nie byliśmy w aż takiej sytuacji. Zobacz, rozmawiamy sobie o jakimś teatrze, przedstawieniu, kto ma psa czy dziecko, czy wychodzi na spacer, a w gruncie rzeczy jest pod skórą śmiech: po co?

Jesteśmy świadkami końca rzeczywistości, w jakiej dotąd żyliśmy. Czuję bezradność. Okazuje się, że wszystkie filary, na których jest oparta – nie chcę używać dużych słów, ale może już trzeba – nasza cywilizacja, państwowość, kultura – właśnie ujawniają glinianość kończyn, na których są zbudowane.

Czy świat jeszcze jest

W waszym serialu teatralnym „Klątwa, odcinki z czasu beznadziei” kilka lat temu padło pytanie: „Czy kraj jeszcze jest?”.

A teraz pada: „Czy świat jeszcze jest?”. Bo kraju – czy raczej państwa – nie ma w sposób dotkliwy. I chyba wszyscy to widzimy. Jest potop na biblijną skalę, a partia rządząca zamiast budować arkę, rozmyśla nad pływającą urną wyborczą i wodoodporną kartką do głosowania.

To rewolucyjna zmiana, katastrofa czy jeszcze coś innego? Jaka jest twoja intuicja?

Nie chcę wyciągać wniosków, wchodzić w obszar, gdzie będę czuła się jeszcze bardziej bezsilna. Wyciąganie wniosków, chlapanie na prawo i lewo po internetach wszystkim, co ten nasz mrówczy, bezradny umysł wyprodukuje – jest zajęciem ze starego porządku. Musisz mieć opinię. A na jakiej podstawie ja mam mieć opinię? I po co mi ona? Co mam z nią zrobić? Skąd mam wiedzieć, co się właściwie dzieje? Z internetu? Z prasy? Z komunikatów rządowych?

Nie mamy dostępu do informacji – bo już nie ma informacji. Jest wysypisko śmieci, a my siedzimy w kucki na tej hałdzie i grzebiemy. I wyciągamy, co się nam akurat bardziej przydaje. Jeden wyliże puszkę po fasoli, inny znajdzie prawie nieużywany, ale za to niedziałający zegarek. Trudno sobie wyobrazić świat „po”. Ludzie mówią, że może będziemy bardziej sieciowi, zdalni – a kto powiedział, że będzie internet, że będzie prąd? Nie wiemy tego. Może i ta wizja jest katastroficzna, ale jakbyśmy rozmawiały dwa miesiące temu i powiedziałabym: „Nie wiadomo, czy będą święta w tym roku i czy ludzie nie zostaną zamknięci w domach”, to powiedziałabyś: „Dobra, dobra. Ale wieszczy, ha ha, artystka – wariatka”.

Kasandra…

No właśnie – niedorzeczne. A jednocześnie jestem spętana kulturowym nawykiem, który mi mówi: „Bądź rozsądna, umiarkowana. Są rzeczy możliwe i są rzeczy niemożliwe!”. Ja już nie wierzę w żadne mechanizmy, o których nas zapewniano, że funkcjonują i będą wieczne. Ani w państwo, ani w demokrację. W kapitalizm to już nie wierzę od bardzo dawna. (śmiech) W demokrację zresztą też.

Yuval Noah Harari pisze o obecnych zagrożeniach, m.in. związanych z totalną inwigilacją, ale też o tym, że każdy kryzys jest także szansą. Być może epidemia pomoże ludzkości uświadomić sobie poważne zagrożenie, jakim jest globalny brak jedności. Wierzysz w taką jedność, solidarność, odpowiedzialność społeczną?

Chciałabym w to wierzyć, ale to mrzonki. Może w jakiejś odległej perspektywie. Ale na razie to jaka solidarność w świecie, gdzie nagle, z dnia na dzień, jest tyle zagrożeń? I ludzie myślą przede wszystkim o tym, żeby ocalić siebie i rodzinę. I żeby mieć za dwa miesiące albo za dwa dni co wrzucić na patelnię. Emocje są skrajne, nie ma zdroworozsądkowego środka. Ciężko jest w tej sytuacji ocalić ten solidarnościowy wymiar siebie. Ktoś realnie istniejący podejmuje decyzję, że nie podłączy do respiratora 80-letniej kobiety, że to nie ona ma przeżyć. I przyjmujemy to ze zrozumieniem. Gdzie tu ochrona życia od poczęcia – jak chcieliby konserwatyści – do naturalnej śmierci, gdzie ten nasz humanitaryzm? Jest rampa i selekcja. Tyle jest.

