Izabela Kuna: „Chyba nie miałam pierwszego chłopaka”
Robert Wolański
#czytajdlaprzyjemności

Izabela Kuna: „Chyba nie miałam pierwszego chłopaka”

„Ci pierwsi kończyli się, zanim się jeszcze zaczęli…”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Iza Kuna, jedna z najlepszych i najbardziej wszechstronnych polskich aktorek (m.in. „Wołyń”, „Pod mocnym aniołem”, „Lejdis”) w rozmowie z Magdaleną Żakowską mówi o samotnym macierzyństwie, miłości do ojca i żałobie po jego śmierci. Opowiada też, jak poznała prawdziwą miłość. 

Magdalena Żakowska „Uroda Życia”: Chodzą słuchy, że Kuna to zwierzę stadne, uzależnione od spotkań towarzyskich.

Iza Kuna: To prawda. Nie wyobrażam sobie życia bez przyjaciół. Lubię, gdy wokół jest dużo ludzi, gdy wszyscy siedzą „na kupie”. Uwielbiam spraszać znajomych, gotować dla nich, gadać do rana. Uwielbiam otaczać się ludźmi. Ale moją jedyną prawdziwą przyjaciółką jest Renata Dancewicz. Poznałyśmy się na studiach.

A wcześniej nie miała pani przyjaciółek?

Miałam koleżanki, ale wolałam towarzystwo chłopców. Miałam kumpli.

A kiedy zaczęła się pani oglądać za chłopakami?

Nie pamiętam! Zawsze mi się podobali. W podstawówce lubiłam lekcje religii tylko dlatego, że przychodzili na nie chłopcy z innych szkół. Ale miałam coś takiego, że dopóki chłopak mi się podobał, to był luz. Jak zauważałam, że podobam się jemu – natychmiast traciłam całe zainteresowanie tematem.

Co to za mechanizm?

Nie wiem! Strach  Pod koniec podstawówki byłam na kolonii w Ustce. Na dyskotece poprosił mnie do tańca chłopak, który bardzo mi się podobał i w trakcie piosenki „Dmuchawce, latawce, wiatr” wyznał mi miłość. Uciekłam i unikałam go do końca wakacji. A potem byliśmy w tym samym liceum i nigdy nie powiedział mi nawet cześć, tak to w nim zostało. Pamiętam, jak się nazywał, ale nie będę mu robiła obciachu.

Cierpiał...

Ile można cierpieć ! Cztery lata ! Bez przesady!

Kobiety w takich sytuacjach starają się pokazać, że wszystko jest OK. Mężczyźni obrażają się na całe życie.

Tak, jest w nas ten rodzaj asymetrii. Myślę, że te moje ucieczki przed bliskością mogły wiązać się z tym, że jakoś intuicyjnie czułam, że utrzymywanie więzi jest bardzo pracochłonnym i wymagającym zadaniem. Że fajnie, ale co potem  Przyjechał do mnie kiedyś po wakacjach chłopak z Radomia i stał pod drzwiami. Nie wpuściłam go do domu, taka byłam przerażona! Jako 18-latka podkochiwałam się z kolei w kuzynie, tak na maksa, myślałam o nim non stop, wreszcie zaprosiłam go kiedyś do domu. Nagle w rozmowie przy herbacie wyszło, że mam popsuty zegarek. Powiedział, że go weźmie i odda do naprawy, a ja już byłam cała sztywna, bo ten zegarek to już było dla mnie jednak za dużo. Bardzo długo się zresztą w nim kochałam. Jeszcze na studiach miałam go w głowie. Skończył medycynę, został lekarzem, widocznie aktorka to nie była dobra partia dla lekarza. A może jest tak, że te moje ucieczki wynikały z dobrej intuicji? Bo przecież jeśli są jakieś wątpliwości, to znaczy, że nie ma żadnych wątpliwości. Przed Markiem jakoś nie uciekałam. Poza wszystkim, po prostu strasznie się lubimy. On jest dla mnie zwyczajnie dobry. Tyle.

Najważniejsi mężczyźni w życiu Kuny to…

…przede wszystkim mój ojciec. I syn Stach. I mąż Marek.

A jaki był ojciec ?

Był najlepszym człowiekiem, jaki przytrafił mi się w życiu przed Markiem. Mam z nim związane wyłącznie dobre wspomnienia. Tak, jakby nie było nic poza nimi.

Nic a nic?!

