Ilona Ostrowska: „Rozwiodłam się przecież tylko raz. I nikomu tego nie polecam.”
Zuza Krajewska/LAF AM
#czytajdlaprzyjemności

Ilona Ostrowska: „Rozwiodłam się przecież tylko raz. I nikomu tego nie polecam.”

„Ale jeśli coś ma się rozpaść, to i tak się rozpadnie.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019
 
Test wiedzy na Dzień Matki! Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Podobno córki marynarzy mają cechy wspólne – zaradne, niezależne i potrafią czekać.

Byłyśmy przygotowane na to, że musimy sobie radzić same. Od dzieciństwa bardzo samodzielna. Taka trochę dziewczyna chłopak, musiałam się nauczyć bronić sama na podwórku, a i gwoździk w ścianę przybić sama.

 

W domu panował patriarchat?

Przyjazny patriarchat. Gdy tata wracał, to byłyśmy jak gejsze pląsające wokół niego. Wyczekiwałam ojca bardzo, chociaż on nigdy nie wypływał na długo, raczej 2–3 tygodnie. Gdy wracał, to zawsze było wielkie szczęście – raz, że znów był, ten nasz król lew, a dwa, że zawsze przywoził prezenty.

 

Baltona!

Oczywiście, chociaż dla mnie najcenniejsze były inne skarby – rzeźby z Afryki, muszle, egzotyczne stroje. I różne sprzęty – kamera ósemka, projektor, magnetofon, żółty, dla dziewczynki to był skarb, i morze winyli, które mam do dzisiaj. Wtedy takich rzeczy w Polsce nie było. Potrafiłam nie iść do szkoły i całymi godzinami słuchać tych płyt – Carpentersów, Mireille Mathieu i Keitha Jarretta. Tata przywoził też z podróży filmy, które sam kręcił, a w nich jakieś wspaniałe kolorowe plemiona albo fale i sztormy, które lubił chyba kręcić najbardziej.

 

To wszystko musiało mocno działać na wyobraźnię dziecka.

Tata jawił mi się jako taki podróżnik, który przemierza najniebezpieczniejsze zakątki świata, opływa dorzecze Kongo, jak u Conrada, mierzy się z wielką rybą, jak u Hemingwaya. Kiedy byłam mała, miał brodę i przede wszystkim tatuaże – gołą laskę o imieniu Ela i kotwicę, wszystko jak trzeba. Poza tym dwa razy opłynął dookoła świat. Strasznie byłam z niego dumna. Z kolei z mamą miałam bardzo bliski kontakt na co dzień. Była moim przyjacielem.

Ale wracając do prezentów, oczywiście była też Baltona – wranglery, donaldy – pod tym względem miałam zawsze w szkole do przodu. Zbierałam znaczki i wymieniałam niektóre z tych gadżetów na nowe egzemplarze do swojej kolekcji. Potrafiłam za te znaczki oddać prawdziwe skarby.

 

Tata cię rozpieszczał?

Miał mercedesa. Pozwalał mi i mojej bandzie przesiadywać w nim godzinami. Któregoś dnia odblokował się jakoś hamulec ręczny, samochód sturlał się i zatrzymał na ścianie. Nie dał mi nawet odczuć, że mógłby być zły. Był też moim kumplem – grał ze mną w noża i w kapsle.

 

Szukasz w mężczyznach cech ojca?

Jeśli tak, to raczej podprogowo. Od dzieciństwa miałam mocno ukształtowany własny świat. Takiej przestrzeni dla siebie szukam też w związkach. Nie znoszę wiszenia na sobie.

 

Mieszkałaś w Szczecinie, Kołobrzegu, potem na Zamojszczyźnie, we Wrocławiu, w Warszawie. Ciągłe zmiany szkół, przyjaciół. Było ciężko?

Było. Ciężko było pogodzić się z tą ciągłą zmianą i pustką, która zostaje po przyjaźniach, miejscach. I niby potrafiłam szybko się odnaleźć w nowych sytuacjach, ale dziś, jak o tym myślę, to brakuje mi tej ciągłości – choćby przyjaźni z dzieciństwa, które przetrwałyby całe życie. Całe moje dzieciństwo i młodość składały się z takich krótkich i zamkniętych etapów. Kiedy już coś się zaczynało, to ja przenosiłam się gdzie indziej. Chyba najdłużej mieszkam w Warszawie. A z drugiej strony mam już tak zakodowaną tę nieustającą zmianę, że usiedzieć w jednym miejscu za długo nie mogę.

