Ilona Łepkowska: „W związkach okłamywałam sama siebie”
Łukasz Wajszczyk

Ilona Łepkowska: „W związkach okłamywałam sama siebie”

Królowa polskich seriali, twórczyni hitu „M jak miłość” i „Stulecie Winnych” mówi nam: „Nauczyłam się, że muszę polegać wyłącznie na sobie, że muszę być silna”.
Magdalena Żakowska
12.05.2020

Słynna polska scenarzystka, autorka scenariuszy do takich seriali jak: „M jak miłość", „Barwy szczęścia",  „Korona królów", „Stulecie winnych" mówi, że terapia uporządkowała jej życie i że był to najlepszy prezent jaki sobie zrobiła. W swojej świeżo wydanej książce „Idealna rodzina” Ilona Łepkowska opowiada o kobiecie – Annie Sobańskiej, która jest… scenarzystką, poświęca się dla pracy i zaniedbuje rodzinę .

Magdalena Żakowska: Zdarza się pani jeszcze oglądać seriale dla przyjemności?

Ilona Łepkowska: Oczywiście. Z każdego polskiego serialu staram się obejrzeć dwa, trzy pierwsze odcinki z poczucia zawodowego obowiązku, choć to bywa bolesne. Ale pasjami oglądam zagraniczne seriale z platform streamingowych. Właśnie skończyłam „The Morning Show” w Apple TV.

Bardzo aktualny serial. Niedawno Harvey Weinstein został uznany za winnego gwałtu i molestowania.

Tak, to fantastyczne, że kiedy powstał ruch #MeToo i kilku pierwszych mężczyzn z branży usłyszało zarzuty, twórcy tego serialu zdecydowali się przepisać scenariusz. Ale podoba mi się przede wszystkim dlatego, że pokazuje kwestię #MeToo dużo szerzej niż media. Krytycznie. Pokazuje, że to polowanie na mężczyzn posunęło się za daleko i wymknęło się spod kontroli. Ja zresztą też mam dość krytyczny stosunek do ruchu #MeToo. Uważam, że skoro w środowisku show-biznesu w Hollywood panowały aż tak niemoralne reguły, jak dzisiaj zeznają ofiary, to trzeba było to środowisko jak najszybciej opuścić.

Ale nie każdy…

Chce pani powiedzieć, że nie każdego na to stać? Moim zdaniem w tak drastycznych sprawach sytuacja osobista nie ma znaczenia. Ja miałam 22 lata, kiedy odeszłam od pierwszego męża, bo mnie uderzył. Powiedziałam sobie, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy mężczyzna traktuje mnie w ten sposób. A nie miałam nic – ani żadnych oszczędności, ani gdzie się podziać.

Rodzice?

Powiedzieli, że po moim ślubie zrobili remont i mój pokój jest już zajęty.

Ilona Łepkowska dla córki była matką i ojcem

Dokładnie tak, jak rodzice głównej bohaterki w pani nowej książce „Idealna rodzina”. Pisze pani: „W domu rodzinnym panowały nieznośna dyscyplina i emocjonalny chłód”.

Tak, jeśli chodzi o relacje rodzinne, ta książka jest w dużej mierze autobiograficzna. Mój dom był chłodny, a reguły twarde. Po szkole musiałam spieszyć się do domu, żadnych pogaduszek z koleżankami, każde spóźnienie było karane. Mój ojciec miał jasne wyobrażenie tego, jak powinien wyglądać mój dzień. I nie było dyskusji. Piszę o tym w książce, bo wiem, jak bardzo mnie to ukształtowało.

To pomaga w życiu czy raczej przeszkadza?

To spadek w dobrym i złym znaczeniu, chociaż chyba częściej przeszkadza. Po ojcu, który był niesamowicie bezwzględny w osądach, mam tendencję do oceniania innych, skłonność do tego, żeby pouczać, traktować innych surowo, wymagać tyle, ile od siebie. Na maturze na 16 ocen miałam trzy czwórki, ale mój tata był niezadowolony, uważał, że to porażka, że mogłam postarać się bardziej.

