Isabel Allende: „Chciałam, aby świat dowiedział się, kim jestem”
Fot. east news

Isabel Allende: „Chciałam, aby świat dowiedział się, kim jestem”

„Przetrwaliśmy z mężem śmierć trójki dzieci. Ale nie wygraliśmy z jego depresją. Wierzę, że rozstanie było najlepszym wyjściem – mówi Isabel Allende. Właśnie ukazała się jej nowa książka „Długi płatek morza”.
Marta Strzelecka
15.07.2020

Ma 78 lat, wydała ponad 20 książek, które sprzedały się na świecie w milionach egzemplarzy. Drogę do sławy utorował jej bestseller „Dom duchów". Powieść została sfilmowana w 1993 roku jako „Dom dusz” w gwiazdorskiej obsadzie m.in. z Meryl Streep, Winoną Ryder i Jeremi Ironsem.

Jej najnowsza powieść „Długi płatek morza” ( wyd. Marginesy, 2020) bierze swój tytuł z wiersza poety Pabla Nerudy, który tak nazywa swój rodzinny kraj Chile: „długi płatek morza i wina i śniegu”. Powieść opowiada o losach Roser i Victora, którzy pobierają się, nie z miłości, a po to by przetrwać. Uciekają z frankistowskiej Hiszpanjii i w poszukiwaniu nowego domu trafiają do Chile. Tam zaczynają nowe życie.

Isabel Allende też jest chilijką, od lat mieszka w USA, w dużej posiadłości z ogrodem na przedmieściach San Francisco. Osiągnęła wszystko,co chciała, ale niedawno dużo też straciła. Rozstała się z mężem po 27 latach małżeństwa. Zaczynanie życia od nowa to jej specjalność.

Marta Strzelecka: Pierwszy spektakularny zwrot akcji w pani życiu?

Isabel Allende: Kiedy miałam trzy lata, zniknął mój ojciec. Na zawsze. Po prostu wyszedł na imprezę i nie wrócił. To była połowa lat 40. ubiegłego wieku, żyliśmy w Peru, gdzie się urodziłam, ojciec był dyplomatą. Prawdopodobnie zapadł się pod ziemię po jakiejś aferze narkotykowej, może chodziło o przekręt finansowy, może o skandal erotyczny. Nie wiem.

U nas w domu traktowało się to wydarzenie jak wielką tajemnicę. Przez lata nie wiedziałam nawet, jak miał na imię. Wyprowadziliśmy się do Chile, gdzie nie mówiło się o tacie. Wisiało w powietrzu coś takiego, że jeśli ktoś poruszy ten temat, wydarzy się tragedia. Jakaś bliżej nieokreślona, na przykład mama nagle zachoruje.

Z mamą ma pani szczególną relację. Podobno codziennie piszecie do siebie listy.

Od jakiegoś czasu już nie, bo mama ma 95 lat. Ale całą szafę w moim gabinecie wypełniają listy od niej, posegregowane w plastikowych pudełkach – w każdym cały rocznik, dzień za dniem. Czasem kartka zapisana na maszynie, kiedy indziej piórem, czasem wydrukowany mail. Z charakteru jej pisma mogę odczytać, w jakiej była formie konkretnego dnia, w jakim nastroju. Mam dwójkę braci, ale to ze mną mama dzieli się wszystkim. Każdego dnia list. Te zapiski zawierają odpowiedzi na pytania o życie kobiety w każdym wieku, do późnej starości. Jakby pokazywała mi, co jest przede mną, z dwudziestoletnim wyprzedzeniem.

Ale przecież nie podąża pani taką samą drogą.

Jeśli chodzi o potrzeby emocjonalne i wszystko, co zmienia się w ciele kobiety – idziemy dokładnie tą samą drogą. Choć mama jest z zupełnie innego świata. Konserwatywnie wychowana katoliczka, miała być przede wszystkim gospodynią domową, matką, żoną – jak większość kobiet, które dorastały w pierwszej połowie ubiegłego wieku w Peru. Najpierw zależała od ojca, potem od męża. Mogłoby się wydawać, że nigdy nie miała szans, by poczuć prawdziwą niezależność. Być może znalazła ją dopiero u boku mojego ojczyma. Ale nigdy nie zamykała się w domu, zawsze chciała się rozwijać, bardzo dużo czytała, wciąż tworzyła jakieś zapiski, do dziewięćdziesiątki była kreatywna, ciekawa świata, korzystała z internetu. Właściwie nigdy się nie zestarzała.

isabel allnede
lori Barra

Isabel Allende: Pisałam z potrzeby serca

A pani czuje się młodo?