Raz na mnie nakrzyczał, jak nie chciałam z nim iść na piechotę do kościoła. Byliśmy na wsi, u babci. Wszyscy pojechali wozem, a ja i tata na piechotę. Szłam i powtarzałam „Nie jesteś moim tatą. Nie kocham cię!”. Potem setki razy mu mówiłam, że to nieprawda. To jedno z moich najgorszych wspomnień z dzieciństwa.

A najlepsze?

Najlepsze było zawsze, na co dzień. Gdy kończyłam lekcje, mijałam nasz blok w Tomaszowie Mazowieckim i szłam do niego do pracy. Był szefem działu kadr w MZPW Mazovia, zakładzie włókienniczym. Czekałam na niego w biurze, a gdy kończył pracę, wracaliśmy razem do domu. Nigdy potem nie odczuwałam już takiej dumy jak podczas tych naszych powrotów do domu. Mazovia to była wielka fabryka. Gdy tłum wysypywał się po skończonej pracy, to zwalniałam kroku, żeby wszyscy nas minęli i zobaczyli, że oto idziemy razem. W mojej głowie ojciec był tam najważniejszy, był królem. Uroczy i megadowcipny – ludzie go bardzo lubili i szanowali. Gdy szliśmy razem ulicą, to kłaniali mu się w pas nawet najwięksi bokserzy tomaszowscy. Tacy, co sama bałabym się ich mijać.

Wracaliście do domu i co?

I szliśmy razem po zakupy. Codziennie. Choćbym nie wiem ile miała lekcji, zawsze szłam razem z nim. Potem wracaliśmy. Mama, nauczycielka, sprawdzała klasówki, pracowała w swoim pokoju, a my siadaliśmy w kuchni i non stop nadawałam ojcu o tym, co było w szkole. Strasznie go to bawiło, bo starałam się opowiadać barwnie. I byłam zawsze z siebie dumna, gdy przy gościach mówił „Izka, opowiedz tę historię ze szkoły”.

Wolała pani spędzać czas z ojcem niż z rówieśnikami?

Tak. Ale też często przychodzili do mnie do domu koledzy. Lubili go. Miałam zresztą taki niepisany zakaz wychodzenia  z domu. Mama mnie nigdzie nie puszczała. Na pierwszego sylwestra poszłam w klasie maturalnej.

Mama uczyła w tej samej szkole, do której pani chodziła?

Broń Boże! Mama zresztą nigdy u mnie w szkole nie była. To tata chodził na wywiadówki.

Tata chodził na wywiadówki, tata robił zakupy…

…i gotował, sprzątał, zajmował się mną i siostrą. Robił wszystko. Do naszego domu non stop ktoś przychodził. Ciocia Ada, pani Irenka, pani Zosia, pani Basia, ciocia Ala – mama je wszystkie zapraszała. A mój ojciec w sekundę szykował coś pysznego do zjedzenia. Był kryzys, kartki, on jakimś sposobem zawsze potrafił podać mielone, schabowe, bigos. Świetnie gotował. I zawsze wszystko było. Nie wiem, jak on to robił. Ja też mam zawsze pełną lodówkę. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.

A czym w domu zajmowała się mama?

Pracą koncepcyjną. Trochę taka pani dyrektor. Organizowała wakacje, większe zakupy do domu itp. Inwestowała w książki, kryształy i wyjazdy. Miała zawsze duży dystans do życia – co bardzo mi się w niej podoba. Ale była dość surowa. Pamiętam, że swoim uczniom zabraniała przynoszenia kwiatów i prezentów na zakończenie roku szkolnego. Podchodzili do niej po świadectwo z bukietem kwiatów i z tym samym bukietem odchodzili. Ale była bardzo sprawiedliwa i co roku miała grono olimpijczyków. I nigdy w życiu nic złego o nikim nie powiedziała. Nigdy nie oceniała ludzi. Nie ulegała żadnym wpływom. Miała zasady. I ma je do dziś.

Kto miał na panią w dzieciństwie większy wpływ – ojciec czy matka?

Nie potrafię powiedzieć. Bo o ile ojciec był dla mnie strasznie ważny, to ta nieprawdopodobna ambicja, którą miała matka, bardzo mi imponowała. Mama miała duże zdolności artystyczne. Zdała na architekturę, tyle że ze względów finansowych nie mogła sobie na te studia pozwolić. Została wybitnym językoznawcą, ale ten głód artystyczny w niej pozostał. Projektowała sobie na przykład piękne ubrania. Rysowała. Może ze względu na te młodzieńcze wyrzeczenia była bardzo wymagająca – w stosunku do siebie i innych.