Jednocześnie dzięki takiemu dzieciństwu nauczyłam się, że muszę polegać wyłącznie na sobie, że muszę być silna. I wtedy, kiedy opuściłam pierwszego męża, jakoś sobie sama poradziłam. Dziś wiem, że poradzę sobie w każdej sytuacji.

Ale nie każdy ma w sobie tyle siły.

Jeśli mówimy o samotnej matce z małej miejscowości, która żyje w tradycyjnym środowisku, gdzie przyjmuje się, że mężczyźnie wolno więcej, to rozumiem, że może latami tkwić w koszmarze, i nigdy w życiu bym jej za to nie winiła. Tyle że my mówimy o Hollywood, o nowoczesnych kobietach, które emancypację mają dawno za sobą, a ich życiowych wyborów nie ogranicza konieczność wykarmienia trójki dzieci. Przepraszam, ale wymagam od nich więcej.

Czy trzy małżeństwa czegoś panią nauczyły?

Tak, że następnym razem trzeba się poważniej zastanowić! Z moim obecnym partnerem nie mamy ślubu, chociaż mamy obrączki. A serio, nauczyły mnie tego, żeby być w stosunku do siebie szczerą. Latami skutecznie okłamywałam się w poprzednich związkach. Nikogo nie potrafiłam tak oszukiwać jak siebie.

A o mężczyznach?

Niczego. A dlaczego miałabym się zajmować wadami moich byłych mężów? Co mnie dziś obchodzi mój były mąż hazardzista, skoro jest już dla mnie przeszłością? Jego problem. Dla mnie lekcja z tych małżeństw dotyczy wyłącznie moich własnych niedostatków, bo to ja wybierałam sobie tych złych mężczyzn. A wybierałam ich z potrzeby ciepła i akceptacji, z głodu bliskości, który wyniosłam z domu. Nie chciałam być samotna. W dużym stopniu doszłam do tej lekcji sama, ale przez ostatnie trzy lata chodziłam na terapię, która otworzyła mi oczy na wiele spraw i pomogła mi uporządkować siebie. Polecam, bo to najlepszy prezent, jaki można sobie samemu dać. Myślę, że gdybym poszła na terapię w wieku 30 lat, to uchroniłoby mnie to przed wieloma życiowymi błędami. Tyle że w tamtych czasach na kozetce leżał tylko Woody Allen w swoich filmach.

A pani dom rodzinny wpłynął na to, jak sama wychowywała pani córkę?

Nasz związek jest prawdopodobnie za mocny, bo przez wiele lat wychowywałam ją sama, rozstałam się z jej ojcem, kiedy miała trzy lata. Kontakty z nim miewała okresowe – w zależności od tego, jaką miał w danym momencie żonę. Przez większość jej dzieciństwa byłam dla niej matką i ojcem, kierowcą i koleżanką, doradcą i organizatorką życia kulturalnego.

Przyjaciółką?

Staram się tej granicy nie przekraczać. Uważam, że babskie zwierzenia to sfera, którą należy uprawiać z rówieśniczkami, koleżankami, a nie z matką.

„Przecież ja jestem aniołem!”

Bywa pani taką jędzą, jak bohaterka pani nowej książki?

Ja jestem aniołem! Córka była kiedyś świadkiem mojej rozmowy telefonicznej z podwładnym z produkcji serialu. Powiedział, że coś przede mną ukrył ze strachu. Skończyłam rozmowę i mówię do niej: „Dlaczego oni się mnie tak boją?! Przecież ja jestem aniołem!”. A ona na to: „Oczywiście, ale tylko ja to wiem”. To teraz jest was dwie. A mówiąc poważnie, wydaje mi się, że łagodnieję z wiekiem. W książce zawsze lepiej być dla siebie zbyt niesprawiedliwym niż za bardzo pobłażliwym. Poza tym lubię autoironię, uważam, że to narzędzie, które jest w życiu bardzo pomocne. Nie można siebie traktować zbyt poważnie, zwłaszcza kiedy odnosi się w życiu sukcesy. Lepiej przekłuć balonik, niż pozwolić, żeby inni pompowali go ponad miarę.

