Beata Tyszkiewicz: „Całe życie przyjaźniłam się z mężczyznami"
Fot. Wiktoria Bosc

Beata Tyszkiewicz: „Całe życie przyjaźniłam się z mężczyznami"

Beata Tyszkiewicz, wielka aktorka, była żona Andrzeja Wajdy, gwiazda kultowego filmu „Wszystko na sprzedaż” ma ponad 80 lat i wciąż mówi o sobie, że jest uparta i energiczna.
Magdalena Żakowska
14.08.2020

Grała u największych: Wajdy, Hassa, Kieślowskiego. Jej Izabela Łęcka w „Lalce” Jerzego Hassa ( 1968) jest nie podrobienia i nie do powtórzenia. Tworzyła wspaniałe role w filmach kostiumowych („Marysia i Napoleon”). Grała postaci współczesnych kobiet uwikłanych w trudne uczuciowe relacje („Wszystko na sprzedaż”, „Jej powrót”). Bawiła w komediach („Seksmisja”). Ale Beata Tyszkiewicz jest kimś więcej niż aktorką. Jest postacią, lubianą i podziwianą. 

Urodziła się 14 sierpnia 1938 roku w Wilanowie, ze względu na arystokratyczne pochodzenie nazywana jest pierwszą damą polskiego filmu. W filmie zadebiutowała jeszcze jako uczennica rolą Klary w „Zemście” w 1957 roku. Jedna z najpiękniejszych polskich aktorek, była żoną Andrzeja Wajdy i Witolda Orzechowskiego. Ma dwie dorosłe córki Karolinę i Wiktorię, jest też babcią. W rozmowie z nami powiedziała: „Mam silny charakter. Warto wiedzieć o sobie takie rzeczy. Ku przestrodze dla siebie i innych”.

Magdalena Żakowska Ma pani piękny zegarek. To Cartier Baignoire?

Beata Tyszkiewicz: Tak. Bardzo dziękuję!

Charlotte Gainsbourg dostała identyczny od ojca, Serge’a Gainsbourga.

Ja sobie kupiłam sama. 20 lat temu.

W życiu trzeba polegać wyłącznie na sobie?

Tak mam. Nigdy w życiu nie próbowałam polegać na mężczyznach. Cenię sobie niezależność i samodzielność.

Ale czy mężczyźni potrafią to docenić?

Mądrzy potrafią. Uważam, że kobiety i mężczyźni mają w życiu różne, nie całkiem zbieżne cele i każde powinno się trzymać swoich. Kobieta bardzo często czuje się spełniona, kiedy urodzi dziecko. Mężczyzna raczej nie. Zna pani chiński horoskop? Uważam, że ludzie powinni się dobierać znakami chińskiego zodiaku. Są takie typy charakterów, takie znaki, które po prostu ze sobą nie współpracują.

Beata Tyszkiewicz: „jestem chińskim tygrysem”

Wierzy pani w chiński horoskop?

Bardzo. Jest fascynujący, można dzięki niemu wiele zrozumieć. Także z otaczającej nas rzeczywistości – dlaczego dany polityk jest taki, jaki jest, dlaczego wielu dyktatorów i tyranów urodziło się pod jednym znakiem. Wszystko jest tam zawarte. Dowie się pani nawet, pod jakim znakiem powinny się rodzić pani dzieci. Bo smoki źle znoszą na przykład rodzeństwo. Mam dwóch wnuków, Marcel jest smokiem, ma pięć lat i strasznie dominuje nad starszym bratem, który ma prawie 10 lat. Chwilami bywa to zabawne. Ostatnio, jak chciał go dotknąć, powiedział: „Wiesz co, ty jesteś taki siusiak, co nie może zrobić siusiu”. Upokorzenie z poziomu pięciolatka. Starszy, Szymon, jest ideałem.

A pani spod jakiego jest znaku?

Jestem chińskim tygrysem. Tygrysy są uparte, energiczne i pewne siebie. Przez całe życie uciekają przed nudą. Ale sam znak nie wystarczy, żeby poznać charakter człowieka. To jest znacznie bardziej skomplikowane. Bo każdy znak dzieli się na części. Wszystko zależy od daty urodzenia. W stosunkach osobistych ja na przykład mam świetne relacje z małpą. Małpa oczywiście płata figle, potrafi podpalić dom tylko po to, żeby natychmiast zabrać się z pełnym zaangażowaniem do gaszenia. Ale małpa musi się też liczyć z tym, że kiedy zaśnie, to tygrys ją zje.

