Izabela Kuna: „Chyba nie miałam pierwszego chłopaka”
Robert Wolański
#czytajdlaprzyjemności

Izabela Kuna: „Chyba nie miałam pierwszego chłopaka”

„Ci pierwsi kończyli się, zanim się jeszcze zaczęli…”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Iza Kuna, jedna z najlepszych i najbardziej wszechstronnych polskich aktorek (m.in. „Wołyń”, „Pod mocnym aniołem”, „Lejdis”) w rozmowie z Magdaleną Żakowską mówi o samotnym macierzyństwie, miłości do ojca i żałobie po jego śmierci. Opowiada też, jak poznała prawdziwą miłość. 

Magdalena Żakowska „Uroda Życia”: Chodzą słuchy, że Kuna to zwierzę stadne, uzależnione od spotkań towarzyskich.

Iza Kuna: To prawda. Nie wyobrażam sobie życia bez przyjaciół. Lubię, gdy wokół jest dużo ludzi, gdy wszyscy siedzą „na kupie”. Uwielbiam spraszać znajomych, gotować dla nich, gadać do rana. Uwielbiam otaczać się ludźmi. Ale moją jedyną prawdziwą przyjaciółką jest Renata Dancewicz. Poznałyśmy się na studiach.

A wcześniej nie miała pani przyjaciółek?

Miałam koleżanki, ale wolałam towarzystwo chłopców. Miałam kumpli.

A kiedy zaczęła się pani oglądać za chłopakami?

Nie pamiętam! Zawsze mi się podobali. W podstawówce lubiłam lekcje religii tylko dlatego, że przychodzili na nie chłopcy z innych szkół. Ale miałam coś takiego, że dopóki chłopak mi się podobał, to był luz. Jak zauważałam, że podobam się jemu – natychmiast traciłam całe zainteresowanie tematem.

Co to za mechanizm?

Nie wiem! Strach  Pod koniec podstawówki byłam na kolonii w Ustce. Na dyskotece poprosił mnie do tańca chłopak, który bardzo mi się podobał i w trakcie piosenki „Dmuchawce, latawce, wiatr” wyznał mi miłość. Uciekłam i unikałam go do końca wakacji. A potem byliśmy w tym samym liceum i nigdy nie powiedział mi nawet cześć, tak to w nim zostało. Pamiętam, jak się nazywał, ale nie będę mu robiła obciachu.

Cierpiał...

Ile można cierpieć ! Cztery lata ! Bez przesady!

Kobiety w takich sytuacjach starają się pokazać, że wszystko jest OK. Mężczyźni obrażają się na całe życie.

Tak, jest w nas ten rodzaj asymetrii. Myślę, że te moje ucieczki przed bliskością mogły wiązać się z tym, że jakoś intuicyjnie czułam, że utrzymywanie więzi jest bardzo pracochłonnym i wymagającym zadaniem. Że fajnie, ale co potem  Przyjechał do mnie kiedyś po wakacjach chłopak z Radomia i stał pod drzwiami. Nie wpuściłam go do domu, taka byłam przerażona! Jako 18-latka podkochiwałam się z kolei w kuzynie, tak na maksa, myślałam o nim non stop, wreszcie zaprosiłam go kiedyś do domu. Nagle w rozmowie przy herbacie wyszło, że mam popsuty zegarek. Powiedział, że go weźmie i odda do naprawy, a ja już byłam cała sztywna, bo ten zegarek to już było dla mnie jednak za dużo. Bardzo długo się zresztą w nim kochałam. Jeszcze na studiach miałam go w głowie. Skończył medycynę, został lekarzem, widocznie aktorka to nie była dobra partia dla lekarza. A może jest tak, że te moje ucieczki wynikały z dobrej intuicji? Bo przecież jeśli są jakieś wątpliwości, to znaczy, że nie ma żadnych wątpliwości. Przed Markiem jakoś nie uciekałam. Poza wszystkim, po prostu strasznie się lubimy. On jest dla mnie zwyczajnie dobry. Tyle.

Najważniejsi mężczyźni w życiu Kuny to…

…przede wszystkim mój ojciec. I syn Stach. I mąż Marek.

A jaki był ojciec ?

Był najlepszym człowiekiem, jaki przytrafił mi się w życiu przed Markiem. Mam z nim związane wyłącznie dobre wspomnienia. Tak, jakby nie było nic poza nimi.

