Ida Nowakowska o rodzicach: „Czuję, że tata wciąż ma mnie na oku”
Iga Maćkiewicz

Ida Nowakowska o rodzicach: „Czuję, że tata wciąż ma mnie na oku”

Jurorka „Dance, dance, dance” jest córką słynnego pisarza, Marka Nowakowskiego. „Kiedy umarł, to był dla mnie koniec świata” – mówi.
Marzena Rogalska
05.09.2019

Ida Nowakowska jest znakomitą, świetnie wykształconą tancerką, udowodniła swoją wiedzę też jako jurorka w show „Dance, dance dance”, a teraz potwierdza swój talent jako prowadząca „Pytanie na śniadanie”. Ale w „Urodzie Życia” Ida Nowakowska opowiada Marzenie Rogalskiej przede wszystkim o relacji z ojcemMarkiem Nowakowskim, nieżyjącym już wybitnym pisarzem, opozycjonistą z czasów PRL, legendą. Posłuchajcie jej opowieści:

Najwcześniejsze dzieciństwo
Mama urodziła mnie, kiedy była dojrzałą kobietą. Mieszkała w USA, gdzie odniosła sukces – pracowała dla „New York Timesa”, robiła grafiki dla największych firm amerykańskich, studiowała reżyserię i miała praktyki w CNBC TV. Rodzice spotkali się w Paryżu i zakochali. Tata przyjeżdżał do Nowego Jorku. Kiedy skończył się komunizm, tata przywiózł mamę do Polski. Wychowywałam się w Ameryce, Paryżu i Polsce. 

Od początku rodzice wszędzie mnie ze sobą zabierali, nosili mnie w koszyku czy torbie, gdzie tylko się dało, na wystawy, do opery. Mama obserwowała uważnie, co mi się podoba, a potem pozwalała mi się rozwijać w tych kierunkach. Uczyłam się gry na pianinie, gimnastyki artystycznej, jeździłam na łyżwach, nartach, ale moją pasją stał się taniec. Mama dbała o to, żebym była pewna siebie i odważna, ale robiła to niezwykle mądrze. Potrafiła mnie krytykować bez piętnowania, uczyła wiary w siebie, ale też, żeby ta wiara była pokorna. Ja w ogóle wychowałam się w wierzącym domu, za co jestem wdzięczna moim rodzicom. Wychowano mnie w wierze, że jest coś większego niż my, że trzeba zawsze ciężko pracować, ale też zachować dystans. 

Moje dzieciństwo to także Paryż, do którego chętnie zabierała mnie mama, mieszkał tam i tworzył mój wujek, słynny malarz Jan Lebenstein. Był wybitną postacią i moja mama jako młoda osoba zainspirowała się jego twórczością. Wynajęli razem samochód i przejechali całe Stany Zjednoczone, z ich podróży jest wiele rysunków. Potem mama zrobiła o wujku film. Wujek niezwykle sobie cenił słowo, przyjaźnił się z wieloma pisarzami: Miłoszem, Herlingiem-Grudzińskim, Herbertem... i wreszcie bardzo przyjaźnił się z moim tatą. I ja – mała dziewczynka pomiędzy tymi wielkimi postaciami. Jak taki mały szary gołąbek pomiędzy kolorowymi ptakami, który chciałby wznieść się tak samo wysoko w górę i zobaczyć to, na co oni patrzą. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Tata, Marek Nowakowski 

Tata nauczył mnie miłości do słowa. Myślałam, że każdy tyle czyta, co on. Pamiętam, jak odbierał mnie z przedszkola czy ze szkoły, a potem szliśmy na Koszykową do księgarni i tata mówił: „Wybierz sobie coś”. To było super! Chodziliśmy też razem na kawę, byłam wtedy mała i bardzo lubiłam, kiedy siadaliśmy przy stoliku, a on mi coś czytał. Od początku traktował mnie poważnie. Był starszym ojcem, nie miał dzieci przede mną i pewnie nie planował potomstwa. Dopiero, jak zobaczył moją mamę i się w niej zakochał, to był pewien, że właśnie z nią chce mieć rodzinę. Wcześniej jego rodziną i jego dziećmi były książki. 

Tata cały czas czytał i pisał. Nie dość, że pisał, to jeszcze czytał mi swoje opowiadania i pytał o opinię. Mnie, małą dziewczynkę, pytał, co o tym myślę! I co ciekawe, naprawdę słuchał, co mam na ten temat do powiedzenia. 

