Irena Santor była zakochana dwa razy – oba razy na śmierć i życie
East News

Irena Santor była zakochana dwa razy – oba razy na śmierć i życie

Irena Santor w młodości wyszła za mąż za Stanisława Santora. W latach 90. związała się ze Zbigniewem Korpolewskim. Ślubu już nie pragnęła. Mówiła, że małżeństwo coś w ludziach zabija.
Kamila Geodecka
29.01.2021

Irena Santor to prawdziwa gwiazda estrady i pierwsza dama polskiej piosenki. To ona zwyciężyła pierwszą edycję Sopot Festival. Była najlepsza, śpiewała kultowy dziś „Walc Embarras”. Potem jej kariera zaczęła nabierać tempa. Irena Santor miała fanów, a nawet psychofanów, którzy chcieli się je oświadczać. Zawsze elegancka, na scenie występowała w pięknych sukniach, a jej piosenki śpiewała cała Polska.

Życie artystki nie było jednak usłane różami. Jej ojca zamordowano, gdy piosenkarka była jeszcze dzieckiem, a matka zmarła, gdy Irena była nastolatką.  Została sama. W kolejnych latach los także jej nie oszczędzał: wypadek samochodowy, rozwód, choroba nowotworowa… Ale nie zabrakło też dobrych chwil. Jak mówiła Irena Santor, była zakochana dwa razy – i dwa razy na zabój! Piosenkarka powtarza także, że lepiej z kimś ciekawym się zgubić niż nieciekawym znaleźć.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Irena Santor, śpiew i pierwsza miłość

Wiele dziewczynek od najmłodszych lat marzy o karierze piosenkarki. To jednak nie jest historia Ireny Santor. Co prawda śpiewała jako parolatka na sklepowej ladzie, by w zamian dostać balonika, ale gdy przyszedł czas wystawiania jasełek, nie lubiła roli śpiewającego baranka. Jej talent muzyczny został odkryty dopiero w Zasadniczej Szkole Zawodowej Przemysłu Szklarskiego w Szczytnej. Artystka podobno zupełnie nie dawała sobie rady z rysunkiem, który był jednym z najważniejszych przedmiotów. Wychowawczyni zauważyła jednak, że Irena – wtedy jeszcze Wiśniewska – potrafi śpiewać.

Od tego momentu Irena Santor śpiewała na wszystkich szkolnych akademiach. Następnie została przedstawiona Zdzisławowi Górzyńskiemu, ówczesnemu dyrygentowi opery w Poznaniu. Ten wysłał list polecający do Tadeusza Sygietyńskiego. I tak, w skrócie, Irena Santor zaczęła swoją przygodę z zespołem „Mazowsze”. Szybko stała się gwiazdą.

Z „Mazowszem” dużo śpiewała i koncertowała. Była solistką, która od początku się wyróżniała. W latach 50. w jej głosie, i nie tylko, zakochał się w Stanisław Santor – wybitny skrzypek i koncertmistrz Orkiestry Polskiego Radia i Telewizji. Był od niej 12 lat starszy, ale to nie przeszkadzało piosenkarce.

„Codziennie mogłam przysłuchiwać się jego grze na skrzypcach. Dlaczego ćwiczy tak, dlaczego próbuje inaczej. Po prostu nauczył mnie słyszeć muzykę, rozróżniać ją. To właśnie były moje muzyczne uniwersytety. Stanisław miał wielki wpływ na rozwój mojego umuzykalnienia, gustu muzycznego” – wspominała artystka. Dzięki Stanisławowi porzuciła także „Mazowsze” i rozpoczęła karierę solową.

Rozpad małżeństwa

Sielanka skończyła się po kilku latach małżeństwa. Stanisław Santor nie mógł wytrzymać napięcia towarzyszącego częstym występom publicznym. „To wynik przeżyć wojennych, m.in. pracy w kamieniołomach, w których uszkodzono mu rękę. Psychicznie nie wytrzymywał napięcia w kontakcie z publicznością” – tłumaczyła kiedyś „Rewii” Irena Santor. Mężczyzna miał coraz częściej sięgać po alkohol. Ich małżeństwo przeżywało poważny kryzys.

W 1959 roku na świat przyszła ich córka – Sylwia. Dziewczynka zmarła zaledwie po dwóch dniach. To właśnie ta tragedia miała być przyczyną późniejszego rozpadu związku. Irena Santor i Stanisław Santor rozstali się po 19 latach małżeństwa.