Nic a nic?!

Raz na mnie nakrzyczał, jak nie chciałam z nim iść na piechotę do kościoła. Byliśmy na wsi, u babci. Wszyscy pojechali wozem, a ja i tata na piechotę. Szłam i powtarzałam „Nie jesteś moim tatą. Nie kocham cię!”. Potem setki razy mu mówiłam, że to nieprawda. To jedno z moich najgorszych wspomnień z dzieciństwa.

A najlepsze?

Najlepsze było zawsze, na co dzień. Gdy kończyłam lekcje, mijałam nasz blok w Tomaszowie Mazowieckim i szłam do niego do pracy. Był szefem działu kadr w MZPW Mazovia, zakładzie włókienniczym. Czekałam na niego w biurze, a gdy kończył pracę, wracaliśmy razem do domu. Nigdy potem nie odczuwałam już takiej dumy jak podczas tych naszych powrotów do domu. Mazovia to była wielka fabryka. Gdy tłum wysypywał się po skończonej pracy, to zwalniałam kroku, żeby wszyscy nas minęli i zobaczyli, że oto idziemy razem. W mojej głowie ojciec był tam najważniejszy, był królem. Uroczy i megadowcipny – ludzie go bardzo lubili i szanowali. Gdy szliśmy razem ulicą, to kłaniali mu się w pas nawet najwięksi bokserzy tomaszowscy. Tacy, co sama bałabym się ich mijać.

Wracaliście do domu i co?

I szliśmy razem po zakupy. Codziennie. Choćbym nie wiem ile miała lekcji, zawsze szłam razem z nim. Potem wracaliśmy. Mama, nauczycielka, sprawdzała klasówki, pracowała w swoim pokoju, a my siadaliśmy w kuchni i non stop nadawałam ojcu o tym, co było w szkole. Strasznie go to bawiło, bo starałam się opowiadać barwnie. I byłam zawsze z siebie dumna, gdy przy gościach mówił „Izka, opowiedz tę historię ze szkoły”.

Wolała pani spędzać czas z ojcem niż z rówieśnikami?

Tak. Ale też często przychodzili do mnie do domu koledzy. Lubili go. Miałam zresztą taki niepisany zakaz wychodzenia  z domu. Mama mnie nigdzie nie puszczała. Na pierwszego sylwestra poszłam w klasie maturalnej.

Mama uczyła w tej samej szkole, do której pani chodziła?

Broń Boże! Mama zresztą nigdy u mnie w szkole nie była. To tata chodził na wywiadówki.

Tata chodził na wywiadówki, tata robił zakupy…

…i gotował, sprzątał, zajmował się mną i siostrą. Robił wszystko. Do naszego domu non stop ktoś przychodził. Ciocia Ada, pani Irenka, pani Zosia, pani Basia, ciocia Ala – mama je wszystkie zapraszała. A mój ojciec w sekundę szykował coś pysznego do zjedzenia. Był kryzys, kartki, on jakimś sposobem zawsze potrafił podać mielone, schabowe, bigos. Świetnie gotował. I zawsze wszystko było. Nie wiem, jak on to robił. Ja też mam zawsze pełną lodówkę. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.

A czym w domu zajmowała się mama?

Pracą koncepcyjną. Trochę taka pani dyrektor. Organizowała wakacje, większe zakupy do domu itp. Inwestowała w książki, kryształy i wyjazdy. Miała zawsze duży dystans do życia – co bardzo mi się w niej podoba. Ale była dość surowa. Pamiętam, że swoim uczniom zabraniała przynoszenia kwiatów i prezentów na zakończenie roku szkolnego. Podchodzili do niej po świadectwo z bukietem kwiatów i z tym samym bukietem odchodzili. Ale była bardzo sprawiedliwa i co roku miała grono olimpijczyków. I nigdy w życiu nic złego o nikim nie powiedziała. Nigdy nie oceniała ludzi. Nie ulegała żadnym wpływom. Miała zasady. I ma je do dziś.

Kto miał na panią w dzieciństwie większy wpływ – ojciec czy matka?

