Isabel Allende: „Chciałam, aby świat dowiedział się, kim jestem”
Fot. east news

Isabel Allende: „Chciałam, aby świat dowiedział się, kim jestem”

„Przetrwaliśmy z mężem śmierć trójki dzieci. Ale nie wygraliśmy z jego depresją. Wierzę, że rozstanie było najlepszym wyjściem – mówi Isabel Allende. Właśnie ukazała się jej nowa książka „Długi płatek morza”.
Marta Strzelecka
15.07.2020

Ma 78 lat, wydała ponad 20 książek, które sprzedały się na świecie w milionach egzemplarzy. Drogę do sławy utorował jej bestseller „Dom duchów". Powieść została sfilmowana w 1993 roku jako „Dom dusz” w gwiazdorskiej obsadzie m.in. z Meryl Streep, Winoną Ryder i Jeremi Ironsem.

Jej najnowsza powieść „Długi płatek morza” ( wyd. Marginesy, 2020) bierze swój tytuł z wiersza poety Pabla Nerudy, który tak nazywa swój rodzinny kraj Chile: „długi płatek morza i wina i śniegu”. Powieść opowiada o losach Roser i Victora, którzy pobierają się, nie z miłości, a po to by przetrwać. Uciekają z frankistowskiej Hiszpanjii i w poszukiwaniu nowego domu trafiają do Chile. Tam zaczynają nowe życie.

Isabel Allende też jest chilijką, od lat mieszka w USA, w dużej posiadłości z ogrodem na przedmieściach San Francisco. Osiągnęła wszystko,co chciała, ale niedawno dużo też straciła. Rozstała się z mężem po 27 latach małżeństwa. Zaczynanie życia od nowa to jej specjalność.

Marta Strzelecka: Pierwszy spektakularny zwrot akcji w pani życiu?

Isabel Allende: Kiedy miałam trzy lata, zniknął mój ojciec. Na zawsze. Po prostu wyszedł na imprezę i nie wrócił. To była połowa lat 40. ubiegłego wieku, żyliśmy w Peru, gdzie się urodziłam, ojciec był dyplomatą. Prawdopodobnie zapadł się pod ziemię po jakiejś aferze narkotykowej, może chodziło o przekręt finansowy, może o skandal erotyczny. Nie wiem.

U nas w domu traktowało się to wydarzenie jak wielką tajemnicę. Przez lata nie wiedziałam nawet, jak miał na imię. Wyprowadziliśmy się do Chile, gdzie nie mówiło się o tacie. Wisiało w powietrzu coś takiego, że jeśli ktoś poruszy ten temat, wydarzy się tragedia. Jakaś bliżej nieokreślona, na przykład mama nagle zachoruje.

Z mamą ma pani szczególną relację. Podobno codziennie piszecie do siebie listy.

Od jakiegoś czasu już nie, bo mama ma 95 lat. Ale całą szafę w moim gabinecie wypełniają listy od niej, posegregowane w plastikowych pudełkach – w każdym cały rocznik, dzień za dniem. Czasem kartka zapisana na maszynie, kiedy indziej piórem, czasem wydrukowany mail. Z charakteru jej pisma mogę odczytać, w jakiej była formie konkretnego dnia, w jakim nastroju. Mam dwójkę braci, ale to ze mną mama dzieli się wszystkim. Każdego dnia list. Te zapiski zawierają odpowiedzi na pytania o życie kobiety w każdym wieku, do późnej starości. Jakby pokazywała mi, co jest przede mną, z dwudziestoletnim wyprzedzeniem.

Ale przecież nie podąża pani taką samą drogą.

Jeśli chodzi o potrzeby emocjonalne i wszystko, co zmienia się w ciele kobiety – idziemy dokładnie tą samą drogą. Choć mama jest z zupełnie innego świata. Konserwatywnie wychowana katoliczka, miała być przede wszystkim gospodynią domową, matką, żoną – jak większość kobiet, które dorastały w pierwszej połowie ubiegłego wieku w Peru. Najpierw zależała od ojca, potem od męża. Mogłoby się wydawać, że nigdy nie miała szans, by poczuć prawdziwą niezależność. Być może znalazła ją dopiero u boku mojego ojczyma. Ale nigdy nie zamykała się w domu, zawsze chciała się rozwijać, bardzo dużo czytała, wciąż tworzyła jakieś zapiski, do dziewięćdziesiątki była kreatywna, ciekawa świata, korzystała z internetu. Właściwie nigdy się nie zestarzała.

isabel allnede
lori Barra

Isabel Allende: Pisałam z potrzeby serca

A pani czuje się młodo?

