Ja jestem Cezary Pazura...
HBO Jacek Piątek

Ja jestem Cezary Pazura...

„Moja żona Edytka spytała, czy jestem przygotowany do zdjęć. Odpowiedziałem: Nie, kochanie. Ja nie jestem przygotowany. Ja jestem przygotowany perfekcyjnie” – mówi w rozmowie z nami Cezary Pazura.
Magdalena Żakowska
18.06.2020

Można go lubić albo nie, ale każdy przyzna: Cezary Pazura to jeden z największych aktorów w historii polskiej komedii. Można narzekać, że nie zagrał wielkiej dramatycznej roli,  że za bardzo marnuje talent na estradowe występy, ale to, co zrobił w „Killerze” i tak przejdzie do historii. A Adaś Miauczyński u Koterskiego? Nowy w „Psach”, czy niedawno Mariusz w serialu „Ślepnąc od świateł”?

Kilka dni temu obchodził 58 urodziny. Życzymy mu z tej okazji jeszcze wielu fantastycznych ról! I zachowania tego daru, który ma do rozbawiania ludzi. Jego przyjaciel, słynny malarz i plakacista Rafał Olbiński powiedział mu: „Ty jesteś, chłopcze, w takim wieku, że nie możesz już robić rzeczy nieistotnych. Skup się tylko na tym, co ważne”. „To była najlepsza rada, jaką w życiu dostałem” , mówi Cezary Pazura.

Magdalena Żakowska: Ogląda pan programy Kuby Wojewódzkiego?

Cezary Pazura: Oglądam, znam go osobiście i bardzo podziwiam jego profesjonalizm. Byłem u niego w programie już chyba ze sześć razy. A dlaczego pani pyta?

Bo jest uderzające podobieństwo między Wojewódzkim a granym przez pana celebrytą Mariuszem w serialu „Ślepnąc od świateł” – w gestach, sposobie mówienia, słownictwie.

Spotkałem wtedy Kubę. Rozmawialiśmy trochę. Zapytał, co robię. Mówię, że gram Mariusza w „Ślepnąc od świateł”. A on: „Ha! Taką postać, o której, jak się ukazała książka, mówili, że to ja!”. „A to ty?” – zapytałem. „Nie, no co ty?!” Także wszelkie podobieństwa są przypadkowe.

Wiem, że zdobył pan tę rolę w drodze castingu.

Tak, już chyba nie ma aktorów branych w ciemno ze względu na nazwisko. Teraz wszyscy muszą walczyć o rolę. Pamiętam, jak w 1994 roku zadzwoniła do mnie Dorota Ostrowska, producentka filmu „Nic śmiesznego” w reżyserii Marka Koterskiego, i zaproponowała, żebym przyszedł na zdjęcia próbne. Byłem wtedy już po Wajdzie, po Kieślowskim, Machulskim i Pasikowskim. Woda sodowa lekko uderzyła mi do głowy, nie powiem. Odpowiedziałem: „Pani Dorotko, przecież się znamy i lubimy. Ja jestem Cezary Pazura. Jeśli reżyser mnie chce, to dzwoni po Pazurę. Na co mi te zdjęcia próbne?!”. Pani Dorota to przełknęła, bo jest zawodowcem, i zaproponowała, że prześle mi scenariusz. Goniec przyjechał godzinę później. Przeczytałem tekst jednym tchem i złapałem za telefon: „Pani Dorotko, to o której te zdjęcia próbne?”. I zagrałem wówczas jedną z najważniejszych ról w swoim dorobku. To mnie nauczyło pokory. A pani Dorota Ostrowska stała się dla mnie wzorem producenta i dyplomaty.

Czytałem książkę Żulczyka i bardzo chciałem zagrać w tym serialu. Kiedy wychodziłem z domu na zdjęcia próbne, Edytka, moja żona, zapytała, czy jestem przygotowany. Odpowiedziałem: „Nie, kochanie. Ja nie jestem przygotowany. Ja jestem przygotowany perfekcyjnie”. To chyba pierwsza robota w moim życiu, kiedy na zdjęcia próbne przyszedłem całkowicie gotowy do roli.

