Beata Tyszkiewicz: „Całe życie przyjaźniłam się z mężczyznami"
Fot. Wiktoria Bosc

Beata Tyszkiewicz: „Całe życie przyjaźniłam się z mężczyznami"

Beata Tyszkiewicz, wielka aktorka, była żona Andrzeja Wajdy, gwiazda kultowego filmu „Wszystko na sprzedaż” ma ponad 80 lat i wciąż mówi o sobie, że jest uparta i energiczna.
Magdalena Żakowska
14.08.2020

Grała u największych: Wajdy, Hassa, Kieślowskiego. Jej Izabela Łęcka w „Lalce” Jerzego Hassa ( 1968) jest nie podrobienia i nie do powtórzenia. Tworzyła wspaniałe role w filmach kostiumowych („Marysia i Napoleon”). Grała postaci współczesnych kobiet uwikłanych w trudne uczuciowe relacje („Wszystko na sprzedaż”, „Jej powrót”). Bawiła w komediach („Seksmisja”). Ale Beata Tyszkiewicz jest kimś więcej niż aktorką. Jest postacią, lubianą i podziwianą. 

Urodziła się 14 sierpnia 1938 roku w Wilanowie, ze względu na arystokratyczne pochodzenie nazywana jest pierwszą damą polskiego filmu. W filmie zadebiutowała jeszcze jako uczennica rolą Klary w „Zemście” w 1957 roku. Jedna z najpiękniejszych polskich aktorek, była żoną Andrzeja Wajdy i Witolda Orzechowskiego. Ma dwie dorosłe córki Karolinę i Wiktorię, jest też babcią. W rozmowie z nami powiedziała: „Mam silny charakter. Warto wiedzieć o sobie takie rzeczy. Ku przestrodze dla siebie i innych”.

Magdalena Żakowska Ma pani piękny zegarek. To Cartier Baignoire?

Beata Tyszkiewicz: Tak. Bardzo dziękuję!

Charlotte Gainsbourg dostała identyczny od ojca, Serge’a Gainsbourga.

Ja sobie kupiłam sama. 20 lat temu.

W życiu trzeba polegać wyłącznie na sobie?

Tak mam. Nigdy w życiu nie próbowałam polegać na mężczyznach. Cenię sobie niezależność i samodzielność.

Ale czy mężczyźni potrafią to docenić?

Mądrzy potrafią. Uważam, że kobiety i mężczyźni mają w życiu różne, nie całkiem zbieżne cele i każde powinno się trzymać swoich. Kobieta bardzo często czuje się spełniona, kiedy urodzi dziecko. Mężczyzna raczej nie. Zna pani chiński horoskop? Uważam, że ludzie powinni się dobierać znakami chińskiego zodiaku. Są takie typy charakterów, takie znaki, które po prostu ze sobą nie współpracują.

Beata Tyszkiewicz: „jestem chińskim tygrysem”

Wierzy pani w chiński horoskop?

Bardzo. Jest fascynujący, można dzięki niemu wiele zrozumieć. Także z otaczającej nas rzeczywistości – dlaczego dany polityk jest taki, jaki jest, dlaczego wielu dyktatorów i tyranów urodziło się pod jednym znakiem. Wszystko jest tam zawarte. Dowie się pani nawet, pod jakim znakiem powinny się rodzić pani dzieci. Bo smoki źle znoszą na przykład rodzeństwo. Mam dwóch wnuków, Marcel jest smokiem, ma pięć lat i strasznie dominuje nad starszym bratem, który ma prawie 10 lat. Chwilami bywa to zabawne. Ostatnio, jak chciał go dotknąć, powiedział: „Wiesz co, ty jesteś taki siusiak, co nie może zrobić siusiu”. Upokorzenie z poziomu pięciolatka. Starszy, Szymon, jest ideałem.

A pani spod jakiego jest znaku?