Wydaje mi się, że mam około pięćdziesiątki. Jednocześnie musiałam się przyzwyczaić, że kiedy skończysz 70 lat, wszyscy wokół myślą, że jesteś staruszką. A to przecież nieprawda. Nie mam już wprawdzie tej samej energii, co kiedyś, ale to tylko sprawia, że niektóre rzeczy robię wolniej. Bez pośpiechu, można powiedzieć. Dziwi mnie, że tak mało miejsca poświęca się w mediach starszym ludziom, w Stanach to najszybciej rosnąca część społeczeństwa, bo żyjemy coraz dłużej.

To dobrze?

Zależy jak długo. Mama i ojczym zbliżają się do setki, ale żeby mogli mieszkać we własnym domu i na tyle godnie, na ile to możliwe, muszą opiekować się nimi cztery osoby. Przy czym nie brakuje im pieniędzy, to uprzywilejowana sytuacja. Większość ludzi w takim wieku nie ma podobnych warunków. Myślę, że jednak sto lat to za dużo. Z drugiej strony mamy jakieś dwie dekady więcej niż poprzednie pokolenia na popełnianie błędów i wyciąganie z nich wniosków, to pocieszające. Ja na przykład dopiero teraz czuję, że opanowałam warsztat pisarski. Trzeba było kilkudziesięciu lat pracy, blisko 20 opublikowanych książek, być może również dwóch porażek miłosnych, żebym mogła powiedzieć, że wiem, jak konstruować dobre opowieści.

Tworzyłaby je pani, gdyby nie dziadek, dla którego pisała pani „Dom duchów”?

Myślę, że nie. Może byłabym dziennikarką. Dziadek cudownie opowiadał anegdoty. Był przy tym twardym facetem, praca była dla niego jedną z najważniejszych wartości. Wciąż słyszę z tyłu głowy jego głos, który powtarza, że stać mnie na więcej. Czy powinnam tego słuchać po tylu latach sukcesów? Raczej nie. Ale wciąż go słyszę, trudno się od tego uwolnić.

Kiedy umierał i było wiadomo, że to ostatnie chwile jego życia, zaczęłam pisać do niego list, właściwie wiedząc, że nigdy go nie przeczyta. Ale chciałam zapisać wszystko, co kiedykolwiek mi opowiedział. Żeby go zapewnić, że może odejść w spokoju, bo zapamiętałam każdą z jego opowieści. Pisałam z szaloną wiarą, że da się zatrzymać czas. Prawdopodobnie chciałam też sobie samej przywrócić własną przeszłość, przyjaciół, rodzinę, kraj – bo byłam już wtedy od lat emigrantką. Chciałam stworzyć historię, dzięki której świat mógłby dowiedzieć się, kim naprawdę jestem, skąd pochodzę, taki jest mój świat. Z tych zapisków powstał „Dom duchów”.

Dzięki któremu zaczęła pani żyć z pisania powieści.

Zaskoczył mnie komercyjny sukces tej książki. W tym bolesnym wyznaniu o zagubieniu, tak osobistym, odnalazły się miliony czytelników. Dało mi to spokój finansowy, zapewniło możliwość budowania siebie na nowo. Pisałam tę książkę z potrzeby serca, dla rodziny, przyjaciół, dla siebie, a stałam się dzięki niej bestsellerową autorką. Jakby nagle ktoś wpisał mnie do nowego świata.

Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło?

Zupełnie nowy rozdział? Na pewno kiedy poznałam pierwszego męża. Miałam 15 lat, był pierwszym mężczyzną, który dotknął mnie z czułością i zmienił mnie całkowicie. W mojej rodzinie gesty pełne emocji nie były czymś naturalnym, więc ten jeden dotyk spowodował, że natychmiast się zakochałam. Szaleńczo. Dosyć długo byliśmy szczęśliwi. Wychowaliśmy dwójkę dzieci. Rozwiedliśmy się, kiedy miałam 45 lat.

Dlaczego?

Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić. Coś się skończyło. Mój pierwszy mąż był dobrym człowiekiem, spokojnym, często nawet pasywnym. Może podzielił nas sukces „Domu duchów”? Może zwyczajne małżeńskie życie przestało być wtedy dla mnie atrakcyjne? Dziś ten związek wydaje mi się pełen uniesień, ale pozbawiony mocnych deklaracji. Jakbyśmy bali się zapuścić korzenie.

Czy można kochać jedną osobę przez większość życia

Czy to nie jest naturalne w życiu emigranta? Mieszkała pani w Peru, Chile, Wenezueli, ale nigdzie pani nie osiadła.

