Ja jestem Cezary Pazura...
HBO Jacek Piątek

Ja jestem Cezary Pazura...

„Moja żona Edytka spytała, czy jestem przygotowany do zdjęć. Odpowiedziałem: Nie, kochanie. Ja nie jestem przygotowany. Ja jestem przygotowany perfekcyjnie” – mówi w rozmowie z nami Cezary Pazura.
Magdalena Żakowska
18.06.2020

Można go lubić albo nie, ale każdy przyzna: Cezary Pazura to jeden z największych aktorów w historii polskiej komedii. Można narzekać, że nie zagrał wielkiej dramatycznej roli,  że za bardzo marnuje talent na estradowe występy, ale to, co zrobił w „Killerze” i tak przejdzie do historii. A Adaś Miauczyński u Koterskiego? Nowy w „Psach”, czy niedawno Mariusz w serialu „Ślepnąc od świateł”?

Kilka dni temu obchodził 58 urodziny. Życzymy mu z tej okazji jeszcze wielu fantastycznych ról! I zachowania tego daru, który ma do rozbawiania ludzi. Jego przyjaciel, słynny malarz i plakacista Rafał Olbiński powiedział mu: „Ty jesteś, chłopcze, w takim wieku, że nie możesz już robić rzeczy nieistotnych. Skup się tylko na tym, co ważne”. „To była najlepsza rada, jaką w życiu dostałem” , mówi Cezary Pazura.

Magdalena Żakowska: Ogląda pan programy Kuby Wojewódzkiego?

Cezary Pazura: Oglądam, znam go osobiście i bardzo podziwiam jego profesjonalizm. Byłem u niego w programie już chyba ze sześć razy. A dlaczego pani pyta?

Bo jest uderzające podobieństwo między Wojewódzkim a granym przez pana celebrytą Mariuszem w serialu „Ślepnąc od świateł” – w gestach, sposobie mówienia, słownictwie.

Spotkałem wtedy Kubę. Rozmawialiśmy trochę. Zapytał, co robię. Mówię, że gram Mariusza w „Ślepnąc od świateł”. A on: „Ha! Taką postać, o której, jak się ukazała książka, mówili, że to ja!”. „A to ty?” – zapytałem. „Nie, no co ty?!” Także wszelkie podobieństwa są przypadkowe.

Wiem, że zdobył pan tę rolę w drodze castingu.

Tak, już chyba nie ma aktorów branych w ciemno ze względu na nazwisko. Teraz wszyscy muszą walczyć o rolę. Pamiętam, jak w 1994 roku zadzwoniła do mnie Dorota Ostrowska, producentka filmu „Nic śmiesznego” w reżyserii Marka Koterskiego, i zaproponowała, żebym przyszedł na zdjęcia próbne. Byłem wtedy już po Wajdzie, po Kieślowskim, Machulskim i Pasikowskim. Woda sodowa lekko uderzyła mi do głowy, nie powiem. Odpowiedziałem: „Pani Dorotko, przecież się znamy i lubimy. Ja jestem Cezary Pazura. Jeśli reżyser mnie chce, to dzwoni po Pazurę. Na co mi te zdjęcia próbne?!”. Pani Dorota to przełknęła, bo jest zawodowcem, i zaproponowała, że prześle mi scenariusz. Goniec przyjechał godzinę później. Przeczytałem tekst jednym tchem i złapałem za telefon: „Pani Dorotko, to o której te zdjęcia próbne?”. I zagrałem wówczas jedną z najważniejszych ról w swoim dorobku. To mnie nauczyło pokory. A pani Dorota Ostrowska stała się dla mnie wzorem producenta i dyplomaty.

Czytałem książkę Żulczyka i bardzo chciałem zagrać w tym serialu. Kiedy wychodziłem z domu na zdjęcia próbne, Edytka, moja żona, zapytała, czy jestem przygotowany. Odpowiedziałem: „Nie, kochanie. Ja nie jestem przygotowany. Ja jestem przygotowany perfekcyjnie”. To chyba pierwsza robota w moim życiu, kiedy na zdjęcia próbne przyszedłem całkowicie gotowy do roli.

Miał pan poczucie, że ta rola to dla pana jakaś próba?

Chyba tak. To trochę takie nowe otwarcie. Niby dostaję ciągle jakieś propozycje, ale to zazwyczaj same komedie. Często błahe i powierzchowne. Czytam oczywiście te scenariusze i myślę sobie: „No nie. Ja już tu byłem”. W „Ślepnąc od świateł” wychodzę z komediowego emploi. Mariusz to postać wielowarstwowa, ale jednak dramatyczna.