Nie potrafię powiedzieć. Bo o ile ojciec był dla mnie strasznie ważny, to ta nieprawdopodobna ambicja, którą miała matka, bardzo mi imponowała. Mama miała duże zdolności artystyczne. Zdała na architekturę, tyle że ze względów finansowych nie mogła sobie na te studia pozwolić. Została wybitnym językoznawcą, ale ten głód artystyczny w niej pozostał. Projektowała sobie na przykład piękne ubrania. Rysowała. Może ze względu na te młodzieńcze wyrzeczenia była bardzo wymagająca – w stosunku do siebie i innych.

Wymagała?

Nigdy nie powiedziała, że muszę mieć piątkę. Sama narzucałam sobie dyscyplinę. Może chciałam spełnić jej oczekiwania?  Mama zawsze robiła na mnie mocne wrażenie. Była piękną kobietą. Mam takie zdjęcia z lat 60., na których wygląda jak gwiazda filmowa. Loki, czarny płaszczyk, pantofelki i ten filmowy uśmiech. Coś pomiędzy Marylin Monroe a Sophią Loren.

A temat „Kobieta i mężczyzna w małym miasteczku lat 80.”, czyli jaki model związku wyniosła pani z dzieciństwa?

Przede wszystkim obowiązywał model pełnej rodziny. Jak nie było ojca, to dlatego, że umarł. W podstawówce miałam koleżankę, która wychowywała się bez ojca i wokół jej rodziny krążyły wśród nas, dzieci, legendy. Co się z tym ojcem stało  Kiedy ostatni raz go widziano i w czym wyszedł z domu To rozbudzało naszą wyobraźnię. Pojęcie zdrady kompletnie nie istniało. To był temat tabu. I wszyscy byli wierzący. Pamiętam jedną rodzinę w Tomaszowie, o której mówiło się „Oni nie wierzą w Boga”. Wszyscy uważali, że muszą być chorzy psychicznie. Nie chodzić do kościoła było wtedy nie do pojęcia. Ale też wszyscy potrafili się dobrze bawić. Moi rodzice chodzili na dancingi do restauracji Pod Niedźwiedziem i do Jagódki, jedynych, jakie wtedy były w Tomaszowie, albo jeździli do Spały.

Iza Kuna
Robert Wolański

Pani pierwszy chłopak to…

…chyba nie miałam pierwszego chłopaka. Ci pierwsi kończyli się, zanim się zaczynali. Mówiłam.

Ale w końcu musiał być ten pierwszy.

Dopiero w szkole filmowej. Tam już wszyscy byliśmy doroślejsi i nie wypadało robić fochów. Były historie.

Ale szybko wyszła pani za mąż. Za szybko?

Tak. Wyszłam i… wyszłam.

Wyniosła pani z tego związku jakąś wiedzę o mężczyznach?

O człowieku. Z pierwszego małżeństwa wyniosłam córkę, Nadię. To najważniejsze.

To wróćmy jeszcze do szkoły filmowej. Nie powiedziała pani mamie, że chce zostać aktorką.

Nie. Ale ojcu powiedziałam. Jeździł ze mną na egzaminy. Mama myślała, że zdaję na filologię polską. Oczekiwała, że skończę normalne studia i będę miała normalny zawód. A ja żyłam filmem. Wyobrażałam sobie, że filmuje mnie kamera, a włosy rozwiewa mi wiatr, jak Farrah Fawcett w „Aniołkach Charliego”.

Mama się dowiedziała i co?

Fajerwerków nie było. Ale wieczorem poszli z ojcem na portiernię do niego do biura i obdzwonili wszystkich znajomych, żeby się pochwalić. Była dumna, ale nigdy nie dała mi tego poznać. Zawsze nagrywała wszystko, w czym się pojawiłam, i pokazywała potem koleżankom, ale ze mną na ten temat nie rozmawiała. Już się do tego przyzwyczaiłam.

A ojciec?

Cieszył się strasznie. Pierwszy film ze mną, który obejrzał, to był „Archiwista” Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego. Taki czteroodcinkowy serial telewizyjny. Usiedliśmy we trójkę na kanapie i oglądaliśmy. Pierwsza scena ze mną: pogrzeb. Tata cały dumny, a mama „No tak… Zaczynasz od pogrzebu”.

A może między wami był jakiś rodzaj współzawodnictwa. O ojca?