Rodzice tłumaczyli mi, co to są wartości. Mój tata w czasach komunizmu siedział w więzieniu, walczył o wyższe wartości, tak samo walczyła o nie mama. Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale moi rodzice tyle mówili o komunie i walce o wolność, że mam wrażenie, jakbym dorastała w tamtych czasach, chociaż urodziłam się w 1990 roku, tuż po żelaznej kurtynie. Jestem dzieckiem wolności, czuję się jednak trochę starodawna i mam przekonanie, że skoro rodzice wywalczyli mi tę wolność, to powinnam z niej korzystać w piękny sposób i też o coś walczyć. Tego mi brakuje, może jest to w ogóle problem naszego pokolenia. Mamy wszystko, więc wydaje się, że nie ma czego zdobywać. 

Moje pojawienie się na świecie bardzo odmłodziło tatę, lubiłam w nim to, jaki był nowoczesny. Bardzo często odbierał mnie ze szkoły baletowej i zapraszał razem z koleżankami na obiad, opowiadał różne historie, pytał nas o wiele rzeczy, bo był ciekawy, co jest ważne dla młodego pokolenia. 

Po skończeniu liceum, kiedy bywałam już w nocnych klubach, zawsze był ciekawy, gdzie się teraz chodzi, o czym się rozmawia i co się pije. W opowiadaniu „Książę nocy” pisze o starej Warszawie, gdzie się kiedyś bywało i co się robiło, na przykład o barze Piotruś na Nowym Świecie, w którym często przesiadywał. Ale to nie było miejsce dla mnie, bo tam chodziło się głównie po to, żeby się napić. Natomiast nigdy nie byłam świadkiem tego, że tata chodzi gdzieś po nocach. Jak pojawiłam się na świecie, tata zaczął nowe życie, po prostu stał się ojcem, zresztą zdążył się wyszaleć, bo jak się urodziłam, miał 55 lat. 

Mało kłóciłam się z rodzicami i mało się przeciwko nim buntowałam. Nie miałam na to czasu, byłam naprawdę zapracowanym dzieckiem, a oni dawali mi równowagę. Książki, które podrzucał mi tata, dawały też odskocznię. Zaraził mnie miłością do literatury amerykańskiej: Steinback, Orwell... Z kolei mama podsuwała mi kieszonkowe wydania pięknych poezji i dzięki niej znam np. poezje księdza Twardowskiego. Tak mocno podziałała na mnie ta krótka forma, że sama zaczęłam pisać wiersze i nawet miałam odwagę pokazywać je tacie. Jego to cieszyło, dawał mi uwagi: „To za długo, to bym skrócił”, „A gdybyś to ujęła jednym słowem?”. Bo tata lubił wszystko skracać. I nawet jeśli mu się do końca ta moja poezja nie podobała, to i tak zawsze mówił: „Dobrze, pisz dalej”. 

Czasami pomagał mi pisać wypracowania do szkoły, a kiedyś napisał za mnie. Długo nie chciał dać się namówić, ale w końcu przekonałam go. Pani od polskiego uwielbiała mojego tatę, bardzo ceniła jego twórczość, zapraszała go na spotkania z uczniami, więc w szkole miałam z polskiego chody. Ale to wypracowanie dostało trójkę, co mocno mnie zdziwiło, nawet zapytałam, dlaczego dostałam trójkę. A pani na to: „Bo te zdania jakieś takie krótkie i nieskładne”. Wracam do domu i mówię: „Tata, zobacz, co dostałeś z wypracowania”, a on taki zadowolony pyta: „No co dostałem?”. „Trójkę – odpowiadam – obniżyłeś mi średnią, do tej pory miałam same piątki i szóstki, za słabo rozwinięte zdania były w tym wypracowaniu!” 

Jak tata umarł, to dla mnie był koniec świata. To się stało w 2014 roku, tuż przed moim dyplomem na studiach w Stanach. Mnie się wtedy zawaliło wszystko, łącznie z wiarą w Boga. 