Miał pan poczucie, że ta rola to dla pana jakaś próba?

Chyba tak. To trochę takie nowe otwarcie. Niby dostaję ciągle jakieś propozycje, ale to zazwyczaj same komedie. Często błahe i powierzchowne. Czytam oczywiście te scenariusze i myślę sobie: „No nie. Ja już tu byłem”. W „Ślepnąc od świateł” wychodzę z komediowego emploi. Mariusz to postać wielowarstwowa, ale jednak dramatyczna.

Mój przyjaciel Rafał Olbiński [malarz i plakacista – red.], który przez lata patrzył, jak sobie wypruwam flaki, grając w niemalże wszystkim, co mi proponują, powiedział mi w końcu jakieś sześć lat temu ważną rzecz, którą może powiedzieć tylko przyjaciel: „Cezary, ty jesteś, chłopcze, w takim wieku, że nie możesz już robić rzeczy nieważnych. Skup się tylko na tym, co ważne”. I to była najlepsza rada, jaką w życiu dostałem. Przestałem się szarpać z losem, odpowiedziałem sobie szczerze na pytanie, co jest dla mnie ważne. Uznałem, że to teatr, bo sprawia mi radość, i stand-up, bo mogę powiedzieć, co chcę. W kinie nie będę już nikomu niczego udowadniał. Postanowiłem, że będę już brał tylko te role, które są dla mnie ciekawe. Tak jak rola w „Ślepnąc od świateł”.

Cezary Pazura: komedia wybrała mnie

Ma pan 58 lat i zagrał w ponad 70 filmach. To jest po kilka filmów rocznie, aktorski rekord świata.

Rekord to miałem w 1996 roku na festiwalu filmowym w Gdyni, kiedy wychodziłem na scenę 11 razy, bo wziąłem udział w 11 produkcjach. Prześcignąłem wówczas Henryka Bistę, który był mistrzem drugiego planu. Powiedział mi wtedy: „Ty, Pazura, nie spodziewałem się tego po tobie”. Branża filmowa ma to do siebie, że jeśli już ktoś jej wpadnie w oko, to będzie go eksploatować aż do wyczerpania materiału. Ze mną właśnie tak było.

A potem przez lata dostawałem propozycje, które były jedynie wariacjami na temat moich poprzednich ról. Utrwaliło się też błędne przekonanie, że jestem aktorem sitcomowym, bo zagrałem w „Trzynastym posterunku”. Profesorowie ze szkoły filmowej przestrzegali: „Co ty wyprawiasz?! W czym ty grasz?!”. Pamiętam, że świętej pamięci Jerzy Kawalerowicz, gdy zobaczył Piotra Zelta na zdjęciach próbnych do „Quo vadis”, powiedział, że nie ma szans, bo on nikogo z „Trzynastego posterunku” i tak nie obsadzi. Jedyna wtedy Manuela Gretkowska napisała w książce, że ogląda z siostrzeńcem „Trzynasty posterunek” i świetnie się bawi, bo to jest współczesna komedia dell’arte. Ale i tak zostałem już tym Czarkiem z „Trzynastego posterunku”, jak kiedyś Janusz Gajos Jankiem z „Czterech pancernych”.

Żałuje pan, że wybrał w tym zawodzie komedię?

To nie ja wybrałem, to komedia wybrała mnie. Umiejętność rozśmieszania nie jest taka powszechna. Jest darem. Gdy okazało się, że ją posiadam, branża wycisnęła mnie jak cytrynę. Brałem to za dobrą monetę, wydawało mi się, że wszyscy mnie za to kochają. I naiwnie wierzę w to do dziś.

Pierwszy szansę po „Trzynastym posterunku” dał mi Maciej Dejczer – obsadził mnie w roli Sznajdera w „Oficerach”. Sznajder był alkoholikiem, walczył z nałogiem. Fajna, dramatyczna rola. Dopiero po niej zdecydowałem się wrócić do teatru, zrzucić ten komediowy balast.

Myślał pan o zmianie zawodu?