Z mojej strony na pewno. Jak teraz słucham Stacha, który mówi, że się ze mną ożeni, a ma pięć lat, to przypominam sobie, że miałam podobnie. Marek tłumaczy Stachowi, że nie ma takiej możliwości, ponieważ to on się ożenił z mamą, a Stach wtedy patrzy na niego spode łba, ale rozumie, o co chodzi. W tej mojej relacji z ojcem było inaczej – mnie mama nie powiedziała, że tata jest jej. I tata nigdy nie powiedział, że jest mamy. Totalnie dał się wciągnąć w tę moją grę i kochał mnie nad życie, rozpieszczał do granic możliwości.

Miała pani 25 lat, kiedy tata umarł.

Tak. Jego choroba to był dla mnie koniec świata. Kiedy lekarz powiedział mi, że tacie zostało dwa lata życia, zemdlałam. I byłam pewna, że umrę razem z nim. Nie było dla mnie innej opcji. Potem przyszedł etap pretensji: „Jakim prawem lekarz mi mówi coś takiego !”. Potem rozpaczliwie szukałam lekarzy specjalistów, a potem się okazało, że nic się nie da zrobić. To był czas wyjęty z życiorysu. Tym bardziej że ja od dziecka bałam się, że on kiedyś umrze. Że mnie zostawi.

Po śmierci ojca funkcję najbliższej osoby przejęła w pani życiu Renata Dancewicz?

To się rzeczywiście zbiegło w czasie. Ona przejęła wtedy chyba wszystkie funkcje.

Po studiach długo była pani samotną matką. Przyjaźń sprawdzona w takiej sytuacji zostaje na zawsze?

Tak. Renata jest mi – poza Markiem i dziećmi – najbliższą osobą. Wie o mnie najwięcej.

Mężczyźni boją się samotnych matek?

Ja tego nie odczułam. Miałam taki moment, będąc samotną matką, że byłam otoczona mężczyznami, miałam mnóstwo kolegów, ciągle się coś działo. Były przygody i romanse, chociaż wolę francuskie określenie „avanture”. Parę awantur w życiu miałam. Totalnych. Z pełnymi konsekwencjami. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby mężczyzna wycofał się dlatego, że dowiedział się, że mam dziecko. Jestem osobą bardzo niezależną, i to chyba widać na odległość. Nie wieszam się na facecie. Ale wrócił do mnie syndrom z dzieciństwa – uciekałam, jak tylko widziałam, że może z tego wyniknąć coś poważniejszego.

Dziecko w awanturach nie przeszkadza?

Chroniłam Nadię przed moimi awanturami. Nie była na to narażona i bardzo o to dbałam. Mama i ciocia pomagały mi w wychowywaniu Nadii. Musiałam pracować, a nie było łatwo. Zaraz po studiach propozycji w zawodzie miałam niewiele, a z czegoś trzeba było żyć. Byłam dziennikarką, pracowałam w firmie francuskiej. Tym bardziej że zawsze lubiłam wygodne życie. Fajne wakacje to podstawa. Wyjazdami rekompensowałam sobie samotność. Byłyśmy ciągle na walizkach – przed wyjazdem albo po nim. Świetnie to wspominam. Nie miałam ochoty układać sobie na nowo życia.

I wtedy pojawił się ON.

Tak. Jak zwykle, kiedy nie ma się oczekiwań i na nic się nie liczy. Poznaliśmy się 11 lat temu w Teatrze Narodowym podczas pracy nad jego „Koronacją”.

Poszedł piorun z nieba?

Nie. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Odprowadzał mnie po próbach do domu, widziałam, że mu się podobam i on podobał się mnie. Lekarz i dramaturg – robiło to na mnie wrażenie, ale znowu bez przesady, nie pierwszy raz ktoś mi się podobał. Wspominając te nasze początki, mówię zawsze, że Marek był w podrywaniu natarczywy, a on na to, że się znowu tak bardzo nie broniłam. I dokładnie tak to było.

Pani się miłość od pierwszego wejrzenia nie zdarza?

Zdarza! Kiedyś chciałam sobie ułożyć życie w Tajlandii. Idziemy ulicą z Renatą i nagle zjawił się on – piękny Tai. Biała koszula, czarne spodnie, Jezu, kompletnie odleciałam. Drugi raz zdarzyło mi się to na granicy z Birmą. To był policjant. Legitymował nas, a ja marzyłam o tym, żeby mnie aresztował. Nie nazwałabym tego miłością od pierwszego wejrzenia, ale łatwo tracę głowę i popadam w zachwyt.

