Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński o nowej książce, permanentnej okupacji Polski i rocznicy ślubu 
Piotr Tarczyński i Jacek Dehnel. Fot. Kuba Dąbrowski

Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński o nowej książce, permanentnej okupacji Polski i rocznicy ślubu 

Co konserwatywna profesorowa Szczupaczyńska powiedziałaby na Strajk Kobiet? Publicznie kręciłaby głową na „nieprzystojne zachowanie pań”, ale w głębi duszy wiedziałaby, że mają rację – mówią twórcy serii kryminałów o polskiej Pannie Marple
Magdalena Żakowska
24.11.2020

Minęło dokładnie 120 lat od najsłynniejszego mezaliansu minionego stulecia – ślubu krakowskiego poety Lucjana Rydla z chłopką Jadwigą Mikołajczykówną. Wbrew przewidywaniom opinii publicznej i rodziny pana młodego, małżeństwo Rydlów było bardzo udane. Świadkiem na ich ślubie był Stanisław Wyspiański, a wesele przyjaciół opisał później w słynnym dramacie. Teraz Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński wprosili na ślub i wesele do Rydlów swoją profesorową Szczupaczyńską, główną bohaterkę  serii kryminalnej, którą piszą wspólnie pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa. Właśnie ukazał się trzeci tom cyklu, „Złoty róg” (Wydawnictwo Znak Literanova), w którym Zofia Szczupaczyńska tropi sensacje na weselu w Bronowicach, a przy okazji wpada na trop mordercy. 

Magda Żakowska: W poprzednich tomach pokazaliście Kraków, jako miasto zafascynowane rytuałem pogrzebu, teraz ślubem. Ale czy ślub Lucjana Rydla naprawdę budził aż takie zainteresowanie, jak w waszej książce?

Piotr Tarczyński: O tak, ówczesny Kraków ekscytował się absolutnie wszystkim – niewiele się w mieście działo, więc każda znaczniejsza uroczystość, czy to pogrzeb kogoś znanego, czy to ślub, urastało do rangi prawdziwego wydarzenia. A Lucjan Rydel, syn rektora uniwersytetu i młody poeta, po pierwsze był w Krakowie dość rozpoznawalną postacią, a po drugie sam umiejętnie podsycał zainteresowanie, utrzymując datę uroczystości do końca w tajemnicy. No i nie zapominajmy o wymiarze klasowym. Ślub inteligentna z chłopką budził zrozumiałe – choć często niezdrowe – zaciekawienie…

Jacek Dehnel: …które potem zresztą przeniosło się na zainteresowanie dramatem Wyspiańskiego. Część publiczności nie szła wcale na sztukę wybitnego pisarza, tylko chciała przynajmniej tak uczestniczyć w towarzyskim wydarzeniu – i skandalu – do którego nie miała dostępu.

Profesorowa Szczupaczyńska zaliczyła i jedno i drugie. A co powiedziałaby o Strajku Kobiet? Coraz wyraźniej widać, że nie zawsze myśli po konserwatywnej linii, której jest wierny jej mąż. 

Piotr Tarczyński: Przypuszczam, że zachowałaby się tak samo, jak zawsze: publicznie głosiłaby poglądy konserwatywne, kręciłaby głową na „nieprzystojne zachowanie pań”, ale w głębi duszy – nie takiej znowu głębokiej głębi, dodajmy – wiedziałaby, że mają rację.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Szczupaczyńska w piekle kobiet

Jej światopogląd nie będzie ewoluował? Jeśli dożyje momentu, w którym jej przyjaciel Tadeusz Boy-Żeleński wyda „Piekło kobiet”, to chyba będzie musiała się z tym tematem odważniej zmierzyć?

