To była wyjątkowa miłość! Geniusz, Issac Bashevis Singer i jego żona Alma
Magnum Photo/Photo Power

To była wyjątkowa miłość! Geniusz, Issac Bashevis Singer i jego żona Alma

Przeżyli razem ponad pół wieku. Ona zostawiła dla niego męża i dzieci, kochała go, wierzyła w jego geniusz – o Isaacu Bashevisie Singerze i jego żonie Almie pisze Agata Tuszyńska.
Agata Tuszyńska
07.07.2020

Podobno wciąż powtarzał, że należałoby się rozwodzić po 15 latach małżeństwa, jeżeli chce się coś wiedzieć o miłości i seksie. Ale w swoim życiu miał tylko jedną żonę. Isaac Bashevis Singer, autor słynnego „Sztukmistrza z Lublina” i laureat literackiej Nagrody Nobla urodził się w 1902 roku w Leoncinie na Mazowszu, w rodzinie chasydów. Przed wojną pracował jako nauczyciel hebrajskiego, korektor, zadebiutował też jako pisarz. W 1935 roku wyemigrował do USA. Dwa lata później spotkał Almę Haimann-Wasserman, emigrantkę żydowską, pochodzącą z Monachium.

Często mówił o sobie: „do pasa jestem aniołem, od pasa w dół diabłem”. Nigdy nie ukrywał, że najtrudniejsze wydawało mu się zawsze przestrzeganie szóstego przykazania. W jego twórczości jeden krok dzielił synagogę od seksu. Był pierwszym żydowskim pisarzem, który opisywał całego człowieka, cielesnego. Żydowski casanowa miał niezwykłe powodzenie w Warszawie, gdzie spędził młodość. Mimo rudych włosów, krzywo wiązanego krawata, rozsznurowanych butów i braku pieniędzy. Opuścił swój najważniejszy adres, ulicę Krochmalną, jako trzydziestolatek. Był wtedy autorem jednej książki po żydowsku, „Szatanaz Goraju”, i ojcem syna, z którego matką, Runią, komunistką, nigdy się na dłużej nie związał.

W 1937 roku, dwa lata po przyjeździe do Ameryki, Isaac Bashevis Singer spotkał swoją przyszłą żonę, Almę Haimann, Żydówkę rodem z Monachium. To jedyne jego oficjalne małżeństwo przetrwało aż do jego śmierci. Spędzili wspólnie ponad pół wieku.

Isaac Bashevis Singer: „Spotkanie z Almą to był znak losu”

„Alma jest wspaniałą kobietą – mówił o żonie – ale za bardzo praktyczną. Każdego ranka po przebudzeniu informuje mnie, o ile wzrosła cena białego sera w porównaniu z poprzednimi latami”. Mówi się, że poza żoną nie miał żadnych bliskich przyjaciół. Kiedy go pytano, czy kiedykolwiek myślał rozwodzie, odpowiadał: „Wiele razy myślałem, żeby ją zabić, ale nigdy, żeby się rozwieść”.

Poznali się na letnisku w górach Catskills, gdzie wielu nowojorskich Żydów do dziś spędza wakacje. Uwagę Almy zwrócił szczupły mężczyzna, rudawy, niemal łysy, o bardzo niebieskich oczach. Wydał się jej wyjątkowo nieporadny, gubił drogę nawet do swojego pokoju. Mówiono, że jest pisarzem z Polski. „Nie był przystojny – wspomina Alma. – Nie był również zbyt dobrze ubrany. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, miał rozpiętą koszulę. Poza tym spokojny, uprzejmy i bezpośredni”.