Od lat jest pani królową polskich seriali, a władza absolutna psuje, łatwo z władcy stać się tyranem…

Niby tak, ale dla mnie władza to odpowiedzialność, a nie chęć tyranizowania czy poniżania podwładnych. Z drugiej strony potrzebne jest zdecydowane działanie, czasem trzeba kogoś ukarać albo zwolnić z pracy. Nie da się tego uniknąć. Nie będę udawała, że jestem dobra dla wszystkich i wszystkich kocham, że nigdy na nikogo nie nakrzyczałam, nikogo nie ukarałam. Ale karanie, zwalnianie ludzi nie przychodzi mi łatwo.

A uśmiercanie postaci?

Tylko wtedy, kiedy grają je aktorzy, których lubię. Olaf Lubaszenko odchodził z „Barw szczęścia” na własne życzenie, ale poprosił, żeby nie wysyłać go w scenariuszu na stypendium ani do sanatorium, bo wolałby umrzeć. A ponieważ wszyscy bardzo go lubimy, urządziliśmy mu piękną śmierć. Umarł jak bohater. Gorzej, jeśli mnie jakiś aktor wkurzy, jest nielojalny, łamie zasady współpracy, wtedy…

…ginie w męczarniach.

W każdym razie mało efektownie! Ale zdarza się też tak, że popełnimy błąd obsadowy i potem latami męczymy się z jakimś aktorem…

Pani bohaterka w „Idealnej rodzinie” ma dość radykalne zdanie na temat aktorów i dziennikarzy.

I na pewno jest w tym sporo ze mnie. Ale to dotyczy słabych aktorów i pseudo-dziennikarzy. A tych jest coraz więcej. Niewiedza i brak przygotowania do rozmowy doprowadzają mnie do szału. I te ich głupie pytania.

Książka zaczyna się od rozmowy z dziennikarką, która pyta, z którą ze stworzonych przez siebie postaci najchętniej by się pani zaprzyjaźniła.

Naprawdę je usłyszałam!

Ale czy to jest takie głupie pytanie? Przecież jak tworzy pani postaci, to jedne lubi pani bardziej, a drugie mniej?

Nie.

Serial to twórczość czy rzemiosło?

Scenariusz serialu to bardzo zrutynizowana forma podlegająca wielu ograniczeniom. Przynajmniej takich seriali, jakie dotąd pisałam. To nie jest twórczość, tylko rzemiosło. Sukces polega na pilnowaniu dobrych proporcji między postaciami pozytywnymi i negatywnymi, budowaniu odpowiednich napięć między nimi.

Ale z drugiej strony zawsze powtarzam moim autorom, że w momencie, kiedy pisze się scenariusz, trzeba wierzyć, że te postaci istnieją, mają swoją historię, żyją, coś się z nimi dzieje między odcinkami. Tylko wtedy scenariusz jest wiarygodny. Ja tak piszę. Ale jak już napiszę i zamknę laptop, to ten świat przestaje dla mnie istnieć.

Z książkami jest podobnie?

Nie, pisanie książek to moja osobista wypowiedź. Wkładam w nią więcej serca.

Anna Sobańska, bohaterka „Idealnej rodziny”, scenarzystka ulubionego serialu Polaków, bez reszty zajęta jest karierą. Zaniedbuje rodzinę, współpracownicy jej nienawidzą. Ale dochodzi w życiu do punktu, w którym musi się zmienić. Przeszła pani w życiu podobne przewartościowanie?