Jacek Dehnel: Ależ Szczupaczyńska żyje w piekle kobiet, to jest kobieta w świecie mężczyzn. Jej niewątpliwe zalety – inteligencja, zdolność dedukcji – przekraczają umiejętności otaczających ją śledczych, a przecież nie ma szans na pracę detektywki. Przypadek sprawił, że nie ma tak najgorzej: urodziła się w klasie średniej, więc odebrała wykształcenie powyżej przeciętnej dla osób jej płci, ma męża-safandułę, a nie despotę, więc to ona rządzi w domu. Ale równie dobrze mogła być dziewczyną ze sztetlu sprzedaną do burdelu. Albo umrzeć przy spędzaniu płodu.

Złoty róg Maryla Szymiczkowa
Fot. materiały prasowe

Piotr Tarczyński: Konserwatyzm ostatniej dekady wieku XIX, to jednak nie konserwatyzm międzywojnia. Szczupaczyńska z pewnością będzie się oburzać na pierwsze samochody, ale nie sądzę, żeby jej przeszkadzały do końca życia. Natomiast nie należy spodziewać się, że przestanie być konserwatywną krakowską mieszczką. Na tym polega też jej atrakcyjność jako bohaterki literackiej. 

Kim byłaby w naszym dzisiejszym świecie?

Jacek Dehnel: Można gdybać – jej odpowiednikiem byłaby obecna krakowska konserwa, więc jakieś takie środowisko gowinowskie, klasa średnia, sieroty po POPiSie, podpisywanie oburzonych listów przeciwko „szkalowaniu papieża”. Ale jesteśmy dziećmi naszych czasów: dziś kobieta o umysłowości Zofii po pierwsze skończyłaby studia i pracowała w wybranym zawodzie, po drugie pewnie nie poślubiłaby Ignacego, a jeśli tak – to może miałaby dzieci. Stykałaby się z innymi problemami, innymi postawami i byłaby zapewne kimś zupełnie innym.

Boy już sto lat temu walczył o prawa kobiet, także o równy dostęp do legalnej aborcji. Nie uwierzyłby pewnie, że ten temat wróci w XXI wieku.

Jacek Dehnel: Myślę, że wręcz przeciwnie – on zdawał sobie sprawę z tego, że „nasi okupanci” siedzą tu na stałe.

Wyspiański bardzo w naszych czasach powraca, jak myślicie, dlaczego? 

Piotr Tarczyński: Nie powiedziałbym, że „powraca”, bo nigdzie nie zniknął – Wyspiański to jeden z tych twórców, o których się zawsze mówi „jego twórczość jest teraz szczególnie aktualna”. Mówiło się tak 120 lat temu i mówić się tak będzie jeszcze długo. A dlaczego? Bo jest wybitnym twórcą, który mówił o rzeczach, które nie tracą na aktualności – o konfliktach klasowych, o tym, jak Polacy wyobrażają sobie samych siebie, o tym, jak nam wychodzi myślenie w kategoriach wspólnoty.

Ślub Rydla z chłopką był w czasach Wyspiańskiego mezaliansem. Wtedy nie dało się ukryć pochodzenia, dziś już tak.

Piotr Tarczyński: Ja sam mam wśród przodków zarówno chłopów spod Krakowa, jak i zwykłe krakowskie mieszczaństwo. I nie jest to nic dziwnego, znaczna większość Polaków ma w mniejszym lub większym stopniu pochodzenie chłopskie – inna rzecz na ile chcą się do tego przyznawać, bo mam wrażenie, że wszyscy widzą się jako potomkowie szlachty, a w skrajnych i kuriozalnych przypadkach jako dziedzice husarii, rycerstwa itd. Na pewno byłoby zdrowiej, gdyby Polacy potrafili spojrzeć na siebie uczciwiej, zrozumieć kim byli i kim są. Od pewnego czasu przybywa jednak książek, które przyjmują inną optykę – od „Guguł” Wioletty Grzegorzewskiej, po „Ludową historię Polski” Adama Leszczyńskiego, której jeszcze nie czytałem, ale zamierzam.