Czytaj także: Irena Jarocka i Michał Sobolewski: gdy wpadli sobie w ramiona, przez 30 lat nie mogli się puścić

Irena Santor i Zbigniew Korpolewski – druga miłość

„Nie jestem święta. Tylko wyznaję dewizę: nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. W życiu zrobiłam kilka głupstw, za które przepraszam. A jak się raz zakochałam to na śmierć i życie. Skończyło się małżeństwem, ale po 19 latach się rozwiodłam. To było ciężkie przeżycie. A potem się zakochałam drugi raz i też na śmierć i życie” – mówiła artystka w wywiadzie dla „Vivy!”. Kto był drugą miłością Ireny Santor?

W latach 90. artystka śpiewała w warszawskim Teatrze Syrena. Jego dyrektorem był wtedy Zbigniew Korpolewski – z wykształcenia prawnik, z zamiłowania i zawodu artysta estradowy, twórca tekstów kabaretowych i reżyser. Mężczyzna prowadził  nawet koncerty The Rolling Stones i The Animals. W związku z pracą w Teatrze Syrena dużo podróżował po świecie razem z Jerzym Połomskim, Ireną Kwiatkowską oraz oczywiście Ireną Santor.

Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia? Wręcz przeciwnie –  początkowo Irena Santor nieszczególnie przepadała za Korpolewskim.  „Na początku nie bardzo się lubiliśmy. Taki był wymagający, ostry, apodyktyczny” – wspominała Santor. „Nawet nie wiem, kiedy zbliżyliśmy się do siebie. To nie znaczy, że teraz spijamy sobie z dzióbków” – mówiła.

W tym związku spotkały się dwa trudne charaktery. Oboje potrafili kłócić się o najmniejsze drobiazgi. Ich mądrość polegała jednak na tym, że ze wszystkich sprzeczek starali się czerpać lekcje. „Że kwiatek stoi tu, a nie tu. Można się wściec. Ale to prawnik, mądrala i dużo się od niego uczę, głównie logicznego postępowania w życiu. Bo, niestety najpierw strzelę Panu Bogu w okno, a potem zastanowię się, co zrobiłam. Głupio to zabrzmi, ale po latach nauczyliśmy się czułości. Nie wiem, czy to nie jest ważniejsze niż euforyczna miłość. Miłość jest piękna, ale to jest głębsze” – mówiła Irena Santor.  

W jednym z wywiadów Zbigniew Korpolewski przyznał, że owszem, kłócą się z Ireną, ale zawsze twórczo! „Irena jest osobą, z którą zawsze mam o czym rozmawiać. Interesuje się światem, dużo czyta. Zawodowo jest trudna we współpracy, wymagająca, to perfekcjonistka. Pewnie dlatego, że traktuje swoją pracę niezwykle poważnie. Ja w niej najbardziej cenię uczciwość i prawdomówność. Zawsze była wobec mnie lojalna. Ma jeszcze taką cechę, że nie potrafi przejść obojętnie obok cudzego nieszczęścia. Walczy o innych jak o siebie” – mówił Korpolewski.

Czytaj także: Agnieszka Osiecka i Zbigniew Mentzel: kupiła mu mieszkanie, a on nigdy nie dał jej kluczy

„Małżeństwo często coś w ludziach zabija”

Chociaż Zbigniew Korpolewski stał się partnerem życiowym Ireny Santor, piosenkarka nie straciła całkowicie kontaktu ze swoim byłym mężem. Mawiała, że najważniejsza jest ta miłość, która prowadzi do przyjaźni. W prawdziwej i szczerej przyjaźni pozostała więc ze Stanisławem Santorem. Artystka opiekowała się byłym mężem, gdy ten zachorował, wspierała go, a nawet prowadziła jego dom. Ze Zbigniewem Korpolewskim mieszkała na warszawskim Śródmieściu, a do Santora codziennie jeździła na Mokotów. Ta niesamowita przyjaźń trwała aż do śmierci mężczyzny w 1999 roku. Nowy partner Ireny Santor przyjmował ten układ z odrobiną zazdrości, ale przede wszystkim wykazywał się wyrozumiałością i zrozumieniem.