Teraz czytam na nowo wywiady z tatą, czytam i słyszę jego głos. Jestem wdzięczna, że mam takie pamiątki po nim, że mogę wrócić do jego rozmów i poznawać go na nowo. Dojrzałam, więc pewne rzeczy, które pisał, mogę zrozumieć dopiero teraz. Mogę kontynuować naszą więź przez czytanie tego, co zostawił. Zawsze mówił, że zależy mu na tłumaczeniach jego książek – teraz to moje zadanie, moja misja, żeby przetłumaczyć je na angielski. Poza tym chciałabym, żeby mój mąż mógł przeczytać wszystkie książki mojego taty. 

Tak bardzo marzyłam, żeby tata odprowadził mnie do ołtarza... Mój mąż, Jack, tylko raz z moim tatą rozmawiał przez Skype’a. Żałuję, że nie mogli poznać się lepiej. Żałuję tych wszystkich rozmów, których nie odbyli. Długo nie umiałam sobie poradzić ze stratą, ale w którymś momencie dotarło do mnie, że ta pustka nigdy nie będzie zapełniona i że muszę zbudować nowe życie. Wiem, że mój tato nie chciałby, żebym rozpaczała. Życzyłby sobie, żebym dalej szła i robiła rzeczy, z których może być dumny.

Dużo chodzę po Warszawie. Dokładnie tak samo miał mój tata, lubił chodzić po mieście. Pamiętam, że czasami wyławiałam z tłumu ten jego charakterystyczny kaszkiet. Zresztą miałam taki nawyk, że go wypatrywałam. Bo on bronił się przed telefonem komórkowym. Nie można się było do niego dodzwonić, więc jak go zauważałam na ulicy, to biegłam z radością i krzyczałam: „Tato, tato!”. „To co robisz – pytał – może pójdziemy na kawę?” Przysiadaliśmy gdzieś, rozmawialiśmy. Czasem się zdarzało, że coś mu opowiadałam, a on nagle mówił: „Czekaj”, po czym brał serwetkę ze stołu, coś na niej zapisywał i chował do kieszeni marynarki. A ja zaciekawiona pytałam: „Co tam zapisałeś?”. Brakuje mi bardzo tych naszych spontanicznych spotkań, Warszawa jest dla mnie pusta, odkąd nie ma mojego taty. 

Mama – każda chwila z nią jest bezcenna

Teraz jestem jeszcze bliżej z mamą. Nie mam już taty i czuję, że każda chwila z mamą jest bezcenna. Niczego się nie boję, bo wierzę w życie w niebie, ale boję się, że nie będę w stanie przeżyć śmierci mamy. Mimo że mam męża, który jest moim najlepszym przyjacielem, to myślę, że mama jest jedyną osobą na tym świecie, która skoczyłaby za mną w ogień. Czasem siedzę w domu i dopada mnie lęk – i piszę natychmiast do mamy, czy wszystko OK, że jak coś jej się stanie, to ja wtedy umrę, nie przeżyję tego. A mama na to zawsze odpowiada tak samo: „Iduniu, dlaczego się boisz, jesteś przedłużeniem mojego życia, więc chcę, żebyś dalej żyła i była szczęśliwa. Wiedz, że zawsze będę czuwać przy tobie, ja się nie boję, że gdzieś odejdę, jeśli odejdę, to w lepsze miejsce”. 

Mama jest dla mnie wielką inspiracją do bycia w przyszłości dobrą mamą. Jak będę miała kiedyś dzieci, to chcę być dla nich tak dobra, jak moja mama dla mnie. I chciałabym mieć dzieci, póki mama jest jeszcze aktywna, żeby je trochę powychowywała, żeby im tę swoją magię przekazała. Podziwiam w niej umiejętność przebaczania. Niedawno odbierała mnie na lotnisku, jak wracałam z Bangkoku, byłam poirytowana, zmęczona podróżą. Mama coś mi opowiadała, a ja byłam dla niej po prostu niemiła. Poczułam się okropnie głupio, zadzwoniłam do niej: „Mamo, przepraszam, nie zasługujesz na taką córkę, jaką byłam dzisiaj”. A mama: „To, że mi to mówisz, oznacza, że wychowałam dobrą córkę, każdy ma takie chwile, ale to, że zdałaś sobie z tego sprawę i to powiedziałaś, jest dla mnie najważniejsze, więc ci wybaczam i już o tym nie rozmawiajmy”. Taka właśnie jest moja mama. 