Mój przyjaciel Rafał Olbiński [malarz i plakacista – red.], który przez lata patrzył, jak sobie wypruwam flaki, grając w niemalże wszystkim, co mi proponują, powiedział mi w końcu jakieś sześć lat temu ważną rzecz, którą może powiedzieć tylko przyjaciel: „Cezary, ty jesteś, chłopcze, w takim wieku, że nie możesz już robić rzeczy nieważnych. Skup się tylko na tym, co ważne”. I to była najlepsza rada, jaką w życiu dostałem. Przestałem się szarpać z losem, odpowiedziałem sobie szczerze na pytanie, co jest dla mnie ważne. Uznałem, że to teatr, bo sprawia mi radość, i stand-up, bo mogę powiedzieć, co chcę. W kinie nie będę już nikomu niczego udowadniał. Postanowiłem, że będę już brał tylko te role, które są dla mnie ciekawe. Tak jak rola w „Ślepnąc od świateł”.

Cezary Pazura: komedia wybrała mnie

Ma pan 58 lat i zagrał w ponad 70 filmach. To jest po kilka filmów rocznie, aktorski rekord świata.

Rekord to miałem w 1996 roku na festiwalu filmowym w Gdyni, kiedy wychodziłem na scenę 11 razy, bo wziąłem udział w 11 produkcjach. Prześcignąłem wówczas Henryka Bistę, który był mistrzem drugiego planu. Powiedział mi wtedy: „Ty, Pazura, nie spodziewałem się tego po tobie”. Branża filmowa ma to do siebie, że jeśli już ktoś jej wpadnie w oko, to będzie go eksploatować aż do wyczerpania materiału. Ze mną właśnie tak było.

A potem przez lata dostawałem propozycje, które były jedynie wariacjami na temat moich poprzednich ról. Utrwaliło się też błędne przekonanie, że jestem aktorem sitcomowym, bo zagrałem w „Trzynastym posterunku”. Profesorowie ze szkoły filmowej przestrzegali: „Co ty wyprawiasz?! W czym ty grasz?!”. Pamiętam, że świętej pamięci Jerzy Kawalerowicz, gdy zobaczył Piotra Zelta na zdjęciach próbnych do „Quo vadis”, powiedział, że nie ma szans, bo on nikogo z „Trzynastego posterunku” i tak nie obsadzi. Jedyna wtedy Manuela Gretkowska napisała w książce, że ogląda z siostrzeńcem „Trzynasty posterunek” i świetnie się bawi, bo to jest współczesna komedia dell’arte. Ale i tak zostałem już tym Czarkiem z „Trzynastego posterunku”, jak kiedyś Janusz Gajos Jankiem z „Czterech pancernych”.

Żałuje pan, że wybrał w tym zawodzie komedię?

To nie ja wybrałem, to komedia wybrała mnie. Umiejętność rozśmieszania nie jest taka powszechna. Jest darem. Gdy okazało się, że ją posiadam, branża wycisnęła mnie jak cytrynę. Brałem to za dobrą monetę, wydawało mi się, że wszyscy mnie za to kochają. I naiwnie wierzę w to do dziś.

Pierwszy szansę po „Trzynastym posterunku” dał mi Maciej Dejczer – obsadził mnie w roli Sznajdera w „Oficerach”. Sznajder był alkoholikiem, walczył z nałogiem. Fajna, dramatyczna rola. Dopiero po niej zdecydowałem się wrócić do teatru, zrzucić ten komediowy balast.

Myślał pan o zmianie zawodu?

Przełomowym momentem było dla mnie wycofanie się Marka Kondrata z zawodu. To był szok, bo to wybitny aktor, który umie wszystko. Jest osobowością. Na studiach specjalnie jeździłem z Łodzi do Warszawy, żeby go zobaczyć na scenie. Był moim idolem, wzorem do naśladowania. I nagle on rezygnuje z zawodu aktora. Kiedy się o tym dowiedziałem, zadzwoniłem do mojego przyjaciela Olafa Lubaszenki. A on mówi: „Czaruś, przyznaj się sam przed sobą, gdybyś miał inne źródło utrzymania, grałbyś dalej?”. Zamurowało mnie. To była smutna prawda. Marek udzielił na pożegnanie wywiadu, w którym mówił, że ma już dość tego, że codziennie musi udowadniać, że umie grać. Że nie jest wielbłądem. Bo tak w tym zawodzie jest.