Tygrys, czyli pani.

Tak. Mam silny charakter. Warto wiedzieć o sobie takie rzeczy. Ku przestrodze dla siebie i innych. Warto też wiedzieć, czy kiedy spotyka pani kogoś, to macie szansę na porozumienie czy nie. Będzie wam się dobrze współpracowało czy nie. Będzie porozumienie czy nie. Bardzo jest to wszystko zabawne. Nie traktuję chińskiego horoskopu śmiertelnie poważnie; na szczęście nie ma w nim tych wszystkich bzdur o tym, co czeka nas w następnym tygodniu. Koncentruje się na stosunkach między ludźmi – dziećmi i rodzicami, kobietami i mężczyznami. Ostatnio przeczytałam, że w Ameryce 40 procent par się rozwodzi. Najwyraźniej nie znają chińskiego horoskopu!

Ale pani ma przecież na koncie 300 procent rozwodów!

To prawda! I uważam, że nie wypada mieć więcej. Ale też wszystkie były w miarę łagodne. Jak kobieta całą winę za rozwód bierze na siebie, to jest on bardzo łagodny. A tygrys w każdej sytuacji bierze winę na siebie. Zresztą nie ma powodu, żeby z sympatycznymi ludźmi rozwodzić się niesympatycznie.

wszystko na
Fot. East News

„Wolne związki? Jestem za”

Samotność wybrała sobie pani całkowicie świadomie, z premedytacją?

Nie jestem samotna. I nigdy nie byłam. Samotność nie ma z małżeństwem nic wspólnego. W małżeństwie można być przecież znacznie bardziej samotnym niż w pojedynkę. Uważam po prostu, że małżeństwo ma sens wtedy, kiedy są dzieci. Nawet jeśli mężczyzna nie garnie się do pomocy w wychowywaniu tych dzieci. Ale dzieci potrzebują matki i ojca. To jest jakiś nasz ludzki rytuał.

Przecież pani sama wychowywała córki.

To nie ma nic do rzeczy. Tata w pobliżu musi być.

Ale dlaczego w pobliżu, a nie na miejscu?

W jakimś sensie powtarzamy życie naszych rodziców. Moja mama wychowała mnie i mojego brata sama, bo tatę zabrali nam w czasie wojny Niemcy, był w obozach, a potem został w Anglii. Po wojnie widziałam go tylko raz. A mój brat nigdy. Ale ten ojciec gdzieś tam był, mieliśmy gdzie umiejscowić nasz żal, pretensję, złość. I zazdrość, bo ojciec miał potem w Anglii jeszcze jedno dziecko z drugiego małżeństwa.

W pani było więcej żalu czy złości?

Chyba ani jednego, ani drugiego. Mój brat miał gorzej, bo ojciec miał drugiego syna, więc powstawał jakiś rodzaj współzawodnictwa. Mnie nigdy ojca nie brakowało. Moja matka była fantastyczną kobietą. Ale samotne macierzyństwo to też samotne podejmowanie decyzji. Często niełatwych. Ja na przykład wielokrotnie zmieniałam córkom szkoły. Najpierw chodziły do polskiej szkoły, żeby nauczyły się „Inwokacji” i przeczytały „Antka”. Potem do francuskiej, żeby były dwujęzyczne. Potem do amerykańskiej, żeby się nauczyły po angielsku.

To był duży wysiłek, bo te szkoły były bardzo drogie. Andrzej Wajda mi pomagał, ale nigdy z moimi decyzjami nie dyskutował, bo nie podejmował ich na bieżąco ze mną.

Czy to dobrze, że powtarzamy życie naszych rodziców?

Nie wiem. To jest intuicyjne. Nie chodzi o to, że powtarzamy błędy, chociaż często to robimy; nie wierzę w to, że uczymy się na cudzych błędach. A na swoich – i tak jest za późno. Poza tym to często kwestia osobowości. Ja na przykład z zasady chcę być naiwna i romantyczna. I często daję się nabrać. Ale mam to jakoś w koszty wliczone.