W pani debiutanckiej powieści „Klara”, mężczyzna przedstawiony jest jako istota zagubiona w rzeczywistości i ogólnie przestraszona życiem. Aleks ma żonę, dzieci, kochankę i miota się między nimi, oszukując siebie i wszystkich wokół. Skąd pani wzięła ten model mężczyzny?

Posklejałam go z wyobraźni, własnych przeżyć oraz tego, co oglądam dookoła. Podczas promocji „Klary” zorientowałam się, że kobiety nie lubią Aleksa, mają do niego same pretensje, uważają, że jest tchórzem, toksycznym typem, który wykorzystuje ślepą miłość Klary. A ja go lubię. Mam do niego słabość. Jest strasznym kłamczuchem, ale bardzo kocha Klarę. I to go w jakimś sensie usprawiedliwia. Więź, którą z nią ma, jest wyjątkowa. Mimo obecności żony, dzieci, rodziny, to właśnie Klara jest mu najbliższym człowiekiem. I ona też to wie i dla niej też to jest ktoś taki. Poza tym Aleks mnie wzrusza – tymi kłamstwami, tym, że bywa tak nieudolnie okrutny. Kompletnie sobie z życiem nie radzi, ale się stara.

Skąd się bierze ten brak empatii dla Aleksa u czytelniczek?

Ze stereotypów. Nie ma co kryć – mamy tu do czynienia z trójkątem. Kobietom nie podoba się, że Aleks nie może się zdecydować, że cały czas jest pomiędzy żoną a kochanką. Do Klary mają słabość, bo jest główną bohaterką, bo jest fajna. Żony nie znają. A Aleksa nie lubią, bo zdradza żonę i oszukuje Klarę. A gdyby opowiedzieć tę historię z perspektywy Aleksa jest rozdarty – z jednej strony bardzo by chciał być z Klarą, ale z drugiej strony – co ludzie powiedzą? Mój mąż bardzo chciał zrobić adaptację „Klary” opowiedzianą z perspektywy Aleksa. Ja taką historię chciałam z kolei opowiedzieć dużo, dużo wcześniej, pisząc scenariusz filmowy. Nie dokończyłam go, ale miałam tytuł: „Kłamczuch”. Ten typ faceta mnie interesuje.

Jaki to typ?

Taki, który kurczowo trzyma się poczucia ważności, bo to jedyne, co mu zostało. Poza miłością. Taki, który stracił grunt pod nogami. Żal mi go.

A jaki jest pani mąż?

Podobny do mnie. Jest młodszy ode mnie o dwa lata, ale oboje urodziliśmy się w listopadzie. Marek pochodzi z dokładnie takiej samej rodziny jak ja. U niego wszyscy byli lekarzami, u mnie – nauczycielami. Te same rozmowy przy stole, te same imieniny w gronie znajomych. O mnie troszczył się ojciec, a o Marka matka. Ja może jestem trochę bardziej staroświecka niż on. Mam różne dziwne przyzwyczajenia, zasady i przesądy.

Jakie?

Jestem megaprzesądna. I przywiązuję się do niepotrzebnych przedmiotów. Mamy totalnie zagracone mieszkanie. Dlatego sprzątam tylko po butelce wina – wtedy nic już mnie nie obchodzi. Ale kiedy po raz kolejny czegoś nie wyrzucam, Marek mówi „Tomaszów”…

Kto odgrywa w pani życiu większą rolę – kobiety czy mężczyźni?

Wychodzi na to, że mężczyźni. Poza ojcem i Markiem na to, kim dziś jestem, duży wpływ mieli też dwaj przyjaciele Andrzej Saramonowicz i Tomek Konecki. Bardzo długo nie mogłam się przebić w zawodzie. Nie dostawałam żadnych propozycji. Zaraz po studiach zagrałam w „Łucji i jej dzieciach” Fabickiego w Teatrze Telewizji, dostałam nawet kilka nagród, ale potem nastała cisza. Miałam córkę, którą musiałam utrzymać, więc brałam, co popadnie – pracowałam w PR, byłam dziennikarką, panią w biurze. Nie sądziłam, że uda mi się wrócić do zawodu. To właśnie Andrzej z Tomkiem dali mi szansę. Gdyby nie role w ich filmach – „Lejdis”, „Idealny facet dla mojej dziewczyny” – nie chciałaby pani ze mną dzisiaj rozmawiać.