Przełomowym momentem było dla mnie wycofanie się Marka Kondrata z zawodu. To był szok, bo to wybitny aktor, który umie wszystko. Jest osobowością. Na studiach specjalnie jeździłem z Łodzi do Warszawy, żeby go zobaczyć na scenie. Był moim idolem, wzorem do naśladowania. I nagle on rezygnuje z zawodu aktora. Kiedy się o tym dowiedziałem, zadzwoniłem do mojego przyjaciela Olafa Lubaszenki. A on mówi: „Czaruś, przyznaj się sam przed sobą, gdybyś miał inne źródło utrzymania, grałbyś dalej?”. Zamurowało mnie. To była smutna prawda. Marek udzielił na pożegnanie wywiadu, w którym mówił, że ma już dość tego, że codziennie musi udowadniać, że umie grać. Że nie jest wielbłądem. Bo tak w tym zawodzie jest.

Spotykamy się dziś chyba też dlatego, że ja po wielu latach pracy znowu udowadniam, że potrafię zagrać kogoś innego niż na przykład Cezarego z „Trzynastego posterunku”. Że koń umie ciągnąć wóz. To jest w tym zawodzie dojmujące i myślę, że każdy aktor miał taki moment, że chciał powiedzieć „dość”. Ale tylko Marek miał odwagę, żeby to naprawdę zrobić.

Pan by tak potrafił?

Chyba nie. Jak przychodzi godzina 19 i moment wyjścia na scenę, to już mnie wszystko swędzi. Mogę cały dzień przespać, ale wieczorem mam zawsze skok adrenaliny, bo teatr albo kabaret.

Dla mnie jest pan Syzyfem polskiej kinematografii. Nie raz i nie dwa razy wspinał się pan na szczyt. Te szczyty to „Psy”, „Nic śmiesznego”, „Kiler”, a między nimi kilkanaście małych, nieznaczących ról.

Dla mnie wszystkie role są ważne. Proszę pamiętać, że w latach 90. nie zarabiało się w kinie tyle, co dziś. Brałem wszystko, co mi proponowali, żeby się realizować, bo to przecież mój zawód i żeby mieć na życie. Nawet w najmniejszej roli dawałem z siebie wszystko, co najlepsze. Dziś nie czuję już w sobie tej determinacji do wspinania się na szczyt. „Psy” to był chyba rzeczywiście ten pierwszy szczyt.

Olaf Lubaszenko zawsze powtarza, że „jakie role grasz, taką masz publiczność”. Gdy po ulicy szła banda zawianych kolesi, to żartem mówił do mnie: „Patrz, Czarek, twój elektorat idzie”. Właściwie chyba dopiero po „Trzynastym posterunku” ten „elektorat” się na dobre rozszerzył. A co do Syzyfa – cieszę się, że dzięki roli w „Ślepnąc od świateł” mogę zmienić emploi i w jakimś sensie zacząć od nowa.

300 dni na planie

U szczytu sławy był pan…

…w 1997 roku. Po „Kilerze” i „Trzynastym posterunku”. To było piękne i straszne – chwilami czułem się jak Beatles. Nie mogłem spokojnie wyjść na ulicę, a kiedy po występie rozdawałem autografy, to niejednokrotnie przyjeżdżała karetka, bo ludzie się zadeptywali. Do dziś w to nie wierzę. Na 365 dni w roku 300 dni spędzałem na planie. Wie pani, co to znaczy? Życie w przyczepie, na obiad bigos w plastikowej foremce jedzony plastikowym widelcem, wątroba spuchnięta od sody oczyszczonej. I nigdy nie wiadomo, kiedy się praca zacznie i skończy, bo ciągłe obsuwy, i nagle się orientujesz, że jest wiosna, a przecież zaczynałeś tę pracę jesienią. Kiedy po dniu i nocy zdjęciowej wracałem do tej mojej przyczepy, to modliłem się w duchu: „Panie Boże, zabierz ode mnie to cholerstwo”.