Wymagała?

Nigdy nie powiedziała, że muszę mieć piątkę. Sama narzucałam sobie dyscyplinę. Może chciałam spełnić jej oczekiwania?  Mama zawsze robiła na mnie mocne wrażenie. Była piękną kobietą. Mam takie zdjęcia z lat 60., na których wygląda jak gwiazda filmowa. Loki, czarny płaszczyk, pantofelki i ten filmowy uśmiech. Coś pomiędzy Marylin Monroe a Sophią Loren.

A temat „Kobieta i mężczyzna w małym miasteczku lat 80.”, czyli jaki model związku wyniosła pani z dzieciństwa?

Przede wszystkim obowiązywał model pełnej rodziny. Jak nie było ojca, to dlatego, że umarł. W podstawówce miałam koleżankę, która wychowywała się bez ojca i wokół jej rodziny krążyły wśród nas, dzieci, legendy. Co się z tym ojcem stało  Kiedy ostatni raz go widziano i w czym wyszedł z domu To rozbudzało naszą wyobraźnię. Pojęcie zdrady kompletnie nie istniało. To był temat tabu. I wszyscy byli wierzący. Pamiętam jedną rodzinę w Tomaszowie, o której mówiło się „Oni nie wierzą w Boga”. Wszyscy uważali, że muszą być chorzy psychicznie. Nie chodzić do kościoła było wtedy nie do pojęcia. Ale też wszyscy potrafili się dobrze bawić. Moi rodzice chodzili na dancingi do restauracji Pod Niedźwiedziem i do Jagódki, jedynych, jakie wtedy były w Tomaszowie, albo jeździli do Spały.

Iza Kuna
Robert Wolański

Pani pierwszy chłopak to…

…chyba nie miałam pierwszego chłopaka. Ci pierwsi kończyli się, zanim się zaczynali. Mówiłam.

Ale w końcu musiał być ten pierwszy.

Dopiero w szkole filmowej. Tam już wszyscy byliśmy doroślejsi i nie wypadało robić fochów. Były historie.

Ale szybko wyszła pani za mąż. Za szybko?

Tak. Wyszłam i… wyszłam.

Wyniosła pani z tego związku jakąś wiedzę o mężczyznach?

O człowieku. Z pierwszego małżeństwa wyniosłam córkę, Nadię. To najważniejsze.

To wróćmy jeszcze do szkoły filmowej. Nie powiedziała pani mamie, że chce zostać aktorką.

Nie. Ale ojcu powiedziałam. Jeździł ze mną na egzaminy. Mama myślała, że zdaję na filologię polską. Oczekiwała, że skończę normalne studia i będę miała normalny zawód. A ja żyłam filmem. Wyobrażałam sobie, że filmuje mnie kamera, a włosy rozwiewa mi wiatr, jak Farrah Fawcett w „Aniołkach Charliego”.

Mama się dowiedziała i co?

Fajerwerków nie było. Ale wieczorem poszli z ojcem na portiernię do niego do biura i obdzwonili wszystkich znajomych, żeby się pochwalić. Była dumna, ale nigdy nie dała mi tego poznać. Zawsze nagrywała wszystko, w czym się pojawiłam, i pokazywała potem koleżankom, ale ze mną na ten temat nie rozmawiała. Już się do tego przyzwyczaiłam.

A ojciec?

Cieszył się strasznie. Pierwszy film ze mną, który obejrzał, to był „Archiwista” Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego. Taki czteroodcinkowy serial telewizyjny. Usiedliśmy we trójkę na kanapie i oglądaliśmy. Pierwsza scena ze mną: pogrzeb. Tata cały dumny, a mama „No tak… Zaczynasz od pogrzebu”.

A może między wami był jakiś rodzaj współzawodnictwa. O ojca?

Z mojej strony na pewno. Jak teraz słucham Stacha, który mówi, że się ze mną ożeni, a ma pięć lat, to przypominam sobie, że miałam podobnie. Marek tłumaczy Stachowi, że nie ma takiej możliwości, ponieważ to on się ożenił z mamą, a Stach wtedy patrzy na niego spode łba, ale rozumie, o co chodzi. W tej mojej relacji z ojcem było inaczej – mnie mama nie powiedziała, że tata jest jej. I tata nigdy nie powiedział, że jest mamy. Totalnie dał się wciągnąć w tę moją grę i kochał mnie nad życie, rozpieszczał do granic możliwości.