Irena Santor i Zbigniew Korpolewski byli ze sobą 25 lat i nigdy nie planowali ślubu. „Małżeństwo często coś w ludziach zabija. Ci, którzy się kochają, powinni być wolni, i to się sprawdza w naszym związku” – mówiła Irena Santor. Chociaż para nigdy nie sformalizowała swojego związku, piosenkarka często mówiło o swoim partnerze „mąż” lub „narzeczony”. Lubiła też, gdy media tak o nim piszą.

 „Badajcie się, dziewczyny!”

W 2000 roku u Ireny Santor zdiagnozowano nowotwór piersi. Było przerażenie, które wkrótce zamieniło się w smutek i niepewność, a następnie w zrozumienie. Piosenkarka zaufała lekarzom, którzy zapewniali ją, że wszystko skończy się dobrze. Te trudne chwile nauczyły ją, że z życia trzeba czerpać jeszcze więcej. „W piosenkach często śpiewa się o tym, że nic nie trwa wiecznie. Ale czy my to rozumiemy? Czy umiemy szanować każdy dzień?” – pytała w rozmowie ze „Stylem”.

W chorobie pomagał jej Zbigniew Korpolewski. Otulał ją czułością, wspierał i opiekował się chorą piosenkarką. Po operacji Santor wróciła do zdrowia i od tego czasu stara się namawiać wszystkie kobiety do dbania o swoje zdrowie. „Badajcie się, dziewczyny!” – mówiła.  

Czytaj także: Kochała ją cała Polska, zmarła przedwcześnie na raka. Małgorzata Braunek całe życie była wolnym duchem

Rozłąka na zawsze

W 2017 roku poważnie zachorował Zbigniew Korpolewski. Mężczyzna musiał przejść bardzo skomplikowaną operację kardiologiczną. Jak zawsze mógł liczyć na swoją „żonę”. „Czuwałam na korytarzu warszawskiego szpitala MSWiA przy ulicy Wołoskiej, kiedy przez wiele godzin operowano Zbyszka” – mówiła.

Po operacji Korpolewski potrzebował rehabilitacji oraz stałej opieki, dlatego zdecydował się na przeprowadzkę do Domu Artysty Weterana w Skolimowie. Bez wahania taką samą decyzję podjęła Irena Santor, która chciała być przy swoim ukochanym i pomagać mu w dochodzeniu do zdrowia. Artystyczne plany piosenkarki przeszły na drugi plan. Najważniejsze było zdrowie ukochanego.

25 listopada 2018 roku Zbigniew Korpolewski zmarł. Miał 84 lata. Irena Santor po stracie ukochanego nie mogła koncertować, grać, bawić się z publicznością. „Teraz, kiedy odszedł, czuję się jak wyrzucona z katapulty” – mówiła w jednym z wywiadów. Para szła wspólnie przez życie przez 25 lat.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Amy Winehouse, Whintey Houston, Janis Joplin
East News

Amy Winehouse, Whitney Houston, Janis Joplin. Ikony, którym talent zniszczył życie

Whitney Houston, Amy Winehouse i Janis Joplin: były piękne, sławne i nieszczęśliwe. Ich życie to gotowy scenariusz, o czym przypominają nam kolejni filmowcy.
Sylwia Arlak
15.06.2020

Kiedy to się wreszcie skończy? Bez dragów jest tu cholernie nudno, chciałabym już stąd iść… – szeptała  Amy Winehouse do swojego męża, Blake'a podczas 50. ceremonii wręczenia nagród Grammy. To był jej wieczór: zgarnęła właśnie pięć nagród Grammy (z sześciu nominacji), pokonała Beyonce, Rihannę,  jedną z nagród wręczał jej idol, Tony Bennet. Triumfowała – i zupełnie jej to nie obchodziło… Nie umiała już się cieszyć, myślała tylko o tym, żeby wyjść i znów odpłynąć w narkotykową podróż.  Kiedy los daje ci wielki talent, jednocześnie zabiera ci szansę na szczęście – taką regułę widać w życiorysach największych diw kultury masowej: Amy Winehouse, Whitney Houston, Janis Joplin. Były piękne, utalentowane i uwielbiane na całym świecie. Ale ani wspaniały głos, ani sława, ani sukcesy, nie były w stanie zapełnić pustki, którą w sobie nosiły. Whitney Houston: wszyscy ją kochali, tylko ona sama nie Była fatalną aktorką, ale jednocześnie gdyby nie ona „The Bodyguard”, w którym zagrała w 1992 r., byłby po prostu kolejnym łzawym filmem. Tytułowym ochroniarzem był Kevin Costner, ale to ona, Whitney Houston: piosenkarka, aktorka-amatorka,  była tutaj prawdziwą gwiazdą. Kiedy śpiewała do Costnera: „I Will Always Love You” była właśnie u szczytu sławy  – soundtrack do „The Bodyguard” podbił cały świat. 1992 rok był przełomowy dla niej jeszcze z jednego powodu – w lipcu wyszła za mąż za Bobby'ego Browna.  przez lata będą rozstawać się i godzić, bić się, awanturować, razem się upijać do nieprzytomności i brać narkotyki. Rozwiodą się dopiero w 2006 roku, Whitney zostanie wtedy zaledwie sześć lat życia.  W...