Pamiętam, jak na uroczystości otwarcia nowego mostu w Wąchocku, ludzie rzucili się na mój samochód. Gdyby nie strażacy, którzy zaczęli strzelać z armatek wodnych, zmiażdżyliby mnie w tym samochodzie jak w konserwie. Nie było jeszcze wtedy ustawy o imprezach masowych – żadnych barierek, ochrony. Cudem stamtąd uciekłem.

Ale po co było panu to otwieranie mostu?

Byłem gwiazdą! Zaproszono mnie z moim monologiem kabaretowym do uświetnienia uroczystości. A największą kabaretową publiczność miałem wtedy w Lublinie. 10 tysięcy ludzi! Stand-up to gatunek przeznaczony raczej do małych, piwnicznych sal, na 200 osób maksymalnie. Ten Lublin wtedy to nie był dobry pomysł. Jedni jedli grilla, inni byli już nawaleni, jeszcze inni czekali zniecierpliwieni na Perfect. Ale wyszło. Udało się, o dziwo...

Był pan na Święcie Chleba w Strzelcach Opolskich.

Tak. A dzień wcześniej w Ustce, a dzień wcześniej w Lesznie. Mam swoją wierną publiczność. Gram pełnowartościowy one man show i za każdym razem daję z siebie wszystko. Wszędzie, gdzie mnie zaproszą. Czuję się wyróżniony.

Dla kasy czy z potrzeby sceny?

Taki mam zawód i taki mam temperament. Moja mama zawsze powtarza, że się kiedyś w tym zawodzie spalę, bo już tak mam, że nawet jak na widowni siedziałyby dwie osoby, to będę sobie dla nich na scenie wypruwał flaki. Nie umiem inaczej. Nauczono mnie szacunku dla widza. Poza tym lubię mój one man show. Podobam się i dostaję dużo propozycji występów w całej Polsce i za granicą. Dzięki temu zarabiam na życie. Raczej nie odmawiam, bo już raz w życiu odmówiłem, więc wiem, jak potem jest ciężko wrócić.

„Po mamie się zamartwiam, po tacie gram w totka”

Kiedy pan odmówił?

Poznałem moją żonę Edytkę, zakochaliśmy się, po dwóch latach wzięliśmy ślub i urodziła się Amelia. Zadzwonili do mnie wtedy z dużej stacji telewizyjnej, że chcą kupić włoski format serialu – facet zostaje sam z trójką dzieci – ale tylko pod warunkiem, że to ja zagram w nim główną rolę. Brawurowa komedia.

A ja powiedziałem: nie.

Dlaczego?

Bo chciałem widzieć, jak rośnie moja córka. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie pamiętam, jak rosła i dojrzewała moja najstarsza córka Anastazja [dziś 28-letnia, ze związku z pierwszą żoną – red.]. Byłem wtedy rozchwytywany. Mamy teraz bliskie relacje, ale nie było mnie przy niej, kiedy była mała.

Żałuje pan?

Żałuję. Dlatego, kiedy urodziła się Amelia, odmawiałem. Wielokrotnie. Do skutku. I tego na pewno nie żałuję! Ale potem źródełko wyschło, trzeba było wracać do pracy i zaczęło być pod górkę. Na szczęście potencjał jest, jest determinacja i są propozycje. Od tego czasu urodziła mi się jeszcze dwójka dzieci, a jestem jak każdy dobry ojciec odpowiedzialnym facetem i chcę im zapewnić godny byt. Chcę, żeby chodziły do dobrych szkół, żeby niczego im nie brakowało.

Pana najmłodsza córka ma cztery miesiące. Przed panem jeszcze długie lata tej pełnej odpowiedzialności.

W ogóle nie myślę kategoriami upływającego czasu. Chyba że mnie coś boli – ostatnio musiałem się zdecydować na operację kręgosłupa i przez chwilę rzeczywiście myślałem o tym, co by było, gdyby… Bawi mnie, kiedy podchodzi do mnie na ulicy ktoś, kto w moim mniemaniu jest dużo starszy ode mnie, i mówi, że się wychował na moich filmach. Zabawne! W środku czuję się na 27 lat. Jak każdy.