Przypominamy bardziej Spartę niż Ateny?

Powiedziałabym, że to raczej jak odbudowywanie Niemiec po wojnie. Jak spojrzymy sobie w oczy? Co sobie powiemy? Jako społeczeństwo? Będziemy gaworzyć o chrześcijańskich korzeniach Europy? Że poświęciliśmy tych, tych i tych? Ten wirus już z nami zostanie. Też w sensie ekonomicznym. Ofiar będzie o wiele więcej, przezroczystych statystycznie, więc łatwiej akceptowalnych. I co dalej?

Musimy sobie wyznaczyć nowy rytm. Masz jakieś codzienne rytuały, które w tym pomagają?

Wieczorem oglądamy wspólnie filmy. Nasza trzyosobowa rodzina plus dwa zwierzaki jest przyzwyczajona do sytuacji, że trochę wisimy sobie na głowach, więc nie mamy szoku związanego z tym, że tyle czasu spędzamy razem. Jeremi był dosyć chorowitym dzieckiem, więc często zdarzało się, że np. przez dwa tygodnie siedział z nami w domu. Jemy przynajmniej jeden posiłek wspólnie, robię ciasto, piekę chleb – jak większość. Plus oczywiście praca: pracuję kilka godzin rano, a po południu jeszcze zdalnie z Bartkiem Nalazkiem – operatorem – przygotowujemy się do filmu, który teoretycznie mamy zacząć jesienią.

Umiemy obsługiwać swoje nastroje – ktoś ma nagły spadek nastroju, jakiś wybuch, ale rozumiemy, że to naturalne, więc szybko wstawiamy ten wykolejony wagon na tory. Na razie cieszy nas, że mimo tych dziwnych warunków nasze dziecko ma fajny nastrój, żartuje. Gorzej, kiedy myśli się o ludziach, dla których wspólne bycie pod jednym dachem jest piekłem.

Brakuje ci wyjść, spotkań?

Niespecjalnie. Dajemy radę, pewnie dlatego, że w ogóle lubimy ze sobą być. Ale co będzie za tydzień – nie wiem.

Chyba słyszę jakiś komentarz z offu?

Paweł krzyczy, że jest więziony i woła: „Ratunku!”. (śmiech)

Sięgnęłaś, jak wszyscy teraz, po „Dżumę” Camusa? Albo „Contagion” Soderbergha?

Nie. (śmiech) Właśnie nie chcę tego robić. Co to za performance? Inteligent zadumany nad „Dżumą”? Mam generalnie jakiś niepokój związany z kulturą, niskie zaufanie. Już przy okazji afery #MeToo pomyślałam sobie: a może naprawdę powinniśmy być konsekwentni, rozpalić ognisko i te wszystkie Weinsteinowe i Polańskie filmy, mimo że je tak kochamy, wrzucić w ogień? Wymieniam te dwa nazwiska, ale przecież my tą kulturą oddychamy, karmimy nią nasze dzieci. Wszystkie jej wytwory są z tego świata, z tego rdzenia.

Przemocy mężczyzn wobec kobiet?

Oczywiście. I może to jest ta szansa: rozpalić wielkie ognisko i zniweczyć ten świat. Zacząć od nowa. Bo prawdopodobnie wszystko w naszej kulturze jest…

...zepsute?

Skażone. Zajmowanie się lepkimi łapami Weinsteina to jest leczenie objawowe.

Pomysł na czas zarazy

Jest to pomysł, chociaż radykalny.

W sam raz na czas zarazy.

A o czym będzie wasz film?

Dzieje się współcześnie, ale w dystopijnej rzeczywistości: w świecie, gdzie wojnę wygrały Niemcy hitlerowskie. Europa jest zjednoczona w wyniku denazyfikacji w okolicach końcówki lat 60. – Hitler został potępiony, zbrodnie nazizmu potępione. Nowa Europa pokutuje za zbrodnie przodków. Kultywuje pamięć o ofiarach. Taki jest punkt wyjścia. Nie wiemy, kiedy uda nam się wejść na plan – może jesienią, może za rok, a możew ogóle nie ma sensu tego robić?