To prawda, wybrałam życie kogoś, kto zawsze jest z zewnątrz. W pewnym momencie musiałam zdecydować: wrócić do Peru, gdzie moje dzieci, wychowane za granicą, czułyby się obco, gdzie nie miałam już przyjaciół ani rodziny, czy pozostać emigrantką. Postawiłam na to drugie. Od tego czasu, kiedy ktoś mnie pytał, skąd jestem, odpowiedź wydawała mi się tak skomplikowana, że mówiłam tylko: znikąd. Albo: z Ameryki Łacińskiej.

Dziś też czuje się pani „znikąd”?

Zawsze będę obca, z obcym akcentem. Wprawdzie San Francisco, gdzie mieszkam, wypełniają ludzie tacy jak ja, kiedy przechadzasz się ulicami tego miasta, słyszysz wszystkie języki świata, czujesz zapachy z przeróżnych narodowych kuchni, ale to nie zmniejsza poczucia wyobcowania. Jedno tragiczne wydarzenie spowodowało, że poczułam jakiś rodzaj wspólnoty z krajem, w którym mieszkam – zamachy 11 września. Dopiero wtedy poczułam, że Amerykanie mogą mnie zrozumieć, a ja rozumiem ich. 28 lat wcześniej, 11 września, również we wtorek, mniej więcej o tej samej porze dnia, o której samoloty uderzyły w World Trade Center, rozpoczął się w Chile zamach stanu.

Prezydent Salvador Allende, kuzyn mojego ojca, popełnił samobójstwo w płonącym pałacu prezydenckim. Od tamtego czasu nigdy nie czułam się w pełni bezpiecznie. Do dziś towarzyszy mi poczucie, że w każdej chwili i każdemu może się przydarzyć największa tragedia. Nie wierzę politykom, zaufanie do władzy jest mi obce. W podobny sposób w 2001 roku na zawsze zostało zdeptane poczucie bezpieczeństwa Amerykanów, tak mityczne w Stanach. Stracili niewinność, naiwną wiarę w swój kraj i dzięki temu stali się mi bliżsi.

Co w takim razie oznacza dla pani dom, jeśli nie ma pani poczucia bezpieczeństwa?

Zawsze mówiłam, że jest tam, gdzie miłość. Dziś nie wiem. Mieszkam sama w San Francisco, polegam na grupie przyjaciół i rodzinie syna. Nazywam ich plemieniem. Moi wnukowie dorastali otoczeni takimi przyszywanymi wujkami i ciotkami, nie zdając sobie nawet sprawy, że nie wiążą ich z nimi więzy krwi. I takie relacje można uznać za wartościowy odpowiednik wielkiej wielopokoleniowej rodziny. Dobrze się czuję w takich społecznych układach, w kraju pełnym emigrantów, którymi zresztą jest większość z nas, niezależnie od miejsca, w jakim żyjemy.

Zbyt szybko zapominamy, że każda wojna czy kryzys ekonomiczny, a nie było ich mało w ostatnim stuleciu, rodzi nową falę przesiedleń. Niewielu z nas mieszka dziś tam, gdzie urodzili się nasi rodzice. Dlatego dobrze jest umieć budować wokół siebie plemiona. Sama robiłam to w życiu kilka razy, zaczynając wszystko od nowa.

Zawsze można zacząć od nowa?

Niedawno rozstałam się z mężem, więc chcę wierzyć, że tak. Żyliśmy razem 27 lat, przetrwaliśmy tragiczną śmierć mojej córki i śmierć jego córki, uzależnionej od narkotyków. Nie udało nam się pozostać razem po tym, jak zmarł jego najmłodszy syn po przedawkowaniu heroiny. Mój były mąż poważnie zachorował na depresję. Zrobiłabym wszystko, żeby udało nam się odbić od ściany. Chodziliśmy na terapię, leczył się farmakologicznie, ale najczęściej odrzucał moją chęć pomocy. A jedna osoba, która chce ratować związek, to za mało. Nigdy nie krzyczeliśmy na siebie, nie trzaskaliśmy drzwiami, nie było zdrady. Stało się coś znacznie gorszego – skończyło się pragnienie, żeby budować coś razem.

Co pani zostało z tego związku?

Trochę żalu do losu. Odejść nie jest przecież tak trudno. Pozostaje ci wprawdzie samotność, ale zazwyczaj też jakieś poczucie ulgi, przekonanie, że podjęłaś słuszną decyzję. Dziwnie jest wracać do domu, w którym nikt przed tobą nie włączy światła, nie przygotuje herbaty, nie ustawi ogrzewania, jeśli zrobi się zbyt zimno. Ale nie przyjmuję z tego powodu wyrazów współczucia, bo wiem, że nie było lepszego wyjścia niż rozstanie.