W kinach właśnie możemy oglądać panią w filmie „Warsaw by Night”. Autorem scenariusza jest pani mąż. Czy postać Igi pisał z myślą o pani?

Mam nadzieję. Nie miał wyjścia – po 11 latach wypadało dla mnie coś w końcu napisać (śmiech).

A ile z pani ma powieściowa Klara?

Być może jestem kiepską pisarką i aktorką, ale zawsze wkładam siebie w to, co robię. Nie zdarzyła mi się jeszcze rola, która byłaby jakąś totalną metamorfozą, kompletną opozycją do tego, jaka jestem. Kiedy pisałam tę książkę, ja i Klara byłyśmy mniej więcej w tym samym wieku. Ale ma ze mnie dużo więcej niż wiek – podobne poczucie humoru; jest towarzyska, ceni sobie przyjaźń, dba o przyjaciół, oni nieustannie u niej przesiadują, tak jak moi u mnie, Klara ma swoją wierną przyjaciółkę Wronkę. Obie mamy wąskie grono najbliższych znajomych, ale lubimy otaczać się ludźmi. Gdybym teraz wyprawiała akurat urodziny, to bym panią zaprosiła.

Wielu moich znajomych było na pani ostatnich urodzinach, ale kiedy dzwoniłam do nich później po pani numer, żeby umówić się na ten wywiad, to okazywało się, że nie mają...

To się ciągnie od lat. Kiedyś, gdy jeszcze mieszkałam z córką w małym mieszkanku przy ulicy Lwowskiej, na imprezach było u nas zawsze około 70 osób. Nie miało znaczenia, czy urodziny miałam ja, czy córka. Tłum był zawsze – albo przychodziły dzieci z rodzicami do Nadii, albo rodzice z dziećmi do mnie. Uwielbiam takie historie! I już wtedy Renata znana była z tego, że przychodziła z jakimiś ludźmi, których ja kompletnie nie znałam. „Kuna, zaprosiłam do ciebie jeszcze 15 osób”. „Oczywiście!”. Potem przeprowadziłam się na Asfaltową, urodził się Stach, ale życie nocne nie ustało. Marek czasem mnie prosił „Nie rób urodzin takich wielkich jak ostatnio, bo rano mam dyżur”. Nigdy mnie to nie powstrzymało. Jedna z takich hucznych imprez skończyła się moją złamaną nogą. Od kilku lat urządzamy urodziny wspólnie z Renatą. Oprócz stałych gości są nowi, którzy często przychodzą ze swoimi znajomymi. Być może dlatego nie wszyscy mają mój numer.

Pani mąż też jest taki towarzyski?

Mniej. Pani Janka, która się opiekuje naszym Stachem, mówi „Pani Izo, pan Marek to chyba nie za bardzo lubi, gdy jest tyle ludzi”. To ja ciągle do kogoś dzwonię, nawet jak mi się nie chce, to mam potrzebę się spotkać. Potrafię w sekundę rozkręcić imprezę. Marek za to zawsze po tych imprezach sprząta. Gdy wstaję, to wszystko już pozmywane, pozamiatane, błyszczące.

A pani ma potrzebę być supermatką, superżoną, zadbaną, chudą i z karierą w CV?

Już nie. Całe życie stawałam na głowie, żeby być supermatką, bo mój ojciec był takim superojcem i chciałam być taka jak on. Dziś wkurza mnie, gdy otwieram magazyn dla kobiet i czytam, że „muszę”: przejść na dietę, zająć się zmarszczkami, zmienić kolor włosów, żeby wyglądać młodziej. Dbam o siebie, ale żebym jeszcze miała o tym czytać w czasie wolnym! Widzę, że potrzebuję więcej snu, widzę to też po mojej szyi, więc kupiłam drogi krem. Starzeję się, co zrobić...