Sytuacja pandemii wszystko przewartościowuje. Artysta działa z okolicznościami. Jakiś proces nagle zostaje przerwany i wiele rzeczy się unieważnia. Trzeba zaczynać od nowa.

Poprzestawiały ci się priorytety?

No pewnie. Chociaż czuję od lat potrzebę, ale i grozę takiej radykalnej zmiany, wiszenia na klifie świata, który w większości swoich przejawów jest nieakceptowalny i niesprawiedliwy – jednak jako tako znany – to ta nowa rzeczywistość zabierze nas w miejsce, o którym nic nie wiemy. Trudno jest myśleć w takiej perspektywie o przerwanym przedstawieniu, choćby najlepiej się zapowiadającym. Ale też nie sposób nie myśleć. Pytanie: jak myśleć? Gdzie będziemy za miesiąc, trzy, pół roku? Dwa lata?

Wczoraj obejrzeliśmy horror, czy raczej apokaliptyczny thriller, „Ciche miejsce”. W tym filmie ludzie muszą żyć w całkowitym milczeniu, ponieważ dźwięki zwabiają krwiożercze stwory. Stwory są ślepe, ale za to słyszą najlżejszy szmer. Tak sobie myślę, że to jest dzisiaj pytanie. Jak oszukać stwora? Jak go przechytrzyć? Żebyśmy nie wylądowali w jeszcze bardziej nieludzkim i niesprawiedliwym świecie, gdzie jedynymi beneficjentami tego, co nas dziś spotyka, będą jak zwykle ci z najwyższego szczebla drabiny.

Jeremi nie wylądował ze strachu pod kanapą?

Nie, to była jego filmowa propozycja. (śmiech) Thrillery oglądamy we trójkę. Paweł opuszcza pokład dopiero przy horrorach. Jeremi lubi. Tak jak ja.

Masz chęć uciec, zaszyć się na wsi?

Mój pierwszy odruch rzeczywiście był taki: spakować potrzebne rzeczy i spieprzać z miasta. Bo je za chwilę zamkną. Ale na razie dryfujemy na Ochocie. Z jednej strony myślę sobie: jakbyśmy uciekli do domku na Kaszuby, mimo że tam nie ma ogrzewania i trzeba sobie jakoś radzić, to może byłoby bezpieczniej. Ale to, że jesteśmy u siebie w domu, daje nam – złudne, bo złudne – ale jednak poczucie bezpieczeństwa. Takie wojenne. Możemy wieść niby-normalne życie, niby-pracować. Tu mam swoje garnki, tu mam swoje biurko. Ale w głowie odpalony jest ten drugi scenariusz: nomadycznego życia spakowanego do bagażnika i walki o kilka litrów paliwa na opuszczonej stacji benzynowej.

Męczy cię to?

Postanowiłam, że nie będzie mnie męczyć. To wszystko, co się teraz wydarza, my z Pawłem przerabialiśmy w naszych przedstawieniach. Jakbyśmy przez kilkanaście lat byli w wojsku, a teraz wybuchła wojna. Nie w tym rzecz, że teraz zajebiście umiemy strzelać, tylko że to, co ćwiczyliśmy, przeżywaliśmy w procesie twórczym – zaistniało naprawdę. I niestety nie mamy na to żadnego wpływu. Co teraz mogą przynieść moje próby wpływania na cokolwiek? Napiszę petycję i zbiorę podpisy? Udostępnię coś na Facebooku? Zrobię protest internetowy w odpowiedzi na propozycje resortu kultury w sprawie tarczy antykryzysowej dla artystów?

To już nieaktualny sposób działania?

Nie wiem, którędy i jak, ale mam wrażenie, że trzeba swoje mózgowe zwoje nauczyć, zmusić do tego, żeby przestały się męczyć i wysilać bezcelowo. Żeby chwilę podryfowały, pobyły na flaucie. Po to, żeby się móc rozejrzeć i zobaczyć, o co chodzi. Bo stare już nie działa. Mimo że mózg nadal to reprodukuje: „Muszę reagować, muszę protestować, coś robić, coś zrobić…”. A ja tego nie chcę, puszczam.

Ten stan przypomina medytację?

Rozumianą tak, że trzeba odpuścić myśli i stworzyć w głowie przestrzeń, pustkę. Bo to idące nowe jest czymś, czego kompletnie nie znamy. Więc te nasze stare trajektorie są jakimś rzężącym patefonem zaciętym na dwóch taktach piosenki, której za chwilę nikt nie będzie pamiętał.