Spotykamy się dziś chyba też dlatego, że ja po wielu latach pracy znowu udowadniam, że potrafię zagrać kogoś innego niż na przykład Cezarego z „Trzynastego posterunku”. Że koń umie ciągnąć wóz. To jest w tym zawodzie dojmujące i myślę, że każdy aktor miał taki moment, że chciał powiedzieć „dość”. Ale tylko Marek miał odwagę, żeby to naprawdę zrobić.

Pan by tak potrafił?

Chyba nie. Jak przychodzi godzina 19 i moment wyjścia na scenę, to już mnie wszystko swędzi. Mogę cały dzień przespać, ale wieczorem mam zawsze skok adrenaliny, bo teatr albo kabaret.

Dla mnie jest pan Syzyfem polskiej kinematografii. Nie raz i nie dwa razy wspinał się pan na szczyt. Te szczyty to „Psy”, „Nic śmiesznego”, „Kiler”, a między nimi kilkanaście małych, nieznaczących ról.

Dla mnie wszystkie role są ważne. Proszę pamiętać, że w latach 90. nie zarabiało się w kinie tyle, co dziś. Brałem wszystko, co mi proponowali, żeby się realizować, bo to przecież mój zawód i żeby mieć na życie. Nawet w najmniejszej roli dawałem z siebie wszystko, co najlepsze. Dziś nie czuję już w sobie tej determinacji do wspinania się na szczyt. „Psy” to był chyba rzeczywiście ten pierwszy szczyt.

Olaf Lubaszenko zawsze powtarza, że „jakie role grasz, taką masz publiczność”. Gdy po ulicy szła banda zawianych kolesi, to żartem mówił do mnie: „Patrz, Czarek, twój elektorat idzie”. Właściwie chyba dopiero po „Trzynastym posterunku” ten „elektorat” się na dobre rozszerzył. A co do Syzyfa – cieszę się, że dzięki roli w „Ślepnąc od świateł” mogę zmienić emploi i w jakimś sensie zacząć od nowa.

300 dni na planie

U szczytu sławy był pan…

…w 1997 roku. Po „Kilerze” i „Trzynastym posterunku”. To było piękne i straszne – chwilami czułem się jak Beatles. Nie mogłem spokojnie wyjść na ulicę, a kiedy po występie rozdawałem autografy, to niejednokrotnie przyjeżdżała karetka, bo ludzie się zadeptywali. Do dziś w to nie wierzę. Na 365 dni w roku 300 dni spędzałem na planie. Wie pani, co to znaczy? Życie w przyczepie, na obiad bigos w plastikowej foremce jedzony plastikowym widelcem, wątroba spuchnięta od sody oczyszczonej. I nigdy nie wiadomo, kiedy się praca zacznie i skończy, bo ciągłe obsuwy, i nagle się orientujesz, że jest wiosna, a przecież zaczynałeś tę pracę jesienią. Kiedy po dniu i nocy zdjęciowej wracałem do tej mojej przyczepy, to modliłem się w duchu: „Panie Boże, zabierz ode mnie to cholerstwo”.

Pamiętam, jak na uroczystości otwarcia nowego mostu w Wąchocku, ludzie rzucili się na mój samochód. Gdyby nie strażacy, którzy zaczęli strzelać z armatek wodnych, zmiażdżyliby mnie w tym samochodzie jak w konserwie. Nie było jeszcze wtedy ustawy o imprezach masowych – żadnych barierek, ochrony. Cudem stamtąd uciekłem.

Ale po co było panu to otwieranie mostu?

Byłem gwiazdą! Zaproszono mnie z moim monologiem kabaretowym do uświetnienia uroczystości. A największą kabaretową publiczność miałem wtedy w Lublinie. 10 tysięcy ludzi! Stand-up to gatunek przeznaczony raczej do małych, piwnicznych sal, na 200 osób maksymalnie. Ten Lublin wtedy to nie był dobry pomysł. Jedni jedli grilla, inni byli już nawaleni, jeszcze inni czekali zniecierpliwieni na Perfect. Ale wyszło. Udało się, o dziwo...

Był pan na Święcie Chleba w Strzelcach Opolskich.