Wydaje mi się, że mam około pięćdziesiątki. Jednocześnie musiałam się przyzwyczaić, że kiedy skończysz 70 lat, wszyscy wokół myślą, że jesteś staruszką. A to przecież nieprawda. Nie mam już wprawdzie tej samej energii, co kiedyś, ale to tylko sprawia, że niektóre rzeczy robię wolniej. Bez pośpiechu, można powiedzieć. Dziwi mnie, że tak mało miejsca poświęca się w mediach starszym ludziom, w Stanach to najszybciej rosnąca część społeczeństwa, bo żyjemy coraz dłużej.

To dobrze?

Zależy jak długo. Mama i ojczym zbliżają się do setki, ale żeby mogli mieszkać we własnym domu i na tyle godnie, na ile to możliwe, muszą opiekować się nimi cztery osoby. Przy czym nie brakuje im pieniędzy, to uprzywilejowana sytuacja. Większość ludzi w takim wieku nie ma podobnych warunków. Myślę, że jednak sto lat to za dużo. Z drugiej strony mamy jakieś dwie dekady więcej niż poprzednie pokolenia na popełnianie błędów i wyciąganie z nich wniosków, to pocieszające. Ja na przykład dopiero teraz czuję, że opanowałam warsztat pisarski. Trzeba było kilkudziesięciu lat pracy, blisko 20 opublikowanych książek, być może również dwóch porażek miłosnych, żebym mogła powiedzieć, że wiem, jak konstruować dobre opowieści.

Tworzyłaby je pani, gdyby nie dziadek, dla którego pisała pani „Dom duchów”?

Myślę, że nie. Może byłabym dziennikarką. Dziadek cudownie opowiadał anegdoty. Był przy tym twardym facetem, praca była dla niego jedną z najważniejszych wartości. Wciąż słyszę z tyłu głowy jego głos, który powtarza, że stać mnie na więcej. Czy powinnam tego słuchać po tylu latach sukcesów? Raczej nie. Ale wciąż go słyszę, trudno się od tego uwolnić.

Kiedy umierał i było wiadomo, że to ostatnie chwile jego życia, zaczęłam pisać do niego list, właściwie wiedząc, że nigdy go nie przeczyta. Ale chciałam zapisać wszystko, co kiedykolwiek mi opowiedział. Żeby go zapewnić, że może odejść w spokoju, bo zapamiętałam każdą z jego opowieści. Pisałam z szaloną wiarą, że da się zatrzymać czas. Prawdopodobnie chciałam też sobie samej przywrócić własną przeszłość, przyjaciół, rodzinę, kraj – bo byłam już wtedy od lat emigrantką. Chciałam stworzyć historię, dzięki której świat mógłby dowiedzieć się, kim naprawdę jestem, skąd pochodzę, taki jest mój świat. Z tych zapisków powstał „Dom duchów”.

Dzięki któremu zaczęła pani żyć z pisania powieści.

Zaskoczył mnie komercyjny sukces tej książki. W tym bolesnym wyznaniu o zagubieniu, tak osobistym, odnalazły się miliony czytelników. Dało mi to spokój finansowy, zapewniło możliwość budowania siebie na nowo. Pisałam tę książkę z potrzeby serca, dla rodziny, przyjaciół, dla siebie, a stałam się dzięki niej bestsellerową autorką. Jakby nagle ktoś wpisał mnie do nowego świata.

Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło?

Zupełnie nowy rozdział? Na pewno kiedy poznałam pierwszego męża. Miałam 15 lat, był pierwszym mężczyzną, który dotknął mnie z czułością i zmienił mnie całkowicie. W mojej rodzinie gesty pełne emocji nie były czymś naturalnym, więc ten jeden dotyk spowodował, że natychmiast się zakochałam. Szaleńczo. Dosyć długo byliśmy szczęśliwi. Wychowaliśmy dwójkę dzieci. Rozwiedliśmy się, kiedy miałam 45 lat.

Dlaczego?

Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić. Coś się skończyło. Mój pierwszy mąż był dobrym człowiekiem, spokojnym, często nawet pasywnym. Może podzielił nas sukces „Domu duchów”? Może zwyczajne małżeńskie życie przestało być wtedy dla mnie atrakcyjne? Dziś ten związek wydaje mi się pełen uniesień, ale pozbawiony mocnych deklaracji. Jakbyśmy bali się zapuścić korzenie.

Czy można kochać jedną osobę przez większość życia

Czy to nie jest naturalne w życiu emigranta? Mieszkała pani w Peru, Chile, Wenezueli, ale nigdzie pani nie osiadła.

To prawda, wybrałam życie kogoś, kto zawsze jest z zewnątrz. W pewnym momencie musiałam zdecydować: wrócić do Peru, gdzie moje dzieci, wychowane za granicą, czułyby się obco, gdzie nie miałam już przyjaciół ani rodziny, czy pozostać emigrantką. Postawiłam na to drugie. Od tego czasu, kiedy ktoś mnie pytał, skąd jestem, odpowiedź wydawała mi się tak skomplikowana, że mówiłam tylko: znikąd. Albo: z Ameryki Łacińskiej.

Dziś też czuje się pani „znikąd”?

Zawsze będę obca, z obcym akcentem. Wprawdzie San Francisco, gdzie mieszkam, wypełniają ludzie tacy jak ja, kiedy przechadzasz się ulicami tego miasta, słyszysz wszystkie języki świata, czujesz zapachy z przeróżnych narodowych kuchni, ale to nie zmniejsza poczucia wyobcowania. Jedno tragiczne wydarzenie spowodowało, że poczułam jakiś rodzaj wspólnoty z krajem, w którym mieszkam – zamachy 11 września. Dopiero wtedy poczułam, że Amerykanie mogą mnie zrozumieć, a ja rozumiem ich. 28 lat wcześniej, 11 września, również we wtorek, mniej więcej o tej samej porze dnia, o której samoloty uderzyły w World Trade Center, rozpoczął się w Chile zamach stanu.

Prezydent Salvador Allende, kuzyn mojego ojca, popełnił samobójstwo w płonącym pałacu prezydenckim. Od tamtego czasu nigdy nie czułam się w pełni bezpiecznie. Do dziś towarzyszy mi poczucie, że w każdej chwili i każdemu może się przydarzyć największa tragedia. Nie wierzę politykom, zaufanie do władzy jest mi obce. W podobny sposób w 2001 roku na zawsze zostało zdeptane poczucie bezpieczeństwa Amerykanów, tak mityczne w Stanach. Stracili niewinność, naiwną wiarę w swój kraj i dzięki temu stali się mi bliżsi.

Co w takim razie oznacza dla pani dom, jeśli nie ma pani poczucia bezpieczeństwa?

Zawsze mówiłam, że jest tam, gdzie miłość. Dziś nie wiem. Mieszkam sama w San Francisco, polegam na grupie przyjaciół i rodzinie syna. Nazywam ich plemieniem. Moi wnukowie dorastali otoczeni takimi przyszywanymi wujkami i ciotkami, nie zdając sobie nawet sprawy, że nie wiążą ich z nimi więzy krwi. I takie relacje można uznać za wartościowy odpowiednik wielkiej wielopokoleniowej rodziny. Dobrze się czuję w takich społecznych układach, w kraju pełnym emigrantów, którymi zresztą jest większość z nas, niezależnie od miejsca, w jakim żyjemy.

Zbyt szybko zapominamy, że każda wojna czy kryzys ekonomiczny, a nie było ich mało w ostatnim stuleciu, rodzi nową falę przesiedleń. Niewielu z nas mieszka dziś tam, gdzie urodzili się nasi rodzice. Dlatego dobrze jest umieć budować wokół siebie plemiona. Sama robiłam to w życiu kilka razy, zaczynając wszystko od nowa.

Zawsze można zacząć od nowa?