Nie czujesz się teraz jak w scenariuszu? O niewiadomym finale?

Nasza „Nie-boska komedia” sprzed pięciu lat zaczyna się słowami: „Na dwa dni przed wybuchem zarazy ludzie siedzą przy stole i pielęgnują paznokcie. A one rosną jak po śmierci w trumnie. I wyrosną długie i pokrzywione. Jak losy ich właścicieli w czasie za chwilę”.

Prorocze.

I co z tego?

Taka rola artystów.

Artyści to zaraz zaczną skakać z okien. Jak będą mieli jeszcze jakieś okna do skakania. Będzie głód, będzie rozpacz. I osierocone dzieci.

Artyści byli i są mimo wszystkich katastrof w dziejach ludzkości.

To zależy od perspektywy i skali, w jakiej rozmawiamy. Zdarzało się, że teatr znikał na sto lat. Niby wydaje się, że ludziom kultura jest potrzebna. Co byśmy robili na kwarantannie bez tego wszystkiego, co jest dziełem artystów? Ale gdyby to politycy mieli decydować, to pierwszym, co by wycięli jako zbędny luksus, byłaby właśnie sztuka. Znamy wszyscy tę anegdotę o Churchillu, który podczas wojny, naciskany o oszczędności w kulturze, powiedział: „To w takim razie o co walczymy?”. Paweł krzyczy, że to fake. Może i fake, ale fajny. (śmiech)

Pierwsza rzecz, jaką miałabyś chęć zrobić, kiedy poczujesz się poza domem bezpiecznie i nie będzie zakazów?

Oczywiście pojechać na wakacje do ciepłych krajów! Takie archaiczne średnioklasowe mam marzenia. Albo po prostu zobaczyć wiosnę na Kaszubach. Popływać w jeziorze. Albo pobiegać po plaży nad Bałtykiem. Do przyrody mnie ciągnie, do lata, ciepła. Wczoraj była przepiękna pogoda i przypomniało mi się, jak zaczynaliśmy próby do „M.G” w Teatrze Polskim, dokładnie dwa lata po „Królu”.  W obsadzie jest wiele osób z tamtego przedstawienia. I mówiliśmy sobie: „Kurczę, jak to będzie fajnie, kiedy będziemy mogli już wychodzić na taras i tam przegadywać teksty”.

Wspominaliśmy, jak w czasie prób do „Króla” aura zmieniała się z zimowej pluchy w żywą, piękną wiosnę. Chciałabym wyjść po czternastej z próby i napić się kawy w jakimś miłym, kawiarnianym ogródku. Ale nie ma ani kawiarni, ani ogródka. A nawet jak już otworzą te kawiarnie, to kogo będzie stać na kawę?

Może potem zrobicie coś ku pokrzepieniu serc?

Na pewno. Jeśli przeżyjemy. (śmiech)


***

Rozmowa z Moniką Strzępką ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

Małgorzata Kożuchowska: „Nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby"

„W życiu można przegapić wiele rzeczy, ale tych najważniejszych, tych kamieni milowych udało mi się nie przegapić” – mówi Małgorzata Kożuchowska.
Magdalena Felis
29.07.2020

Wydaje się, że tych ważnych wyborów rzeczywiście nie przegapiła. Małgorzata Kożuchowska podkreśla, że w dobrym momencie życia udało jej się założyć rodzinę, urodzić syna. Dzisiaj jest dumną mamą 6-letniego Jana Franciszka Wróblewskiego. Jako aktorka zadebiutowała (i to jak!!!) w kasowej komedii Juliusza Machulskiego „Kiler”. Ale potrafiła też rezygnować, na przykład z roli Hanki Mostowiak w serialu „M jak miłość”, który uczynił ją jedną z najpopularniejszych polskich aktorek. Fani teatru znają ją z ról u Warlikowskiego, Jarockiego, Adamka. Niedługo zobaczymy ją w kolejnym wcieleniu. Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu o Edwardzie Gierku – I sekretarzu PZPR, który w latach 70. unowocześnił, ale i niesamowicie zadłużył Polskę. Kożuchowska gra jego żonę – Stanisławę Gierek. W rozmowie z nami Małgorzata Kożuchowska opowiada o swoich życiowych wyborach i o tym, dlaczego dobrze jest wierzyć. Magdalena Felis: Wiesz, co o tobie mówią? Małgorzata Kożuchowska: Mam pewne wyobrażenie. (śmiech) Że jesteś kawalarzem! O! Zgadza się! Lubię się śmiać! Naprawdę? Małgorzata Kożuchowska się wygłupia? Lubię podgrywać, prowokować, podpuszczać, wkręcać ludzi! I potem patrzeć, czy działa, czy się śmieją, czy im dobrze. Od razu lepiej się pracuje! To jest wielka sztuka rozśmieszać ludzi. I spora frajda. Może to też mój sposób na odreagowanie? W końcu uczyłam się tego od mistrzów! Plan filmowy to takie dziwne miejsce, gdzie siedzisz z ekipą, czasem po 13–15 godzin dziennie, odcięta od świata, jak na arce Noego. Grasz scenę, udajesz, że ich wszystkich nie ma, choć stoją 15 centymetrów od twojego nosa. Jak się na to patrzy z boku, to to jest niezły Woody Allen. I niezły klaustrofobiczny thriller psychologiczny!...