Czytaj dalej
Kalina Jędrusik
East News

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści 

Ona była jego Marilyn Monroe, on jej Federico Fellinim. Kochali się na śmierć i życie. Dawali sobie wszystko – wsparcie, przyjaźń i wolność.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

To nie było tak, że starszy pan wziął sobie za żonę młodą seksowną laskę, która potem „urwała mu się ze smyczy”. Ani tak, że on intelektualista, a ona głupia aktoreczka. Mimo szesnastoletniej różnicy wieku Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat tworzyli partnerski związek, a Kalina dorównywała mężowi nie tylko inteligencją, ale i poczuciem humoru. Oboje mieli silne charaktery i dość egoistyczne podejście do życia. Ale w tamtych czasach niewiele było małżeństw tak zgodnych, tak uczciwych wobec siebie i oddanych sobie do końca. Nie pasowali do ciasnych ram PRL-owskiej rzeczywistości, więc stworzyli sobie własny świat, oparty na własnych, wspólnie wypracowanych zasadach. Nikt tu nie był stratny.  Leżeli, leżeli, gadali, gadali O Stanisławie Dygacie mówiło się „dżentelmen w angielskim stylu”. Był wysoki, zawsze dobrze ubrany, palił luksusowe papierosy ze złotymi ustnikami. W 1957 roku wystąpił z partii w proteście przeciwko zamknięciu miesięcznika „Europa”. Kalinę poznał dwa lata wcześniej w Gdańsku, gdzie grała na scenie Teatru Wybrzeże.  „Poznali się w moim pokoju w Domu Aktora” – opowiadał później Jerzy Ernz. „Dygat mieszkał wtedy z żoną, też aktorką. Tego dnia, pamiętam, organizowałem akurat bibkę. Dygat usłyszał muzykę i przyszedł. Po chwili już widziałem ich razem, jak leżeli na tapczanie w poprzek. Leżeli, leżeli, gadali, gadali. I tak już zostali”. On miał 41 lat, żonę, córkę i wysoką pozycję w środowisku kulturalnym, ona 25 lat i wszystko przed sobą. Była świeżą absolwentką krakowskiej szkoły teatralnej, była zdolna, piękna i bardzo sexy.  „Dygat mieszkał z Kaliną niedaleko nas, najpierw na Dąbrowskiego, w dwupokojowym mieszkanku, wspólnie z byłą żoną Dygata, Dziunią Nawrocką, i ich...

Czytaj dalej
irena boy
Fot. Foka/Forum

Irena Krzywicka i Tadeusz Boy-Żeleński. Kochali się i wspólnie walczyli z piekłem kobiet 

„I oto w najmniej odpowiedniej chwili, jak na złość, dopadła mnie miłość, i to taka ostateczna, pisała Irena Krzywicka. Tadeusza Boya-Żeleńskiego poznała cztery lata po ślubie, w czwartym miesiącu ciąży.
Magdalena Żakowska
09.11.2020