Miała pani 25 lat, kiedy tata umarł.

Tak. Jego choroba to był dla mnie koniec świata. Kiedy lekarz powiedział mi, że tacie zostało dwa lata życia, zemdlałam. I byłam pewna, że umrę razem z nim. Nie było dla mnie innej opcji. Potem przyszedł etap pretensji: „Jakim prawem lekarz mi mówi coś takiego !”. Potem rozpaczliwie szukałam lekarzy specjalistów, a potem się okazało, że nic się nie da zrobić. To był czas wyjęty z życiorysu. Tym bardziej że ja od dziecka bałam się, że on kiedyś umrze. Że mnie zostawi.

Po śmierci ojca funkcję najbliższej osoby przejęła w pani życiu Renata Dancewicz?

To się rzeczywiście zbiegło w czasie. Ona przejęła wtedy chyba wszystkie funkcje.

Po studiach długo była pani samotną matką. Przyjaźń sprawdzona w takiej sytuacji zostaje na zawsze?

Tak. Renata jest mi – poza Markiem i dziećmi – najbliższą osobą. Wie o mnie najwięcej.

Mężczyźni boją się samotnych matek?

Ja tego nie odczułam. Miałam taki moment, będąc samotną matką, że byłam otoczona mężczyznami, miałam mnóstwo kolegów, ciągle się coś działo. Były przygody i romanse, chociaż wolę francuskie określenie „avanture”. Parę awantur w życiu miałam. Totalnych. Z pełnymi konsekwencjami. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby mężczyzna wycofał się dlatego, że dowiedział się, że mam dziecko. Jestem osobą bardzo niezależną, i to chyba widać na odległość. Nie wieszam się na facecie. Ale wrócił do mnie syndrom z dzieciństwa – uciekałam, jak tylko widziałam, że może z tego wyniknąć coś poważniejszego.

Dziecko w awanturach nie przeszkadza?

Chroniłam Nadię przed moimi awanturami. Nie była na to narażona i bardzo o to dbałam. Mama i ciocia pomagały mi w wychowywaniu Nadii. Musiałam pracować, a nie było łatwo. Zaraz po studiach propozycji w zawodzie miałam niewiele, a z czegoś trzeba było żyć. Byłam dziennikarką, pracowałam w firmie francuskiej. Tym bardziej że zawsze lubiłam wygodne życie. Fajne wakacje to podstawa. Wyjazdami rekompensowałam sobie samotność. Byłyśmy ciągle na walizkach – przed wyjazdem albo po nim. Świetnie to wspominam. Nie miałam ochoty układać sobie na nowo życia.

I wtedy pojawił się ON.

Tak. Jak zwykle, kiedy nie ma się oczekiwań i na nic się nie liczy. Poznaliśmy się 11 lat temu w Teatrze Narodowym podczas pracy nad jego „Koronacją”.

Poszedł piorun z nieba?

Nie. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Odprowadzał mnie po próbach do domu, widziałam, że mu się podobam i on podobał się mnie. Lekarz i dramaturg – robiło to na mnie wrażenie, ale znowu bez przesady, nie pierwszy raz ktoś mi się podobał. Wspominając te nasze początki, mówię zawsze, że Marek był w podrywaniu natarczywy, a on na to, że się znowu tak bardzo nie broniłam. I dokładnie tak to było.

Pani się miłość od pierwszego wejrzenia nie zdarza?

Zdarza! Kiedyś chciałam sobie ułożyć życie w Tajlandii. Idziemy ulicą z Renatą i nagle zjawił się on – piękny Tai. Biała koszula, czarne spodnie, Jezu, kompletnie odleciałam. Drugi raz zdarzyło mi się to na granicy z Birmą. To był policjant. Legitymował nas, a ja marzyłam o tym, żeby mnie aresztował. Nie nazwałabym tego miłością od pierwszego wejrzenia, ale łatwo tracę głowę i popadam w zachwyt.

W pani debiutanckiej powieści „Klara”, mężczyzna przedstawiony jest jako istota zagubiona w rzeczywistości i ogólnie przestraszona życiem. Aleks ma żonę, dzieci, kochankę i miota się między nimi, oszukując siebie i wszystkich wokół. Skąd pani wzięła ten model mężczyzny?

