Ilona Łepkowska: „W związkach okłamywałam sama siebie”
Łukasz Wajszczyk

Ilona Łepkowska: „W związkach okłamywałam sama siebie”

Królowa polskich seriali, twórczyni hitu „M jak miłość” i „Stulecie Winnych” mówi nam: „Nauczyłam się, że muszę polegać wyłącznie na sobie, że muszę być silna”.
Magdalena Żakowska
12.05.2020

Słynna polska scenarzystka, autorka scenariuszy do takich seriali jak: „M jak miłość", „Barwy szczęścia",  „Korona królów", „Stulecie winnych" mówi, że terapia uporządkowała jej życie i że był to najlepszy prezent jaki sobie zrobiła. W swojej świeżo wydanej książce „Idealna rodzina” Ilona Łepkowska opowiada o kobiecie – Annie Sobańskiej, która jest… scenarzystką, poświęca się dla pracy i zaniedbuje rodzinę .

Magdalena Żakowska: Zdarza się pani jeszcze oglądać seriale dla przyjemności?

Ilona Łepkowska: Oczywiście. Z każdego polskiego serialu staram się obejrzeć dwa, trzy pierwsze odcinki z poczucia zawodowego obowiązku, choć to bywa bolesne. Ale pasjami oglądam zagraniczne seriale z platform streamingowych. Właśnie skończyłam „The Morning Show” w Apple TV.

Bardzo aktualny serial. Niedawno Harvey Weinstein został uznany za winnego gwałtu i molestowania.

Tak, to fantastyczne, że kiedy powstał ruch #MeToo i kilku pierwszych mężczyzn z branży usłyszało zarzuty, twórcy tego serialu zdecydowali się przepisać scenariusz. Ale podoba mi się przede wszystkim dlatego, że pokazuje kwestię #MeToo dużo szerzej niż media. Krytycznie. Pokazuje, że to polowanie na mężczyzn posunęło się za daleko i wymknęło się spod kontroli. Ja zresztą też mam dość krytyczny stosunek do ruchu #MeToo. Uważam, że skoro w środowisku show-biznesu w Hollywood panowały aż tak niemoralne reguły, jak dzisiaj zeznają ofiary, to trzeba było to środowisko jak najszybciej opuścić.

Ale nie każdy…

Chce pani powiedzieć, że nie każdego na to stać? Moim zdaniem w tak drastycznych sprawach sytuacja osobista nie ma znaczenia. Ja miałam 22 lata, kiedy odeszłam od pierwszego męża, bo mnie uderzył. Powiedziałam sobie, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy mężczyzna traktuje mnie w ten sposób. A nie miałam nic – ani żadnych oszczędności, ani gdzie się podziać.

Rodzice?

Powiedzieli, że po moim ślubie zrobili remont i mój pokój jest już zajęty.

Ilona Łepkowska dla córki była matką i ojcem

Dokładnie tak, jak rodzice głównej bohaterki w pani nowej książce „Idealna rodzina”. Pisze pani: „W domu rodzinnym panowały nieznośna dyscyplina i emocjonalny chłód”.

Tak, jeśli chodzi o relacje rodzinne, ta książka jest w dużej mierze autobiograficzna. Mój dom był chłodny, a reguły twarde. Po szkole musiałam spieszyć się do domu, żadnych pogaduszek z koleżankami, każde spóźnienie było karane. Mój ojciec miał jasne wyobrażenie tego, jak powinien wyglądać mój dzień. I nie było dyskusji. Piszę o tym w książce, bo wiem, jak bardzo mnie to ukształtowało.

To pomaga w życiu czy raczej przeszkadza?

To spadek w dobrym i złym znaczeniu, chociaż chyba częściej przeszkadza. Po ojcu, który był niesamowicie bezwzględny w osądach, mam tendencję do oceniania innych, skłonność do tego, żeby pouczać, traktować innych surowo, wymagać tyle, ile od siebie. Na maturze na 16 ocen miałam trzy czwórki, ale mój tata był niezadowolony, uważał, że to porażka, że mogłam postarać się bardziej.

Jednocześnie dzięki takiemu dzieciństwu nauczyłam się, że muszę polegać wyłącznie na sobie, że muszę być silna. I wtedy, kiedy opuściłam pierwszego męża, jakoś sobie sama poradziłam. Dziś wiem, że poradzę sobie w każdej sytuacji.

Ale nie każdy ma w sobie tyle siły.