Spędzili razem całe lato. Siadywali razem na werandzie i prowadzili długie dyskusje o literaturze, głównie o rosyjskich i francuskich mistrzach XIX wieku, Dostojewskim i Tołstoju. Z polskich wspominał Słowackiego. Rozmawiali po angielsku, nie znała żydowskiego. Dla Almy tego rodzaju rozmowy były odkryciem. Zawsze interesowała się sztuką, chodziła do teatru, dużo czytała. Po studiach w Szwajcarii jako pierwsza w rodzinie kobieta podjęła pracę. Z zamożnego domu rodziców przeniosła się do męża, świetnie prosperującego przedsiębiorcy, Waltera Wassermana. Urodziła mu dwoje dzieci. Wiedli dostatnie życie. Może trochę zaczęła się nudzić… W obliczu wojny zdecydowali się opuścić Europę. Podobnie jak Singer.

Coś było w tym nieśmiałym przybyszu z Polski, co nie pozwoliło Almie, odpowiedzialnej żonie i matce, zapomnieć znajomości tego lata. Powiedział jej, że pracuje czasem na Manhattanie, w bibliotece na 42 Ulicy. „Któregoś dnia zebrałam się na odwagę – pamięta Alma. – Nie umawialiśmy się. Weszłam do biblioteki i on był pierwszą osobą, na którą trafiłam. Oboje uznaliśmy, że był to znak losu”.

„Nie miał nic poza talentem…”

Poszli na kawę. Zaczęli spotykać się częściej. Wśród kolegów z żydowskiej gazety utwierdzało to renomę Singera – zalotnika i uwodziciela, dla niej szybko zaczęło znaczyć coś więcej. „Przez kilkanaście miesięcy spotykaliśmy się i zrywaliśmy, żeby zaczynać od nowa. Przez cały ten czas nic nie mówiłam mężowi. W końcu mu powiedziałam. I wtedy go opuściłam”.

Nawet po latach Alma nie potrafi wytłumaczyć, jak to się stało, że zdecydowała się opuścić bezpieczny los, zostawić dzieci i męża i związać z kimś, kto tak niewiele mógł zrazu obiecać. Nie miał nic poza talentem, w który wierzyła. Nie wie, dlaczego, bo przecież nigdy nie przeczytała ani jednego rękopisu po żydowsku. Ale coraz silniej czuła, że Isaac jest człowiekiem, z którym chciałaby spędzić resztę życia. Szarpała się kilka lat. To było bolesne, ale konieczne. W końcu, zimą 1939 roku, doprowadziła do rozwodu.

W lutym roku następnego, podczas zamieci śnieżnej, poszli z Singerem do brooklyńskiego ratuszai wzięli ślub. Nie mieli pieniędzy, by uczcić tę okazję. Wrócili do wynajmowanego mieszkania, gdzie brakło podstawowych sprzętów. Zaczęli wspólne biedowanie. Dla rodziny stała się bohaterką skandalu, ale nie dbała o to. A Isaac nie lubił kajdan. Dusił się i męczył przez pierwsze miesiące, ale chyba sam rozumiał, że potrzebuje stabilizacji, by pisać. Nie było łatwo. Ona bardzo tęskniła za dziećmi, ale nie żałowała decyzji.

Jakoś sobie poradzimy. Alma nie wiedziała dlaczego, ale od początku wierzyła, że świat kiedyś doceni geniusz Singera. Tymczasem brakowało im na stół, garnki i firanki, ale nie narzekała. Sama zdecydowała się szukać pracy. Zaczęła u modystki, od wszywania potników do męskich kapeluszy. Z czasem awansowała, szyła damskie toczki. W końcu została zatrudniona w domu towarowym na Piątej Alei. „Okazało się, że jestem urodzoną ekspedientką. Pracowałam bez wytchnienia, ale wszyscy byli ze mnie zadowoleni”.