Nie chodzi też o powtarzalność w spra­wie kluczowych życiowych decyzji. Czasem są to drobne nawyki, przyzwyczajenia. Moja mama na przykład nie znosiła okruchów. Zawsze wycierała palce o kant obrusa, żeby ich nie mieć na palcach. I ja też się niedawno na tym złapałam. Kiedyś otworzyła moją szafę, w której mam pudełeczka. Bardzo lubię pudełeczka – od takich najpiękniejszych na świecie, florenckich, wytłaczanych, ze skóry, po kartonowe. Po prostu strasznie trudno jest mi wyrzucić pudełko, bo uważam, że mi się do czegoś przyda. Mama spojrzała na te moje pudełeczka i powiedziała: „Jesteś dokładnie taka sama, jak twoja babka”.

Byliśmy kiedyś z Krzysiem i mamą w kawiarni, gdzie podano nam herbatę w szklankach i cukier w kostkach. I on, już jako 18-letni chłopiec, wrzucił do tej herbaty trzy kostki i zaczął się przypatrywać, jak topnieją. Mój ojciec robił dokładnie tak samo, a przecież nigdy się nie poznali, ojciec zniknął z naszego życia, kiedy Krzyś miał półtora roku. Z kolei jak zmywam makijaż przed lustrem, to tym wacikiem od demakijażu jeszcze później przelecę zawsze wszystkie krany w łazience. Moja młodsza córka, Wiktoria, całe życie się z tego śmiała, a ostatnio sama się na tym złapała. Może to genetyczne?

Pani córki są do pani podobne?

Każda inaczej. Karolina jest do mnie podobna zewnętrznie – do mnie w jej wieku. Jak patrzę teraz na moje stare filmy, to widzę, że mogłaby wejść na plan za mnie. Ma inny profil, ale w oczach, kształcie twarzy – bardzo podobna. Karolina jest spontaniczna, żywiołowa, a Wiktoria przeciwnie. Precyzyjna, odpowiedzialna, pedantyczna. Są jak woda i ogień, ale bardzo się kochają i wspierają. Chociaż między nimi jest duża różnica wieku, 10 lat. Ale to dobra różnica, bo jak pojawiła się na świecie Wiktoria, to Karolina uznała, że „mamy dziecko”, że będziemy ją wychowywały razem. Miałam szczęście. Bo wie pani, macierzyństwo to generalnie udręka. Trzeba kogoś kochać już na zawsze, nieustannie. Ciężka robota.

Uważa pani, że jak są dzieci, to powinno być i małżeństwo?

Uważam, że tak jest lepiej dla dzieci. Ale rozumiem doskonale wolne związki i jestem kompletnie za! Nie widzę powodu, dla którego ludzie musieliby się pobierać. A potem rozwodzić. Przeciwnie, uważam, że takie przypieczętowanie związku daje złudną pewność siebie – że ta druga osoba już na zawsze należy do nas. A takie małżeństwo kościelne to jest na przykład bardzo poważna sprawa – trzeba mieć pewność, że to już na zawsze.

Nie powinno się bez silnego wewnętrznego przekonania przyrzekać przed ołtarzem, że do śmierci, w biedzie i chorobie, bo idioty z Pana Boga robić nie można.

Pani brała ślub kościelny?

Nie. Właśnie dlatego, że nie byłabym w stanie tego powiedzieć. Nawet w trakcie ślubu cywilnego, kiedy trzeba powtórzyć po urzędniku stanu cywilnego pewną formułę zobowiązania, to mówiłam, że będę się starała. Bo taka była prawda. Uważam, że są takie momenty w życiu, a ślub do nich należy, kiedy trzeba być poważnym i mówić prawdę. Być prawdziwym przed samym sobą.

„500+ dałabym babciom”

Ale przecież kochała pani swoich mężów.

Oczywiście. Ale też znam siebie i znam życie. Miłość jest w jakimś sensie obciążeniem. Moja mama powiedziała kiedyś: „Tylko jednej rzeczy się w życiu bałam – wielkiej miłości”. Bo wielka miłość to z reguły miłość nieszczęśliwa, która na koniec boli i może zmienić nasze życie w zupełnie nieplanowanym kierunku.

Z córkami jest pani blisko? Przeczytałam gdzieś, że wciąż gotuje pani obiady dla Karoliny. Wiktoria i pani wnuki mieszkają zagranicą.

