Ida Nowakowska o rodzicach: „Czuję, że tata wciąż ma mnie na oku”
Iga Maćkiewicz

Ida Nowakowska o rodzicach: „Czuję, że tata wciąż ma mnie na oku”

Jurorka „Dance, dance, dance” jest córką słynnego pisarza, Marka Nowakowskiego. „Kiedy umarł, to był dla mnie koniec świata” – mówi.
Marzena Rogalska
05.09.2019

Ida Nowakowska jest znakomitą, świetnie wykształconą tancerką, udowodniła swoją wiedzę też jako jurorka w show „Dance, dance dance”, a teraz potwierdza swój talent jako prowadząca „Pytanie na śniadanie”. Ale w „Urodzie Życia” Ida Nowakowska opowiada Marzenie Rogalskiej przede wszystkim o relacji z ojcemMarkiem Nowakowskim, nieżyjącym już wybitnym pisarzem, opozycjonistą z czasów PRL, legendą. Posłuchajcie jej opowieści:

Najwcześniejsze dzieciństwo
Mama urodziła mnie, kiedy była dojrzałą kobietą. Mieszkała w USA, gdzie odniosła sukces – pracowała dla „New York Timesa”, robiła grafiki dla największych firm amerykańskich, studiowała reżyserię i miała praktyki w CNBC TV. Rodzice spotkali się w Paryżu i zakochali. Tata przyjeżdżał do Nowego Jorku. Kiedy skończył się komunizm, tata przywiózł mamę do Polski. Wychowywałam się w Ameryce, Paryżu i Polsce. 

Od początku rodzice wszędzie mnie ze sobą zabierali, nosili mnie w koszyku czy torbie, gdzie tylko się dało, na wystawy, do opery. Mama obserwowała uważnie, co mi się podoba, a potem pozwalała mi się rozwijać w tych kierunkach. Uczyłam się gry na pianinie, gimnastyki artystycznej, jeździłam na łyżwach, nartach, ale moją pasją stał się taniec. Mama dbała o to, żebym była pewna siebie i odważna, ale robiła to niezwykle mądrze. Potrafiła mnie krytykować bez piętnowania, uczyła wiary w siebie, ale też, żeby ta wiara była pokorna. Ja w ogóle wychowałam się w wierzącym domu, za co jestem wdzięczna moim rodzicom. Wychowano mnie w wierze, że jest coś większego niż my, że trzeba zawsze ciężko pracować, ale też zachować dystans. 

Moje dzieciństwo to także Paryż, do którego chętnie zabierała mnie mama, mieszkał tam i tworzył mój wujek, słynny malarz Jan Lebenstein. Był wybitną postacią i moja mama jako młoda osoba zainspirowała się jego twórczością. Wynajęli razem samochód i przejechali całe Stany Zjednoczone, z ich podróży jest wiele rysunków. Potem mama zrobiła o wujku film. Wujek niezwykle sobie cenił słowo, przyjaźnił się z wieloma pisarzami: Miłoszem, Herlingiem-Grudzińskim, Herbertem... i wreszcie bardzo przyjaźnił się z moim tatą. I ja – mała dziewczynka pomiędzy tymi wielkimi postaciami. Jak taki mały szary gołąbek pomiędzy kolorowymi ptakami, który chciałby wznieść się tak samo wysoko w górę i zobaczyć to, na co oni patrzą. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Tata, Marek Nowakowski 

Tata nauczył mnie miłości do słowa. Myślałam, że każdy tyle czyta, co on. Pamiętam, jak odbierał mnie z przedszkola czy ze szkoły, a potem szliśmy na Koszykową do księgarni i tata mówił: „Wybierz sobie coś”. To było super! Chodziliśmy też razem na kawę, byłam wtedy mała i bardzo lubiłam, kiedy siadaliśmy przy stoliku, a on mi coś czytał. Od początku traktował mnie poważnie. Był starszym ojcem, nie miał dzieci przede mną i pewnie nie planował potomstwa. Dopiero, jak zobaczył moją mamę i się w niej zakochał, to był pewien, że właśnie z nią chce mieć rodzinę. Wcześniej jego rodziną i jego dziećmi były książki. 