Serial? Nie, dziękujemy!

Komu dzisiaj pojawiałyby się duchy? 

Piotr Tarczyński: Obawiam się, że tak naprawdę powinny pojawić się tym samym, co wtedy: dziennikarzowi, inteligentowi, politykowi. Za to chyba już się zdążył objawić Wernyhora, zagrzewający do walki z opresyjną władzą.

Podobno w jednym z kolejnych tomów Szczupaczyńska wyjedzie do Zakopanego?

Jacek Dehnel: Jednym z wzorców, do których nawiązuje nasz cykl, jest „Z biegiem lat, z biegiem dni” Wajdy i Kłosińskiego – tam bohaterka również wyjeżdża do Zakopanego, a rzecz jest adaptacją „Sezonowej miłości” Zapolskiej. Kto zna, ten wie, w czym rzecz i może się spodziewać rozwijania pewnego wątku obecnego w tym i poprzednich tomach.

A ile tomów planują panowie napisać? Jak długą półkę powinniśmy szykować?

Jacek Dehnel: Tego nie wiadomo, ale kiedyś policzyliśmy, że skoro ostatni potencjalny tom serii ma się toczyć tuż po wojnie ze stareńką Zofią dogorywającą w Domu Helclów, utrzymamy częstotliwość czterech części na dekadę życia Szczupaczyńskiej oraz tempo wydawania powieści raz na półtora roku, to czekają nas jakieś 22-23 tomy, a ostatni wyjdzie, kiedy będziemy mieli po sześćdziesiąt parę lat. 

Jak pracują panowie nad wspólnymi powieściami?

Jacek Dehnel: Odpowiadaliśmy na to przy okazji każdego kolejnego tomu i nic się nie zmieniło: najpierw Piotr wybiera moment historyczny i robi kwerendę, potem wspólnie wymyślamy w szczegółach fabułę, wreszcie, rozdział po rozdziale, dzielimy się scenami, piszemy je, redagujemy sobie nawzajem, łączymy i przechodzimy do kolejnego rozdziału.

Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński
Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński. Fot. Kuba Dąbrowski

A zdarza wam się kłócić o postaci, fabułę? 

Jacek Dehnel: Mamy oczywiście różne gusta literackie, ale potrafimy zachwycać się tymi samymi książkami – tu jednak i fabuła, i postać wychodzą ze wspólnej zabawy estetyką epoki, stylizowaniem tekstu czy samą formą kryminału. Nasza współpraca nad serią praktycznie od początku, kiedy wymyśliliśmy modus operandi, układa się zaskakująco płynnie. Czasem mamy różne wizje danej postaci czy zdarzenia, ale częściej ustępujemy przed realiami historycznymi czy wymogami logiki wydarzeń, niż przed sobą nawzajem.

Seria o Szczupaczyńskiej ukazała się już w Stanach i Wielkiej Brytanii. Jak nic skończy się na serialu kryminalnym. Kto powinien grać główną bohaterkę?

Jacek Dehnel: Podobny w zamyśle serial, „Belle Epoque”, kryminał retro toczący się w analogicznych czasach w Krakowie, był tak straszny scenograficznie, nieudolny scenariuszowo i niezgodny z realiami epoki, że odstraszył nas na dobre. Myślę, że problemem nie jest to, kto zagra Zofię, Franciszkę czy Ignacego, ale raczej, czy znajdzie się ekipa gotowa do rzetelnej pracy, rozumiejąca tamte czasy.

Piotr Tarczyński: A w tej kwestii jestem pesymistą – uważam, że „Belle Epoque” skutecznie wybiło z głowy komukolwiek pomysł kręcenia serialu retro dziejącego się w Krakowie. Na długie lata. Choć oczywiście winny nie był Kraków czy epoka, tylko bezmyślność twórców tamtego potworka.