Rozmowa z Izą Kuną ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Małgorzata Szumowska
Isabella De Maddalena/LUZ’

Małgorzata Szumowska: „Życie jest brutalne i nie do zniesienia”

„Być może dlatego nie lubię już udzielać wywiadów.”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Darujmy sobie pytania o rodziców i jak to jest przyjaźnić się z byłymi – zaczyna rozmowę Małgorzata Szumowska. Na szczęście znów zrobiła film, o którym chce się rozmawiać. Co opowiedziała Grzegorzowi Kapli?   O życiu i śmierci: „Nie mam pojęcia, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. To są te pytania, te lęki. Nie zastanawiam się nad tym, od kiedy zrozumiałam, że najważniejsze jest to, co dzieje się tu i teraz. Ten moment trzeba przeżyć jak najbardziej, a nie zaprzątać sobie głowę tym, co będzie, czy też czego nie będzie po śmierci. Nie warto się rozpraszać, bo wtedy ginie nam z oczu to, co najważniejsze. Moi rodzice nie żyją od 11 lat. Więc już tego nie przeżywam. Nie jestem sentymentalna.”   O sztuce filmowej: „Na tym polega sztuka, że każdy może sobie interpretować film, jak chce, a ja nie muszę mówić: Wiesz, zrobiłam taki film z pozytywnym przesłaniem, w którym miłość zwycięża, nawet w takim złym świecie, jak nasz”.   O współczesnym świecie „Ludzie potrzebują fasady, która pozwoli im przeżyć, mimo lęku. Dlatego tworzą sobie iluzje. A ci, którzy je tracą, muszą tę potrzebę przekuwać w twórczość. Zostają artystami. Inaczej by zwariowali. Uważam, że życie jest brutalne i nie do zniesienia.Terroryści mordują redakcję „Charlie Hebdo”, a dzieci muzułmanów, których ściągnięto do Francji jako tanią siłę roboczą, nie mają pracy. Życie stało się brutalne i nie pozwala na łatwe odpowiedzi. Być może dlatego nie lubię już udzielać wywiadów. Coraz więcej jest spraw, których nie da się rozstrzygnąć. ”   O poglądach „Nie mam skrystalizowanych poglądów i dlatego nie umiem wyrażać jednoznacznych opinii. W Polsce każdemu się...

Czytaj dalej
Seks a nastolatki
getty images

Agnieszka Stein o współczesnym wychowaniu seksualnym dzieci: „Nie demonizujmy tematu”

Znana psycholog dziecięca rozwiewa mity
Sylwia Niemczyk
25.03.2019

Nie mamy żadnych przesłanek, żeby sądzić, że dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakieś negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości” – rozmowa z Agnieszką Stein.   Agnieszka Stein – psycholog,   prowadzi warsztaty dla  rodziców, doradza nauczycielom. Autorka książek m.in. „Dziecko z bliska” i wydanego ostatnio poradnika dla rodziców:  „Nowe wychowanie seksualne” (wyd. Mamania 2018).   Matka przyłapuje nastoletniego syna na masturbacji – powinna mu przerwać? Nic podobnego. Zastała syna w intymnej sytuacji i warto, żeby nie naruszała jego granic osobistych. To tak, jakby przeszkodziła komuś w uprawianiu seksu. Ja bym przeprosiła i wyszła. To jest pełnoprawny seks? A według pani pełnoprawny seks to tylko ten, który angażuje dwoje ludzi i prowadzi do związku? Seks przede wszystkim zaczynamy od relacji z  samym sobą. Książkę „Nowe wychowanie seksualne” napisałam między innymi po to, aby pokazać, że bez dobrego kontaktu ze sobą nie będziemy w stanie budować zdrowych relacji z  innymi. A masturbacja jest jak każda inna czynność właściwa ludziom: jemy, pijemy, uprawiamy sport, myjemy się, masturbujemy – to wszystko poznawanie siebie. Może dzieciom lepiej dawać za wzór historie romantyczne? I oszukiwać je? Seks nie zawsze idzie w  parze z miłością. Jeśli będziemy dzieciom opowiadać o tym, jak chcielibyśmy, żeby było, a ukrywać przed nimi prawdę, pozostaną bezradne wobec rzeczywistości i zapewne trudniej będą sobie radzić w życiu. Wie pani, że zakochanie jako główny powód małżeństwa ma bardzo krótką historię? Jakieś sto lat, mniej więcej. Warto o...