Jestem chińskim tygrysem. Tygrysy są uparte, energiczne i pewne siebie. Przez całe życie uciekają przed nudą. Ale sam znak nie wystarczy, żeby poznać charakter człowieka. To jest znacznie bardziej skomplikowane. Bo każdy znak dzieli się na części. Wszystko zależy od daty urodzenia. W stosunkach osobistych ja na przykład mam świetne relacje z małpą. Małpa oczywiście płata figle, potrafi podpalić dom tylko po to, żeby natychmiast zabrać się z pełnym zaangażowaniem do gaszenia. Ale małpa musi się też liczyć z tym, że kiedy zaśnie, to tygrys ją zje.

Tygrys, czyli pani.

Tak. Mam silny charakter. Warto wiedzieć o sobie takie rzeczy. Ku przestrodze dla siebie i innych. Warto też wiedzieć, czy kiedy spotyka pani kogoś, to macie szansę na porozumienie czy nie. Będzie wam się dobrze współpracowało czy nie. Będzie porozumienie czy nie. Bardzo jest to wszystko zabawne. Nie traktuję chińskiego horoskopu śmiertelnie poważnie; na szczęście nie ma w nim tych wszystkich bzdur o tym, co czeka nas w następnym tygodniu. Koncentruje się na stosunkach między ludźmi – dziećmi i rodzicami, kobietami i mężczyznami. Ostatnio przeczytałam, że w Ameryce 40 procent par się rozwodzi. Najwyraźniej nie znają chińskiego horoskopu!

Ale pani ma przecież na koncie 300 procent rozwodów!

To prawda! I uważam, że nie wypada mieć więcej. Ale też wszystkie były w miarę łagodne. Jak kobieta całą winę za rozwód bierze na siebie, to jest on bardzo łagodny. A tygrys w każdej sytuacji bierze winę na siebie. Zresztą nie ma powodu, żeby z sympatycznymi ludźmi rozwodzić się niesympatycznie.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

wszystko na
Fot. East News

„Wolne związki? Jestem za”

Samotność wybrała sobie pani całkowicie świadomie, z premedytacją?

Nie jestem samotna. I nigdy nie byłam. Samotność nie ma z małżeństwem nic wspólnego. W małżeństwie można być przecież znacznie bardziej samotnym niż w pojedynkę. Uważam po prostu, że małżeństwo ma sens wtedy, kiedy są dzieci. Nawet jeśli mężczyzna nie garnie się do pomocy w wychowywaniu tych dzieci. Ale dzieci potrzebują matki i ojca. To jest jakiś nasz ludzki rytuał.

Przecież pani sama wychowywała córki.

To nie ma nic do rzeczy. Tata w pobliżu musi być.

Ale dlaczego w pobliżu, a nie na miejscu?

W jakimś sensie powtarzamy życie naszych rodziców. Moja mama wychowała mnie i mojego brata sama, bo tatę zabrali nam w czasie wojny Niemcy, był w obozach, a potem został w Anglii. Po wojnie widziałam go tylko raz. A mój brat nigdy. Ale ten ojciec gdzieś tam był, mieliśmy gdzie umiejscowić nasz żal, pretensję, złość. I zazdrość, bo ojciec miał potem w Anglii jeszcze jedno dziecko z drugiego małżeństwa.

W pani było więcej żalu czy złości?

Chyba ani jednego, ani drugiego. Mój brat miał gorzej, bo ojciec miał drugiego syna, więc powstawał jakiś rodzaj współzawodnictwa. Mnie nigdy ojca nie brakowało. Moja matka była fantastyczną kobietą. Ale samotne macierzyństwo to też samotne podejmowanie decyzji. Często niełatwych. Ja na przykład wielokrotnie zmieniałam córkom szkoły. Najpierw chodziły do polskiej szkoły, żeby nauczyły się „Inwokacji” i przeczytały „Antka”. Potem do francuskiej, żeby były dwujęzyczne. Potem do amerykańskiej, żeby się nauczyły po angielsku.

To był duży wysiłek, bo te szkoły były bardzo drogie. Andrzej Wajda mi pomagał, ale nigdy z moimi decyzjami nie dyskutował, bo nie podejmował ich na bieżąco ze mną.