8 listopada minęła druga rocznica waszego ślubu. Obchodzicie, panowie, tego typu rocznice?

Piotr Tarczyński: Celowo wzięliśmy ślub w rocznicę związku, żeby mieć jedną datę, nie dwie, bo wtedy trzeba by się na którąś zdecydować. Tymczasem druga rocznica naszego ślubu to siedemnasta rocznica związku, więc oczywiście o niej pamiętamy, ale w tym roku – z wiadomych przyczyn – trudno było świętować choćby i wyjściem na kolację, a co dopiero w jakiś inny sposób.

Jak żyje się w Berlinie w czasie pandemii?

Jacek Dehnel: Na razie żyjemy w trybie szczególnym: po pierwsze stypendialnym, więc bardzo wygodnie, bo mamy od fundacji ładne mieszkanie i comiesięczne diety, a tak zwyczajne życie niestety nie wygląda. Po drugie: właśnie covidowym. Nie podróżujemy, siedzimy na miejscu, mało wychodzimy z domu, nawet atrakcji berlińskich zwiedziliśmy znacznie mniej, niż podczas poprzednich pobytów, bo wiele miejsc jest po prostu zamkniętych lub działają na pół gwizdka. Cieszą nas zatem takie rzeczy, jak duży balkon, piękne szpalery lip za oknem, wycieczki rowerowe, ale to życie stłumione, jak w bezpiecznym kokonie. Prawdziwe dopiero się zacznie po zakończeniu stypendium, kiedy sami wynajmiemy jakieś mieszkanie, a pandemia, mam nadzieję, minie.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz
AFPEAST NEWS

Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz. Poznali się, gdy „wszystkie błędy mieli już za sobą”

On był po trzech rozwodach, ona – po dwóch. A jednak połączyła ich miłość, która przetrwała ponad 40 lat.
Kamila Geodecka
23.12.2020

W 1975 roku w Warszawie Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz wzięli ślub, którego właściwie nie potrzebowali. Towarzyszyło im dwóch świadków –  Basia Ślesicka i Piotr Skrzynecki, który specjalnie przyjechał z Krakowa. Młodzi powiedzieli sobie „tak”, ale nie było wesela. „Moglibyśmy żyć bez tego ślubu też” – mówiła aktorka. Już wtedy mieszkali razem. Oboje mieli za sobą doświadczenia z innych małżeństw, a przed sobą ponad 40 lat wspólnej miłości, przyjaźni, wsparcia i zrozumienia. Mogli spotkać się wcześniej, właściwie bez przerwy się mijali, przeprowadzając się do kolejnych miast, pracując w kolejnych teatrach, zmieniając kierunki studiów. Ona mówiła czasem, że mogli poznać się wcześniej. On uważał, że to dobrze, bo wszystkie błędy mieli już za sobą. Spotkania robocze W 1971 roku Andrzej Wajda pracował w krakowskim Starym Teatrze nad spektaklem „Biesy” Dostojewskiego na podstawie adaptacji Camusa. Reżyser chciał zająć się wszystkim – pracą z aktorami, opracowywaniem tekstu oraz scenografią i dekoracją. Okazało się, że nad tym ostatnim zapanować już nie mógł.  Wtedy Piotr Skrzynecki zapowiedział, że pozna go z Krystyną Zachwatowicz – scenografką i artystką kabaretową Piwnicy pod Baranami. Para poznała się w kawiarni Kolorowa w Krakowie. W końcu Zachwatowicz odwiedziła Wajdę w jego mieszkaniu. Długo dyskutowali o tym, w jaki sposób ma wyglądać przygotowywana sztuka. Od początku dobrze się dogadywali. Z czasem spotkania stały się coraz częstsze, a Andrzej Wajda zaczął przychodzić na występy kabaretowe swojej przyszłej żony. Podobno wchodził  potem do garderoby artystów i żartował. „Mam śmieszną anegdotę. Graliśmy program, w którym miałam blond perukę, usta na zielono. Ale na...