singer golebie
gnum Photo/Photo Power

Całe dnie osobno

Szybko awansowała. Przyjęto ją do domu towarowego Lord & Taylor na Piątej Alei. Wstawała rano i wychodziła do pracy. On pisał. Był zupełnie nieznany. Tak trwało jakieś dwadzieścia lat. Byli przez lata naprawdę biedni, ale zawsze jej powtarzał: nie martw się, jakoś sobie poradzimy. „Był bardzo skryty, nie mówił wiele o swojej pracy – wspomina Alma. – Zdarzało się, że w niedzielę czytał mi niewielkie fragmenty opowiadań. Nie szukał u mnie aprobaty. Może na to nie wyglądał, ale był bardzo pewny siebie. Nigdy nie dawał się przekonać, wychodził zwycięsko z każdej dyskusji. To mi się w nim podobało!”. Całe dnie spędzali osobno. Alma szła za ladę, Isaac pracował w domu. Pisał do południa, potem wychodził na lunch. Słuchał opowieści swoich znajomych. Nie znała wszystkich jego rozmówców, nie sprawdzała, jakiej natury stosunki go z nimi łączą. Nie chciała. Spacerował po Central Parku, bardzo lubił karmić tam gołębie. Złośliwi twierdzą, że tylko na karmę dla nich nie skąpił pieniędzy. Często też zachodził do żydowskiej gazety „Forwerts” albo...Alma nie chciała wiedzieć. Całe dnie spędzała poza domem. I nigdy się nie skarżyła. Uważała, że ma dobre życie. Czasem trochę tęskniła za dziećmi.

Wieczorami rozmawiali o tym, co się zdarzyło. Często jadali w restauracjach. Gotowanie nigdy nie było mocną stroną Almy, szczególnie nie lubiła stać przy kuchni po ośmiu godzinach pracy w sklepie. Mąż nie narzekał, choć uważał, że to jej rola. Przez lata małżeństwa zrobił jej śniadanie jedynie dwa razy. Kiedy zdarzało się jej czasem przyrządzić posiłek, gdy tylko siadali do stołu, dzwonił telefon. Isaac znikał na długie kwadranse, wszystko stygło.

W każdej historii widział historię miłosną

Nie chciała górować w tym związku. Uważała, że to niepotrzebne i niemożliwe w relacji z mężczyzną. „To nie jest jakaś specjalna życiowa mądrość” – mówiła – „to dla mnie raczej naturalne. Nigdy nie nakłaniałam go do niczego, nie nagliłam, nie pospieszałam, że musi zarabiać pieniądze czy robić karierę, nawet wtedy, kiedy było nam ciężko. Rozumiałam, jak trudno jest żydowskiemu pisarzowi przebić się na amerykański rynek. Byłam pewna jego talentu i tego, że w końcu doczeka się uznania. Wierzyłam w jego powołanie”.

Alma była pewna, że nie mógłby robić nic innego. Gdyby się powtórnie urodził, robiłby dokładnie to samo. Kiedy Ameryka przystąpiła do wojny, obawiał się, że zostanie powołany. Zapłacił za kurs przysposobienia zawodowego, by tego uniknąć. Po dwóch lekcjach wrócił w rozpaczy. Stwierdził, że może obsługiwać windę albo być pisarzem. „Nie potrafię być nikim innym” – powiedział. Żył jakby do środka. Nie umiał zabiegać o swoje interesy, nigdy o nic nikogo nie prosił. Kiedy Roger Strauss zaczął wydawać jego książki, „Sztukmistrza z Lublina”, „Krótki piątek”, „Przyjaciela Kafki”, zaczął być znany. Ale od sławy dzieliła go ciągle długa droga.

Pisał wszędzie i bez trudności. W samochodzie, w przerwach między wykładami, w samolocie, w hotelowych pokojach. Na skrawkach papieru, w notesach. Nie interesowało go pisanie o szczęśliwych parach, o spokojnym życiu we dwoje. „Życie musi być podniecające. W przeciwnym razie nie jest warte jednego naboju...”. Singerowscy samcy potrzebowali przygód, zmian, ryzyka, niebezpieczeństwa, wyzwania.