Jeśli mówimy o samotnej matce z małej miejscowości, która żyje w tradycyjnym środowisku, gdzie przyjmuje się, że mężczyźnie wolno więcej, to rozumiem, że może latami tkwić w koszmarze, i nigdy w życiu bym jej za to nie winiła. Tyle że my mówimy o Hollywood, o nowoczesnych kobietach, które emancypację mają dawno za sobą, a ich życiowych wyborów nie ogranicza konieczność wykarmienia trójki dzieci. Przepraszam, ale wymagam od nich więcej.

Czy trzy małżeństwa czegoś panią nauczyły?

Tak, że następnym razem trzeba się poważniej zastanowić! Z moim obecnym partnerem nie mamy ślubu, chociaż mamy obrączki. A serio, nauczyły mnie tego, żeby być w stosunku do siebie szczerą. Latami skutecznie okłamywałam się w poprzednich związkach. Nikogo nie potrafiłam tak oszukiwać jak siebie.

A o mężczyznach?

Niczego. A dlaczego miałabym się zajmować wadami moich byłych mężów? Co mnie dziś obchodzi mój były mąż hazardzista, skoro jest już dla mnie przeszłością? Jego problem. Dla mnie lekcja z tych małżeństw dotyczy wyłącznie moich własnych niedostatków, bo to ja wybierałam sobie tych złych mężczyzn. A wybierałam ich z potrzeby ciepła i akceptacji, z głodu bliskości, który wyniosłam z domu. Nie chciałam być samotna. W dużym stopniu doszłam do tej lekcji sama, ale przez ostatnie trzy lata chodziłam na terapię, która otworzyła mi oczy na wiele spraw i pomogła mi uporządkować siebie. Polecam, bo to najlepszy prezent, jaki można sobie samemu dać. Myślę, że gdybym poszła na terapię w wieku 30 lat, to uchroniłoby mnie to przed wieloma życiowymi błędami. Tyle że w tamtych czasach na kozetce leżał tylko Woody Allen w swoich filmach.

A pani dom rodzinny wpłynął na to, jak sama wychowywała pani córkę?

Nasz związek jest prawdopodobnie za mocny, bo przez wiele lat wychowywałam ją sama, rozstałam się z jej ojcem, kiedy miała trzy lata. Kontakty z nim miewała okresowe – w zależności od tego, jaką miał w danym momencie żonę. Przez większość jej dzieciństwa byłam dla niej matką i ojcem, kierowcą i koleżanką, doradcą i organizatorką życia kulturalnego.

Przyjaciółką?

Staram się tej granicy nie przekraczać. Uważam, że babskie zwierzenia to sfera, którą należy uprawiać z rówieśniczkami, koleżankami, a nie z matką.

„Przecież ja jestem aniołem!”

Bywa pani taką jędzą, jak bohaterka pani nowej książki?

Ja jestem aniołem! Córka była kiedyś świadkiem mojej rozmowy telefonicznej z podwładnym z produkcji serialu. Powiedział, że coś przede mną ukrył ze strachu. Skończyłam rozmowę i mówię do niej: „Dlaczego oni się mnie tak boją?! Przecież ja jestem aniołem!”. A ona na to: „Oczywiście, ale tylko ja to wiem”. To teraz jest was dwie. A mówiąc poważnie, wydaje mi się, że łagodnieję z wiekiem. W książce zawsze lepiej być dla siebie zbyt niesprawiedliwym niż za bardzo pobłażliwym. Poza tym lubię autoironię, uważam, że to narzędzie, które jest w życiu bardzo pomocne. Nie można siebie traktować zbyt poważnie, zwłaszcza kiedy odnosi się w życiu sukcesy. Lepiej przekłuć balonik, niż pozwolić, żeby inni pompowali go ponad miarę.

Od lat jest pani królową polskich seriali, a władza absolutna psuje, łatwo z władcy stać się tyranem…

Niby tak, ale dla mnie władza to odpowiedzialność, a nie chęć tyranizowania czy poniżania podwładnych. Z drugiej strony potrzebne jest zdecydowane działanie, czasem trzeba kogoś ukarać albo zwolnić z pracy. Nie da się tego uniknąć. Nie będę udawała, że jestem dobra dla wszystkich i wszystkich kocham, że nigdy na nikogo nie nakrzyczałam, nikogo nie ukarałam. Ale karanie, zwalnianie ludzi nie przychodzi mi łatwo.

A uśmiercanie postaci?