Byłem kiedyś z Romanem Polańskim na festiwalu filmowym w Petersburgu – miał wówczas 71 lat. Jeden wieczór był szczególnie mocny towarzysko – wiadomo, Rosja. Poszliśmy w długą. Był jeszcze z nami Jurek Jednorowski, dystrybutor, producent i przyjaciel Romana. Ja i Jurek wyszliśmy z imprezy pierwsi, Roman został. Wstajemy na śniadanie, dzwonimy po Romana. Nie odbiera. A nam głowy pękają. Idziemy pod jego pokój, walimy w drzwi, nie otwiera. Umarł – myślimy niezupełnie trzeźwo. Biegniemy do recepcji, żeby wyważyli drzwi. A recepcjonista mówi: „Gaspadin Poljańskij? Na fitniesje”. Brzuszki robił, jak weszliśmy. „Już

kończę, do zobaczenia na śniadaniu”.

Mama mi zawsze powtarzała, że jak chcę mieć ładne dzieci, to muszę się na takie ładne dzieci na ulicy „zapatrzeć”. Zabobon taki. I wtedy w Petersburgu postanowiłem zapatrzeć się w Polańskiego, żeby być tak żywotny jak on. Staram się co najmniej trzy razy w tygodniu porządnie spocić się na „fitniesje”.

Co ma pan jeszcze od mamy?

Zamartwianie się. Mama do dziś martwi się o mnie i Radka [Radosław Pazura, brat Cezarego – red.]. Jak się robi zimno, to dzwoni, żebym wkładał kalesony. Mówię: „Mamuniu, mam 56 lat”. Ale jestem taki sam. Ciągle się martwię, że Antosiowi koszulka wyjdzie ze spodni, będzie biegał z gołymi nerkami i się przeziębi. Na szczęście Edytka ma to samo, więc się rozumiemy.

A co ma pan po tacie?

Po tacie gram w totolotka. Bo wygrał kiedyś piątkę z plusem, kupił za wygraną syrenkę, a dla mnie dżinsy w Peweksie.

Czy to jest duża próba dla związku – mieć trójkę dzieci w tak krótkim czasie?

Edytka zdecydowała, że do jej trzydziestki będziemy mieli trójkę dzieci. W styczniu strzeliła jej trzydziestka, a w czerwcu urodziło się nasze trzecie dziecko, Rita. Edytka wszystko ma poukładane i zaplanowane. Dlatego powierzyłem jej siebie – jest moją agentką. Bo ona naprawdę wie, o co mi chodzi w życiu. Być może lepiej ode mnie...

***

Rozmowa Z Cezarym Pazurą ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2018

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Marek Niedźwiedzki
Darek Kawka

Marek Niedźwiecki: „Pierwsze notowanie Listy zrobiliśmy w kwietniu 1982…”

16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.
Magdalena Felis
17.05.2020

Czy jest ktoś, kto nie zna Listy Przebojów Trójki, nawet jeśli się na niej nie wychował? Nadawana w każdy piątek, prowadzona przez Marka Niedźwieckiego już od 38 lat w wielu domach była tradycją. 16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.  W aktualnym wydaniu „Urody Życia” twórca i prowadzący LP3 Marek Niedźwiecki opowiadał, jak ukochane piosenki wpływały na jego i nasze życie.  Nigdy pan nie żałował, że nie podjął pracy jako technolog budowlany? Rzeczywiście, taki kierunek skończyłem na Wydziale Budownictwa Politechniki Łódzkiej, ale wybrałem tę uczelnię tylko dlatego, żeby dostać się do Studenckiego Radia Żak. I się dostałem – a stamtąd do łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia. Ale gdybym nie trafił do radia, to pracowałbym w bibliotece w Szadku, moim rodzinnym miasteczku. Nic innego mi nie przychodzi do głowy. A to prawda, że rozmowa wstępna na stanowisko prowadzącego Listę Przebojów Trójki trwała niecałą minutę? Mogło to tyle trwać. Pamiętam, że pojechałem do siedziby Polskiego Radia na ulicy Malczewskiego, gdzie miałem spotkać się z Andrzejem Turskim, nowym redaktorem naczelnym Programu III Polskiego Radia. To był 1982 rok.  Wyznaczył mi spotkanie, ale ostatecznie nie miał dla mnie czasu, więc szliśmy tylko korytarzem. Ciągle pamiętam, że był ubrany w kurtkę w kolorze wojskowej zieleni, ale nie wojskową. Biegłem obok niego, kiedy powiedział, że będę prowadził listę przebojów. Zapytałem...