Może nie byłam aż tak nastawiona na robienie kariery, nie wierzyłam tak mocno jak ona, że liczy się tylko cel i mniejsza o środki, ale zdarzyło mi się zatracić się w pracy, zapominać o rodzinie i przyjaciołach, pracować po 18 godzin na dobę. To przypadło na moment, kiedy moja córka studiowała już w Łodzi, ale odpowiedź: „Nie mam czasu z tobą rozmawiać” zdarzała mi się zbyt często i z dzisiejszej perspektywy widzę, jakie to było niezdrowe, wyniszczające.

„Pisanie było dla mnie koszmarem”

Co się takiego stało, że uznała pani, że czas na zmianę?

W tamtym czasie byłam kierownikiem literackim i współproducentem serialu. Pracowałam jednocześnie nad odcinkami, które dzieli kilka tygodni emisji, organizowałam pracę nad odcinkami, które właśnie są kręcone i nadzorowałam montaż tych, które już powstały. Na raz. Doszłam do momentu, kiedy pisałam i poprawiałam odcinki seriali w zasadzie automatycznie i czułam, że zwariuję, jeśli będę to wszystko równolegle ciągnąć. Przestałam lubić swoją pracę, pisanie było dla mnie koszmarem. Jako autor czułam się martwa. Któregoś dnia mąż zastał mnie w szlafroku, z mokrą głową – bo wyszłam spod prysznica – siedzącą przy biurku, kurczowo trzymającą się jego brzegu i płaczącą. Jedyne, co byłam w stanie z siebie wykrztusić, to to, że nie pójdę do firmy, że już nie chcę, po prostu nie ma mowy. Wtedy zrozumiałam, że przekroczyłam swoją granicę i muszę coś zmienić.

I do dziś zrzeka się pani powoli władzy.

Tak. Nie wylądowałam na szczęście w szpitalu psychiatrycznym, jak moja bohaterka, ale czułam, że było blisko. Dałam sobie wtedy czas, żeby stopniowo zrzucić z siebie część obowiązków. I oddałam wtedy „Barwy szczęścia”.

Ciężko jest odciąć taką pępowinę?

Czułam, że po prostu nie mam wyboru. Ale to nigdy nie było dla mnie problemem. Jestem osobą odpowiedzialną, więc nie zostawiłam żadnego z moich seriali w sytuacji, w której byłby zagrożony, wręcz przeciwnie, zawsze zostawiałam je w dobrej kondycji.

I nie martwi się pani losem tych swoich porzuconych dzieci?

Martwię, w związku z tym na wszelki wypadek nie sprawdzam, co u nich słychać. Nie można całe życie robić tego samego. Nawet szewc nie robi całe życie tylko jednego modelu butów, tym zajmują się fabryki. A rzemiosło wymaga wyzwań. Gdybym do dziś tłukła „M jak miłość”, to z pewnością nie wiedziałabym, co robić z pieniędzmi. Ale nie mam dużych potrzeb, nie kręci mnie pławienie się w luksusach.

Nie oddaliła się pani za mocno od świata bohaterów seriali, które pani pisze? I ich widzów?

Uważam, że nie. Jestem ciągle blisko normalnego życia. Owszem, mój status materialny się zmienił, ale nie wykorzystuję tego na co dzień. Nie jestem kutwą, ale jak lecę za granicę, to w pierwszej kolejności sprawdzam połączenia w tanich liniach. I z reguły takimi podróżuję.

Nigdy nie leciałam biznesem. Mieszkam w niedrogich trzygwiazdkowych hotelach, bo cały dzień spędzam na zwiedzaniu, więc nie widzę powodu, żeby wydawać więcej na pokój, w którym w zasadzie wyłącznie śpię. Nigdy nie kupiłam niczego w Vitkacu ani innym luksusowym domu towarowym, nie szyję niczego u modnych projektantek i nie przepadam na galami. A chwalenie się fotkami z imprez, drogich hoteli czy restauracji w mediach społecznościowych uważam za bezgranicznie głupie.

A praca znów panią cieszy?

Tak, chociaż już nie tak jak kiedyś. Mam 66 lat, jestem w wieku, w którym większość kobiet w naszym kraju zajmuje się co najwyżej niańczeniem wnuków.