Krzywicka miała męża, a Boy żonę, i choć nigdy się nie rozwiedli, nigdy też nie zrezygnowali z siebie. Oboje byli niezwykli. Ona, propagatorka świadomego macierzyństwa, antykoncepcji i legalnej aborcji, w przedwojennej Polsce uchodziła w wielu środowiskach za skandalistkę. Zresztą może dzisiaj byłoby podobnie. Jej teksty o zmierzchu męskiej cywilizacji, o tym że kobiety powinny przestać się wstydzić i wiedzieć, czego żądać, brzmią nadal aktualnie . Apelowała m.in. do posłanek, by wsparły walkę o prawa kobiet. „Zdawałoby się, że kiedy już siedzą w Sejmie, mogłyby się odezwać w tej sprawie” – pisała. On, wybitny pisarz i tłumacz, ale z zawodu lekarz – wspierał ją z pełnym przekonaniem. W głośnym zbiorze felietonów „Piekło kobiet” z 1930 roku ,  wzywał, by nie karać kobiet za aborcję, przestrzegał, że nawet najsurowsze prawo będzie obchodzone, bo „życie zawsze było silniejsze od ustaw i sankcji karnych", zwracał uwagę na nierówności społeczne, sytuację biednych kobiet, dla których aborcja była często nieosiągalna. Przede wszystkim jednak Krzywicka i Boy to była wielka para międzywojennej Polski. Związki otwarte na oścież Wiedziała, że Boy zginął, na długo przed telefonem od Słonimskiego. Moment, w którym został rozstrzelany przez hitlerowców, czuła w całym ciele. Kiedy podnosiła słuchawkę, była już spokojna, spodziewała się tej wiadomości od kilku dni. Była jesień 1941 roku. Słonimski zadzwonił do niej na prośbę Zofii Boy-Żeleńskiej, żony Tadeusza. Spotkały się tego samego dnia. Chociaż Krzywicka, Żydówka na fałszywych papierach, wychodziła już wtedy z domu bardzo rzadko, tego dnia wyszła. W tramwaju bała się podnieść wzrok, czuła, że wszyscy oceniają jej ciemną karnację, nos, rysy. Szybkim krokiem...

Czytaj dalej
Kora
East News

Kora – wielka artystka, która uczyła nas wolności, radości. Odeszła dwa lata temu

„Wyjątkowa kobieta, żona, matka, siostra, babcia, przyjaciółka. Ikona wolności. Zawsze bezkompromisowa w dążeniu do prawdy”, pisali o Korze przyjaciele. Mijają dwa lata od jej śmierci.
Anna Zaleska
27.07.2020

Ostatnie lata życia Kora spędzała w prywatnym raju, który dla siebie stworzyli z Kamilem Sipowiczem. Ich dom w Bliżowie na Roztoczu otaczał ogród pełen kwiatów: łubinu, żarnowca, jaśminów i budlei, które przyciągały do siebie stada motyli. Wokół rosły stare jabłonie, wiśnie, czereśnie i śliwy, z których Kora robiła konfitury. Dom, rodzina, przyjaciele – to było najważniejsze. Opowieść o swoim życiu, którą spisał Kamil Sipowicz, a ukazała się pod postacią książki „Kora, Kora… A planety szaleją”, arystka kończyła słowami: „Chwilo, trwaj, jesteś piękna”. Wreszcie odnalazła spokój i szczęście, chciała żyć. Wcześniej latami zmagała się z depresją i myślami samobójczymi. Kora do końca życia wspominała trudne dzieciństwo Pierwsze lata życia Olgi upływały w przerażającej biedzie. Siedmioosobowa rodzina gnieździła się w trzydziestometrowej suterenie bez prądu i wody. W wieku czterech lat, gdy jej mama zachorowała na gruźlicę, Olga trafiła do domu dziecka w Jordanowie. W jej wspomnieniach to miejsce przypomina reportaż Justyny Kopińskiej „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”. Zakonnice psychicznie i fizycznie znęcały się nad dziećmi. Mycie raz na tydzień, wszy, bicie, wykręcanie uszu, klęczenie na grochu, upokarzające kary za zmoczenie prześcieradła i zabrudzenie bielizny, straszenie duchami tak, że dzieci bały się w nocy chodzić do łazienki. Zamiast imion, numery. Olga była numerem osiem. Czteroletnia dziewczynka miała zakaz kontaktowania się ze starszą o siedem lat siostrą, która została przypisana do innej grupy. Wśród rówieśniczek Olga nie znalazła bratniej duszy. Jedyne szczęśliwe chwile z tamtych pięciu lat zawdzięczała książkom. Wielokrotnie przeczytała wtedy „O krasnoludkach i...

Czytaj dalej