Posklejałam go z wyobraźni, własnych przeżyć oraz tego, co oglądam dookoła. Podczas promocji „Klary” zorientowałam się, że kobiety nie lubią Aleksa, mają do niego same pretensje, uważają, że jest tchórzem, toksycznym typem, który wykorzystuje ślepą miłość Klary. A ja go lubię. Mam do niego słabość. Jest strasznym kłamczuchem, ale bardzo kocha Klarę. I to go w jakimś sensie usprawiedliwia. Więź, którą z nią ma, jest wyjątkowa. Mimo obecności żony, dzieci, rodziny, to właśnie Klara jest mu najbliższym człowiekiem. I ona też to wie i dla niej też to jest ktoś taki. Poza tym Aleks mnie wzrusza – tymi kłamstwami, tym, że bywa tak nieudolnie okrutny. Kompletnie sobie z życiem nie radzi, ale się stara.

Skąd się bierze ten brak empatii dla Aleksa u czytelniczek?

Ze stereotypów. Nie ma co kryć – mamy tu do czynienia z trójkątem. Kobietom nie podoba się, że Aleks nie może się zdecydować, że cały czas jest pomiędzy żoną a kochanką. Do Klary mają słabość, bo jest główną bohaterką, bo jest fajna. Żony nie znają. A Aleksa nie lubią, bo zdradza żonę i oszukuje Klarę. A gdyby opowiedzieć tę historię z perspektywy Aleksa jest rozdarty – z jednej strony bardzo by chciał być z Klarą, ale z drugiej strony – co ludzie powiedzą? Mój mąż bardzo chciał zrobić adaptację „Klary” opowiedzianą z perspektywy Aleksa. Ja taką historię chciałam z kolei opowiedzieć dużo, dużo wcześniej, pisząc scenariusz filmowy. Nie dokończyłam go, ale miałam tytuł: „Kłamczuch”. Ten typ faceta mnie interesuje.

Jaki to typ?

Taki, który kurczowo trzyma się poczucia ważności, bo to jedyne, co mu zostało. Poza miłością. Taki, który stracił grunt pod nogami. Żal mi go.

A jaki jest pani mąż?

Podobny do mnie. Jest młodszy ode mnie o dwa lata, ale oboje urodziliśmy się w listopadzie. Marek pochodzi z dokładnie takiej samej rodziny jak ja. U niego wszyscy byli lekarzami, u mnie – nauczycielami. Te same rozmowy przy stole, te same imieniny w gronie znajomych. O mnie troszczył się ojciec, a o Marka matka. Ja może jestem trochę bardziej staroświecka niż on. Mam różne dziwne przyzwyczajenia, zasady i przesądy.

Jakie?

Jestem megaprzesądna. I przywiązuję się do niepotrzebnych przedmiotów. Mamy totalnie zagracone mieszkanie. Dlatego sprzątam tylko po butelce wina – wtedy nic już mnie nie obchodzi. Ale kiedy po raz kolejny czegoś nie wyrzucam, Marek mówi „Tomaszów”…

Kto odgrywa w pani życiu większą rolę – kobiety czy mężczyźni?

Wychodzi na to, że mężczyźni. Poza ojcem i Markiem na to, kim dziś jestem, duży wpływ mieli też dwaj przyjaciele Andrzej Saramonowicz i Tomek Konecki. Bardzo długo nie mogłam się przebić w zawodzie. Nie dostawałam żadnych propozycji. Zaraz po studiach zagrałam w „Łucji i jej dzieciach” Fabickiego w Teatrze Telewizji, dostałam nawet kilka nagród, ale potem nastała cisza. Miałam córkę, którą musiałam utrzymać, więc brałam, co popadnie – pracowałam w PR, byłam dziennikarką, panią w biurze. Nie sądziłam, że uda mi się wrócić do zawodu. To właśnie Andrzej z Tomkiem dali mi szansę. Gdyby nie role w ich filmach – „Lejdis”, „Idealny facet dla mojej dziewczyny” – nie chciałaby pani ze mną dzisiaj rozmawiać.

W kinach właśnie możemy oglądać panią w filmie „Warsaw by Night”. Autorem scenariusza jest pani mąż. Czy postać Igi pisał z myślą o pani?

Mam nadzieję. Nie miał wyjścia – po 11 latach wypadało dla mnie coś w końcu napisać (śmiech).

A ile z pani ma powieściowa Klara?