Słowo „kocham” słyszałam od mamy bardzo często. Dużo mnie też przytulała. Do dzisiaj mamy takie hasło „family hug”, które wypowiedziane z ust kogokolwiek z rodziny powoduje, że w trakcie kłótni musisz się zatrzymać i natychmiast przytulić do drugiej osoby. Musisz to zrobić, choćbyś była nie wiem jak wściekła i zła. Tato nie był zbyt wylewny w okazywaniu uczuć, ale pamiętam, że przynosił mamie kwiaty, strasznie ją kochał i adorował, a jednocześnie trochę się wstydził takich romantycznych gestów. Był bardzo męski, taki dżentelmen w starym stylu. Nieśmiało uczył się czułych gestów, gestów mamy, która nie bała się okazywać uczuć. Czasem wychodziło to trochę niezgrabnie, ale ja to doceniałam i rozumiałam. Często mnie przytulał i mówił, że jest ze mnie dumny, a jak go pytałam: „Kochasz mnie?”, odpowiadał: „No”. „To powiedz to”, a tata: „Tak!”. To ja znowu: „Tata, no to powiedz to!”. I on wtedy mówił: „Kocham cię. Bardzo”. Wiem, że tata nie rzucał takich słów na wiatr i wiem, że to była zasługa mojej mamy, bo to ona uruchamiała w nim pokłady takiej czułości. Pokazała mu, że to także jest męskie. 

W maju minęła piąta rocznica śmierci mojego taty. Czuję, że wciąż ma mnie na oku i wierzę w jego opiekę. Pan Bóg mocno nas doświadczył, ponieważ w krótkim czasie zmarł tata, zaraz potem brat i siostra mojej mamy. Może chciał nas sprawdzić, nie wiem... Ale dałyśmy radę i myślę sobie o tym w taki sposób, że budujemy armię tam, na górze, a ta armia jest silniejsza i może więcej niż my tutaj. Tak sobie kombinuję w mojej szalonej wyobraźni, że oni wszyscy się tam spotkali i że sobie coś tam planują. Czasami modlę się do nich tak konkretnie: „Kochani, pewnie macie tam dobry czas, ale proszę, pomóżcie mi, potrzebuję waszego wsparcia”. I naprawdę wierzę w to, że oni wszyscy mi tam pomagają. Oczywiście z tatą na czele.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 7/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
sapieżanka
Fot. Adam Kozak

Pożegnanie z Afryką po polsku. Historia polskiej księżniczki Teresy Sapieżanki

„Rodzice nas uczyli, że trzeba sobie radzić wszędzie. Jak wierzysz, że sobie poradzisz, to ci się uda. Choćbyś stracił dużo, to się odbudujesz. Przetrwasz” – mówi urodzona w Kenii polska księżniczka Teresa Sapieżanka.
Emil Marat
25.06.2020

Teresa Sapieżanka urodziła się w 1948 roku w Kenii, ale pochodzi z jednego z największych polskich arystokratycznych rodów. Jej dziadek Eustachy Seweryn Sapieha był więźniem Gułagu w ZSRR, ojciec  - też Eustachy podporucznik kawalerii, brał udział w kampanii wrześniowej. Sapiehowie potracili w czasie wojny majątki, rodzice Teresy postanowili wyjechać z Europy, wybrali Nairobii. Sapiehowie przez lata związani byli z organizacją safari, od początku lat 70. – bezkrwawego. Do dzisiaj Teresa Sapieżanka jest jedną z najpopularniejszych kobiet w Kenii. Nie organizuje już safari, od lat jest członkiem komisji egzaminującej przewodników po Kenii, działa również w wielu organizacjach charytatywnych, m.in. zajmujących się ochroną zwierząt. Jej pasją były od zawsze rajdy samochodowe. Jest jedną z niewielu kobiet należących do Muthaiga Country Club, tego samego w którym bywała Karen Blixen. Emil Marat: Pierwsze wspomnienie? Teresa Sapieżanka: Nie wiem, które było pierwsze… Mieszają mi się kolejne domy, bo kiedy byłam mała, często się z rodzicami przeprowadzaliśmy: co rok, co dwa lata. Wszystko mi się połączyło: bieganie w ogrodzie, chodzenie po drzewach, gonitwy... Jak to dzieci. Sanki, śnieżki, lepienie bałwana… (śmiech) Nie. Węże! Bywało, że w okolicy były węże. Mogłyśmy z siostrami bawić się tylko w wydzielonej części trawnika. Znajdowało się te węże za szafą, pod schodami, bo jak to na wsi – dom był otwarty. Robiłyśmy wrzask, ktoś dorosły przychodził i wyrzucał drania. Miałam cztery, pięć lat… Do Afryki przyjechałam w brzuchu mamy. Rodzice zdecydowali się wyjechać z Europy. Na skutek wojny wszystko stracili, całe majątki ziemskie – większość na ziemiach zabranych przez Rosjan. Mieli w sumie chyba 10 dolarów na to nowe życie. W Afryce był już mój dziadek –...