Wszyscy. „Coś w nim lubowało się dreszczem, jaki wywoływała wisząca wciąż nad nim groźba katastrofy”. Abram, Maks, Aron, Sasza – wszyscy pogrążali się w ziemskich przyjemnościach, uciekając przed nudą. Rozpustnicy nieznający wierności, ulegający wszelkim namiętnościom i chwalący się swymi podbojami i krętactwami. Obsesja stawała się ich rzeczywistością. Skatalogowali niezliczone mnóstwo piersi – dużych, jędrnych, sterczących, z sutkami czerwonymi jak ogień – i kolan, obiecujących wszystkie przyjemności tego świata. Wychwalali ziemskie rozkosze, a nawet rozkosze tureckich rajów, jednocześnie z pięcioma lub sześcioma kochankami. Każdy z nich wiedział, że to śmiertelny grzech, ale zły duch dobrze odgrywał rolę mistrza. Nie znamy komentarzy Almy na ten temat.

Autor „Wrogów” w każdej historii widział miłosną historię. W każdej wiernej matronie – madame Bovary. Był pewien, że człowiek opętany namiętnością jest we władzy dybuka. I nie bał się tego.

singer ulica
mat. prasowe

Trzeba się go nauczyć i zaakceptować

Nigdy nie zapraszał do własnej małżeńskiej sypialni. A w „Annie Kareninie” zamiast opisów sukien, wizyt i podróży Anny widziałby chętnie opis jej stosunków seksualnych z mężem i kochankiem, to mogłoby rozwikłać ową psychologiczną zagadkę. „Organy płciowe wyrażają więcej prawdy o ludzkiej duszy niż wszystkie inne części ciała, nawet oczy” – twierdził.

Alma cierpiała czasem z powodu jego kaprysów zmiennych nastrojów. „Isaac był chimeryczny. Czasami wydawał się taki zadowolony, pięć minut później potrafił być bardzo przykry i krytyczny. Taką miał naturę. Trzeba się było jej nauczyć i zaakceptować” – mówiła o tym z pobłażaniem. I cytowała redaktorkę z „New Yorkera”, która miała do czynienia z wieloma pisarzami. „Żaden z nich nie jest tak utalentowany jak Isaac, a wszyscy są równie nieznośni. Bądź szczęśliwa, on przynajmniej ma niezwykły talent”. Starała się.

A on nie przejmował się krytycznymi recenzjami. Nie martwił tym, co o nim mówią, szczególnie gdy zaczynał być znany i nagradzany. Nie miał problemów z własnym ego. Alma cierpiała z tego powodu. Pamięta, jak widzowie zgorszeni nagością Jentl na Broadwayu, musicalu według jego opowiadania, dzwonili do nich w środku nocy. Była bardzo przygnębiona. A on tylko powtarzał, że nawet Biblia i Talmud są pełne seksu.

Chciała, żeby ograniczył wyjazdy, żeby więcej odpoczywał. Odmawiał. Zgadzał się na każdy wywiad. Numer ich telefonu figurował w książce telefonicznej aż do końca lat 70. Był szczęśliwy jedynie w towarzystwie ludzi pióra. Ich życie towarzyskie było ograniczone. Mieli kilku przyjaciół malarzy, kilku pisarzy, w sumie niewielu. Isaac, kiedy chciał, umiał być duszą towarzystwa. Czarował, opowiadał anegdoty. Umiał być szalenie dowcipny, pełen ironii. I autoironii. Także z powodu przyznania literackiego Nobla.

Nobel stał się ukoronowaniem ich związku

Wiadomość o nagrodzie przyszła na Florydę, jesienią 1978 roku, rano, kiedy oboje szli na śniadanie do ulubionej kafeterii. Isaac nie do końca w nią uwierzył i nie zgodził się zrezygnować z codziennego rytuału. „Zjedzmy grzanki, wypijmy kawę… przecież nie pisałem dla jakichś tam odznaczeń”.

A po kilku godzinach, po dziesiątkach rozmów z dziennikarzami i kolejnych pytaniach „Czy pan jest zaskoczony ”, „Czy pan jest szczęśliwy ”, odpowiedział: „Ja już byłem zaskoczony i już się ucieszyłem, a teraz jestem tym samym niedorajdą, co przedtem”.