Tylko wtedy, kiedy grają je aktorzy, których lubię. Olaf Lubaszenko odchodził z „Barw szczęścia” na własne życzenie, ale poprosił, żeby nie wysyłać go w scenariuszu na stypendium ani do sanatorium, bo wolałby umrzeć. A ponieważ wszyscy bardzo go lubimy, urządziliśmy mu piękną śmierć. Umarł jak bohater. Gorzej, jeśli mnie jakiś aktor wkurzy, jest nielojalny, łamie zasady współpracy, wtedy…

…ginie w męczarniach.

W każdym razie mało efektownie! Ale zdarza się też tak, że popełnimy błąd obsadowy i potem latami męczymy się z jakimś aktorem…

Pani bohaterka w „Idealnej rodzinie” ma dość radykalne zdanie na temat aktorów i dziennikarzy.

I na pewno jest w tym sporo ze mnie. Ale to dotyczy słabych aktorów i pseudo-dziennikarzy. A tych jest coraz więcej. Niewiedza i brak przygotowania do rozmowy doprowadzają mnie do szału. I te ich głupie pytania.

Książka zaczyna się od rozmowy z dziennikarką, która pyta, z którą ze stworzonych przez siebie postaci najchętniej by się pani zaprzyjaźniła.

Naprawdę je usłyszałam!

Ale czy to jest takie głupie pytanie? Przecież jak tworzy pani postaci, to jedne lubi pani bardziej, a drugie mniej?

Nie.

Serial to twórczość czy rzemiosło?

Scenariusz serialu to bardzo zrutynizowana forma podlegająca wielu ograniczeniom. Przynajmniej takich seriali, jakie dotąd pisałam. To nie jest twórczość, tylko rzemiosło. Sukces polega na pilnowaniu dobrych proporcji między postaciami pozytywnymi i negatywnymi, budowaniu odpowiednich napięć między nimi.

Ale z drugiej strony zawsze powtarzam moim autorom, że w momencie, kiedy pisze się scenariusz, trzeba wierzyć, że te postaci istnieją, mają swoją historię, żyją, coś się z nimi dzieje między odcinkami. Tylko wtedy scenariusz jest wiarygodny. Ja tak piszę. Ale jak już napiszę i zamknę laptop, to ten świat przestaje dla mnie istnieć.

Z książkami jest podobnie?

Nie, pisanie książek to moja osobista wypowiedź. Wkładam w nią więcej serca.

Anna Sobańska, bohaterka „Idealnej rodziny”, scenarzystka ulubionego serialu Polaków, bez reszty zajęta jest karierą. Zaniedbuje rodzinę, współpracownicy jej nienawidzą. Ale dochodzi w życiu do punktu, w którym musi się zmienić. Przeszła pani w życiu podobne przewartościowanie?

Może nie byłam aż tak nastawiona na robienie kariery, nie wierzyłam tak mocno jak ona, że liczy się tylko cel i mniejsza o środki, ale zdarzyło mi się zatracić się w pracy, zapominać o rodzinie i przyjaciołach, pracować po 18 godzin na dobę. To przypadło na moment, kiedy moja córka studiowała już w Łodzi, ale odpowiedź: „Nie mam czasu z tobą rozmawiać” zdarzała mi się zbyt często i z dzisiejszej perspektywy widzę, jakie to było niezdrowe, wyniszczające.

„Pisanie było dla mnie koszmarem”

Co się takiego stało, że uznała pani, że czas na zmianę?

W tamtym czasie byłam kierownikiem literackim i współproducentem serialu. Pracowałam jednocześnie nad odcinkami, które dzieli kilka tygodni emisji, organizowałam pracę nad odcinkami, które właśnie są kręcone i nadzorowałam montaż tych, które już powstały. Na raz. Doszłam do momentu, kiedy pisałam i poprawiałam odcinki seriali w zasadzie automatycznie i czułam, że zwariuję, jeśli będę to wszystko równolegle ciągnąć. Przestałam lubić swoją pracę, pisanie było dla mnie koszmarem. Jako autor czułam się martwa. Któregoś dnia mąż zastał mnie w szlafroku, z mokrą głową – bo wyszłam spod prysznica – siedzącą przy biurku, kurczowo trzymającą się jego brzegu i płaczącą. Jedyne, co byłam w stanie z siebie wykrztusić, to to, że nie pójdę do firmy, że już nie chcę, po prostu nie ma mowy. Wtedy zrozumiałam, że przekroczyłam swoją granicę i muszę coś zmienić.

I do dziś zrzeka się pani powoli władzy.