Czy to dobrze, że powtarzamy życie naszych rodziców?

Nie wiem. To jest intuicyjne. Nie chodzi o to, że powtarzamy błędy, chociaż często to robimy; nie wierzę w to, że uczymy się na cudzych błędach. A na swoich – i tak jest za późno. Poza tym to często kwestia osobowości. Ja na przykład z zasady chcę być naiwna i romantyczna. I często daję się nabrać. Ale mam to jakoś w koszty wliczone.

Nie chodzi też o powtarzalność w spra­wie kluczowych życiowych decyzji. Czasem są to drobne nawyki, przyzwyczajenia. Moja mama na przykład nie znosiła okruchów. Zawsze wycierała palce o kant obrusa, żeby ich nie mieć na palcach. I ja też się niedawno na tym złapałam. Kiedyś otworzyła moją szafę, w której mam pudełeczka. Bardzo lubię pudełeczka – od takich najpiękniejszych na świecie, florenckich, wytłaczanych, ze skóry, po kartonowe. Po prostu strasznie trudno jest mi wyrzucić pudełko, bo uważam, że mi się do czegoś przyda. Mama spojrzała na te moje pudełeczka i powiedziała: „Jesteś dokładnie taka sama, jak twoja babka”.

Byliśmy kiedyś z Krzysiem i mamą w kawiarni, gdzie podano nam herbatę w szklankach i cukier w kostkach. I on, już jako 18-letni chłopiec, wrzucił do tej herbaty trzy kostki i zaczął się przypatrywać, jak topnieją. Mój ojciec robił dokładnie tak samo, a przecież nigdy się nie poznali, ojciec zniknął z naszego życia, kiedy Krzyś miał półtora roku. Z kolei jak zmywam makijaż przed lustrem, to tym wacikiem od demakijażu jeszcze później przelecę zawsze wszystkie krany w łazience. Moja młodsza córka, Wiktoria, całe życie się z tego śmiała, a ostatnio sama się na tym złapała. Może to genetyczne?

Pani córki są do pani podobne?

Każda inaczej. Karolina jest do mnie podobna zewnętrznie – do mnie w jej wieku. Jak patrzę teraz na moje stare filmy, to widzę, że mogłaby wejść na plan za mnie. Ma inny profil, ale w oczach, kształcie twarzy – bardzo podobna. Karolina jest spontaniczna, żywiołowa, a Wiktoria przeciwnie. Precyzyjna, odpowiedzialna, pedantyczna. Są jak woda i ogień, ale bardzo się kochają i wspierają. Chociaż między nimi jest duża różnica wieku, 10 lat. Ale to dobra różnica, bo jak pojawiła się na świecie Wiktoria, to Karolina uznała, że „mamy dziecko”, że będziemy ją wychowywały razem. Miałam szczęście. Bo wie pani, macierzyństwo to generalnie udręka. Trzeba kogoś kochać już na zawsze, nieustannie. Ciężka robota.

Uważa pani, że jak są dzieci, to powinno być i małżeństwo?

Uważam, że tak jest lepiej dla dzieci. Ale rozumiem doskonale wolne związki i jestem kompletnie za! Nie widzę powodu, dla którego ludzie musieliby się pobierać. A potem rozwodzić. Przeciwnie, uważam, że takie przypieczętowanie związku daje złudną pewność siebie – że ta druga osoba już na zawsze należy do nas. A takie małżeństwo kościelne to jest na przykład bardzo poważna sprawa – trzeba mieć pewność, że to już na zawsze.

Nie powinno się bez silnego wewnętrznego przekonania przyrzekać przed ołtarzem, że do śmierci, w biedzie i chorobie, bo idioty z Pana Boga robić nie można.

Pani brała ślub kościelny?

Nie. Właśnie dlatego, że nie byłabym w stanie tego powiedzieć. Nawet w trakcie ślubu cywilnego, kiedy trzeba powtórzyć po urzędniku stanu cywilnego pewną formułę zobowiązania, to mówiłam, że będę się starała. Bo taka była prawda. Uważam, że są takie momenty w życiu, a ślub do nich należy, kiedy trzeba być poważnym i mówić prawdę. Być prawdziwym przed samym sobą.