 

I łatwiej ci się rozstawać z miejscami i ludźmi?

Może tak. Bo wiem, że da się to przetrwać. Że zawsze można zacząć od nowa. Mam też w sobie tę nieustającą potrzebę zdobywania. Właśnie wróciłam z Izraela – Tel Awiw, Morze Martwe, ale też kibuce, nieprawdopodobne miejsca. I zaraz jadę dalej.

 

Po co ci te podróże?

Szukam piękna i ładuję baterie, chłonę energię. Mam poczucie, że coś bym straciła, gdyby mnie tam nie było. Tak jak z nieobejrzanymi filmami i nieprzeczytanymi książkami. Męczy mnie constans. Może przed czymś uciekam...? W inne, czasem lepsze. I bardzo lubię hotele i lotniska.

 

Zabierasz Miłkę w te podróże?

Teraz, gdy jest starsza, to częściej. Mamy zgraną ekipę przyjaciół i ruszamy razem na przygodę. Zaczęłyśmy też razem chodzić po górach.

 

Miłka to lubi?

Bardzo się cieszy na te nasze wspólne wyjazdy, ale jak każde dziecko potem jęczy. „O Matko Boska, to najgorsze, co mogło mnie w życiu spotkać! Po co wchodzić na górę, jak się z niej zaraz schodzi !”. Ale kiedy zdobywa szczyt, dostaje dyplom i smakołyki – wtedy już jest bohaterką. Morskie Oko zaliczyła sama dwa razy, a wcześniej, gdy była za mała, wciągnęłam ją tam w wózku. Jestem pewna, że po latach doceni te nasze wycieczki tak jak ja.

 

Jaki model macierzyństwa wybrałaś? Matka przyjaciółka? Matka wyrocznia?

Sama nie wiem. Stworzyłam jakiś własny model. Kompletnie intuicyjnie – nie czytałam przewodników, jak wychowywać dziecko. Na razie jest dobrze.

 

Dajesz sobie prawo do wolności?

Jasne. Potrzebuję czasu wyłącznie dla siebie jak tlenu. Inaczej bym zwariowała.

 

Pomyślałam, że może uda nam się w tej rozmowie stworzyć coś na kształt instrukcji: jak przejść przez rozwód i nadal się lubić.

Możemy spróbować, chociaż ostrzegam, że nie jestem w tych sprawach wybitną specjalistką. Rozwiodłam się przecież tylko raz. I nikomu tego nie polecam. Na pewno trzeba sobie dawać jak najwięcej sytuacji sprzyjających ratowaniu związku. Ale jeśli coś ma się rozpaść, to i tak się rozpadnie.

 

Przeważnie w gniewie i wzajemnych pretensjach.

Z mojego doświadczenia wynika, że te wszystkie negatywne emocje mijają i można wrócić do dobrych, mądrych relacji. Przecież kiedyś łączyło nas coś wspaniałego i nie można tego przekreślać. Szczególnie jeśli ma się dzieci.

 

Czytałaś Rachel Cusk „Po. O małżeństwie i rozstaniu”?

Nie. Ale czytałam „Po rozstaniu” Zeruyi Shalev. Dobra książka. O szarpaninie towarzyszącej rozstaniu. O tym, że kryzys przeważnie przychodzi nieoczekiwanie, a rozwód nieodwracalnie wpływa na naszą przyszłość. O tym, jak się pogodzić z poczuciem klęski –?bo rozwód zawsze się wiąże z poczuciem klęski. I o trzecim bohaterze dramatu, czyli dziecku. I rzeczywiście, jeśli miałabym coś wpisać na listę rozwodowej instrukcji, to wpisałabym radę, żeby dać sobie prawo do przeżycia tych emocji, nie uciekać od nich. I dać sobie czas, bo czas to najlepszy doradca. Etapy towarzyszące rozstaniu bardzo dosadnie pokazał w „Antychryście” Lars von Trier, chociaż ten film dotyczy innego rodzaju rozstania.