Nobel stał się ukoronowaniem ich związku, wspólnego małżeńskiego wysiłku. Wizyta w Sztokholmie – najszczęśliwszym tygodniem w jej życiu. Narzekała na piekło telefonów i depesz gratulacyjnych, ale sprawiało jej to wielką radość. Podobnie jak zakupy, na których wreszcie nie musiała oszczędzać. Dla obojga kupiła stroje wieczorowe. Dla siebie dwie suknie, kostium, kilka swetrów i bluzek, jakieś buty i parę długich rękawiczek z koźlej skórki. Sztokholm bombardował ich telegramami: czy przestrzegają jakiejś diety Czy Isaac przywiezie biały frak, czy też mają go uszyć na miarę

Zapamiętała szczęście, gdy przedstawiono ich królowi i gdy słuchała mowy męża o umarłym języku, który kochają Żydzi i duchy. Rozkoszowała się każdym szczegółem ceremonii. Ale nie zapomniała smaku biedy, jaki im towarzyszył, zanim poznali dostatek i sławę.

„Jako człowiek wierzący w Boga jestem pewien, że istnieje gdzieś pełny zapis życia każdej osoby, jej dobrych i złych uczynków, błędów i szaleństw. Nic nigdy nie ginie w archiwum Boga” – tak pisał Singer. Alma nie zastanawiała się nigdy, jakie byłoby jej życie bez niego. Czy wierzyła w przeznaczenie Jeśli tak, dla niej był nim Isaac.

***

Tekst o Issacku Bashevisie Singerze i Almie Haimann ukazał się w „Urodzie Życia” 1/2014

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agnieszka Osiecka
East News

Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością

On zakochał się od pierwszego wejrzenia, ona długo nie wiedziała, o co jej chodzi. Flirtowała, bo tak miała w zwyczaju. Kochała jego piosenki, jak cała Polska. Najpierw zakochała się w jego listach, dopiero potem w nim samym.
Sylwia Arlak
21.08.2020

Byli piękni, piekielni zdolni i kompletnie niedopasowani. Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora dzielili miłość do poezji, ale pochodzili z dwóch różnych światów. Ona – 28-letnia outsiderka, nie umiała usiedzieć w jednym miejscu, wciąż gdzieś goniła. Żeby żyć, musiała czuć się wolna. I dla nikogo nie chciała tego zmieniać. On, starszy od niej o 21 lat, był domatorem. Cenił sobie życie rodzinne i spokój. Ich miłość była bardzo intensywna. Trwała dwa lata i wygasła. Mistrz i Agnieszka Po raz pierwszy usłyszała o nim, gdy w 1958 roku założył telewizyjny Kabaret Starszych Panów. Jako 22-letnia studentka reżyserii była pod ogromnym wrażeniem jego talentu aktorskiego i poetyckiego. Sławny i czczony artysta inspirował ją. Pod wpływem mistrza zrezygnowała ze świata filmu i wybrała pisanie. Osobiście poznali się sześć lat później. Kariera 49-letniego Jeremiego Przybory kwitła, gorzej z życiem prywatnym. Artysta miał dwójkę dzieci (córka była mniej więcej w wieku Osieckiej) i tkwił w drugim, nieudanym małżeństwie. Agnieszka Osiecka miała 28 lat i już była po rozwodzie. I wielu miłosnych przejściach. Dopiero zaczynała przygodę z poezją. Jeremi Przybora zakochał się w Agnieszce Osieckiej od pierwszego wejrzenia. To on zabiegał o pierwsze spotkania, dzwonił i nieśmiało pisał krótkie wiadomości. Ona nie dawała im szans. Traktowała tę znajomość z dystansem. Flirtowała, bo to był jej styl bycia, ale nie chciała rozbudzać w nim nadziei na więcej. Aż w końcu wpadła. Romans nabierał mocy, choć głównie na papierze, bo zakochanym trudno było się spotkać. „Nie przypuszczałem, że będę stąd pisał z taką tęsknotą do panienki, którą tyle lat temu spotkałem w pewnej deszczowej piosence, i też nic o tym nie wiedziałem. Paryż owszem, ładne miasto,...