Czytaj dalej
Maciej Zienkiewicz

„Guz został wycięty i zaczęłam na nowo. Karmiłam Anię i trenowałam”

Triathlonistka, Natalia Wodyńska-Stosik o powrocie do życia.
Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia”
04.12.2018

Emocje we mnie buzowały, hormony szalały – z jednej strony radość z macierzyństwa, z drugiej – lęk. Ale nie mogłam pozwolić, żeby mnie sparaliżowało, zatrzymało. Szkoda czasu. Szkoda życia – to moja mantra. Tak samo jest w sporcie. Kiedyś bałam się zanurzyć w wodzie, a po pół roku przygotowań przepłynęłam kraulem prawie kilometr w morzu” - opowiada Annie Maruszeczko Natalia Wodyńska-Stosik, zapalona triathlonistka. Cztery lata temu przemogła strach i ból związane z guzem mózgu. Straciła węch, ale nie straciła woli walki. Urodziła córeczkę, wróciła do sportu. Jak to zrobiła? Natalia Wodyńska-Stosik (35) – mama dwóch córek: Marysi (4,5) i Ani (2,5), prawniczka, triathlonistka. Znana jako TriMama, autorka bloga www.trimama.pl.   Takie pytanie na rozbieg – czym się pani kieruje w życiu? Sercem przede wszystkim. Ufam ludziom. Chciałabym, żeby świat był dobry, kolorowy, żeby wszyscy byli zdrowi. (śmiech) I głową, ważne jest nastawienie. Czasami mówię sobie: „Nie wystartuję w tych zawodach. Nie jestem przygotowana, za mało trenowałam”, ale potem, gdy już dobiegam do mety i rozpiera mnie szczęście, dochodzę do wniosku, że udało się, bo ja naprawdę chciałam, czułam, że mogę. I to właśnie za sprawą mojego serca i głowy, one mnie niosły.   Wyczytałam u pani na blogu, że zaczynając przygotowania do triathlonu, pływała pani „niedzielną żabką”. (śmiech) Moja historia dowodzi, że naprawdę można zacząć od zera. Ja specjalnie nie mam na to czasu, bo przede wszystkim jestem matką. Nigdy nie poświęcę domu, rodziny. Bywa, że już wychodzę pobiegać, a Marysia mówi: „Mamo, zostań” i zostaję. Doba jest dla mnie za krótka, ale startuję, bo lubię, bo to sprawia mi przyjemność. Naprawdę bałam...

Czytaj dalej
HBO W domu Małgorzata Szumowska i Michał Englert
Kadr z filmu Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta. Materiały prasowe

Skolimowski, Szumowska, Skonieczny… Reżyserzy kręcą  14 filmów o epidemii

16 filmowców, 14 historii – HBO produkuje antologię o doświadczeniu izolacji. Premiera już za kilka tygodni!
Magdalena Żakowska
15.05.2020