Niedawno rozstałam się z mężem, więc chcę wierzyć, że tak. Żyliśmy razem 27 lat, przetrwaliśmy tragiczną śmierć mojej córki i śmierć jego córki, uzależnionej od narkotyków. Nie udało nam się pozostać razem po tym, jak zmarł jego najmłodszy syn po przedawkowaniu heroiny. Mój były mąż poważnie zachorował na depresję. Zrobiłabym wszystko, żeby udało nam się odbić od ściany. Chodziliśmy na terapię, leczył się farmakologicznie, ale najczęściej odrzucał moją chęć pomocy. A jedna osoba, która chce ratować związek, to za mało. Nigdy nie krzyczeliśmy na siebie, nie trzaskaliśmy drzwiami, nie było zdrady. Stało się coś znacznie gorszego – skończyło się pragnienie, żeby budować coś razem.

Co pani zostało z tego związku?

Trochę żalu do losu. Odejść nie jest przecież tak trudno. Pozostaje ci wprawdzie samotność, ale zazwyczaj też jakieś poczucie ulgi, przekonanie, że podjęłaś słuszną decyzję. Dziwnie jest wracać do domu, w którym nikt przed tobą nie włączy światła, nie przygotuje herbaty, nie ustawi ogrzewania, jeśli zrobi się zbyt zimno. Ale nie przyjmuję z tego powodu wyrazów współczucia, bo wiem, że nie było lepszego wyjścia niż rozstanie.

Za to zaczęłam zadawać sobie pytanie, które ludzie najczęściej zadają sobie w młodości. Czy to możliwe, by kochać jedną osobę przez większość życia? Czy związek kobiety i mężczyzny może być zbudowany na miłości bezwarunkowej?

I co pani myśli?

Kiedy w grę wchodzi seks, nie ma bezwarunkowości. Zawsze chcesz czegoś w zamian, chcesz być kochana co najmniej tak samo, jak kochasz. Dlatego uważam, że pożądanie i romantyzm to za mało w trwałym związku. Wzajemne zaufanie i szacunek mają największą siłę – żebyś zawsze miała jeszcze szansę dostrzec w swoim mężczyźnie przyjaciela.

A poza głębszymi rozważaniami – samodzielne mieszkanie nie przypomina pani czasów wczesnej młodości?

Nie, bo nigdy nie mieszkałam sama. Zawsze z kimś. To mój pierwszy raz.

Co pani robi wieczorami?

Czytam i zasypiam z psiakiem na kolanach, takim małym kudłaczem, przygarniętym ze schroniska. Mam nadzieję, że poznam jeszcze mężczyznę, z którym będę zasypiać. Musiałby przypominać golden retrievera – duży i silny z łagodnym sercem.

***

Rozmowa z Isabel Allende ukazała się w „Urodzie Życia" 7/2016

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Katarzyna Bonda
fot. Magdalena Łuniewska/Buku Team

Katarzyna Bonda: „Każda samotna matka w jakimś stopniu jest wojowniczką”

Odniosła zawodowy sukces, jej córka powoli dorasta, a ona na nowo uwierzyła w miłość. „Teraz mogę sobie odpuścić, odłożyć broń, wyrzucić wszystkie ukryte sztylety”, mówi królowa polskiego kryminału.
Marta Strzelecka
28.05.2020

Jest jedną z najpoczytniejszych i najlepiej rozpoznawalnych polskich pisarek. Znaki szczególne? Długie blond włosy i sukienki – zawsze o tym samym kroju. Jednak to nie wygląd sprawił, że jest uznawana za królową polskiego kryminału . Tylko talent, wytrwałość i wyjątkowa odwaga, którą pisarka skromnie nazywa „niefrasobliwością”. Chociaż w swoich książkach kryminalnych Katarzyna Bonda pisze o przemocy, bólu i zbrodniach, to praca nad pierwszym romansem okazała się na tyle niebezpieczna (dosłownie – pisarce grożono) i obciążająca emocjonalnie, że nie mogła jej skończyć przez kilkanaście lat. „Zorientowałam się, że opowiadanie o miłości sprawia mi trudność”, przyznaje Bonda. Pierwsza część trylogii romantycznej „Miłość leczy rany”, ukazała się wreszcie pod koniec 2019, a autorka zadedykowała ją byłemu partnerowi, który – jak mówi – przywrócił jej wiarę w miłość. Teraz Katarzyna Bonda wraca do kryminalnych korzeni i razem z psychologiem sądowym Bogdanem Lachem napisała reportaż „Motyw ukryty. Zbrodnie, sprawcy i ich ofiary. Z archiwum profilera”.   Marta Strzelecka: W tym słonecznym mieszkaniu pisze pani o zbrodniach? Katarzyna Bonda: Mieszkam tu od niedawna, od ponad roku. I tak się składa, że właśnie tu skończyłam pracować nad moją pierwszą książką o miłości. Najwięcej słońca wpada do gabinetu, jest w nim naprawdę jasno. Kiedy weszłam do tego mieszkania po raz pierwszy, poczułam się jak w domu. Wcześniej żyłyśmy z córką w mniejszej przestrzeni, wszystko w jednym pokoju, wszędzie książki. Pisałam w nocy, siadałam przy biurku, kiedy dziecko zasypiało. Teraz ma swój pokój. Nie ma tu pokoju dla męża? Nie ma, ale nie wykluczam. Wystarczy tylko zmienić aranżację wnętrza. Wierzę w miłość....