Być może jestem kiepską pisarką i aktorką, ale zawsze wkładam siebie w to, co robię. Nie zdarzyła mi się jeszcze rola, która byłaby jakąś totalną metamorfozą, kompletną opozycją do tego, jaka jestem. Kiedy pisałam tę książkę, ja i Klara byłyśmy mniej więcej w tym samym wieku. Ale ma ze mnie dużo więcej niż wiek – podobne poczucie humoru; jest towarzyska, ceni sobie przyjaźń, dba o przyjaciół, oni nieustannie u niej przesiadują, tak jak moi u mnie, Klara ma swoją wierną przyjaciółkę Wronkę. Obie mamy wąskie grono najbliższych znajomych, ale lubimy otaczać się ludźmi. Gdybym teraz wyprawiała akurat urodziny, to bym panią zaprosiła.

Wielu moich znajomych było na pani ostatnich urodzinach, ale kiedy dzwoniłam do nich później po pani numer, żeby umówić się na ten wywiad, to okazywało się, że nie mają...

To się ciągnie od lat. Kiedyś, gdy jeszcze mieszkałam z córką w małym mieszkanku przy ulicy Lwowskiej, na imprezach było u nas zawsze około 70 osób. Nie miało znaczenia, czy urodziny miałam ja, czy córka. Tłum był zawsze – albo przychodziły dzieci z rodzicami do Nadii, albo rodzice z dziećmi do mnie. Uwielbiam takie historie! I już wtedy Renata znana była z tego, że przychodziła z jakimiś ludźmi, których ja kompletnie nie znałam. „Kuna, zaprosiłam do ciebie jeszcze 15 osób”. „Oczywiście!”. Potem przeprowadziłam się na Asfaltową, urodził się Stach, ale życie nocne nie ustało. Marek czasem mnie prosił „Nie rób urodzin takich wielkich jak ostatnio, bo rano mam dyżur”. Nigdy mnie to nie powstrzymało. Jedna z takich hucznych imprez skończyła się moją złamaną nogą. Od kilku lat urządzamy urodziny wspólnie z Renatą. Oprócz stałych gości są nowi, którzy często przychodzą ze swoimi znajomymi. Być może dlatego nie wszyscy mają mój numer.

Pani mąż też jest taki towarzyski?

Mniej. Pani Janka, która się opiekuje naszym Stachem, mówi „Pani Izo, pan Marek to chyba nie za bardzo lubi, gdy jest tyle ludzi”. To ja ciągle do kogoś dzwonię, nawet jak mi się nie chce, to mam potrzebę się spotkać. Potrafię w sekundę rozkręcić imprezę. Marek za to zawsze po tych imprezach sprząta. Gdy wstaję, to wszystko już pozmywane, pozamiatane, błyszczące.

A pani ma potrzebę być supermatką, superżoną, zadbaną, chudą i z karierą w CV?

Już nie. Całe życie stawałam na głowie, żeby być supermatką, bo mój ojciec był takim superojcem i chciałam być taka jak on. Dziś wkurza mnie, gdy otwieram magazyn dla kobiet i czytam, że „muszę”: przejść na dietę, zająć się zmarszczkami, zmienić kolor włosów, żeby wyglądać młodziej. Dbam o siebie, ale żebym jeszcze miała o tym czytać w czasie wolnym! Widzę, że potrzebuję więcej snu, widzę to też po mojej szyi, więc kupiłam drogi krem. Starzeję się, co zrobić...

Rozmowa z Izą Kuną ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Ida Nowakowska o rodzicach
Iga Maćkiewicz

Ida Nowakowska o rodzicach: „Czuję, że tata wciąż ma mnie na oku”

Jurorka „Dance, dance, dance” jest córką słynnego pisarza, Marka Nowakowskiego. „Kiedy umarł, to był dla mnie koniec świata” – mówi.
Marzena Rogalska
05.09.2019