Czytaj dalej
Lara Gessler
Wojciech Affek

Lara Gessler: „Chciałabym przekazać dzieciom gen Gesslerów – gen szczęścia i radości”

„Miałam dziewięć lat, kiedy rodzice się rozstali. Nie musiałam wskazywać, z kim chcę być. Tato był dla mnie naturalnym wyborem. Mama wtedy bardzo skupiła się na pracy”. O potędze rodzinnego klanu i poszukiwaniu w nim własnej ścieżki opowiada Lara Gessler.
Marta Bednarska
12.06.2020

Lara Gessler gesty i mimikę odziedziczyła po mamie. Pragnienie smakowania życia – po obojgu rodzicach, Magdzie i Piotrze Gesslerach. Nie bez problemów, czasem płacąc wysoką cenę, szukała swojej drogi. Nie boi się już – jak kiedyś – kreowania własnej marki. Pisze książki kulinarne, prowadzi warsztaty. Ma inną wizję własnego domu niż ten, który zna z własnego dzieciństwa. Jednocześnie jest silnie związana z rodziną. Choć jej rola w układance klanu Gesslerów mocno zmieniła się przez lata. Kim jest dziś Lara?  Marta Bednarska: „Jestem medialnym wypłochem” – to twoje słowa. Trudno namówić cię na publiczne zwierzenia. Kto jednak zobaczy sztućce i haftowaną serwetkę, wytatuowane na twoich plecach, wie, że… Lara Gessler: Właśnie, jak to odczytujesz? Że kochasz gotować? Jeść? Że masz w sobie kulinarny gen Gesslerów? Tatuaż jest integralny ze mną. To pomysł, którego nie żałuję. Stąd odwzorowane nóż i widelec z czasów dzieciństwa w rodzinnym domu w Łomiankach. Kształtowały moje poczucie smaku. Obok serwetka z Fukiera – wspólnej restauracji taty i mamy, gdzie spędzałam masę czasu. 20 lat temu w szarawej Warszawie było to miejsce wyjątkowo inspirujące kulinarnie, towarzysko, artystycznie. „Wyhaftowałam” też inicjały rodziców. Ten tatuaż to wyraz mojej miłości do gotowania i hołd dla mamy i taty.  Za co najbardziej jesteś im wdzięczna?  Nauczyli mnie chłonąć życie. Z dziecięcą ciekawością poznawać świat, odbierać go wszystkimi zmysłami. Mnóstwo podróżowaliśmy – Hiszpania, Włochy, Niemcy. Mama potrafiła w środku tygodnia zapytać: „Jutro Madryt? Nic się nie stanie, jak nie będzie cię w szkole”. Uwielbiałam to nasze wspólne celebrowanie każdego momentu...

Czytaj dalej
Marianna Stuhr
Maciej Zienkiewicz

Marianna Stuhr: „Po tym, co przeżyliśmy, mamy z Maćkiem sztamę!”

„Maciek nigdy mi nie tatusiował. Jako dzieci razem wymyślaliśmy występy dla rodziców" – Marianna Stuhr o swoim bracie Macieju Stuhrze. Rodzina Stuhrów wspiera się i stoi za sobą murem.
Marzena Rogalska redakcja „Uroda Życia”
23.07.2020