Tak. A dzień wcześniej w Ustce, a dzień wcześniej w Lesznie. Mam swoją wierną publiczność. Gram pełnowartościowy one man show i za każdym razem daję z siebie wszystko. Wszędzie, gdzie mnie zaproszą. Czuję się wyróżniony.

Dla kasy czy z potrzeby sceny?

Taki mam zawód i taki mam temperament. Moja mama zawsze powtarza, że się kiedyś w tym zawodzie spalę, bo już tak mam, że nawet jak na widowni siedziałyby dwie osoby, to będę sobie dla nich na scenie wypruwał flaki. Nie umiem inaczej. Nauczono mnie szacunku dla widza. Poza tym lubię mój one man show. Podobam się i dostaję dużo propozycji występów w całej Polsce i za granicą. Dzięki temu zarabiam na życie. Raczej nie odmawiam, bo już raz w życiu odmówiłem, więc wiem, jak potem jest ciężko wrócić.

„Po mamie się zamartwiam, po tacie gram w totka”

Kiedy pan odmówił?

Poznałem moją żonę Edytkę, zakochaliśmy się, po dwóch latach wzięliśmy ślub i urodziła się Amelia. Zadzwonili do mnie wtedy z dużej stacji telewizyjnej, że chcą kupić włoski format serialu – facet zostaje sam z trójką dzieci – ale tylko pod warunkiem, że to ja zagram w nim główną rolę. Brawurowa komedia.

A ja powiedziałem: nie.

Dlaczego?

Bo chciałem widzieć, jak rośnie moja córka. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie pamiętam, jak rosła i dojrzewała moja najstarsza córka Anastazja [dziś 28-letnia, ze związku z pierwszą żoną – red.]. Byłem wtedy rozchwytywany. Mamy teraz bliskie relacje, ale nie było mnie przy niej, kiedy była mała.

Żałuje pan?

Żałuję. Dlatego, kiedy urodziła się Amelia, odmawiałem. Wielokrotnie. Do skutku. I tego na pewno nie żałuję! Ale potem źródełko wyschło, trzeba było wracać do pracy i zaczęło być pod górkę. Na szczęście potencjał jest, jest determinacja i są propozycje. Od tego czasu urodziła mi się jeszcze dwójka dzieci, a jestem jak każdy dobry ojciec odpowiedzialnym facetem i chcę im zapewnić godny byt. Chcę, żeby chodziły do dobrych szkół, żeby niczego im nie brakowało.

Pana najmłodsza córka ma cztery miesiące. Przed panem jeszcze długie lata tej pełnej odpowiedzialności.

W ogóle nie myślę kategoriami upływającego czasu. Chyba że mnie coś boli – ostatnio musiałem się zdecydować na operację kręgosłupa i przez chwilę rzeczywiście myślałem o tym, co by było, gdyby… Bawi mnie, kiedy podchodzi do mnie na ulicy ktoś, kto w moim mniemaniu jest dużo starszy ode mnie, i mówi, że się wychował na moich filmach. Zabawne! W środku czuję się na 27 lat. Jak każdy.

Byłem kiedyś z Romanem Polańskim na festiwalu filmowym w Petersburgu – miał wówczas 71 lat. Jeden wieczór był szczególnie mocny towarzysko – wiadomo, Rosja. Poszliśmy w długą. Był jeszcze z nami Jurek Jednorowski, dystrybutor, producent i przyjaciel Romana. Ja i Jurek wyszliśmy z imprezy pierwsi, Roman został. Wstajemy na śniadanie, dzwonimy po Romana. Nie odbiera. A nam głowy pękają. Idziemy pod jego pokój, walimy w drzwi, nie otwiera. Umarł – myślimy niezupełnie trzeźwo. Biegniemy do recepcji, żeby wyważyli drzwi. A recepcjonista mówi: „Gaspadin Poljańskij? Na fitniesje”. Brzuszki robił, jak weszliśmy. „Już

kończę, do zobaczenia na śniadaniu”.

Mama mi zawsze powtarzała, że jak chcę mieć ładne dzieci, to muszę się na takie ładne dzieci na ulicy „zapatrzeć”. Zabobon taki. I wtedy w Petersburgu postanowiłem zapatrzeć się w Polańskiego, żeby być tak żywotny jak on. Staram się co najmniej trzy razy w tygodniu porządnie spocić się na „fitniesje”.

Co ma pan jeszcze od mamy?