Czytaj dalej
Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko
east news

To była artystyczna miłość! Historia Agnieszki Osieckiej i Marka Hłaski

Poetkę i pisarza łączyło niebywałe uczucie.
Sylwia Niemczyk
02.02.2019

Poznali się na przełomie 1956 i 1957 r. Agnieszka Osiecka – studentka reżyserii w łódzkiej filmówce, wschodząca gwiazda STS-u. Hłasko – 24-letni pisarz, już wtedy sławny autor zbioru opowiadań „Pierwszy krok w chmurach”. Oboje piękni i niegrzeczni. Ona nieprzeciętnie inteligentna i wyjątkowo jak na tamte czasy wyzwolona. Zawsze flirtowała z kilkoma chłopakami naraz. Panienka z Saskiej Kępy.   Brylowała w towarzystwie o wiele starszych od siebie literatów i filmowców. Miała skłonność do łamania serc i do efektownych puent. I jedne, i drugie kolekcjonowała z równym zapałem. Pod szklanym blatem w biurku zbierała zdjęcia zdobytych mężczyzn. Wojciech Frykowski, Andrzej Jarecki, Daniel Passent, Jeremi Przybora i wielu, wielu innych. „Hłasko był proletariackim księciem, którego mi zazdrościły koleżanki – tak go zaklasyfikowała w swojej kolekcji. – Twarz rozgrymaszonego bachora, figura cowboya, ręce Madonny. Wyższy był od naszego pokolenia o pół głowy”.   On wychowany na Powiślu, edukację zakończył na poziomie podstawówki, od 16. roku życia pracował fizycznie jako robotnik na budowie i szofer. Zbuntowany i gniewny. Łudząco podobny do Jamesa Deana, na którego się zresztą robił. „Pisanie – mówił – jest tak wspaniałe, jak chlanie”. O jego nocnych wybrykach krążyły legendy, które sam podkręcał. W Kameralnej pojawiał się zwykle dopiero po północy – latem w szoferskiej skórze, zimą w swoim słynnym białym kożuchu. Wszyscy cisnęli się wtedy do baru, żeby choć się o niego otrzeć. Bo odezwać się do Hłaski było nie lada odwagą. Kto się odezwał głupio – dostawał w zęby.   Agnieszka Osiecka leczyła rany Marka po wcześniejszym związku Oboje komponowali swoje życie...

Czytaj dalej
Dorota Sumińska
GRZEGORZ KAWECKI/Puls Biznesu/FORUM

Dorota Sumińska: hrabianka, która uczy nas szacunku do zwierząt

I nieraz przy tym mocno nam się od niej obrywa! W swoich audycjach, wywiadach i książkach Dorota Sumińska punktuje naszą nieodpowiedzialność, brak szacunku i co tu kryć, bezmyślność w stosunku do zwierząt. I jesteśmy jej za to wdzięczni.
Marzena Rogalska
22.05.2020