Co to znaczy być twórcą w czasach niespotykanej od dawna epidemii, która sprawiła, że wszyscy musieliśmy pozostać w swoich domach? Zaproszeni do projektu HBO twórcy pracują nad swoimi filmami już od trzech tygodni, próbując na gorąco uchwycić wyjątkowość momentu, w jakim znalazła się ludzkość. W efekcie powstanie antologia 14 filmów, stworzonych w ramach artystycznego manifestu: filmy muszą dziać się tu i teraz, w czasie pandemii; nie mogą trwać dłużej niż 10 minut;  wszystkie muszą uwzględniać wprowadzone na czas pandemii restrykcje; artyści muszą przygotować filmy samodzielnie w czasie 4 tygodni, mając pełną dowolność w kwestii formy i gatunku. „W domu” to projekt HBO, który jednocześnie produkowany jest w kilku krajach europejskich. W polskiej wersji zobaczymy filmy: Jacka Borcucha, Andrzeja Dragana, Krzysztofa Garbaczewskiego, Renaty Gąsiorowskiej, Magnusa von Horna, Pawła Łozińskiego, Jana P. Matuszyńskiego, Tomka Popakula, Jerzego Skolimowskiego, Krzysztofa Skoniecznego, Małgorzaty Szumowskiej we współpracy z Michałem Englertem, Mariusza Trelińskiego, Anny Zameckiej we współpracy z Sung Rae Cho oraz Xawerego Żuławskiego. Jakie mają pomysły?  Jerzy Skolimowski: Wirus zastał mnie na Sycylii, gdzie przygotowuję swój nowy film. Dzięki niemu zostałem świadkiem zarówno włoskiej tragedii, jak i włoskiego heroizmu. Ale też splendoru sycylijskiej wiosny. Czas się na chwilę zatrzymał, ale też czas zdaje się mieć tu inny wymiar. Moim filmem dziękuję Sycylii za jej szczodrą gościnność. Renata Gąsiorowska: Mój film będzie o tym, jak jesteśmy jeszcze bardziej zamknięci w swoich bańkach, mimo że możemy komunikować się na odległość na tyle sposobów. O mojej relacji z mediami, które pochłaniam, a konkretnie z jednym kanałem na...

Czytaj dalej
Beata Ścibakówna
Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum

Małżeństwo jest usłane różami z kolcami – mówi nam Beata Ścibakówna

Jak stworzyć dobre małżeństwo, co to znaczy być normalną żoną i jak przeżyć ze sobą „długo i szczęśliwie” 25 lat! – rozmawiamy z aktorką Beatą Ścibakówną.
Anna Zaleska
17.12.2020

Jesienią tego roku obchodziła 25-lecie małżeństwa z Janem Englertem, wybitnym aktorem i reżyserem, dyrektorem Teatru Narodowego w Warszawie. Poznali się, kiedy on był rektorem Akademii Teatralnej, a ona studentką. Od tamtego czasu są – jak mówi Beata Ścibskówna – właściwie cały czas razem. „I w teatrze i w domu i na wakacjach”. We wrześniu w „Och-Teatrze” zdążyła się jeszcze odbyć premiera sztuki „Oszuści”, która w lekkiej, zabawnej formie porusza poważny temat zdrady małżeńskiej. Reżyserował Jan Englert, a Beata Ścibakówna zagrała w niej z Gabrielą Muskałą , Zbigniewem Zamachowskim, Piotrem Grabowskim, i dwójką młodych aktorów: Michaliną Łabacz i i Filipem Pławiakiem. Sztuka ma wrócić na deski teatru, gdy tylko to będzie możliwe (zależy to oczywiście od obostrzeń związanych z pandemią). „Zdrada wydaje się dzisiaj czymś łatwym. Jakby nie była problemem, czymś niemoralnym, co spowoduje cierpienie drugiej osoby” – mówiła w rozmowie z nami Beata Ścibakówna. Anna Zaleska: Sztuka „Oszuści” w komediowej formie porusza ważny temat niewierności małżeńskiej. Według statystyk już 42 procent Polek i Polaków zdradziło współmałżonka… Beata Ścibakówna: Naszą uwagę podczas spektaklu zwróciły słowa mojej bohaterki do syna:„Ożenisz się z tą dziewczyną, a odetniesz się od wszystkich innych kobiet”. Na co jej mąż – w tej roli Zbigniew Zamachowski – odpowiada: „Nieprawda!”. I w tym miejscu na widowni jest zawsze wybuch śmiechu, a ostatnio były nawet gromkie oklaski. Rozmawialiśmy o tym za kulisami. Z tego dialogu jednoznacznie wynika, że dopiero po ślubie zaczyna się tak naprawdę życie erotyczne z wieloma kobietami. Skoro ludzie tak na to reagują, śmieją się...

Czytaj dalej