Czytaj dalej
Jedzenie i emocje
Rodney Smith

Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów

Nigdy jeszcze sformułowanie „Jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie. Jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją?
Aleksandra Więcka
04.02.2019

Kuchnia stała się nowym salonem, bazary ze zdrową żywnością – miejscem towarzyskich spotkań, a blogi kulinarne mają więcej odsłon niż serwisy informacyjne. Właściwy jadłospis wydaje się lekiem na wszystko – od raka po złamane serce. Chociaż coraz pilniej wyłapujemy kolejne niebezpieczne E ukryte w opakowaniach z jogurtem czy serem, to równocześnie zdajemy się wierzyć, że lodówka jest naszą najlepszą przyjaciółką. Tymczasem co trzecia Polka ma nadwagę, a co druga chciałaby schudnąć. Dlaczego jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją? Zajadanie emocji to epidemia naszych czasów Z jednej strony mamy jeść to, co najlepsze, i tym się rozkoszować. Z drugiej – nosić rozmiar zero. Nie możemy pójść na zakupy do supermarketu, bo jesteśmy straszeni, że masowe jedzenie to czysta chemia. – Z zaspokajaniem podstawowej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie, wiążą się dziś sprzeczne lub negatywne emocje – mówi psycholog i terapeutka zaburzeń odżywania Dorota Minta. Wygląda na to, że najlepiej by było, gdybyśmy mogły się najeść, patrząc na reklamy jedzenia. Albo jak w „Matriksie” wcinać wirtualne steki. Niestety, to wciąż niemożliwe, więc żyjemy w permanentnym napięciu między apetytem na życie i próbami jego poskromienia. Do tego większość sposobów, jakie w tym celu stosujemy, nie skutkuje. – Nasz stosunek do jedzenia niewiele ma wspólnego z racjonalnością – przekonuje Dorota Minta. – Wewnętrzny dialog „zjeść czy nie zjeść” odbywa się na poziomie naszych instynktów, lęków i nieuświadomionych przekonań. Kompulsywne jedzenie łagodzi stres, ale też go generuje Według Briana Wansinka, autora książki „Beztroskie jedzenie”, o...

Czytaj dalej
sens życia
iStock

Prof. Bartłomiej Dobroczyński o sensie życia: „Musimy żyć własnym życiem, a nie cudzym”

Co robić, by nie czuć nieznośnej lekkości bytu?
Dorota Szuszkiewicz
04.01.2019

Możemy stać się niezwykli, zrobić wszystko, żyć kolorowo – takie hasła słyszysz od rana do wieczora. A ty siedzisz nad szklanką herbaty i myślisz, że przed tobą kolejny szary dzień. Siedzisz i pytasz: jaki sens ma to moje życie. Co na to odpowiada dr hab. Bartłomiej Dobroczyński,  psycholog, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim? Dorota Szustkiewicz: Skąd się biorą nasze lęki? Czy kiedyś było lepiej? Mężczyzna miał spłodzić syna, wybudować dom i posadzić drzewo i wtedy jego życie coś znaczyło? Kobieta miała urodzić i wykarmić dzieci. Dr hab. Bartłomiej Dobroczyński:  To się bierze m.in. z przepływu informacji. Z zalewu, potopu, deszczu informacji. Ten zalew rozbił naszą izolację, nie żyjemy już w zaścianku, naszym światem nie jest już tylko rodzina, sąsiedzi i pejzaż po horyzont. Dziś żyjemy w społeczeństwie spektaklu, jak powiedział w 1968 r. francuski pisarz i filozof Guy Debord. Każdy marzy, żeby stać się częścią tego przedstawienia. Kto nie gra żadnej roli, ten nie istnieje. Stąd parcie na szkło, bo jeśli czegoś nie ma w telewizji, to nie ma wcale. Stąd sukces fotografii – być na zdjęciu to też rodzaj udziału w grze. Mówi się, że o wszystkim decydują media, ale Debord – bardzo lewicowy myśliciel – poszedł dalej, stwierdził, że jest to forma sprawowania rządów. A tak bardziej przyziemnie, czemu w duszy odczuwamy błahość życia? To jest właśnie forma sprawowania rządu dusz, jeśli pani woli. Człowiek żyje w społeczeństwie, które jest pewną formą organizacji, ale jest też formą przymusu. Spektakl jest tak skonstruowany, że przedstawia wzorce: jak spędzać wakacje, jak wyglądać, co jeść. Wszyscy podlegamy temu przymusowi i jeszcze go sami wymuszamy!  To znaczy? Naszą rolę mamy włożoną na plecy, na głowę, jak w Afganistanie kobieta burkę...

Czytaj dalej