Marianna Stuhr – młodsza o siedem lat siostra Macieja Stuhra, córka Barbary i Jerzego Stuhrów, nie występuje na scenie. Skończyła krakowską ASP, jest malarką i graficzką, prowadzi własną firmę. Angażuje się w różne akcje m.in. „Adoptuj psa”. Razem z ojcem wydała książkę „Kto tam zerka na Kacperka” złożoną z historyjek, które Jerzy Stuhr opowiadał jej i bratu na dobranoc, tworząc fikcyjną postać Kacperka. Dzisiaj, gdy Jerzy Stuhr leży w szpitalu wszyscy mocno trzymamy kciuki za jego powrót do zdrowia! W „Urodzie Życia” Marianna Stuhr opowiedziała przede wszystkim o relacjach z bratem i o tym, jak rodziła się między nimi zażyłość: *** – Mój brat i ja to kompletnie dwa różne usposobienia. Na dodatek różnica wieku między mną a Maćkiem była dosyć felerna i w pewnym sensie zabrała nam wspólne dzieciństwo. Młodsza o siedem lat siostra zazwyczaj nie jest wymarzonym kompanem do zabaw dla starszego brata. I rzeczywiście, tych wspólnych zabaw nie było zbyt wiele, za to pamiętam sporo momentów, w których razem wymyślaliśmy występy dla rodziców. Maciek grał na pianinie, a ja śpiewałam lub popisywałam się tanecznie. Poza tym przez długi czas dzieliliśmy z sobą pokój. Olbrzymi, więc rodzice przedzielili nas regałem z książkami. Nie było między nami szczególnej zażyłości, Maciek nie był też wobec mnie nadmiernie opiekuńczy z racji tego, że jestem młodszą siostrą. Są czasami tacy bracia, którzy „tatusiują” siostrzyczkom. On tak nie miał, ale za to był niesłychanie obowiązkowy. Kiedy mama poprosiła go, żeby zaprowadził mnie na lekcje baletu lub z nich odebrał, robił to bez najmniejszego zająknięcia – do dziś wspominam to z rozczuleniem. Kiedyś rodzice wyjechali i poprosili go, żeby...

Czytaj dalej
lena król
mat.prasowe

Moje życie to kino drogi  –  mówi nam gwiazda serialu „Król” Lena Góra

Mojego ojca gra Andrzej Seweryn, TEN Andrzej Seweryn, ale gdy się o tym dowiedziałam, nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie znałam jego filmów – rozmowa z Leną Górą, czyli Anną Ziembińską z serialu „Król”.
Magdalena Żakowska
16.11.2020

W serialu „Król" gra Annę Ziembińską córkę prokuratora Ziembińskiego i siostrę faszysty z ONR-Falanga.  Jedyną kobietę, dla której Jakub Shapiro gotowy jest zrobić wszystko. Chociaż Ziembińska to w książce (a jeszcze bardziej w jej telewizyjnej wersji) jedna z najważniejszych kobiecych postaci, twórcy serialu zdecydowali się obsadzić w tej roli aktorkę w Polsce kompletnie nieznaną. Kim jest Lena Góra?  Magdalena Żakowska: Jak trafiłaś do serialu „Król”? Lena Góra: W Los Angeles dostawałam od czasu do czasu jakąś propozycję z Polski, ale ta była pierwsza, dla której byłam gotowa zostawić Stany na tak długo, jak będzie trzeba. Dopiero, kiedy tu wróciłam, zorientowałam się, że mam w Polsce mnóstwo do odkrycia, dużo zaległości do nadrobienia. Kiedy rozmawiam o Polsce, znajomi pytają mnie czasem: „Lena, żartujesz, naprawdę o tym nie wiesz?”. Nie wiem, ale mam na to sposób. Odpowiadam: „Oczywiście, że wiem! Ale opowiedz, jak ty to widzisz”. Działa. Odrobiłam lekcje! Prawda jest taka, że nie znam polskich książek, muzyki, kina. Od 14 lat nie miałam kontaktu z polską kulturą. Mojego ojca w „Królu” gra Andrzej Seweryn, TEN Andrzej Seweryn, ale gdy się o tym dowiedziałam, nie miałam pojęcia, kto to jest. Nie znałam jego filmów. Pewnie się zdziwił. Odrobiłam lekcje i przygotowałam się na zdjęcia próbne. Wtedy wiedziałam o nim już prawie wszystko, łącznie z tym, że jest bardzo eleganckim dżentelmenem. Chciałam, żeby przed kamerą między nami szczerze zaiskrzyło, przecież Ziembińskiego łączyła z córką ognista relacja. Na planie pozwoliłam sobie na zadarcie nosa, à la aktorka z L.A. Powiedziałam do niego: „Andrzej, możesz mi podać scenariusz?”. Wszyscy zamarli....

Czytaj dalej