„500+ dałabym babciom”

Ale przecież kochała pani swoich mężów.

Oczywiście. Ale też znam siebie i znam życie. Miłość jest w jakimś sensie obciążeniem. Moja mama powiedziała kiedyś: „Tylko jednej rzeczy się w życiu bałam – wielkiej miłości”. Bo wielka miłość to z reguły miłość nieszczęśliwa, która na koniec boli i może zmienić nasze życie w zupełnie nieplanowanym kierunku.

Z córkami jest pani blisko? Przeczytałam gdzieś, że wciąż gotuje pani obiady dla Karoliny. Wiktoria i pani wnuki mieszkają zagranicą.

Mam bardzo bliski kontakt z córkami. Rzadko widuję wnuki, ale jak już, to na całego. Na co dzień obserwuję, jak teściowe i matki bardzo często pomagają córkom w wychowywaniu dzieci. Uważam, że powinny dostawać od państwa pensję, bo stanowią ostoję młodego pokolenia. Ich praca to praca niehonorowana. Zamiast 500+dałabym pensję babciom. Tym bardziej że one z wielką ochotą zainwestowałyby te pieniądze we wnuki. Często bardziej rozsądnie niż rodzice. Gdyby matki i teściowe zastrajkowały, to Polska by dziś stanęła. Nie trzeba manifestacji i palenia opon. Nie zaprowadziłyby wnuków do przedszkola, nie zostały z nimi w domu, kiedy są chore, nie ugotowały.

Pamiętam, jak Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji badała sprawę pani wulgarnej wypowiedzi w „Tańcu z gwiazdami”. Dużo pani przeklina?

Wulgarnej? Tak twierdzą tylko ci, którzy nie znają etymologii słowa „zapie..lać”! To znaczy mniej więcej to samo, co spieszyć się. Nie, nie przeklinam dużo, ale utrzymuję, że można przekląć. Nigdy nie powiedziałabym: „Cie choroba”, „O Jezusie” albo „Chryste Panie”.

A pani ulubione przekleństwo to…?

„Spierdalać” jest cudne. I bardzo przydatne w życiu. Trzeba wiedzieć, kiedy w życiu spierdalać.

„W tym filmie każdy sprzedał, co miał”

We „Wszystko na sprzedaż”, moim ulubionym filmie z pani udziałem, pojawia się postać, która pyta aktorkę: „Wolisz role smutne czy śmieszne”. Jakie?

To zależy. Łatwiej grać smutne. Komedia to jeden z najtrudniejszych gatunków. A takie ślamazarne, smutne postaci już w punkcie wyjścia wydają się poważniejsze, mądrzejsze, ambitniejsze. „Wszystko na sprzedaż” to rzeczywiście wyjątkowy film. Tam dialogi powstawały na planie. Każdy coś swojego przynosił.

Podczas kręcenia tego filmu byliście już z Andrzejem Wajdą małżeństwem.

Tak. Karolina była już na świecie. Grała tam przecież! Ten bobas to ona. Dosłownie: wszystko na sprzedaż, każdy sprzedał, co miał. Ja miałam małe dziecko.

To film, w którym prawda przeplata się z fikcją. Główny bohater, grany przez Andrzeja Łapickiego, to Andrzej Wajda. Pani, aktorka i jego żona, gra jego żonę, a kilkumiesięczna Karolina waszą córkę. W filmie widać zalążek kryzysu małżeńskiego. Czy to też było „wszystko na sprzedaż”?

To było życie. Teraz, po śmierci Andrzeja, zrobiłam sobie prywatny przegląd jego filmów

Co pani obejrzała?

„Popioły”, „Piłata i innych”…

A „Polowanie na muchy”?

Nigdy go nie widziałam.

To jest film, który Wajda zrobił jako rodzaj odreagowania po waszym rozwodzie.

Tak, wiem. Właśnie dlatego go nie obejrzałam.