Tata cały czas czytał i pisał. Nie dość, że pisał, to jeszcze czytał mi swoje opowiadania i pytał o opinię. Mnie, małą dziewczynkę, pytał, co o tym myślę! I co ciekawe, naprawdę słuchał, co mam na ten temat do powiedzenia. 

Rodzice tłumaczyli mi, co to są wartości. Mój tata w czasach komunizmu siedział w więzieniu, walczył o wyższe wartości, tak samo walczyła o nie mama. Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale moi rodzice tyle mówili o komunie i walce o wolność, że mam wrażenie, jakbym dorastała w tamtych czasach, chociaż urodziłam się w 1990 roku, tuż po żelaznej kurtynie. Jestem dzieckiem wolności, czuję się jednak trochę starodawna i mam przekonanie, że skoro rodzice wywalczyli mi tę wolność, to powinnam z niej korzystać w piękny sposób i też o coś walczyć. Tego mi brakuje, może jest to w ogóle problem naszego pokolenia. Mamy wszystko, więc wydaje się, że nie ma czego zdobywać. 

Moje pojawienie się na świecie bardzo odmłodziło tatę, lubiłam w nim to, jaki był nowoczesny. Bardzo często odbierał mnie ze szkoły baletowej i zapraszał razem z koleżankami na obiad, opowiadał różne historie, pytał nas o wiele rzeczy, bo był ciekawy, co jest ważne dla młodego pokolenia. 

Po skończeniu liceum, kiedy bywałam już w nocnych klubach, zawsze był ciekawy, gdzie się teraz chodzi, o czym się rozmawia i co się pije. W opowiadaniu „Książę nocy” pisze o starej Warszawie, gdzie się kiedyś bywało i co się robiło, na przykład o barze Piotruś na Nowym Świecie, w którym często przesiadywał. Ale to nie było miejsce dla mnie, bo tam chodziło się głównie po to, żeby się napić. Natomiast nigdy nie byłam świadkiem tego, że tata chodzi gdzieś po nocach. Jak pojawiłam się na świecie, tata zaczął nowe życie, po prostu stał się ojcem, zresztą zdążył się wyszaleć, bo jak się urodziłam, miał 55 lat. 

Mało kłóciłam się z rodzicami i mało się przeciwko nim buntowałam. Nie miałam na to czasu, byłam naprawdę zapracowanym dzieckiem, a oni dawali mi równowagę. Książki, które podrzucał mi tata, dawały też odskocznię. Zaraził mnie miłością do literatury amerykańskiej: Steinback, Orwell... Z kolei mama podsuwała mi kieszonkowe wydania pięknych poezji i dzięki niej znam np. poezje księdza Twardowskiego. Tak mocno podziałała na mnie ta krótka forma, że sama zaczęłam pisać wiersze i nawet miałam odwagę pokazywać je tacie. Jego to cieszyło, dawał mi uwagi: „To za długo, to bym skrócił”, „A gdybyś to ujęła jednym słowem?”. Bo tata lubił wszystko skracać. I nawet jeśli mu się do końca ta moja poezja nie podobała, to i tak zawsze mówił: „Dobrze, pisz dalej”. 

Czasami pomagał mi pisać wypracowania do szkoły, a kiedyś napisał za mnie. Długo nie chciał dać się namówić, ale w końcu przekonałam go. Pani od polskiego uwielbiała mojego tatę, bardzo ceniła jego twórczość, zapraszała go na spotkania z uczniami, więc w szkole miałam z polskiego chody. Ale to wypracowanie dostało trójkę, co mocno mnie zdziwiło, nawet zapytałam, dlaczego dostałam trójkę. A pani na to: „Bo te zdania jakieś takie krótkie i nieskładne”. Wracam do domu i mówię: „Tata, zobacz, co dostałeś z wypracowania”, a on taki zadowolony pyta: „No co dostałem?”. „Trójkę – odpowiadam – obniżyłeś mi średnią, do tej pory miałam same piątki i szóstki, za słabo rozwinięte zdania były w tym wypracowaniu!” 

Jak tata umarł, to dla mnie był koniec świata. To się stało w 2014 roku, tuż przed moim dyplomem na studiach w Stanach. Mnie się wtedy zawaliło wszystko, łącznie z wiarą w Boga. 