 

Książki, filmy – pomagają?

Mnie pomogły bardzo. Przeczytałam wtedy „Śmiertelnych nieśmiertelnych” Kena Wilbera. To do dziś jedna z moich ulubionych książek – spionizowała mnie, ustawiła w szeregu i dała takiego kopa, że lecę na nim do dzisiaj.

 

Rachel Cusk pisze, że nasze współczesne bagatelizowanie tematu rozwodu odbiera naszym dzieciom prawo do cierpienia i niezgody.

I totalnie się z nią zgadzam. Jestem przeciwna bagatelizowaniu tematu rozwodu. Bo to z jednej strony oszukiwanie samego siebie – przecież rozpada się coś, o czym kiedyś myśleliśmy, że jest wieczne. A z drugiej – jest też fałszywym sygnałem dla otoczenia, że nic się nie stało, life goes on, nie ma tematu.

 

Byłaś na terapii?

Nie byłam, ale na pewno terapia może pomóc. Śmieję się, że moją terapią była praca na planie serialu „Bez tajemnic”. Graliśmy tam z Łukaszem Simlatem rozwodzącą się parę. Tam ten temat przerobiłam i oczyściłam się z tych koszmarków.

 

Twój stan szczęśliwości na dziś to… Od 1 do 10.

A co to jest szczęśliwość?

 

Składa się na nią pewnie sporo czynników. Poczucie spełnienia? Codziennej radości? Zadowolenie z siebie?

5.

 

5 ! Obstawiałam 8!

Nieee. Jestem raczej gdzieś pomiędzy. Ścigam coś – wolę taki stan… Spełnienie to nuda!

 

To co się składa na to 5?

Przed chwilą zsiadłam z roweru – jeździłam od rana nad Wisłą, nawet w deszczu. Mostem przejechał pociąg z węglem, potem na łące spotkałam sarnę. Aż mi się gęba śmiała. Tak mam na tę chwilę. A zawodowo?Prowokuję różne sytuacje.

 

Co to znaczy: prowokuję?

Że mi się chce, a z tego chcenia powstaje nowe… Właśnie wróciłam z gali piosenki aktorskiej. Kilka fajnych dziewczyn śpiewało „wielkie przemówienia”. Reżyserował Radek Rychcik, ja byłam oscarowym Andrzejem Wajdą. Były też teksty Jaruzelskiego, Wałęsy, Dalajlamy, Gandhiego. To była taka przygoda, z której wyrosły kolejne. TVP planuje to zarejestrować, jeden z teatrów myśli, żeby wprowadzić ten spektakl do repertuaru. Z Pauliną Przybysz, która też brała udział w tym projekcie, wkrótce nagrywam teledysk. Fajnie się dzieje.

 

Oglądałaś „Czterdziestolatka”?

No jasne. Dzieciństwo! To opowieść o tamtych czasach – słyszałam, że bez dubli kręcili, a jak wyszło!

 

Stefan Karwowski wydawał mi się starszym panem. Miał siwe włosy, wąsiska, funkcjonował właściwie na granicy demencji…

…miał taką pasiastą pidżamę jak mój dziadek. Ale romanse miał…

 

…taki wesoły staruszek! I teraz my wchodzimy w ten sam wiek i to widmo Karwowskiego powraca.

I co?I jakoś dajemy radę. Pan Karwowski był inżynierem w kasku, a spójrz na nas! A tak serio, to pamiętam, że jak moja mama kończyła 35 lat, byłam załamana. Wydawało mi się, że jest już taka stara. Moja córka mi powtarza „Mamo, obiecaj, że się nigdy nie zestarzejesz”. I ja jej obiecuję, bo tak się czuję. Jeszcze 2–3 lata i będziemy dwoma superfajnie dogadującymi się dziewczynami. Bo staram się pielęgnować w sobie dziewczynę – cieszyć się małymi rzeczami, otaczać mądrymi, dobrymi ludźmi. Poza tym nie ma nic bardziej dołującego niż przejmowanie się swoim wiekiem. Najpiękniejsze kobiety to te, które dobrze się czują w swojej skórze. Dbam o siebie, ale nie przeginam. Trochę popływam, na rowerze jeżdżę, wyjadę na przygodę, książkę poczytam. Lubię też nie robić nic i „łeb do słońca”.