Za to zaczęłam zadawać sobie pytanie, które ludzie najczęściej zadają sobie w młodości. Czy to możliwe, by kochać jedną osobę przez większość życia? Czy związek kobiety i mężczyzny może być zbudowany na miłości bezwarunkowej?

I co pani myśli?

Kiedy w grę wchodzi seks, nie ma bezwarunkowości. Zawsze chcesz czegoś w zamian, chcesz być kochana co najmniej tak samo, jak kochasz. Dlatego uważam, że pożądanie i romantyzm to za mało w trwałym związku. Wzajemne zaufanie i szacunek mają największą siłę – żebyś zawsze miała jeszcze szansę dostrzec w swoim mężczyźnie przyjaciela.

A poza głębszymi rozważaniami – samodzielne mieszkanie nie przypomina pani czasów wczesnej młodości?

Nie, bo nigdy nie mieszkałam sama. Zawsze z kimś. To mój pierwszy raz.

Co pani robi wieczorami?

Czytam i zasypiam z psiakiem na kolanach, takim małym kudłaczem, przygarniętym ze schroniska. Mam nadzieję, że poznam jeszcze mężczyznę, z którym będę zasypiać. Musiałby przypominać golden retrievera – duży i silny z łagodnym sercem.

***

Rozmowa z Isabel Allende ukazała się w „Urodzie Życia" 7/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
lilly collins
East News

Lily Collins w serialu twórców „Seksu w wielkim mieście”! Czas na nową Carrie Bradshaw?

Czy Lily Collins powtórzy sukces Sarah Jessiki Parker i stanie się ikoną stylu? „Emily in Paris” to nowy serial twórców „Seksu w wielkim mieście”. Premiera jesienią w Netfliksie. Będzie hit?
Jakub Demiańczuk redakcja „Uroda Życia”
15.07.2020

Twórcy „Emily in Paris” mówią wprost, że nowy serial ma zapełnić puste miejsce po „Seksie w wielkim mieście”. Lily Collins gra w nim młodą, dwudziestoparoletnią kobietę, która przenosi się z Chicago do Paryża – dostaje pracę w agencji marketingowej zajmującej się luksusowymi markami. Nowi przyjaciele, romanse, przygody. Ale też zderzenie młodej Amerykanki z francuskim stylem, kuchnią, obyczajami – to wszystko wypełnia fabułę serialu ( zobaczymy najpierw 10 odcinków po 30 minut). Najważniejsza jest oczywiście główna bohaterka, Emily. Czy tak, jak Carrie Bradshaw będzie kupować buty w cenie mieszkania, czy będzie szukała miłości „bez której nie da się żyć” i uzna, że dopiero paczka przyjaciół daje „girl power”. Co wiemy o Lilly Collin, która  może stać się dla wielu z nas nową ikoną stylu. W przeciwieństwie do Sarah Jessiki Parker młodziutka Lilly Collins nie marzyła o aktorstwie, chciała być dziennikarką. Pisała felietony do młodzieżowych magazynów, jako reporterka stacji telewizyjnej Nickelodeon relacjonowała prezydencką kampanię wyborczą w 2008 roku oraz inaugurację Baracka Obamy. O tym, że film to właściwa droga, przekonały ją sukces dramatu „Wielki Mike”, w którym zagrała obok nagrodzonej Oscarem Sandry Bullock, oraz pozytywne recenzje, jakie zebrała za tytułową rolę w „Królewnie Śnieżce” z 2012 roku. Lily jest piękna, popularna, gra w coraz ciekawszych filmach. Ale dopiero niedawno publicznie wyznała, że jej życie nie zawsze przypominało bajkę. Lily Collins, córka Phila, którą Elton John nosił na rękach Jest trzecim z pięciorga dzieci słynnego brytyjskiego rockmana Phila Collinsa, jedynym z jego drugiego małżeństwa z Amerykanką Jill Tavellman. Urodziła się w 1989 roku, gdy...

Czytaj dalej
Elena i Lili w serialu „Genialna przyjaciółka” / mat. promocyjne HBO

Nowa powieść Eleny Ferrante już we wrześniu! O czym będzie „Zakłamane życie dorosłych”?