To, kim jestem, zawdzięczam kobietom z mojej rodziny: tatarskiej prababce, ukochanej babci Bebie i mamie. To dzięki nim tyle dostałam od losu. Choć na weterynarię poszłam, żeby być bliżej ojca”, mówi Dorota Sumińska, pisarka, podróżniczka, lekarka i miłośniczka zwierząt. Marzena Rogalska:  Wychowałaś się w małym mieszkanku w Śródmieściu, które przypominało zoo. Dorota Sumińska: Nie jestem w stanie policzyć ani spamiętać wszystkich zwierząt. Zawsze było ich bardzo dużo. I bardzo różnych. Były zwierzęta typowe, domowe, jak psy i koty, ale oprócz tego ptaki drapieżne, oswojone węże, koza, kury, kogutek… Kury też mieliście w bloku? Jedną, Panią Warszawską. Była przemiłą kurą, codziennie znosiła jajko, które ja dostawałam. Bardzo chorowałam jako dziecko i chodziło o to, żebym dochodząc do zdrowia, jadła jak najlepsze jedzenie, więc ojciec ją przyniósł i kura zamieszkała z nami. Jeździła też z nami na wakacje i mieszkańcy wsi Grabie nad Rawką, do której jeździliśmy, nazwali ją Pani Warszawska, ponieważ nie kumała się z wiejskimi kurami, tylko chodziła z psami. Mieszkał też u nas koziołeczek Rududu. Ojciec wtedy pracował w ogrodzie zoologicznym i urodził się tam koziołeczek z wadą serca. Ojciec go przyniósł, bo tam nie miał szans przeżyć. Mama strasznie koziołeczka pokochała, karmiła butelką, ale, niestety, umarł, bo im był starszy, tym to serduszko gorzej pracowało. Mama nie mogła żyć bez zwierzaków? Myślę, że mogłaby żyć, i sama z własnej woli na pewno by się tak „niezazwierzęciła”. Tylko że jak była ze mną, to nie miała wyjścia. (śmiech) Była uczuciową osobą i zżywała się ze zwierzętami. Jak leżała w szpitalu, to bardzo za nimi tęskniła. Przemycałaś jej tam jakieś...

Czytaj dalej
Donald Trump
Getty Images

Donald Trump: psychopata, manipulator i potwór – tak o nim mówi jego bratanica Mary L. Trump

„W tym domu nie było miłości. Fred Trump uczył synów bezwzględności i pogardy dla słabszych. To on stworzył potwora: mojego wuja, prezydenta Donalda Trumpa” – pisze w swojej książce Mary L. Trump. A przy okazji tworzy portret najbardziej wpływowej i dysfunkcyjnej rodziny w Ameryce.
Magdalena Żakowska
04.11.2020

Chociaż jeszcze nie ma oficjalnych wyników wyborów w Ameryce, Donald Trump ogłosił się już zwyciężcą. Czy naprawdę mimo miażdżącej krytyki ze strony większej (53 proc.) części społeczeństwa Donald Trump został wybrany na drugą kadencję? Niezależnie od tego, jaką decyzję podjęli wyborcy, rodzina Trumpów jest dla Ameryki tak ważna, jak kiedyś rodzina Fordów czy Rockefellerów. Od lat działają na granicy wielkiego biznesu i polityki, mają wielkie ambicje i równie wielkie tajemnice do ukrycia. Z całą pewnością Donald Trump był (jest?) jednym z najbardziej kontrowersyjnych prezydentów w historii USA. Skąd się wziął? Jak stał się tym znanym nam Donaldem Trumpem? Czy zawsze taki był? Donald Trump kontra Mary – wielka wojna w rodzinie Trumpów Tak przenikliwego portretu Donalda Trumpa jeszcze nie było. Autorką książki „Zbyt wiele i nigdy dość. Jak mojarodzina stworzyła najniebezpieczniejszego człowieka na świecie” jest 55-letnia psycholożka Mary L. Trump, bratanica Donalda, córka jego starszego brata Freddy’ego. Do końca nie było pewne, czy uda jej się przed wyborami wydać tę książkę. Kiedy rodzina Trumpów dowiedziała się o publikacji, próbowała na wszelkie sposoby ją zablokować. „Nie wolno jej pisać tej książki” – powiedział Donald Trump. „Kiedy 20 lat temu podpisaliśmy z nią i jej bratem – z którym mam swoją drogą fantastyczne relacje – ugodę, zobowiązała się do całkowitej dyskrecji w sprawach rodzinnych”. Ostatecznie sąd uchylił wniosek prawników Trumpów o zablokowanie książki, autorce wciąż jednak grozi proces o złamanie warunków umowy sprzed lat.  Po śmierci dziadka, Freda Trumpa, procesowała się z rodzeństwem ojca o prawo do spadku. Dlaczego...

Czytaj dalej