 

A zawodowo czujesz się spełniona?

Wiesz, ja spełniona nigdy się nie czuję. Przypominam: 5 na 10. Myślę o życiu, pracy – czasami mam wrażenie, że wręcz przesadzam, ale fajnie jest tak czasem poprzesadzać. Zajmuje mnie bardzo wiele rzeczy. Wchodzę do muzeum Uffizi we Florencji i brakuje mi kilku dni na te dzieła, jadę na koncert Patti Smith, chcę postudiować reżyserię, która ostatnio wydaje mi się bardzo interesująca. A w międzyczasie piekę ciasto z rabarbarem. Tak sobie żyję.

 

Masz poczucie, że reżyserzy patrzą na ciebie przez pryzmat roli z „Rancza”?

To jest moja praca. Przychodzi, odchodzi. W międzyczasie były też inne – rola w „Bez tajemnic” w HBO i w „Misji Afganistan” w Canal Plus oraz kilku po drodze… Jestem w gotowości.

 

Ile punktów w kategorii szczęśliwości chciałabyś mieć docelowo?

Na pewno nie 10 na 10. To chyba tylko Budda albo Stefan Karwowski w jakimś kolejnym sezonie „Czterdziestolatka” mógłby osiągnąć. Myślę, że zdrowo jest mieć 8 na 10.

 

Tęsknisz za związkiem?

I jak tu odpowiedzieć, żeby nie powiedzieć za dużo? Poddaję się – nie odpowiem.

 

Ale kolejnego małżeństwa nie wykluczasz?

Po co mi ono?

 

Rozmowa z Iloną Ostrowską ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2015

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Danuta Stenka
Bartek Wieczorek/LAF

Danuta Stenka znowu zaskakuje! Aktorka mówi: „Siedzi we mnie facet”

Być kobietą? Danuta Stenka ma swoje przemyślenia na ten temat...
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

„Kiedy patrzę na karierę aktorów – kobiety i mężczyzny – to jeśli oboje są świetni, a choćby i ona była lepsza od niego, to i tak ona wcześniej wypadnie z gry. Gdzie pan widzi te wielkie role dla kobiet?!” – mówi Danuta Stenka  w rozmowie z Jakubem Janiszewskim.   Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że jest wyposażona w dwa silne uczucia: ból –  że to, co pani do tej pory zrobiła, jest niedoskonałe, i lęk przed nieznanym, któremu nie będzie pani w stanie sprostać. Lęk towarzyszy mi od zawsze i pewnie nigdy mnie nie opuści. Nawet w najlepszych czasach, kiedy wiatr najsilniej wiał w zawodowe żagle, nawet wtedy mnie nie odstępował. Miałam 30, 40 lat, propozycji tyle, że nie byłam w stanie wszystkich pogodzić czasowo, aż żal było rezygnować, a mimo to nie czułam się wcale pewnie. Pamiętam, jak przyjaciel z pierwszego mojego teatru, Jacek Polaczek, tłumaczył mi: „Ty robisz straszną rzecz. Powtarzając, że się boisz, programujesz się na to, że będziesz się bała”. A ja myślę, że się nie programuję, bo czasem tego lęku jest we mnie tak dużo, że raczej muszę dać upust. Ale przy tym jest coś jeszcze. W równie dużym stopniu wypełnia mnie ciekawość, która często okazuje się silniejsza od lęku, która mnie pcha. Bez niej, bez ciekawości siebie w nowej odsłonie, nowych okolicznościach, niezbadanych, nieprzewidywalnych, nie byłabym w stanie uprawiać tego zawodu. Przecież role są do siebie jakoś tam podobne, nie każda niesie unikalną jakość. Tylko że to nie o samą rolę chodzi. Chodzi też o ludzi, z którymi będę współpracowała, o ekipę, z którą wybieram się na wyprawę. Być może teren, który mamy zwiedzić, nie jest jakiś bardzo interesujący czy wyjątkowo różny od poprzednich, ale sama drużyna może być...

Czytaj dalej