„Zakłamane życie dorosłych” to pierwsza od sześciu lat, długo oczekiwana książka Eleny Ferrante. Czy powtórzy wielki sukces „Genialnej przyjaciółki”?
Anna Zaleska
13.07.2020

We Włoszech, gdzie Elena Ferrante – mimo swojej nieobecności w życiu publicznym – zyskała status gwiazdy, „Zakłamane życie dorosłych” znacząco podniosło czytelniczą temperaturę. W przeddzień premiery przed księgarniami ustawiały się długie kolejki ludzi oczekujących nadejścia północy, kiedy to miała rozpocząć się sprzedaż. W wielu miastach – od Neapolu poprzez Rzym po Mediolan – odbywały się głośne czytania fragmentów. Rozmiary, jakie przybiera ferrantomania, można w ostatnich latach porównać tylko do potteromani. Ogólnoświatowa fascynacja włoską pisarką zaczęła się wraz z ukazaniem się angielskich przekładów tzw. cyklu neapolitańskiego: „Genialnej przyjaciółki”, a potem kolejnych tomów: „Historii nowego nazwiska”, „Historii ucieczki” i „Historii zaginionej dziewczynki”. Książki Ferrante sprzedały się dotąd w 40 krajach w ponad 11 milionach egzemplarzy. Ta liczba znacząco teraz wzrośnie, skoro „Zakłamane życie dorosłych” ukaże się we wrześniu od razu w 25 państwach na całym świecie. Do tego długa lista znanych osób wychwalających talent Włoszki pod niebiosa: Hilary Clinton, Zadie Smith, Robert Saviano, Jonathan Franzen, Maggie Gyllenhaal. W Polsce jej wielbicielką jest między innymi Ludwika Włodek, która wyruszyła wręcz w podróż do Neapolu, by zwiedzać to miasto z powieściami Ferrante w ręku. Kropkę nad i postawiły największe platformy streamingowe, walcząc o prawo do ekranizacji włoskich bestsellerów. Po wielkim sukcesie „Genialnej przyjaciółki” produkcji HBO (powstaje właśnie trzeci sezon), Netflix w maju ogłosił powstanie serialu na podstawie „Zakłamanego życia dorosłych”. Prace już rozpoczęto. „Zakłamane życie dorosłych” – o...

Czytaj dalej
Robert Downey Jr. i Susan Downey
East News

Robert Downey Jr. był na dnie, gdy poznał Susan. Ta miłość uratowała mu życie

Był rewelacyjny jako Sherlock Holmes, Dr Dolittle i oczywiście Iron Man. Ale tych roli by nie było, gdyby nie Susan, żona aktora. Robert Downey Jr. wie, że wszystko, co osiągnął, zawdzięcza swojej żonie. I okazuje jej to na każdym kroku.
Magdalena Żakowska
12.07.2020

Susan wyciągnęła Roberta Downeya Jra z dna uzależnienia, uzdrowiła i zorganizowała jego wielki powrót. Chyba największy powrót w historii Hollywood.  Robert Downey Jr. przez lata miał opinię niereformowalnego pijaka i narkomana. W więzieniu spędził rok. Dopiero Susan postawiła go do pionu. Aktor trzykrotnie próbował umówić się z nią na randkę. Bezskutecznie. Kiedy się w końcu zgodziła, miała jeden warunek: Robert musi być trzeźwy. Reżyser Guy Ritchie uważa ich za najpiękniejszą parę Hollywood. „Są jak dwie strony tej samej monety. Kochają się mimo przeciwieństw”. Chyba wszyscy zgodzimy się, że logo wytwórni filmowej znaczy coś więcej niż tylko logo. Trudno wyobrazić sobie MGM bez ryczącego lwa, DreamWorks Stevena Spielberga bez chłopca siedzącego na księżycu i łowiącego beztrosko ryby albo studio Pixar bez lampy skaczącej po „i”. Kiedy Robert Downey Jr. i jego żona Susan otwierali 10 lat temu własną wytwórnię, nie zastanawiali się długo. Ich logo to znak drogowy przedstawiający pacjenta zakładu psychiatrycznego w kaftanie i goniącą go pielęgniarkę. Trudno o lepszy symbol łączącej ich relacji.  Robert Downey Jr i Susan Downey – ta miłość była im pisana Poznali się na planie thrillera „Gothika” w 2003 roku. Robert Downey Jr. grał tam u boku Halle Berry. To była kolejna niewiele znacząca rola w jego dorobku. W Hollywood już wtedy wyprzedzała go reputacja człowieka i aktora, na którym nie można polegać. Dla Susan „Gothika” była jednak czymś więcej, pierwszym filmem, który samodzielnie produkowała dla wytwórni Silver Production, wielkim krokiem w karierze. Ostatnia rzecz, o której wtedy myślała, to związek ze słynącym z romansów przebrzmiałym gwiazdorem.  „Po raz pierwszy spotkaliśmy się w...

Czytaj dalej