Czytaj dalej
East News

Kelly Preston nie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia. Póki nie spotkała Johna Travolty

John Travolta i Kelly Preston przez niemal 30 lat byli ukochaną parą Hollywood. Ale ich uczucie, nieraz wystawiane na próby, nigdy nie przypominało scenariusza filmu romantycznego.
Sylwia Arlak
13.07.2020

Byli ze sobą prawie 30 lat, na dobre i na złe – a w ich związku nie brakowało ani tego pierwszego, ani drugiego. Byli jednym z najdłuższych i najbardziej kochających się małżeństw w Hollywood. Rozłączyła ich dopiero śmierć: Kelly Preston, żona Johna Travolty zmarła w niedzielę 12 lipca po dwuletniej chorobie. Miała 57 lat. Ponad połowę życia spędziła z jednym mężczyzną.  „Z rozdartym sercem informuję o śmierci mojej pięknej żony, Kelly, która przegrała dwuletnią walkę z rakiem piersi. Walczyła odważnie, czerpała wsparcie z miłości bliskich. Potrzebuję teraz czasu, by pobyć z moimi dziećmi, które właśnie straciły matkę. Wybaczcie, jeśli przez jakiś czas będziemy nieobecni” – napisał na Instagramie John Travolta. Jak grom z jasnego nieba John Travolta i Kelly Preston poznali się na planie komedii „Eksperci” w 1989 roku. Dla niego to była miłość od pierwszego wejrzenia, Kelly uwierzyła mu – i zakochała się w nim – dużo później. Chociaż wszyscy znajomi byli przekonani, że między nimi jest chemia, oni sami byli ostrożni. Oboje mieli za sobą nieudane związki i przeżyli tragedie miłosne.  Po raz pierwszy w życiu Kelly Preston wyszła za mąż w 1985 r. za Kevina Gaga, ale ich burzliwe małżeństwo trwało zaledwie dwa lata. „Byłam z niewłaściwą osobą”  — mówiła w jednym z wywiadów. Potem związała się z George'em Clooneyem, a następnie zaręczyła się z Charliem Sheenem. Travolta też miał na koncie kilka związków. Najpoważniejszy z nich stworzył z Diane Hyland, którą poznał na planie filmu „Chłopiec w plastikowej bańce” w 1976 roku. Aktorka grała w nim matkę Travolty. Była od niego starsza o 18 lat. Mieli obsesję na swoim...

Czytaj dalej
Wisława Szymborska
mat. prasowe

Wisława Szymborska, Ichna, Wisełka: „Czasami jestem podobna do siebie, a czasami nie”

Wisława Szymborska, pierwsza dama polskiej poezji, nie chciała opowiadać o swoim życiu i nie lubiła, gdy się o niej rozpisywano. Wolała, żeby mówiły za nią jej wiersze.
Sylwia Arlak
24.11.2020