Tak. Nie wylądowałam na szczęście w szpitalu psychiatrycznym, jak moja bohaterka, ale czułam, że było blisko. Dałam sobie wtedy czas, żeby stopniowo zrzucić z siebie część obowiązków. I oddałam wtedy „Barwy szczęścia”.

Ciężko jest odciąć taką pępowinę?

Czułam, że po prostu nie mam wyboru. Ale to nigdy nie było dla mnie problemem. Jestem osobą odpowiedzialną, więc nie zostawiłam żadnego z moich seriali w sytuacji, w której byłby zagrożony, wręcz przeciwnie, zawsze zostawiałam je w dobrej kondycji.

I nie martwi się pani losem tych swoich porzuconych dzieci?

Martwię, w związku z tym na wszelki wypadek nie sprawdzam, co u nich słychać. Nie można całe życie robić tego samego. Nawet szewc nie robi całe życie tylko jednego modelu butów, tym zajmują się fabryki. A rzemiosło wymaga wyzwań. Gdybym do dziś tłukła „M jak miłość”, to z pewnością nie wiedziałabym, co robić z pieniędzmi. Ale nie mam dużych potrzeb, nie kręci mnie pławienie się w luksusach.

Nie oddaliła się pani za mocno od świata bohaterów seriali, które pani pisze? I ich widzów?

Uważam, że nie. Jestem ciągle blisko normalnego życia. Owszem, mój status materialny się zmienił, ale nie wykorzystuję tego na co dzień. Nie jestem kutwą, ale jak lecę za granicę, to w pierwszej kolejności sprawdzam połączenia w tanich liniach. I z reguły takimi podróżuję.

Nigdy nie leciałam biznesem. Mieszkam w niedrogich trzygwiazdkowych hotelach, bo cały dzień spędzam na zwiedzaniu, więc nie widzę powodu, żeby wydawać więcej na pokój, w którym w zasadzie wyłącznie śpię. Nigdy nie kupiłam niczego w Vitkacu ani innym luksusowym domu towarowym, nie szyję niczego u modnych projektantek i nie przepadam na galami. A chwalenie się fotkami z imprez, drogich hoteli czy restauracji w mediach społecznościowych uważam za bezgranicznie głupie.

A praca znów panią cieszy?

Tak, chociaż już nie tak jak kiedyś. Mam 66 lat, jestem w wieku, w którym większość kobiet w naszym kraju zajmuje się co najwyżej niańczeniem wnuków.

To co panią teraz najbardziej cieszy w życiu?

Mój pies, terier rosyjski Irmo, którego nazywam czasem panem Łepkowskim. Jestem szczęśliwa, że mimo podeszłego wieku, bo właśnie skończył 13 lat, wciąż jeszcze jest ze mną… Wzruszyłam się niesamowicie, jak przeczytałam, że po śmierci swojego ostatniego corgi królowa brytyjska powiedziała, że już nie będzie miała psów, bo zdaje sobie sprawę z tego, że musiałyby przeżyć jej odejście. I tu pojawia się druga radość mojego życia: zwiedzanie angielskich ogrodów. To wspólna pasja moja i mojego partnera. Dwa lata temu byliśmy w Sandringham House, wiejskiej rezydencji rodziny królewskiej, gdzie zawsze spędzają Boże Narodzenie. W murze okalającym ogród wmurowane są tablice pamiątkowe wszystkich psów królewskich. W tym roku zamierzamy zwiedzić ogrody na pograniczu Szkocji i Anglii.

Wasz ogród wzorowany jest na angielskich?

Daleko mu do ideału, ale staramy się. Mamy też przepiękny warzywnik i szklarnię. Co roku pojawia się w nich coś nowego – dosadzamy, dosiewamy, wprowadzamy nowe warzywa.

Więcej warzyw i mniej obowiązków w pracy?

Byłoby idealnie!

Rozmowa z Iloną Łepkowską ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Julia Garner jako June w filmie „Asystentka” / ©2020 Galapagos Films

Oglądam „Asystentkę” i drżą mi ręce. To mogłaby być każda z nas. 