A „Bez znieczulenia”? Tam pojawia się wątek waszego rozwodu.

Też nie. Myślę, że oglądanie tych filmów nie sprawiłoby mi przyjemności, bo nasze życie przedstawione jest tam z jego, subiektywnego punktu widzenia. Może miałabym poczucie niesprawiedliwości? Po co sobie to robić.

Najważniejsi mężczyźni pani życia to…

Całe życie przyjaźniłam się z mężczyznami. Nie są tak wylewni jak kobiety, ale solidniejsi. Możemy się długo nie widzieć, ale wiemy, że możemy na siebie liczyć. Mój brat jest na pewno jednym z najważniejszych mężczyzn mojego życia. Długo się nim opiekowałam, bo od dzieciństwa chorował na serce. Poza tym bardzo związała nas bieda – mieszkaliśmy w małym pokoiku bez wody, łazienki. Rodzeństwo to wielki dar, w trudnych chwilach nieoceniony. Ważni byli też mężczyźni, którzy mnie ukształtowali.

Na pewno Andrzej Wajda do nich należał. Bardzo dużo mi dał, mam nadzieję, że ja jemu też trochę. Dałam mu na przykład tytuł „Wszystko na sprzedaż” – to ja go wymyśliłam.

Jeszcze ktoś?

Tak, ale wolałabym nie mówić. Nie lubię i nie mam potrzeby odsłaniania się. Nigdy nie zdradzam się, jeśli coś mnie zaboli, nie grzebię we własnych problemach. Nie wierzę w teorię, że każdy problem trzeba rozwałkować i przerobić, a o wszystkim, co jest dla mnie w życiu ważne, mówić publicznie i głośno.

***

Rozmowa Z Beatą Tyszkiewicz ukazała się w „Urodzie życia” 5/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magdalena Biedrzycka, Pan T
fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Magdalena Biedrzycka: „Moja praca to krew, pot i łzy”

Jako kostiumografka pracowała m.in. dla Wajdy, Polańskiego i Krauzego. Sama o sobie mówi, że jest „psychiatrą, praczką, krawcową i czasami artystką”.
Magdalena Żakowska
01.06.2020

Ma na koncie ponad sto produkcji filmowych. Jej projekty znamy z takich obrazów jak „Wałęsa”, „Pianista”, czy „Katyń”, ale również np. z „Listów do M.” i „Czasu honoru”. Po odpowiednie kostiumy potrafi zarówno pojechać do Paryża lub Londynu, jak i zrobić je z wywróconego na drugą stronę obicia kanapy. Czasami to one ją znajdują – jak sztuczne futro z wilka, które kurzyło się na półce w Centrum Obsługi Przedsiębiorstw i Instytucji Artystycznych i czekało na rolę w „Panu T.”.  Czarno-biały film Marcina Krzyształowicza z Pawłem Wilczakiem w roli głównej możesz teraz obejrzeć na platformie VOD Player+. Magdalena Biedrzycka: Postanowiłam przygotować się do naszej rozmowy. Przeczytałam swoje CV, przypomniałam sobie swoje filmy i policzyłam, ile pracuję. Wie pani, co mi wyszło? Magdalena Żakowska :  Równo 40 lat na planie filmowym.  Pani też się przygotowała! Co prawda miałam dwa lata przerwy na stan wojenny, lata 90. też były dziwne, bo nagle rozpadła się filmowa struktura państwowa i zapanował chaos – każdy kręcił, co tylko mógł, w efekcie niewiele jest dobrych filmów z tego okresu. Pracowałam wtedy mało.  Poznałyśmy się na planie „Wałęsy” Wajdy. Opowiadała mi pani o swetrze, w którym Robert Więckiewicz podpisywał akurat tego dnia Porozumienia Sierpniowe...  ...że to oryginalny sweter Wałęsy z tego okresu. Gdzieś w gazecie znalazłam wzmiankę, że pani Danuta oddała ten sweter do Muzeum Solidarności. Oni mi go pożyczyli. Ktoś, kto sobie wyobraża, że moja praca polega na tym, że sobie siedzę przy biureczku i rysuję, albo idę do sklepu i kupuję, ma mylne pojęcie o tym zawodzie. To krew, pot i łzy. Czasem zdarza mi się pracować w garażu z betonową...