To co panią teraz najbardziej cieszy w życiu?

Mój pies, terier rosyjski Irmo, którego nazywam czasem panem Łepkowskim. Jestem szczęśliwa, że mimo podeszłego wieku, bo właśnie skończył 13 lat, wciąż jeszcze jest ze mną… Wzruszyłam się niesamowicie, jak przeczytałam, że po śmierci swojego ostatniego corgi królowa brytyjska powiedziała, że już nie będzie miała psów, bo zdaje sobie sprawę z tego, że musiałyby przeżyć jej odejście. I tu pojawia się druga radość mojego życia: zwiedzanie angielskich ogrodów. To wspólna pasja moja i mojego partnera. Dwa lata temu byliśmy w Sandringham House, wiejskiej rezydencji rodziny królewskiej, gdzie zawsze spędzają Boże Narodzenie. W murze okalającym ogród wmurowane są tablice pamiątkowe wszystkich psów królewskich. W tym roku zamierzamy zwiedzić ogrody na pograniczu Szkocji i Anglii.

Wasz ogród wzorowany jest na angielskich?

Daleko mu do ideału, ale staramy się. Mamy też przepiękny warzywnik i szklarnię. Co roku pojawia się w nich coś nowego – dosadzamy, dosiewamy, wprowadzamy nowe warzywa.

Więcej warzyw i mniej obowiązków w pracy?

Byłoby idealnie!

Rozmowa z Iloną Łepkowską ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Michaela Coel „I May Destroy You”
Michaela Coel w serialu „Mogę cię zniszczyć”. Fot. materiały prasowe

Michaela Coel jest ofiarą gwałtu. Zrobiła o tym serial i podbiła świat

„Mogę cię zniszczyć” (HBO) to najbardziej poruszający i odważny serial 2020 roku. Aktorka i reżyserka Michaela Coel postawiła w nim wiele trudnych pytań dotyczących granic w seksie.
Magdalena Żakowska
01.08.2020

Chociaż dla mnie, i pewnie także dla większości z was, Michaela Coel jest odkryciem, dzięki nowemu serialowi HBO, to ma już na koncie kilka sukcesów, w tym nagrodę BAFTA za swój pierwszy autorski serial „Chewing Gum” i dwie role w kultowym serialu „Black Mirror”. Ma zaledwie 32 lata, ale już dała się poznać jako zdolna poetka, scenarzystka, reżyserka i aktorka. W Wielkiej Brytanii zyskała status największej gwiazdy swojego pokolenia, została okrzyknięta nową Phoebe Waller-Bridge („Fleabag”), tyle że opowiadającą o nieco innym świecie – po rewolucji #metoo i w trakcie rewolucji Black Lives Matter. A bohaterką jej seriali jest ona sama.  Od wierszy o Jezusie do serialu Netflixa Jej rodzice pochodzą z Ghany, ale Michaela urodziła się już w Londynie. Jak większość imigranckich rodzin, zamieszkali na ubogich przedmieściach i zmagali się z typowymi dla uchodźców problemami – brakiem pracy, poczuciem izolacji i biedą. Mama Michaeli jest katoliczką i religię traktuje bardzo poważnie. Od dzieciństwa próbowała przekazać to córce. Michalea trafiła do szkoły katolickiej, gdzie była pierwszą czarnoskórą dziewczynką. Ten eksperyment się nie powiódł – zarówno ona (ataki agresji), jak i pozostałe dzieci (rasizm) nie zdały egzaminu. Ale misja mamy się udała – Michaela co prawda zmieniła szkołę, ale zapisała się do przykościelnej grupy tanecznej, a potem rozpoczęła studia na wydziale teologii i zaczęła pisać wiersze o Jezusie Chrystusie:  „Naprawdę jestem obrazem Boga,  Jego kolejną supermodelką. Kroczę dumnie po wybiegu jego światła, Jego miłość, moja wiara, moja siła.  Jego potęga.” To dzięki tym wierszom Michaela Coel jest dziś TĄ Michaelą Coel. Podczas wieczoru „open-mic”, gdzie...