Czytaj dalej
Danuta Stenka
Bartek Wieczorek/LAF

Danuta Stenka znowu zaskakuje! Aktorka mówi: „Siedzi we mnie facet”

Być kobietą? Danuta Stenka ma swoje przemyślenia na ten temat...
Jakub Janiszewski
04.01.2019

„Kiedy patrzę na karierę aktorów – kobiety i mężczyzny – to jeśli oboje są świetni, a choćby i ona była lepsza od niego, to i tak ona wcześniej wypadnie z gry. Gdzie pan widzi te wielkie role dla kobiet?!” – mówi Danuta Stenka  w rozmowie z Jakubem Janiszewskim.   Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że jest wyposażona w dwa silne uczucia: ból –  że to, co pani do tej pory zrobiła, jest niedoskonałe, i lęk przed nieznanym, któremu nie będzie pani w stanie sprostać. Lęk towarzyszy mi od zawsze i pewnie nigdy mnie nie opuści. Nawet w najlepszych czasach, kiedy wiatr najsilniej wiał w zawodowe żagle, nawet wtedy mnie nie odstępował. Miałam 30, 40 lat, propozycji tyle, że nie byłam w stanie wszystkich pogodzić czasowo, aż żal było rezygnować, a mimo to nie czułam się wcale pewnie. Pamiętam, jak przyjaciel z pierwszego mojego teatru, Jacek Polaczek, tłumaczył mi: „Ty robisz straszną rzecz. Powtarzając, że się boisz, programujesz się na to, że będziesz się bała”. A ja myślę, że się nie programuję, bo czasem tego lęku jest we mnie tak dużo, że raczej muszę dać upust. Ale przy tym jest coś jeszcze. W równie dużym stopniu wypełnia mnie ciekawość, która często okazuje się silniejsza od lęku, która mnie pcha. Bez niej, bez ciekawości siebie w nowej odsłonie, nowych okolicznościach, niezbadanych, nieprzewidywalnych, nie byłabym w stanie uprawiać tego zawodu. Przecież role są do siebie jakoś tam podobne, nie każda niesie unikalną jakość. Tylko że to nie o samą rolę chodzi. Chodzi też o ludzi, z którymi będę współpracowała, o ekipę, z którą wybieram się na wyprawę. Być może teren, który mamy zwiedzić, nie jest jakiś bardzo interesujący czy wyjątkowo różny od poprzednich, ale sama drużyna może być...

Czytaj dalej
Wojciech Mecwaldowski
Aleksandra Mecwaldwoska

Wojciech Mecwaldowski: „Pilnuję się, żeby nie wyszedł ze mnie dres”

Nie ma mediów społecznościowych ani internetu w komórce, bo jak mówi, ceni kontakt z drugim człowiekiem, a nie z telefonem. Kiedy chce być sam, ucieka do swojego zamku. Na razie tego z klocków Lego, ale w przyszłości wybuduje prawdziwy.
Magdalena Żakowska
18.06.2020