Czytaj dalej
Danuta Wałęsa
Magdalena Łuniewska/Buku Team

Danuta Wałęsa: „Zostałam sama z ośmiorgiem dzieci”

Rok temu skończyła 70 lat, niedawno razem z byłym prezydentem Polski obchodzili 50. rocznicę ślubu. – Ale małżeństwem z Wałęsą byliśmy tak naprawdę tylko 11 lat – mówi Danuta Wałęsa, Pierwsza Dama wolnej Polski. – Polityka okazała się naszym przekleństwem.
Magdalena Żakowska
31.08.2020

„Czasem zastanawiam się, jak dałam radę. Przecież ja co dwa lata rodziłam dziecko! Byłam wiecznie zmęczona. Długo walczyłam o małżeństwo. Prosiłam, tłumaczyłam, krzyczałam, płakałam. Ale nie udało się. Polityka wciągnęła mojego męża jak narkotyk. Dziś już tylko ze mną mieszka” – mówi I Prezydentowa II RP.  Magdalena Żakowska: Jak pani zapamiętała 1989 rok? Danuta Wałęsa: Nie chcę o nim pamiętać. Nigdy nie lubiłam polityki, chociaż byłam do niej na siłę wciągana. Z dzisiejszej perspektywy Czerwiec '89 to dla mnie gorzkie wspomnienie. Mąż poświęcił się wtedy polityce, moje dzieci nie miały ojca, ja nie miałam męża i mam poczucie, że ta ofiara była po nic. W książce pisała pani, że marzy pani o tym, żeby mąż i ojciec do was wrócił. Spełniło się? Nie. Teoretycznie 8 listopada będziemy obchodzili z mężem 50. rocznicę ślubu, ale tak naprawdę małżeństwem byliśmy tylko 11 lat. Bo od Sierpnia ’80 jego w zasadzie interesowała już tylko polityka. W jakimś sensie ojciec opuścił nasze dzieci i odszedł wtedy od rodziny. Trochę stał się w naszym domu gościem. A jak już był, to nie lubił słuchać o problemach.  Marzyłam o tym, żeby wrócił nie tylko dla siebie, także dla dzieci – żeby poczuły wreszcie, że mają ojca. Ale mąż nie potrafi odciąć się od polityki. Ma swój świat, który wciągnął go jak narkotyk. Moja książka nosi tytuł „Marzenia i tajemnice”. Marzenie się nie spełniło, a tajemnicą pozostaje dla mnie, dlaczego on nie chciał w jakiś sposób podzielić się z nami swoim czasem. Dziś już tylko ze mną mieszka. A przez te 11 lat, zanim polityka wkroczyła w wasze życie, byliście szczęśliwą rodziną? Choć męża co chwilę wyrzucali z pracy, a ja byłam albo w ciąży, albo właśnie urodziłam...

Czytaj dalej
zerwanie z rodziną
Getty Images

Czy zerwanie kontaktu z rodziną może nam wyjść na dobre?