Mam bardzo bliski kontakt z córkami. Rzadko widuję wnuki, ale jak już, to na całego. Na co dzień obserwuję, jak teściowe i matki bardzo często pomagają córkom w wychowywaniu dzieci. Uważam, że powinny dostawać od państwa pensję, bo stanowią ostoję młodego pokolenia. Ich praca to praca niehonorowana. Zamiast 500+dałabym pensję babciom. Tym bardziej że one z wielką ochotą zainwestowałyby te pieniądze we wnuki. Często bardziej rozsądnie niż rodzice. Gdyby matki i teściowe zastrajkowały, to Polska by dziś stanęła. Nie trzeba manifestacji i palenia opon. Nie zaprowadziłyby wnuków do przedszkola, nie zostały z nimi w domu, kiedy są chore, nie ugotowały.

Pamiętam, jak Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji badała sprawę pani wulgarnej wypowiedzi w „Tańcu z gwiazdami”. Dużo pani przeklina?

Wulgarnej? Tak twierdzą tylko ci, którzy nie znają etymologii słowa „zapie..lać”! To znaczy mniej więcej to samo, co spieszyć się. Nie, nie przeklinam dużo, ale utrzymuję, że można przekląć. Nigdy nie powiedziałabym: „Cie choroba”, „O Jezusie” albo „Chryste Panie”.

A pani ulubione przekleństwo to…?

„Spierdalać” jest cudne. I bardzo przydatne w życiu. Trzeba wiedzieć, kiedy w życiu spierdalać.

„W tym filmie każdy sprzedał, co miał”

We „Wszystko na sprzedaż”, moim ulubionym filmie z pani udziałem, pojawia się postać, która pyta aktorkę: „Wolisz role smutne czy śmieszne”. Jakie?

To zależy. Łatwiej grać smutne. Komedia to jeden z najtrudniejszych gatunków. A takie ślamazarne, smutne postaci już w punkcie wyjścia wydają się poważniejsze, mądrzejsze, ambitniejsze. „Wszystko na sprzedaż” to rzeczywiście wyjątkowy film. Tam dialogi powstawały na planie. Każdy coś swojego przynosił.

Podczas kręcenia tego filmu byliście już z Andrzejem Wajdą małżeństwem.

Tak. Karolina była już na świecie. Grała tam przecież! Ten bobas to ona. Dosłownie: wszystko na sprzedaż, każdy sprzedał, co miał. Ja miałam małe dziecko.

To film, w którym prawda przeplata się z fikcją. Główny bohater, grany przez Andrzeja Łapickiego, to Andrzej Wajda. Pani, aktorka i jego żona, gra jego żonę, a kilkumiesięczna Karolina waszą córkę. W filmie widać zalążek kryzysu małżeńskiego. Czy to też było „wszystko na sprzedaż”?

To było życie. Teraz, po śmierci Andrzeja, zrobiłam sobie prywatny przegląd jego filmów

Co pani obejrzała?

„Popioły”, „Piłata i innych”…

A „Polowanie na muchy”?

Nigdy go nie widziałam.

To jest film, który Wajda zrobił jako rodzaj odreagowania po waszym rozwodzie.

Tak, wiem. Właśnie dlatego go nie obejrzałam.

A „Bez znieczulenia”? Tam pojawia się wątek waszego rozwodu.

Też nie. Myślę, że oglądanie tych filmów nie sprawiłoby mi przyjemności, bo nasze życie przedstawione jest tam z jego, subiektywnego punktu widzenia. Może miałabym poczucie niesprawiedliwości? Po co sobie to robić.

Najważniejsi mężczyźni pani życia to…

Całe życie przyjaźniłam się z mężczyznami. Nie są tak wylewni jak kobiety, ale solidniejsi. Możemy się długo nie widzieć, ale wiemy, że możemy na siebie liczyć. Mój brat jest na pewno jednym z najważniejszych mężczyzn mojego życia. Długo się nim opiekowałam, bo od dzieciństwa chorował na serce. Poza tym bardzo związała nas bieda – mieszkaliśmy w małym pokoiku bez wody, łazienki. Rodzeństwo to wielki dar, w trudnych chwilach nieoceniony. Ważni byli też mężczyźni, którzy mnie ukształtowali.

Na pewno Andrzej Wajda do nich należał. Bardzo dużo mi dał, mam nadzieję, że ja jemu też trochę. Dałam mu na przykład tytuł „Wszystko na sprzedaż” – to ja go wymyśliłam.