W zeszłym roku premierę miały trzy filmy z jego udziałem dramat obyczajowy „1800 gramów”, „Pan T.”, inspirowany życiem Leopolda Tyrmanda obraz Marcina Krzyształowicza oraz „Ukryta gra”, w której polski aktor występuje u boku Billa Pullmana. Poza tym Wojciech   Mecwaldowski cały czas gra w serialu „39 i pół tygodnia”, a na premierę czeka kolejny świetnie zapowiadający się projekt z jego udziałem – serial kryminalny „Klangor”.  Przed spotkaniem znajomi i współpracownicy Wojtka Mecwaldowskiego ostrzegali mnie, że rozmowa z nim nie musi należeć do najprzyjemniejszych. Nie lubi dziennikarzy, ma z nimi złe doświadczenia, z zasady stara się powiedzieć o sobie jak najmniej. I rzeczywiście, z początku łatwo nie było. Ale Wojtek Mecwaldowski, nawet jeśli bardzo się stara, żeby było inaczej, jest po prostu przesympatycznym typem.  Wojciech Mecwaldowski:  Nie znoszę o sobie mówić. Udzieliłem w życiu dosłownie kilku większych wywiadów.  Magdalena Żakowska: Ale jak już udzielisz, to okazuje się, że nagrywasz płytę z Bobem Marleyem! Tak! Bardzo za nim tęsknię, ale dzwonimy do siebie. A serio, to właśnie jeden z powodów. Opowiedziałem kiedyś w wywiadzie, że na Jamajce produkowałem dokument o powstawaniu płyty reggae moich przyjaciół [Rastasize „Day by day” – red.], którą nagrywali w studiu Boba Marleya. A potem przeczytałem, że nagrywałem płytę z Bobem Marleyem albo że kupiłem dom na Jamajce. Jaki dom?! Przez kolejne lata znajomi mnie pytali, czy mogą skorzystać z tego mojego domu w czasie wakacji. Czasem w kontaktach z mediami pilnuję się też, żeby nie wyszedł ze mnie dres.  Byłeś dresem? Mniej więcej od 14. do 19. roku życia. Cały mój...

Czytaj dalej
Andrzej Nejman
Iza Grzybowska

Andrzej Nejman: „Mam w sobie coś z kowboja – biorę na klatę to, czego boją się inni”

Jak się zmieniło jego życie po „Złotopolskich”?
Magdalena Felis
24.02.2020

Andrzej Nejman był tłumaczem Robina Williamsa i jednym z głównych bohaterów popularnego serialu. Teraz sprawdza się w roli dyrektora warszawskiego Teatru Kwadrat. Magdalena Felis „Uroda Życia”: Myślę sobie, że pan mógłby być kowbojem. Andrzej Nejman: Czemu nie? Jeżdżę konno, bardzo lubię strzelać. Bliski jest mi świat prostych męskich wartości. Mam też taki kowbojski odruch, że biorę na siebie zadania, których inni nie chcą się podjąć, ale ktoś musi. Biorę na klatę i realizuję. Nie umiem gotować i nie dbam o ubranie – to chyba też w stylu kowbojów? Przynajmniej tych z westernów. A do kogo pan strzela? Do tarczy! Nie jestem myśliwym, nawet ryb nie łowię.  A jakie to zadania bierze pan na klatę? Kiedy 10 lat temu Teatr Kwadrat, w  którym pracowałem od 1998 roku, stracił swoją siedzibę i trzeba było przeprowadzić zespół przez to wyzwanie, przyjąłem propozycję zostania dyrektorem. Ryzykując oczywiście całkowitą porażkę. To była sytuacja, kiedy czułem, że nie mogę się od tego zadania wymigać, że ludzie na mnie liczą, że nie spałbym spokojnie, gdybym się stamtąd zabrał i poszukał innej pracy.  Dziś Teatr Kwadrat ma wspaniałą siedzibę i gra przy pełnej sali. Ale to musiało być kontrowersyjne, kiedy pan, 35-latek, stanął na czele kolegów – czasem starszych i z większym dorobkiem.   Na taki przypadek jest nawet odrębny dział nauki o zarządzaniu: co się dzieje, kiedy kierownikiem staje się ktoś, kto był wcześniej szeregowym członkiem zespołu. Ja praktycznie improwizowałem w tej roli, ale ostatecznie ogromna większość zespołu odnalazła się w tym znakomicie. Od lewej: Bartosz Opania, Andrzej Nejman i Michał Lewandowski w „Sztuce” Yasminy Rezy w Teatrze Kwadrat (reżyseria: Marcin Sławiński). A...

Czytaj dalej