Odpowiada psychoterapeutka, Ewa Chalimoniuk.
Karolina Rogalska
15.10.2018

Rodzina to źródło ciepła, bezpieczeństwa, miłości, a czasem ogromnego cierpienia. Bo konflikty, które bolą najbardziej, to te z najbliższymi. Czasami konflikty rodzinne są tak silne, że łatwiej zerwać relacje z krewnymi, niż utrzymywać więzi i spotykać się przy stole. Co zrobić, kiedy ranimy się tak mocno, że łatwiej zerwać więź, niż o nią walczyć? O tym, dlaczego bliscy nas ranią najmocniej i czy zerwanie kontaktów z rodziną może być dla nas dobre, opowiada Ewa Chalimoniuk, psychoterapeutka. Karolina Rogalska: Artyści z grupy Twożywo zrobili kiedyś plakat z napisem: „Tarcie to ciepło, ciepło to rodzina”. Czy ci, których kochamy najbardziej, mogą najmocniej nas zranić? Ewa Chalimoniuk:  Rodzina jest po to, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby emocjonalne człowieka: bezpieczeństwa, przywiązania, bezwarunkowej akceptacji i miłości. Jeśli tego nie dostajemy, to cierpimy. W stosunku do najbliższych mamy też największe oczekiwania, więc te zawody bardzo bolą. Ktoś, kogo nie kochamy, nie może sprawić nam głębokiego bólu. Jeżeli ubliży pani pijak na ulicy, to zezłości się pani i pójdzie dalej, ale jeśli zrobi to ukochany syn czy rodzic? Miłość i nienawiść to dwa końce tej samej liny. Czasem ten ból jest tak wielki, że ludziom łatwiej zerwać kontakt niż pozostać w relacji, ale czy cena, jaką za to płacą, nie jest zbyt wysoka? Jest bardzo wysoka. Myślę jednak, że rzadko kto zrywa kontakt z rodziną bez ważnego powodu. Musimy czuć się mocno zranieni, nierozumiani czy nieakceptowani w jakiejś swojej decyzji – wyboru partnera, wiary czy ścieżki życiowej – że dokonujemy tak ostatecznego gestu. Najczęściej decydują się na to ludzie, którzy nie mieli bezpiecznej więzi z rodzicami. Doświadczający w tej relacji upokorzeń, odrzucenia albo przemocy psychicznej, fizycznej czy...

Czytaj dalej
Orły
Maciej Zienkiewicz/AG

„Cieszę się, że o mnie pamiętacie”, mówi Maja Komorowska, laureatka Orła 2020 za osiągnięcia życia

Aktorka Wajdy i Kieślowskiego o życiu i czasie
Karolina Morelowska-Siluk
27.02.2020

Maja Komorowska ma 82 lata. Ukończyła Wydział Lalkarski PWST w Krakowie, należała m.in. do prowadzonego przez Jerzego Grotowskiego Teatru 13 Rzędów w Opolu. Znamy ją z wielu wybitnych ról filmowych i teatralnych m.in. „Człowieku z żelaza” Wajdy, „Roku spokojnego słońca” Zanussiego, czy „Dekalogu I” Kieślowskiego. 2 marca 2002 r. została uhonorowana Orłem za całokształt twórczości. Odczytując nazwisko aktorki, prezydent Polskiej Akademii Filmowej Dariusz Jabłoński powiedział, że jest to nagroda za dla „wielkiej postaci sztuki i kino”. Publiczność powitała aktorkę owacją na stojąco.  Karolina Morelowska-Siluk „Uroda Życia”: Prawie pół roku czekałam na to spotkanie... Maja Komorowska:  To prawda. Podziwiam pani cierpliwość. Nie chciałam tego wywiadu, bo mam poczucie, że właściwie wszystko już powiedziałam. Oczywiście, zawsze zostaje coś jeszcze, czego nie odkryłam, czego nie napisałam, bo wciąż spotykam przecież nowych ludzi i wchodzę w nowe sytuacje. Ale jeśli chodzi o teatr, film, o moich mistrzów, warsztat, to naprawdę moja historia wydaje się opowiedziana. Zostawmy zatem pracę i porozmawiajmy o życiu. Kiedy obchodziła pani  80-lecie cała rzesza ludzi chciała okazać swoje oddanie, sympatię, wdzięczność. Pani urodziny zostały zorganizowane w kilku częściach. To panią zaskoczyło? Skala świętowania przekroczyła moją wyobraźnię. To było piękne, wzruszające, ale jednocześnie w jakimś sensie emocjonalnie mnie przerosło. Zwłaszcza ta wielokrotność uroczystości. Najpierw było Chrzęsne, urządzone przez Mazowiecki Instytut Kultury – ze wspaniałą wystawą moich zdjęć. Już następnego dnia – 11 grudnia – Akademia Teatralna i Instytut Teatralny wraz ze studentami obchodzili...

Czytaj dalej