Jeszcze ktoś?

Tak, ale wolałabym nie mówić. Nie lubię i nie mam potrzeby odsłaniania się. Nigdy nie zdradzam się, jeśli coś mnie zaboli, nie grzebię we własnych problemach. Nie wierzę w teorię, że każdy problem trzeba rozwałkować i przerobić, a o wszystkim, co jest dla mnie w życiu ważne, mówić publicznie i głośno.

***

Rozmowa Z Beatą Tyszkiewicz ukazała się w „Urodzie życia” 5/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Alfred Hitchcock i Alma Reville / East News

Alfred Hitchcock i Alma Reville. „Gdyby nie żona, byłbym dziś najgorszym z kelnerów”

Fascynował się posągowymi blondynkami, ale jego jedyną i wielką miłością była niziutka rudowłosa Alma Reville. Zrobili razem 15 filmów, małżeństwem byli 50 lat. Hitchcock żartował: „Nie samym morderstwem żyje człowiek, mężczyzna potrzebuje czułości”.
Anna Zaleska
13.08.2020

Alma Reville wolała być bohaterką drugiego planu. Ale Alfred Hitchcock zawsze podkreślał, że wszystko, co osiągnął, zawdzięczał żonie. Małżeństwem byli ponad 50 lat. Nierozłącznym zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy. Filmy tworzyli na cztery ręce. Nawzajem się inspirowali. Gdy w 1979 roku Akademia Filmowa przygotowała uroczystość  na zakończenie kariery twórcy „Psychozy”, wielki reżyser żartował ze sceny: „Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że nie samym morderstwem żyje człowiek. Mężczyzna potrzebuje czułości, pochwały, zachęty, a także solidnego posiłku”. O tym, że zrobili razem 15 filmów, nie musiał wspominać, wszyscy wiedzieli. Alma Reville, schorowana, częściowo sparaliżowana, słuchając tych słów, uśmiechała się delikatnie i patrzyła na 80-letniego męża z tkliwością. Wiedziała, że zbliża się kres ich wspólnej drogi. Alfred Hitchcock i Alma Reville. Nieśmiałe zaloty Hitch – tak reżysera nazywali przyjaciele – urodził się jeden dzień przed Almą i żartował, że z tego powodu może mówić do niej Maleńka. Była też inna przyczyna, jego ukochana miała ledwie 150 cm wzrostu. Życie Almy od początku kręciło się wokół kina. Jej ojciec pracował w wytwórni filmowej, rodzina mieszkała tuż obok, dziewczynka często bawiła się na planie. Była samotnicą, z powodu choroby musiała na dwa lata zrezygnować ze szkoły, przez co zawsze uważała się za niedouczoną i miała kompleks niższości. Ale i wielkie ambicje. Gdy Alfred spotkał ją po raz pierwszy, miała już pozycję zawodową i doświadczenie. Pracowała w branży filmowej od 16. roku życia, najpierw jako praktykantka w montażowni, potem samodzielna montażystka, wreszcie asystentka reżysera, a także aktorka. Była sławna, gazety pisały o niej jako o pionierce europejskiej kinematografii....

Czytaj dalej
gessler
fot. Marta Wojtal

Magda Gessler: „Jeśli warto za czymś w życiu gonić, to za miłością”

„W perspektywie jednego życia, które mamy, trzeba zawsze próbować wszystkiego, aby pojednać się z ludźmi. Walczyć o miłość, troszczyć się o przyjaciół. Mieć w sobie empatię i miłość do świata” – mówi Magda Gessler.
Magdalena Żakowska
11.08.2020