Teraz czytam na nowo wywiady z tatą, czytam i słyszę jego głos. Jestem wdzięczna, że mam takie pamiątki po nim, że mogę wrócić do jego rozmów i poznawać go na nowo. Dojrzałam, więc pewne rzeczy, które pisał, mogę zrozumieć dopiero teraz. Mogę kontynuować naszą więź przez czytanie tego, co zostawił. Zawsze mówił, że zależy mu na tłumaczeniach jego książek – teraz to moje zadanie, moja misja, żeby przetłumaczyć je na angielski. Poza tym chciałabym, żeby mój mąż mógł przeczytać wszystkie książki mojego taty. 

Tak bardzo marzyłam, żeby tata odprowadził mnie do ołtarza... Mój mąż, Jack, tylko raz z moim tatą rozmawiał przez Skype’a. Żałuję, że nie mogli poznać się lepiej. Żałuję tych wszystkich rozmów, których nie odbyli. Długo nie umiałam sobie poradzić ze stratą, ale w którymś momencie dotarło do mnie, że ta pustka nigdy nie będzie zapełniona i że muszę zbudować nowe życie. Wiem, że mój tato nie chciałby, żebym rozpaczała. Życzyłby sobie, żebym dalej szła i robiła rzeczy, z których może być dumny.

Dużo chodzę po Warszawie. Dokładnie tak samo miał mój tata, lubił chodzić po mieście. Pamiętam, że czasami wyławiałam z tłumu ten jego charakterystyczny kaszkiet. Zresztą miałam taki nawyk, że go wypatrywałam. Bo on bronił się przed telefonem komórkowym. Nie można się było do niego dodzwonić, więc jak go zauważałam na ulicy, to biegłam z radością i krzyczałam: „Tato, tato!”. „To co robisz – pytał – może pójdziemy na kawę?” Przysiadaliśmy gdzieś, rozmawialiśmy. Czasem się zdarzało, że coś mu opowiadałam, a on nagle mówił: „Czekaj”, po czym brał serwetkę ze stołu, coś na niej zapisywał i chował do kieszeni marynarki. A ja zaciekawiona pytałam: „Co tam zapisałeś?”. Brakuje mi bardzo tych naszych spontanicznych spotkań, Warszawa jest dla mnie pusta, odkąd nie ma mojego taty. 

Mama – każda chwila z nią jest bezcenna

Teraz jestem jeszcze bliżej z mamą. Nie mam już taty i czuję, że każda chwila z mamą jest bezcenna. Niczego się nie boję, bo wierzę w życie w niebie, ale boję się, że nie będę w stanie przeżyć śmierci mamy. Mimo że mam męża, który jest moim najlepszym przyjacielem, to myślę, że mama jest jedyną osobą na tym świecie, która skoczyłaby za mną w ogień. Czasem siedzę w domu i dopada mnie lęk – i piszę natychmiast do mamy, czy wszystko OK, że jak coś jej się stanie, to ja wtedy umrę, nie przeżyję tego. A mama na to zawsze odpowiada tak samo: „Iduniu, dlaczego się boisz, jesteś przedłużeniem mojego życia, więc chcę, żebyś dalej żyła i była szczęśliwa. Wiedz, że zawsze będę czuwać przy tobie, ja się nie boję, że gdzieś odejdę, jeśli odejdę, to w lepsze miejsce”. 

Mama jest dla mnie wielką inspiracją do bycia w przyszłości dobrą mamą. Jak będę miała kiedyś dzieci, to chcę być dla nich tak dobra, jak moja mama dla mnie. I chciałabym mieć dzieci, póki mama jest jeszcze aktywna, żeby je trochę powychowywała, żeby im tę swoją magię przekazała. Podziwiam w niej umiejętność przebaczania. Niedawno odbierała mnie na lotnisku, jak wracałam z Bangkoku, byłam poirytowana, zmęczona podróżą. Mama coś mi opowiadała, a ja byłam dla niej po prostu niemiła. Poczułam się okropnie głupio, zadzwoniłam do niej: „Mamo, przepraszam, nie zasługujesz na taką córkę, jaką byłam dzisiaj”. A mama: „To, że mi to mówisz, oznacza, że wychowałam dobrą córkę, każdy ma takie chwile, ale to, że zdałaś sobie z tego sprawę i to powiedziałaś, jest dla mnie najważniejsze, więc ci wybaczam i już o tym nie rozmawiajmy”. Taka właśnie jest moja mama. 