Czytaj dalej
Krystyna Kofta, feminizm
fot. M. Mutor/Ag. Gazeta

Krystyna Kofta: pisarka, żona, feministka

„Szczęśliwym w małżeństwie się bywa”, mówi Krystyna Kofta i opowiada o tym, czym jest prawdziwa miłość, kiedy zaczyna się zdrada i dlaczego seks bez uczuć uważa za przereklamowany.
Magdalena Żakowska
15.06.2020

Jest jedną z najbardziej popularnych polskich pisarek, plastyczką i działaczką społeczną. Od wielu lat współpracuje z organizacjami zajmującymi się profilaktyką raka piersi, na którego sama chorowała. W zeszłym roku po czternastu latach Krystyna Kofta  zdecydowała się wznowić jedną ze swoich książek. Nie bez przyczyny. Dopisała do niej kilka ważnych rozdziałów. Rozdziałów w książce i w historii współczesnej. Tak powstała publikacja „Gdyby zamilkły kobiet. #Nigdy”.  Mimo formalnego  równouprawnienia  my, kobiety wciąż musimy o siebie walczyć. O równą płacę, za równą pracę, o prawo do decydowania o sobie i o swoim ciele. Jeszcze nigdy głos kobiet , głos nas wszystkich nie był tak ważny. Nie dajmy go sobie odebrać.  Magdalena Żakowska: Wznowiłaś książkę sprzed kilkunastu lat. Dlaczego teraz? Krystyna Kofta: Bo jest dziś potrzebna i wciąż aktualna. Książka „Gdyby zamilkły kobiety. #Nigdy” była w pierwotnej wersji o tym, dlaczego nie jesteśmy słuchane, mimo że nasz głos jest ważny. W nowym wydaniu uzupełniłam ją o kilka nowych rozdziałów, m.in. dotyczących konwencji antyprzemocowej, Czarnego Poniedziałku i akcji #MeToo. Kobiety nie zamilkną nigdy, a czasem muszą krzyczeć. I to jest właśnie ten moment. Krystyna Kofta o #MeToo Świat kobiet bardzo się zmienił przez te kilkanaście lat od pierwszego wydania? Na pewno pod względem obyczajowym. Kobiety bez problemu się dziś rozwodzą, nie piętnuje się singielek ani kobiet, które nie chcą mieć dzieci. Zawdzięczamy to w dużej mierze temu, że należymy do Europy. W nowej wersji książki znajduje się też moje #MeToo, które zdarzyło się lata temu i dziś już chyba nie mieści się w głowie.  Czy poczujesz się urażona, jeśli powiem, że...

Czytaj dalej
Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

Małgorzata Kożuchowska: „Nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby"

„W życiu można przegapić wiele rzeczy, ale tych najważniejszych, tych kamieni milowych udało mi się nie przegapić” – mówi Małgorzata Kożuchowska.
Magdalena Felis
29.07.2020