Ida Nowakowska jest znakomitą, świetnie wykształconą tancerką, udowodniła swoją wiedzę też jako jurorka w show „Dance, dance dance”, a teraz potwierdza swój talent jako prowadząca „Pytanie na śniadanie”. Ale w „Urodzie Życia” Ida Nowakowska opowiada Marzenie Rogalskiej przede wszystkim o relacji z ojcem – Markiem Nowakowskim, nieżyjącym już wybitnym pisarzem, opozycjonistą z czasów PRL, legendą. Posłuchajcie jej opowieści: Najwcześniejsze dzieciństwo Mama urodziła mnie, kiedy była dojrzałą kobietą. Mieszkała w USA, gdzie odniosła sukces – pracowała dla „New York Timesa”, robiła grafiki dla największych firm amerykańskich, studiowała reżyserię i miała praktyki w CNBC TV. Rodzice spotkali się w Paryżu i zakochali. Tata przyjeżdżał do Nowego Jorku. Kiedy skończył się komunizm, tata przywiózł mamę do Polski. Wychowywałam się w Ameryce, Paryżu i Polsce.  Od początku rodzice wszędzie mnie ze sobą zabierali, nosili mnie w koszyku czy torbie, gdzie tylko się dało, na wystawy, do opery. Mama obserwowała uważnie, co mi się podoba, a potem pozwalała mi się rozwijać w tych kierunkach. Uczyłam się gry na pianinie, gimnastyki artystycznej, jeździłam na łyżwach, nartach, ale moją pasją stał się taniec. Mama dbała o to, żebym była pewna siebie i odważna, ale robiła to niezwykle mądrze. Potrafiła mnie krytykować bez piętnowania, uczyła wiary w siebie, ale też, żeby ta wiara była pokorna. Ja w ogóle wychowałam się w wierzącym domu, za co jestem wdzięczna moim rodzicom. Wychowano mnie w wierze, że jest coś większego niż my, że trzeba zawsze ciężko pracować, ale też zachować dystans.  Moje dzieciństwo to także Paryż, do którego chętnie zabierała mnie mama, mieszkał tam i tworzył mój wujek, słynny malarz Jan Lebenstein. Był wybitną postacią i...

Czytaj dalej
Iza Kuna, Renata Dancewicz
fot. Paulina Holtz

Iza Kuna i Renata Dancewicz – o przyjaźni, która je wzmacnia i trwa już 30 lat!

„Przyjaźń jest sportem dla twardzieli, szczególnie ta na długich dystansach. Lepiej ją uprawiać, niż o niej gadać” – żartują aktorki.
Magdalena Żakowska
21.05.2020

Są sobie najbliższe na świecie, a jednak kompletnie różne. Iza, aktorka całą sobą. Renata najchętniej cofnęłaby się w czasie i wybrała inny zawód. Iza, punktualna. Kiedy przychodzi na wywiad, już od drzwi rzuca: „Aha, wiedziałam, że tak będzie.” Renata przychodzi 10 minut później, prosto z treningu crossfitu, na piechotę, bo „pogoda taka piękna”. Iza: Spóźniona, oczywiście. Renata: Kuna, nie dramatyzuj.  Magdalena Żakowska: Mówisz do Izy „Kuna”? Renata: Albo Kunegunda, albo Hildegarda. A ty, Iza, jak mówisz do Renaty? Iza: Renate. 30 lat razem. Czy przyjaźń trzeba pielęgnować podobnie jak związek? Iza: Jeśli pielęgnujemy naszą przyjaźń, to mimochodem.  Renata: Mnie nie interesuje praca nad związkiem, bo pracuję w pracy. Zresztą na czym to by miało polegać? Gdyby wasza przyjaźń przeżywała kryzys, zdecydowałybyście się na wspólną terapię?   Renata: Ja się na terapię nie nadaję, to nie dla mnie.  Iza: Bo ty nigdy terapii nie potrzebowałaś. Ja potrzebowałam, poszłam i mnie akurat pomogło. Chociaż, jak obserwuję znajomych, którzy chodzą na trzy różne rodzaje terapii równolegle – w związku, grupową, indywidualną – to wiem, co Renata ma na myśli.  Renata: Bo terapia często polega na zaspokajaniu i karmieniu swojego narcyzmu. Ja wolę iść do wróżki. Iza: Ja też chodzę do wróżki, ale łączę to z terapią.  Czy wasza przyjaźń przechodziła przez te 30 lat etapy porównywalne do tych w związku?   Renata: Masz na myśli kryzysy? Nie przypominam sobie nic monumentalnego, raczej jakieś mikrourazy. Ale ja jestem ogólnie mało spostrzegawcza.  Genialna...