Słowo „kocham” słyszałam od mamy bardzo często. Dużo mnie też przytulała. Do dzisiaj mamy takie hasło „family hug”, które wypowiedziane z ust kogokolwiek z rodziny powoduje, że w trakcie kłótni musisz się zatrzymać i natychmiast przytulić do drugiej osoby. Musisz to zrobić, choćbyś była nie wiem jak wściekła i zła. Tato nie był zbyt wylewny w okazywaniu uczuć, ale pamiętam, że przynosił mamie kwiaty, strasznie ją kochał i adorował, a jednocześnie trochę się wstydził takich romantycznych gestów. Był bardzo męski, taki dżentelmen w starym stylu. Nieśmiało uczył się czułych gestów, gestów mamy, która nie bała się okazywać uczuć. Czasem wychodziło to trochę niezgrabnie, ale ja to doceniałam i rozumiałam. Często mnie przytulał i mówił, że jest ze mnie dumny, a jak go pytałam: „Kochasz mnie?”, odpowiadał: „No”. „To powiedz to”, a tata: „Tak!”. To ja znowu: „Tata, no to powiedz to!”. I on wtedy mówił: „Kocham cię. Bardzo”. Wiem, że tata nie rzucał takich słów na wiatr i wiem, że to była zasługa mojej mamy, bo to ona uruchamiała w nim pokłady takiej czułości. Pokazała mu, że to także jest męskie. 

W maju minęła piąta rocznica śmierci mojego taty. Czuję, że wciąż ma mnie na oku i wierzę w jego opiekę. Pan Bóg mocno nas doświadczył, ponieważ w krótkim czasie zmarł tata, zaraz potem brat i siostra mojej mamy. Może chciał nas sprawdzić, nie wiem... Ale dałyśmy radę i myślę sobie o tym w taki sposób, że budujemy armię tam, na górze, a ta armia jest silniejsza i może więcej niż my tutaj. Tak sobie kombinuję w mojej szalonej wyobraźni, że oni wszyscy się tam spotkali i że sobie coś tam planują. Czasami modlę się do nich tak konkretnie: „Kochani, pewnie macie tam dobry czas, ale proszę, pomóżcie mi, potrzebuję waszego wsparcia”. I naprawdę wierzę w to, że oni wszyscy mi tam pomagają. Oczywiście z tatą na czele.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 7/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Maria Dębska o Kalinie Jędrusik
Zuzanna Szamocka

Maria Dębska o aktorstwie i… pracy z mamą:  „Gdy słyszę: »Tobie jest łatwiej«, to chce mi się śmiać”