Czytaj dalej
Ilona Łepkowska
Łukasz Wajszczyk

Ilona Łepkowska: „W związkach okłamywałam sama siebie”

Królowa polskich seriali, twórczyni hitu „M jak miłość” i „Stulecie Winnych” mówi nam: „Nauczyłam się, że muszę polegać wyłącznie na sobie, że muszę być silna”.
Magdalena Żakowska
12.05.2020

Słynna polska scenarzystka, autorka scenariuszy do takich seriali jak: „M jak miłość", „Barwy szczęścia",  „Korona królów", „Stulecie winnych" mówi, że terapia uporządkowała jej życie i że był to najlepszy prezent jaki sobie zrobiła. W swojej świeżo wydanej książce „Idealna rodzina” Ilona Łepkowska opowiada o kobiecie – Annie Sobańskiej, która jest… scenarzystką, poświęca się dla pracy i zaniedbuje rodzinę . Magdalena Żakowska: Zdarza się pani jeszcze oglądać seriale dla przyjemności? Ilona Łepkowska: Oczywiście. Z każdego polskiego serialu staram się obejrzeć dwa, trzy pierwsze odcinki z poczucia zawodowego obowiązku, choć to bywa bolesne. Ale pasjami oglądam zagraniczne seriale z platform streamingowych. Właśnie skończyłam „The Morning Show” w Apple TV. Bardzo aktualny serial. Niedawno Harvey Weinstein został uznany za winnego gwałtu i molestowania. Tak, to fantastyczne, że kiedy powstał ruch #MeToo i kilku pierwszych mężczyzn z branży usłyszało zarzuty, twórcy tego serialu zdecydowali się przepisać scenariusz. Ale podoba mi się przede wszystkim dlatego, że pokazuje kwestię #MeToo dużo szerzej niż media. Krytycznie. Pokazuje, że to polowanie na mężczyzn posunęło się za daleko i wymknęło się spod kontroli. Ja zresztą też mam dość krytyczny stosunek do ruchu #MeToo. Uważam, że skoro w środowisku show-biznesu w Hollywood panowały aż tak niemoralne reguły, jak dzisiaj zeznają ofiary, to trzeba było to środowisko jak najszybciej opuścić. Ale nie każdy… Chce pani powiedzieć, że nie każdego na to stać? Moim zdaniem w tak drastycznych sprawach sytuacja osobista nie ma znaczenia. Ja miałam 22 lata, kiedy odeszłam od pierwszego męża, bo mnie uderzył. Powiedziałam sobie, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy...

Czytaj dalej
INPLUS/East News

Barbara Krafftówna: pochowała dwóch mężów i jedynego syna, ale nie dała się złamać

Kiedy zmarł jej drugi mąż, Barbara Krafftówna obiecała sobie, że już nigdy nie zwiąże się z innym mężczyzną. Za wszelką cenę próbowała się chronić. Ale los miał dla niej inną tragiczną niespodziankę.
Sylwia Arlak
30.12.2020