Zamartwianie się. Mama do dziś martwi się o mnie i Radka [Radosław Pazura, brat Cezarego – red.]. Jak się robi zimno, to dzwoni, żebym wkładał kalesony. Mówię: „Mamuniu, mam 56 lat”. Ale jestem taki sam. Ciągle się martwię, że Antosiowi koszulka wyjdzie ze spodni, będzie biegał z gołymi nerkami i się przeziębi. Na szczęście Edytka ma to samo, więc się rozumiemy.

A co ma pan po tacie?

Po tacie gram w totolotka. Bo wygrał kiedyś piątkę z plusem, kupił za wygraną syrenkę, a dla mnie dżinsy w Peweksie.

Czy to jest duża próba dla związku – mieć trójkę dzieci w tak krótkim czasie?

Edytka zdecydowała, że do jej trzydziestki będziemy mieli trójkę dzieci. W styczniu strzeliła jej trzydziestka, a w czerwcu urodziło się nasze trzecie dziecko, Rita. Edytka wszystko ma poukładane i zaplanowane. Dlatego powierzyłem jej siebie – jest moją agentką. Bo ona naprawdę wie, o co mi chodzi w życiu. Być może lepiej ode mnie...

***

Rozmowa Z Cezarym Pazurą ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Janusz Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski

Janusz Józefowicz: „Uwiodła mnie przytulia czepna…” Artysta o ziołach i domu na wsi! 

Za miastem, w Emilinie, Janusz Józefowicz z zapracowanego, wciąż zajętego artysty zamienia się w spokojnego zielarza. „Zbyt często jesteśmy aroganccy wobec piękna przyrody”, mówi.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Kiedyś mógł latami nie ruszać się z Warszawi i jak sam mówi, nie rozumiał ludzi, którzy „z jakiegoś powodu umawiają się, że nagle wyjeżdżają z tak wspaniałego przecież miejsca”. Od prawie dwunastu lat J anusz Józefowicz  dzieli swój czas między sielskie życie na wsi, gdzie mieszka z żoną Nataszą Urbańską i córką Kalinką, a prowadzenie teatru muzycznego  Studio Buffo w stolicy. Chociaż w Emilinie również zdarza mu się pracować. „Na tym tarasie pisaliśmy z Rosjanami libretto do »Mistrzem i Małgorzaty«”, przyznaje Janusz Józefowicz w rozmowie z Martą Strzelecką, która odbyła się... na tarasie w Emilinie. Tu też pięć lat temu, będąc już po pięćdziesiątce, odkrył nową pasję – zielarstwo. „Kto by pomyślał, że będę wstawał rano i pytał: »Z czego dziś pijemy herbatkę?«. A potem wychodził do ogrodu, rozglądał się, skrzypu trochę zerwał, parę listków lipy, kwiat czarnego bzu, trochę pokrzywy, mięty kawałek.” – mówi Janusz Józefowicz. Marta Strzelecka: Jakie kwiaty pojawiają się u pana jako pierwsze? Janusz Józefowicz: Głogu. Zrywam je wczesną wiosną, robię nalewkę, suszę, potem zbieram owoce. Następnie są mirabelka, drzewa owocowe, jaśminowiec, kasztan. Po kolei rodzą się różne gatunki roślin, żeby pszczoły miały bez przerwy robotę. W ubiegłym roku wszystko jednocześnie zakwitło, to była anomalia. Ale kiedy idzie zgodnie z planem, w maju zbieramy pokrzywę, potem mniszek lekarski, krwawnik, dziurawiec, czarny bez. Znad stawu – wierzbownicę wielokwiatową. W tym roku wiosną ususzyłem też konwalie. Po co suszy pan konwalie? Na serce, to jest cudowne zioło. Nie trucizna? Trzeba...

Czytaj dalej
Kristen Stewart zagra księżną Dianę
East news

Kristen Stewart zagra księżną Dianę! Widzowie krytykują: „Królową ludzkich serc zagra lodowa księżniczka?”