Niedługo wcieli się w wampa. Zagra Kalinę. Tę Kalinę.
Sylwia Niemczyk
10.08.2019

Maria Dębska już na nikogo „nie wyrasta” – ona już JEST jedną z największych aktorek młodego pokolenia. Po przejmującej roli Magdy w „Zabawa zabawa” wkrótce zobaczymy ją w kolejnych kinowych filmach: „Piłsudskim”, gdzie u boku Borysa Szyca w roli Józefa Piłsudskiego zagra jego partnerkę, Aleksandrę Szczerbińską, oraz filmie o Kalinie Jędrusik, w którym wcieli się w samą tytułową bohaterkę. A najciekawsze jest  to, że na początku wcale nie planowała zostać aktorką! W „Urodzie Życia” opowiada o pożegnaniu z pierwszą pasją i o tym, czego musiała się nauczyć, gdy zdecydowała się na aktorstwo.  Wika Kwiatkowska, „Uroda Życia”: Zagrałaś niedawno w „Zabawa zabawa”: filmie swojej mamy, Kingi Dębskiej. Spotkałaś się z opinią, że miałaś ułatwiony start? Maria Dębska: Kiedy ktoś mówi: „Tobie jest łatwiej”, to mi się śmiać chce. Bo nie jest łatwiej, tylko inaczej, często trudniej. Jako reżyser piekielnie dużo ode mnie wymaga. Przez całe zdjęcia do filmu „Zabawa zabawa” przekleństwem było dla mnie to, że ona mnie tak dobrze zna. Myślę, że nasza relacja jest intensywna i bywamy dla siebie bezwzględne. Kiedy tylko weszłyśmy na plan, jako pierwszą kręciliśmy scenę gwałtu. Wszyscy pukali się w czoło. Nie było to łatwe ani dla mnie, ani dla niej. Ale nie odpuściła? Odpuszczanie nie jest w jej stylu. Chyba wiedziała, że sobie poradzę. A ja skupiam się na swojej pracy, czy to z mamą, czy bez. Nie chce mi się nikomu niczego udowadniać. Było ostro, ale ja to lubię. To był mocny projekt. Zrobiłyśmy wspólnie film, a teraz jest czas na to, żeby każda robiła swoje. Zobaczymy cię w rolach dwóch niezwykłych kobiet: seksbomby Kaliny Jędrusik i bojowniczki o niepodległość Aleksandry Szczerbińskiej...

Czytaj dalej
Wilderness therapy
Unsplash

Wilderness therapy: kontakt z naturą to ratunek dla naszych emocji!

Leśna głusza leczy naszą duszę – mówi psychoterapeutka, Jo Roberts. Co to jest wilderness therapy i dlaczego kontakt z naturą to dzisiaj najlepsza rzecz, jaką możemy zrobić same dla siebie.
Anna Maziuk
05.04.2019

Czasem wystarczy spojrzeć na rzekę i dostrzec w niej metaforę życia: pokręconego i zmiennego, żeby trochę lepiej zrozumieć jego sens”. O wartościach przebywania na łonie dzikiej natury i leczeniu duszy poprzez głuszę i las – mówi antropolożka i psychoterapeutka, specjalistka wilderness therapy Jo Roberts w rozmowie z Anną Maziuk.  Anna Maziuk, „Uroda Życia” Na czym opiera się metoda pracy wilderness therapy, czyli terapii poprzez dziką przyrodę? Jo Roberts:  Od zarania dziejów jesteśmy częścią natury, ona dawała nam schronienie, jedzenie, ale jednocześnie stawiała wyzwania. W naszej WT [wilderness therapy – red.] właśnie o to wyzwanie chodzi. Kiedy jesteśmy wśród dzikiej przyrody, wychodzimy poza naszą strefę komfortu. Musimy się dostosować do warunków pogodowych i klimatycznych, wymyślić, w jaki sposób odtworzyć nasze jaskinie. Takie doświadczenia sprawiają, że uczestnicy tych wypraw, już po powrocie do domu, są bardziej pewni siebie i lepiej radzą sobie z  nieprzewidywalnymi zdarzeniami. Ale dobrze jest też po prostu poprzebywać w ciszy, przemyśleć pewne sprawy w spokoju, bez elektroniki, telefonów, zbędnego hałasu. Patrzenie na kołyszące się na wietrze gałęzie, wschód słońca czy panoramę gór to zupełnie inne doświadczenie niż wpatrywanie się w  ekran komputera. W zderzeniu z takim pięknem uczymy się pokory, dociera też do nas, że jesteśmy tylko jednym z milionów innych gatunków. To kojąca świadomość, gdyż zwykle myślimy o sobie jako o gatunku wyjątkowym, będącym na mecie ścieżki ewolucyjnej, a to bardzo samotne miejsce. Na Szetlandach pacjentom cierpiącym na choroby przewlekłe lekarze oficjalnie przepisują „naturę”: długie spacery, podglądanie ptaków, zbieranie kwiatów. Bo przebywanie wśród...