Po zakończeniu II wojny światowej zamieszkała w Gdyni, gdzie Iwo Gall zakładał teatr. Wokół energicznej i wiecznie uśmiechniętej Krafftówny kręciło się wielu mężczyzn. Starał się o nią utalentowany pianista, lekarz, działacz kulturalny i zdolny muzyk. Z jednym umawiała się na domowe schadzki, z drugim chodziła na spotkania do cukierni, trzeci był jej oficjalnym adoratorem, a czwarty towarzyszył jej podczas wczasów w sanatorium. Gdy podczas wizyty we Wrocławiu poznała dyrygenta z tamtejszego teatru, rzuciła wszystkich adoratorów. Myślała, że to ten jedyny. „Ale nagle jakbym dostała obuchem w łeb. Powiedział coś, co było ciężkim chamstwem. Od tej pory przestał dla mnie istnieć” — wspominała Barbara Krafftówna w wywiadach. Przez długi czas była na środkach uspokajających Aktora Michała Gazdę poznała w teatrze, w którym razem pracowali. W 1953 roku na marszu z okazji 1 maja w Warszawie już wiedziała, że jest zakochana. Tak naprawdę, po raz pierwszy w życiu. „1 maja nieśliśmy razem szturmówkę z napisem »Niech żyje 1 maja«, 17 maja Michał oświadczył mi się, a już 1 czerwca odbył się ślub” — opowiadała. „Czy ja byłam kochliwa? Na pewno nie byłam obojętna. Moje niektóre koleżanki nagle znajdowały się w amoku miłości, choć na co dzień były szalenie racjonalne. Ale i ja bywałam w amoku zakochania, bez niego nie byłoby decyzji o małżeństwie. Potem amok przechodził, było spokojniej. Można było się cieszyć, planować. I marzyć. W ogóle u mnie wciąż jest gęsto od marzeń, stare zamieniają się w nowe, zmienia się ich kolejność. Cały czas” — opowiadała w wywiadzie dla weekend.gazeta.pl. Czytaj też:  Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści Dwa lata później doczekali...

Czytaj dalej
Jonasz Kofta
źródło: Wikipedia

Jonasz Kofta – poeta w masce smutnego błazna. Wybitnego twórcę wspomina syn, Piotr

Dziś Jonasz Kofta – poeta, satyryk, autor tekstów piosenek, twórca niezapomnianych przebojów: „Pamiętajcie o ogrodach”, „Śpiewać każdy może”, „Z tobą chcę oglądać świat” – miałby 78 lat. Zmarł w 1988 roku po nieszczęśliwym wypadku – zakrztuszeniu.
Marta Strzelecka Jakub Demiańczuk
18.07.2020

Odszedł na tyle wcześnie, że nie zdążyliśmy mieć żadnego poważnego konfliktu, typowego dla nastolatków i ojców. Nie mógł mnie zbesztać, że wróciłem pijany do domu, że się nie uczę, że wybrałem złe studia. To była jego osobliwa przewaga nad innymi ojcami”, mówi o Jonaszu Kofcie jego syn Piotr. Marta Strzelecka: Dlaczego mówisz o ojcu: Jonasz? Piotr Kofta: A wiecie, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem? Może dlatego, że on jednak przez większość mojego życia nie żyje? Z Jonaszem nie mieszkam od 31 lat, ale bardzo często o nim rozmawiam, przede wszystkim z mamą, choć nie tylko. Mama mówi o nim: Jonasz. Ja w rozmowie mówię: Jonasz. Tak się utarło. Dla mnie nie ma po prostu żadnego innego Jonasza. Natomiast kiedy byłem dzieckiem, zwracałem się do niego zwyczajnie: „tato”, ewentualnie, dla obopólnej radości, „ojcze” bądź „ojczenaszu”. Nie mówiłem do Jonasza po imieniu.  Czy twój tata jest rodzinnym tematem rozmów? Wydaje mi się, że nigdy nie uprawialiśmy kultu Jonasza – co rozumiem przez taką na przykład sytuację, że podczas rozmaitych świąt rodzina rytualnie zasiada, wspomina, ogląda zdjęcia. Takie rzeczy fajnie się robi spontanicznie, bez okazji, bo Jonasz był i jest wrośnięty w nasze życie. Ale ważne wydaje się jeszcze coś: nie wpadliśmy z mamą na pomysł, żeby z kultywowania pamięci o Jonaszu uczynić swoją misję albo zawód. Tego też nie należy rozumieć opacznie: my się zajmujemy Jonaszem, dbamy o jego spuściznę, o archiwum jego utworów, o kontakty z artystami, pojawiają się kolejne publikacje wierszy Jonasza, teraz z kolei ta biografia. Chodzi o coś innego – o pełnienie publicznej funkcji. Ja się nie nadaję do publicznych funkcji.  Jak pamiętasz dom z dzieciństwa? Tu mam dwa...

Czytaj dalej