Najsłynniejsza polska restauratorka ma rozmach, fantazję i cięty język. Fani programu „Kuchenne rewolucje”, który dzięki jej osobowości stał się telewizyjnym hitem, powtarzają sobie jej powiedzenia typu: „karta dań wygląda jak akt zgonu”, czy „żadne danie nie jest jadalne prócz herbaty”. Świat bez niej byłby na pewno mniej kolorowy – i ciekawy. Ale w rozmowie z nami mówi o kameralnych relacjach, bliskich uczuciach i tym, że dzisiaj, w tych dziwnych czasach lepiej gonić za miłością niż za jakimikolwiek dobrami materialnymi. Magdalena Żakowska: Gdybyś miała teraz zamknąć oczy i przenieść się w wymarzone miejsce sprzed epidemii, to gdzie by to było? Magda Gessler: Floryda lat 60. Jadę obłędnym kabrioletem, włosy schowane pod jedwabnym szalem w kolorze lodów malinowych. Morelowa sukienka na prawdziwej halce, z bawełnianej satyny, wcięta w talii, z głębokim dekoltem, bardotka. Koralowe usta. Skośne, kocie okulary dopełniają całość. Za mną unosi się woń perfum o zapachu gardenii. Niebieskie niebo, mocne słońce i orzeźwiająca bryza znad oceanu. W radiu Sinatra. Sama tak jedziesz? No co ty?! Oczywiście z mężczyzną. I wyglądam jak hollywoodzka gwiazda! Ale to wszystko dlatego, że oglądałam ostatnio film z lat 60. z Rockiem Hudsonem, którego kocham. To pierwszy aktor, który zmarł na AIDS, był homoseksualistą, ale jak wszyscy wtedy musiał to ukrywać. Żył w fikcyjnych związkach, prowadził fikcyjne życie na pokaz. Tragiczna postać. Jeśli miałabym zinterpretować to marzenie, obstawiałabym, że tęsknisz za mężczyzną. Waldek [Kozerawski, partner Magdy Gessler – red.] jest w Kanadzie, ja w Polsce. Miałam lecieć do niego w sobotę 14 marca ostatnim samolotem. Ale poczułam odpowiedzialność i ciężar tego, kim jestem i co się z tym wiąże. Poza tym paniczny strach...

Czytaj dalej
Maria Skłodowska-Curie
kolaż: Getty Images, East News

Gazety pisały: „Wszetecznica!”  Maria Skłodowska-Curie dla kochanka poświęciła wszystko, co miała

Czy 43-letnia kobieta, mądra, wybitnie zdolna i znana, ma prawo oszaleć z miłości i ulec namiętnościom, o jakie sama nigdy siebie nie podejrzewała? W taki romans wdała się Maria Skłodowska-Curie, wywołując skandal i zgorszenie.
Anna Tomiak
07.08.2020

Maria Skłodowska-Curie, noblistka i fizyk Paul Langevin, zbliżyli się do siebie w 1906 r. To on pocieszał Marię po tragicznej śmierci Piotra Curie. Ich przyjaźń szybko zmieniła się w miłość. Langevin był nie tylko wybitnym fizykiem, ale i wielkim erudytą. Byłby ideałem, gdyby nie był żonaty.   Połowa 1910 r. Maria Curie i Paul Langevin kochają się od trzech lat, ale znają o wiele dłużej. Oboje należą do grona wybitnych fizyków skupionych wokół Sorbony. Paul jest młodszy od Marii o cztery lata. Kiedyś student jej męża, z czasem stał się jego najbliższym współpracownikiem i niemal codziennym gościem w domu państwa Curie. Ich przyjacielska zażyłość niepostrzeżenie przerodziła się w miłość. Langevin przypomina Piotra Curie. Też jest wybitnym fizykiem, erudytą, równie błyskotliwy i ujmujący. „Należy do niewielu ludzi, których towarzystwo nie irytuje Marii...”, zauważa Maciej Karpiński w książce „Maria i Paul. Miłość geniuszy”.  Kochankowie spotykają się codziennie w małym mansardowym mieszkaniu z niekrępującym wejściem przy Rue du Banquier, tuż obok Sorbony. Takim, jakie przeważnie wybierają niezamożni paryżanie, studenci czy ubodzy artyści. Umeblowane byle jak przypadkowymi sprzętami, ale to nie ma znaczenia. W listach nazywają je czule „chez nous” – u nas.  Maria Skłodowska-Curie: noblistka, skandalistka Burżuazyjna Francja początku XX w. nie jest purytańska, jest pruderyjna, uważa Françoise Giroud, autorka biografii Marii Skłodowskiej-Curie. Kobiety nie mają tam praw wyborczych (otrzymają je dopiero w 1945 r.!), nawet nie mogą bez pozwolenia męża wydawać zarobionych przez siebie pieniędzy. I tylko one są karane za cudzołóstwo, szczególnie wtedy, kiedy spotykają się z kochankiem w „domu...

Czytaj dalej