Czytaj dalej
Seks a nastolatki
getty images

Agnieszka Stein o współczesnym wychowaniu seksualnym dzieci: „Nie demonizujmy tematu”

Znana psycholog dziecięca rozwiewa mity
Sylwia Niemczyk
25.03.2019

Nie mamy żadnych przesłanek, żeby sądzić, że dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakieś negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości” – rozmowa z Agnieszką Stein.   Agnieszka Stein – psycholog,   prowadzi warsztaty dla  rodziców, doradza nauczycielom. Autorka książek m.in. „Dziecko z bliska” i wydanego ostatnio poradnika dla rodziców:  „Nowe wychowanie seksualne” (wyd. Mamania 2018).   Matka przyłapuje nastoletniego syna na masturbacji – powinna mu przerwać? Nic podobnego. Zastała syna w intymnej sytuacji i warto, żeby nie naruszała jego granic osobistych. To tak, jakby przeszkodziła komuś w uprawianiu seksu. Ja bym przeprosiła i wyszła. To jest pełnoprawny seks? A według pani pełnoprawny seks to tylko ten, który angażuje dwoje ludzi i prowadzi do związku? Seks przede wszystkim zaczynamy od relacji z  samym sobą. Książkę „Nowe wychowanie seksualne” napisałam między innymi po to, aby pokazać, że bez dobrego kontaktu ze sobą nie będziemy w stanie budować zdrowych relacji z  innymi. A masturbacja jest jak każda inna czynność właściwa ludziom: jemy, pijemy, uprawiamy sport, myjemy się, masturbujemy – to wszystko poznawanie siebie. Może dzieciom lepiej dawać za wzór historie romantyczne? I oszukiwać je? Seks nie zawsze idzie w  parze z miłością. Jeśli będziemy dzieciom opowiadać o tym, jak chcielibyśmy, żeby było, a ukrywać przed nimi prawdę, pozostaną bezradne wobec rzeczywistości i zapewne trudniej będą sobie radzić w życiu. Wie pani, że zakochanie jako główny powód małżeństwa ma bardzo krótką historię? Jakieś sto lat, mniej więcej. Warto o...

Czytaj dalej
Jedzenie i emocje
Rodney Smith

Zajadasz emocje? Nie ty jedna, objadanie się to epidemia naszych czasów

Nigdy jeszcze sformułowanie „Jesteś tym, co jesz” nie było równie na czasie. Jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją?
Aleksandra Więcka
04.02.2019

Kuchnia stała się nowym salonem, bazary ze zdrową żywnością – miejscem towarzyskich spotkań, a blogi kulinarne mają więcej odsłon niż serwisy informacyjne. Właściwy jadłospis wydaje się lekiem na wszystko – od raka po złamane serce. Chociaż coraz pilniej wyłapujemy kolejne niebezpieczne E ukryte w opakowaniach z jogurtem czy serem, to równocześnie zdajemy się wierzyć, że lodówka jest naszą najlepszą przyjaciółką. Tymczasem co trzecia Polka ma nadwagę, a co druga chciałaby schudnąć. Dlaczego jedzenie przestało po prostu zaspokajać głód i stało się naszą nagrodą, pocieszeniem, lekiem i obsesją? Zajadanie emocji to epidemia naszych czasów Z jednej strony mamy jeść to, co najlepsze, i tym się rozkoszować. Z drugiej – nosić rozmiar zero. Nie możemy pójść na zakupy do supermarketu, bo jesteśmy straszeni, że masowe jedzenie to czysta chemia. – Z zaspokajaniem podstawowej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie, wiążą się dziś sprzeczne lub negatywne emocje – mówi psycholog i terapeutka zaburzeń odżywania Dorota Minta. Wygląda na to, że najlepiej by było, gdybyśmy mogły się najeść, patrząc na reklamy jedzenia. Albo jak w „Matriksie” wcinać wirtualne steki. Niestety, to wciąż niemożliwe, więc żyjemy w permanentnym napięciu między apetytem na życie i próbami jego poskromienia. Do tego większość sposobów, jakie w tym celu stosujemy, nie skutkuje. – Nasz stosunek do jedzenia niewiele ma wspólnego z racjonalnością – przekonuje Dorota Minta. – Wewnętrzny dialog „zjeść czy nie zjeść” odbywa się na poziomie naszych instynktów, lęków i nieuświadomionych przekonań. Kompulsywne jedzenie łagodzi stres, ale też go generuje Według Briana Wansinka, autora książki „Beztroskie jedzenie”, o...

Czytaj dalej