Kristen Stewart, aktorka znana z sagi „Zmierzch”, wcieli się w rolę tragicznie zmarłej księżnej Walii w nowym filmie „Spencer”.
Dorota Falkowska
18.06.2020

Kristen Stewart zagra księżną Dianę w nowym filmie biograficznym „Spencer” – jednak ten wybór nie spotkał się z zachwytem widzów. „To okropny pomysł – mówi dziennikarka, Tory Schulman w telewizji „Daily Blast Live”. – Nie dlatego, że Kristen jest złą aktorką: bo jest świetną aktorką, ale pamiętajmy, że księżna Diana nie bez przyczyny była nazywana „królową ludzkich serc”. Była ciepłą osobą, umiała z ludźmi wchodzić w relacje, tymczasem to jest ostatnia rzecz, jaką możemy powiedzieć o Kristen Stewart. Ludzie postrzegają ją jako tajemniczą, skrytą, tymczasem księżna Diana była dla nich jak otwarta księga. To tak jakby wybrać Jacka Nicholsona do roli świętego Mikołaja” – podsumowuje dziennikarka.  Reżyserem filmu „Spencer” jest Pablo Larraín, którego inny film biograficzny „Jackie” o Jacqueline Onassis Kennedy, z Natalie Portman w roli głównej, dostał trzy nominacje do Oscara. Scenariusz napisze Steven Knight („Locke”, „Peaky Blinders”). Start zdjęć zapowiedziany jest na początek 2021 r. Akcja nowej biografii o księżnej Dianie trwa zaledwie kilka dni – twórcy chcą pokazać, jak wyglądały ostatnie święta Bożego Narodzenia, jakie księżna Diana spędziła w królewskiej posiadłości w Norfolk. Właśnie wtedy Diana zrozumiała, że jej małżeństwo z księciem Karolem dobiegło końca i podjęła decyzję o rozwodzie. – Wszyscy dobrze znamy historię Diany i nie musimy wchodzić w nią po raz kolejny. Dlatego w „Spencer”  chcę pokazać jej intymny prychologiczny portret – powiedział reżyser Pablo Larrain. Dla Kristen Stewart rola księżnej Diany to kolejna rola biograficzna. W ubiegłym roku w filmie...

Czytaj dalej
Wojciech Mecwaldowski
Aleksandra Mecwaldwoska

Wojciech Mecwaldowski: „Pilnuję się, żeby nie wyszedł ze mnie dres”

Nie ma mediów społecznościowych ani internetu w komórce, bo jak mówi, ceni kontakt z drugim człowiekiem, a nie z telefonem. Kiedy chce być sam, ucieka do swojego zamku. Na razie tego z klocków Lego, ale w przyszłości wybuduje prawdziwy.
Magdalena Żakowska
18.06.2020

W zeszłym roku premierę miały trzy filmy z jego udziałem dramat obyczajowy „1800 gramów”, „Pan T.”, inspirowany życiem Leopolda Tyrmanda obraz Marcina Krzyształowicza oraz „Ukryta gra”, w której polski aktor występuje u boku Billa Pullmana. Poza tym Wojciech   Mecwaldowski cały czas gra w serialu „39 i pół tygodnia”, a na premierę czeka kolejny świetnie zapowiadający się projekt z jego udziałem – serial kryminalny „Klangor”.  Przed spotkaniem znajomi i współpracownicy Wojtka Mecwaldowskiego ostrzegali mnie, że rozmowa z nim nie musi należeć do najprzyjemniejszych. Nie lubi dziennikarzy, ma z nimi złe doświadczenia, z zasady stara się powiedzieć o sobie jak najmniej. I rzeczywiście, z początku łatwo nie było. Ale Wojtek Mecwaldowski, nawet jeśli bardzo się stara, żeby było inaczej, jest po prostu przesympatycznym typem.  Wojciech Mecwaldowski:  Nie znoszę o sobie mówić. Udzieliłem w życiu dosłownie kilku większych wywiadów.  Magdalena Żakowska: Ale jak już udzielisz, to okazuje się, że nagrywasz płytę z Bobem Marleyem! Tak! Bardzo za nim tęsknię, ale dzwonimy do siebie. A serio, to właśnie jeden z powodów. Opowiedziałem kiedyś w wywiadzie, że na Jamajce produkowałem dokument o powstawaniu płyty reggae moich przyjaciół [Rastasize „Day by day” – red.], którą nagrywali w studiu Boba Marleya. A potem przeczytałem, że nagrywałem płytę z Bobem Marleyem albo że kupiłem dom na Jamajce. Jaki dom?! Przez kolejne lata znajomi mnie pytali, czy mogą skorzystać z tego mojego domu w czasie wakacji. Czasem w kontaktach z mediami pilnuję się też, żeby nie wyszedł ze mnie dres.  Byłeś dresem? Mniej więcej od 14. do 19. roku życia. Cały mój...

Czytaj dalej