Czytaj dalej
sapieżanka
Fot. Adam Kozak

Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki

„Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz” – mówi urodzona w Kenii polska księżniczka Teresa Sapieżanka.
Emil Marat
25.06.2020

Teresa Sapieżanka urodziła się w 1948 roku w Kenii, ale pochodzi z jednego z największych polskich arystokratycznych rodów. Jej dziadek Eustachy Seweryn Sapieha był więźniem Gułagu w ZSRR, ojciec  - też Eustachy podporucznik kawalerii, brał udział w kampanii wrześniowej. Sapiehowie potracili w czasie wojny majątki, rodzice Teresy postanowili wyjechać z Europy, wybrali Nairobii. Sapiehowie przez lata związani byli z organizacją safari, od początku lat 70. – bezkrwawego. Do dzisiaj Teresa Sapieżanka jest jedną z najpopularniejszych kobiet w Kenii. Nie organizuje już safari, od lat jest członkiem komisji egzaminującej przewodników po Kenii, działa również w wielu organizacjach charytatywnych, m.in. zajmujących się ochroną zwierząt. Jej pasją były od zawsze rajdy samochodowe. Jest jedną z niewielu kobiet należących do Muthaiga Country Club, tego samego w którym bywała Karen Blixen. Emil Marat: Pierwsze wspomnienie? Teresa Sapieżanka: Nie wiem, które było pierwsze… Mieszają mi się kolejne domy, bo kiedy byłam mała, często się z rodzicami przeprowadzaliśmy: co rok, co dwa lata. Wszystko mi się połączyło: bieganie w ogrodzie, chodzenie po drzewach, gonitwy... Jak to dzieci. Sanki, śnieżki, lepienie bałwana… (śmiech) Nie. Węże! Bywało, że w okolicy były węże. Mogłyśmy z siostrami bawić się tylko w wydzielonej części trawnika. Znajdowało się te węże za szafą, pod schodami, bo jak to na wsi – dom był otwarty. Robiłyśmy wrzask, ktoś dorosły przychodził i wyrzucał drania. Miałam cztery, pięć lat… Do Afryki przyjechałam w brzuchu mamy. Rodzice zdecydowali się wyjechać z Europy. Na skutek wojny wszystko stracili, całe majątki ziemskie – większość na ziemiach zabranych przez Rosjan. Mieli w sumie chyba 10 dolarów na to nowe życie. W Afryce był już mój dziadek –...

Czytaj dalej
Kora
East News

Kora – wielka artystka, która uczyła nas wolności, radości. Odeszła dwa lata temu

„Wyjątkowa kobieta, żona, matka, siostra, babcia, przyjaciółka. Ikona wolności. Zawsze bezkompromisowa w dążeniu do prawdy”, pisali o Korze przyjaciele. Mijają dwa lata od jej śmierci.
Anna Zaleska
27.07.2020

Ostatnie lata życia Kora spędzała w prywatnym raju, który dla siebie stworzyli z Kamilem Sipowiczem. Ich dom w Bliżowie na Roztoczu otaczał ogród pełen kwiatów: łubinu, żarnowca, jaśminów i budlei, które przyciągały do siebie stada motyli. Wokół rosły stare jabłonie, wiśnie, czereśnie i śliwy, z których Kora robiła konfitury. Dom, rodzina, przyjaciele – to było najważniejsze. Opowieść o swoim życiu, którą spisał Kamil Sipowicz, a ukazała się pod postacią książki „Kora, Kora… A planety szaleją”, arystka kończyła słowami: „Chwilo, trwaj, jesteś piękna”. Wreszcie odnalazła spokój i szczęście, chciała żyć. Wcześniej latami zmagała się z depresją i myślami samobójczymi. Kora do końca życia wspominała trudne dzieciństwo Pierwsze lata życia Olgi upływały w przerażającej biedzie. Siedmioosobowa rodzina gnieździła się w trzydziestometrowej suterenie bez prądu i wody. W wieku czterech lat, gdy jej mama zachorowała na gruźlicę, Olga trafiła do domu dziecka w Jordanowie. W jej wspomnieniach to miejsce przypomina reportaż Justyny Kopińskiej „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”. Zakonnice psychicznie i fizycznie znęcały się nad dziećmi. Mycie raz na tydzień, wszy, bicie, wykręcanie uszu, klęczenie na grochu, upokarzające kary za zmoczenie prześcieradła i zabrudzenie bielizny, straszenie duchami tak, że dzieci bały się w nocy chodzić do łazienki. Zamiast imion, numery. Olga była numerem osiem. Czteroletnia dziewczynka miała zakaz kontaktowania się ze starszą o siedem lat siostrą, która została przypisana do innej grupy. Wśród rówieśniczek Olga nie znalazła bratniej duszy. Jedyne szczęśliwe chwile z tamtych pięciu lat zawdzięczała książkom. Wielokrotnie przeczytała wtedy „O krasnoludkach i...

Czytaj dalej