Wydaje się, że tych ważnych wyborów rzeczywiście nie przegapiła. Małgorzata Kożuchowska podkreśla, że w dobrym momencie życia udało jej się założyć rodzinę, urodzić syna. Dzisiaj jest dumną mamą 6-letniego Jana Franciszka Wróblewskiego. Jako aktorka zadebiutowała (i to jak!!!) w kasowej komedii Juliusza Machulskiego „Kiler”. Ale potrafiła też rezygnować, na przykład z roli Hanki Mostowiak w serialu „M jak miłość”, który uczynił ją jedną z najpopularniejszych polskich aktorek. Fani teatru znają ją z ról u Warlikowskiego, Jarockiego, Adamka. Niedługo zobaczymy ją w kolejnym wcieleniu. Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu o Edwardzie Gierku – I sekretarzu PZPR, który w latach 70. unowocześnił, ale i niesamowicie zadłużył Polskę. Kożuchowska gra jego żonę – Stanisławę Gierek. W rozmowie z nami Małgorzata Kożuchowska opowiada o swoich życiowych wyborach i o tym, dlaczego dobrze jest wierzyć. Magdalena Felis: Wiesz, co o tobie mówią? Małgorzata Kożuchowska: Mam pewne wyobrażenie. (śmiech) Że jesteś kawalarzem! O! Zgadza się! Lubię się śmiać! Naprawdę? Małgorzata Kożuchowska się wygłupia? Lubię podgrywać, prowokować, podpuszczać, wkręcać ludzi! I potem patrzeć, czy działa, czy się śmieją, czy im dobrze. Od razu lepiej się pracuje! To jest wielka sztuka rozśmieszać ludzi. I spora frajda. Może to też mój sposób na odreagowanie? W końcu uczyłam się tego od mistrzów! Plan filmowy to takie dziwne miejsce, gdzie siedzisz z ekipą, czasem po 13–15 godzin dziennie, odcięta od świata, jak na arce Noego. Grasz scenę, udajesz, że ich wszystkich nie ma, choć stoją 15 centymetrów od twojego nosa. Jak się na to patrzy z boku, to to jest niezły Woody Allen. I niezły klaustrofobiczny thriller psychologiczny!...

Czytaj dalej
Harlan Coben, W głębi lasu
Claudio Marinesco/materiały prasowe

Najnowsza książka Harlana Cobena, autora „W głębi lasu” opowiada o byciu ojcem

Harlan Coben to jeden z najpopularniejszych autorów thrillerów. Jego najnowsza powieść „O krok za daleko” jest jeszcze lepsza od bestsellerowego „W głębi lasu”. Pisarz niedawno podpisał z Netfliksem wyłączną umowę na 14 seriali na podstawie jego powieści.
Patrycja Pustkowiak
11.06.2020

Moje powieści biorą się od pytania: a co, gdyby...?” O swoim nowym thrillerze „O krok za daleko”,  a także współpracy z Netfliksem i polskim serialu „W głębi lasu” na podstawie jego powieści opowiada twórca bestsellerów Harlan Coben. Patrycja Pustkowiak: O krok za daleko”, pana nowy thriller, to historia o powikłanych relacjach między ojcem a córką, która wplątała się w podejrzaną sytuację. Chciał pan opowiedzieć o cenie bycia rodzicem? Harlan Coben: To właśnie najbardziej interesowało mnie przy pisaniu powieści. Zadaję w niej wiele pytań na temat rodzicielstwa, miłości do dzieci i tego, jak daleko możemy się posunąć, by je chronić. Paige, bohaterka książki, córka Simona, znika w tajemniczych okolicznościach. To u pana stały motyw. Dlaczego woli pan opowiadać o zniknięciu, nie o morderstwie? Kiedy stawiasz na morderstwo, po prostu rozwiązujesz zagadkę zbrodni. W takiej sytuacji sprawiedliwość może zatriumfować, ale śmierć bohaterki czy bohatera pozostaje nieodwracalna. Kiedy ktoś znika, jest możliwość pełnego odkupienia, bo istnieje nadzieja.  A ja uwielbiam pisać o nadziei. Ona może być czymś najwspanialszym, choć i najokrutniejszym w świecie. Fascynuje mnie badanie tego tematu. W książce pojawia się wiele tropów związanych z rozwojem nauki czy technologią. Czemu tak interesuje pana współczesność? Przeszłość jest mniej ciekawa? Piszę powieści współczesne, a to oznacza, że muszę podjąć jakąś refleksję nad współczesnością, nie ma innego wyjścia moim zdaniem. Dlatego piszę o internecie, wiralach, uzależnieniu od narkotyków. Bardzo lubię pisać o wszystkich współczesnych udogodnieniach, gadżetach, jakimi jesteśmy otoczeni, ale być może już tego nie zauważamy. Harlan Coben: autor ponad 30...

Czytaj dalej