O tym, że otrzymała nominację do literackiej Nagrody Nobla, dowiedziała się od dziennikarzy (była wówczas jedyną noblistką w historii, która poznała werdykt jeszcze przed oficjalnym komunikatem). Wypoczywała w pensjonacie Astoria w Zakopanem, gdy odwiedzili ją znajomi reporterzy. „Fotograf Adam Golec — już po ogłoszeniu wiadomości — uwiecznił na wspaniałych zdjęciach nieoficjalny wizerunek świeżo upieczonej noblistki: naprawdę zaskoczonej, roześmianej, z papierosem w ręce i z włosami w nieładzie. (…) Wisława Szymborska wyszła do dziennikarzy w rozciągniętym białym swetrze i w malinowej spódniczce wątpliwej urody. Była na wakacjach i stroje miała wakacyjne” — czytamy w książce Joanny Gromek-Illg „Szymborska. Znaki szczególne. Biografia wewnętrzna”. W 1996 roku wraz z upragnionym Noblem przyszła sława, która dla Szymborskiej była utrapieniem. „Dla niechętnie udzielającej się publicznie poetki szczególnie męcząca była rosnąca z dnia na dzień popularność. Stała się znana i rozpoznawalna, jej zdjęcia publikowały gazety, w telewizji co rusz pojawiały się poświęcone jej materiały, radio nadawało jej wiersze czytane przez popularnych aktorów. Jednym słowem — była sławna, jak gwiazdy filmowe w latach jej młodości, dla niektórych była » celebrytką « , ale też wiele osób nieczytających na co dzień poezji zachwyciło się jej wierszami” — pisze w swojej książce Gromek-Illg. Ludzi jednak interesowało też życie prywatne poetki. Chcieli wiedzieć, czy ma męża i dzieci. A jeśli nie, dlaczego? Jak mieszka i co robi w czasie wolnym? W miesiąc musiała udzielić więcej wywiadów, niż przez całe dotychczasowe życie. Jej przyjaciele z uśmiechem mówili o „tragedii sztokholmskiej”. Szymborska odetchnęła z ulgą, gdy po...

Czytaj dalej
Marek Grechuta z żoną Danutą
Jakub Guca / Newspix.pl

To dla niej Marek Grechuta śpiewał: „I ty, tylko ty, będziesz moją panią”. Historia miłości Marka i Danuty Grechutów

W piosenkach pisanych dla żony był liryczny i romantyczny, ale na co dzień Marek Grechuta nie nadużywał wielkich słów. Proponując ślub, przekonywał ją: „To jest sprawa szybciutko do realizacji i zakontraktowania”.
Anna Zaleska
07.09.2020

To o swojej żonie, Danucie, Marek Grechuta śpiewał: „Cicha jak sen / dobra jak ten / promyk jej ciepłych oczu / Wierna jak cień / w pogodny dzień / w twoim życiowym roztoczu...”. Ona z kolei mówiła o nim: „Marek jest jak chmurka”. Był wrażliwy, delikatny, życiowo nieporadny. Ale też jak nikt umiał ją rozśmieszyć, wzruszyć i zachwycić. Właśnie od zachwytu ich historia się zaczęła. Pani pachnie jak tuberozy… Na Sylwestra 1967 roku – byli wtedy studentami – oboje przyszli z innymi partnerami. I z tymi innymi też jeszcze nad ranem wyszli. Marek odprowadził już towarzyszącą mu dziewczynę i wracał do swojego akademika, gdy na ścieżce natknął się na blondynkę, która się do niego uśmiechnęła. Potem mówił, że to właśnie jej uśmiech go zaciekawił. Zagadnął: „To ty tu mieszkasz?”. Próbował od razu dopytać o numer pokoju, ale dobrze wychowana panienka odpowiedziała: „A tego nie mogę ci powiedzieć”. Przyszły ferie, Marek wyjechał z Krakowa, ale zaraz po powrocie rozpoczął poszukiwania dziewczyny. I pewnego dnia zapukał do drzwi jej pokoju. Jeśli chciał zrobić wrażenie, nie mógł wybrać lepszego momentu – akurat w radiu akademickim puszczali jego „Serce”, o artyście z wydziału architektury zaczynało być głośno. Dana nie odmówiła, gdy zaprosił ją na występ kabaretu Anawa, który założył z kolegami z wydziału. Wieczorem w klubie Bambuko po raz pierwszy usłyszała: „Pani pachnie jak tuberozy / to nastraja i to podnieca…”. Marek śpiewał, patrząc tylko na nią, ona czuła się tak, jakby dla niej. Ale nie byli jeszcze parą, uczucie rodziło się powoli. Przychodził po nią, wyciągał na spacery po Krakowie, dużo rozmawiali. Któregoś dnia znów wyjechał do domu, a wkrótce potem przyszedł list. Dana...

Czytaj dalej