Blisko połowa pracowników w Polsce padła ofiarą mobbingu. Ja też przeżyłam ten koszmar. O tym, czego doświadcza mobbingowana osoba, przejmująco opowiada film „Asystentka”.
Anna Zaleska
12.05.2020

Byłam mobbingowana. To wydarzyło się wiele lat temu, gdy jeszcze jako dosyć młoda osoba awansowałam na stanowisko zastępcy szefowej. Nie zdążyłam się jednak tym sukcesem nacieszyć. Wkrótce moja szefowa odeszła, a na jej miejsce przyszła Pani X. Niesamowite było widzieć, jak z dnia na dzień pod jej rządami zmienia się kultura firmy. Do dobrze funkcjonującej organizacji Pani X zaczęła wprowadzać własne zasady. Miejsce, gdzie panowała przyjazna i kreatywna atmosfera, w krótkim czasie zdominowały strach, paraliż i nieufność. Żebyście wiedzieli, co o sobie mówicie nawzajem Każdy dzień zaczynał się od zebrania, na którym Pani X wodząc wokół wzrokiem, z ironicznym uśmiechem mówiła: „Tacy niby jesteście zgrani? Żebyście wiedzieli, co mówicie o sobie nawzajem, gdy przychodzicie do mojego gabinetu”. Stopniowo coraz mniej sobie ufaliśmy. Bo może ona mówi prawdę? Może rzeczywiście inni chodzą tam i donoszą? Osoby najlepsze i najbardziej doświadczone zostały przesunięte do mało istotnych zadań, które mógłby wykonać stażysta. Początkujący nagle awansowali, stając się dla szefowej armią lojalnych popleczników i informatorów, świadomych jednak, że ich korzystna sytuacja w każdej chwili może się odmienić, bo Pani X miała zmienne nastroje. W biurze co chwila czuć było zapach waleriany, nerwowo wietrzonej przez otwarte okna, bo skoro szefowa potrafiła się wściec za słoik miodu na biurku („Co to za zupa!!! To jest eleganckie biuro! Nie przynosić mi tu takich rzeczy!”), zapach waleriany na pewno by jej się nie spodobał. U nas miało pachnieć Chanel. Nie mam szczególnie wojowniczej natury, ale próbowałam bronić siebie i innych, ewidentnie mobbingowanych kolegów. Sądziłam, że jako zastępca szefowej mam coś do powiedzenia.  I wtedy cała jej uwaga...

Czytaj dalej
Anna Król i Paulina Wilk, Big Book Festival
mat. prasowe

Anna Król i Paulina Wilk, twórczynie Big Book Festival mówią: „Składamy się z liter” 

O książkach, czytaniu i festiwalu, który… miał się nie udać, opowiadają Anna Król i Paulina Wilk, pomysłodawczynie Big Book Festival, który już od 8 lat gości na kulturalnej mapie Warszawy.
Sylwia Niemczyk
11.05.2020

Rozmawiamy przez Skype’a w samym środku kwarantanny. Od kilku tygodni żadna z nas trzech nie wyszła z domu dalej niż na spacer z psem. W takim zamknięciu jeszcze wyraźniej widać, ile dają nam książki: są przyjaciółmi, bliskimi, czasem nawet najbliższymi, towarzyszami. Właśnie takie myślenie o książkach i czytaniu doprowadziło do powstania Big Book Festival, największego warszawskiego festiwalu książkowego – i jednej z najlepszych imprez roku! Pamiętacie pierwszą edycję Big Book Festivalu? Ania: To był 2013 rok, w lutym dowiedziałyśmy się, że dostałyśmy miejską dotację, a to był ostatni moment, bo już powoli traciłyśmy nadzieję, że uda się kogokolwiek przekonać do naszego marzenia. Wcześniej przez dwa lata chodziłyśmy po urzędach i sponsorach.  Paulina: Wiedziałyśmy, że teraz albo nigdy. Jak o tym dziś myślę, to widzę, że porwałyśmy się z motyką na słońce, to absolutnie nie miało prawa się udać. Sto procent brawury, ale okazało się, że ta nasza motyka miała odrzutową siłę.  Ania: Udało się i tamten pierwszy Big Book Festival przyniósł nam wiele radości, ale nie chciałabym przechodzić drugi raz przez tamten czas. Te cztery miesiące, podczas których musiałyśmy postawić festiwal od zupełnego zera, to była bardzo ciężka praca, dużo nerwów, cały czas nie zgadzał nam się budżet, zresztą nie zgodził się do końca i pamiętam, że mniej więcej 20 proc. kosztów pokryłam z moich oszczędności, ostatnich, jakie miałam w życiu! To było działanie na pograniczu partyzantki. Ale jednocześnie tamtemu festiwalowi towarzyszył ogromny entuzjazm, poczucie wspólnoty i przekonanie, że zaczynamy coś wielkiego. Zastanawiacie się, jak to się stało, że jednak wam się udało?  Ania: Ja z tamtego czasu najbardziej pamiętam to, że robiłyśmy wszystko:...

Czytaj dalej