Gustaw Holoubek: ostatni taki gentlemen. Ciut chuligański
Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka / fot. Tadeusz Płaszewski

Gustaw Holoubek: ostatni taki gentlemen. Ciut chuligański

Każdego wieczoru po spektaklu Gustaw Holoubek wysyłał Magdalenie Zawadzkiej piękny bukiet i liścik. Na przykład z cytatem z Calderona: „Cóż jeszcze można ci życzyć, skoro jesteś słońcem, jutrzenką, różą, gwiazdą i diamentem”.
Anna Zaleska
29.03.2021

Wielki aktor, a zarazem wyjątkowy człowiek. Mądry, uczciwy i szlachetny. Skromny mimo wielkości. Taki portet wyłania się z wydanej właśnie biografii „Gustaw. Opowieść o Holoubku” autorstwa Zofii Turowskiej (wyd. Marginesy). Delikatny, wrażliwy, spokojny, życzliwy ludziom – wspominają go znajomi i przyjaciele. Wszyscy do niego lgnęli. Mawiał: „Jestem dawcą, nie biorcą. Moją główną radością jest możliwość dawania czegoś ludziom. Teatr też jest darowizną wobec innych”.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

„Kochały Gustawa, bo bardzo je szanował”

Tak było właściwie od zawsze. Aktor Bernard Krawczyk, który poznał Gustawa Holoubka na początku lat 50., gdy pracowali w Teatrze Śląskim, opowiadał Zofii Turowskiej, jak wiele zawdzięczał starszemu koledze. Widział w nim człowieka, w którym skupiły się talent, mądrość, dobroć i chęć pomocy młodym aktorom. „Miał wpływ na całe moje życie. Przez siedem lat patrzyłem na niego codziennie i część Holoubka już zawsze będzie we mnie trwała. Byłem jego uczniem, a on moim mentorem. (…) Jak przykazanie powtarzał, że trzeba słuchać partnera. Upominał życzliwie: Nie pytluj, nie gadaj bez sensu.”

Był już wielkim aktorem, legendą polskiego teatru, gdy przyszedł do niego reżyser Andrzej Domalik. Przystępował do pracy nad swoim debiutanckim filmem „Zygfryd” według opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. Gustaw Holoubek nie tylko zgodził się zagrać główną rolę, ale też dbał o to, by ekipa nie czuła się onieśmielona jego obecnością. „Bardzo szybko pan Gustaw, nie nazywając tego, stworzył dla mnie pole wolności, jakby chciał mi powiedzieć: W ogóle nie zajmuj się tym, kim ty jesteś, a kim ja, zabierz się do pracy, czekam na twoje uwagi”.

Joanna Szczepkowska opowiada natomiast, że nawet w teatralnej stołówce Gustaw Holoubek nie wytwarzał hierachii. „Prawdziwym kolegą był zarówno halabardnik jak Hamlet”. Panie z bufetu w Teatrze Ateneum uwielbiały swojego dyrektora. „Kochały Gustawa, bo bardzo je szanował”, opowiada Magdalena Zawadzka. Nigdy nie zapomniały, że jako nowo mianowany dyrektor teatru przyszedł do nich i się przedstawił. Wcześniej nikt ich tak nie dowartościował. Odwdzięczały się szefowi, troskliwie dbając o jego dietę nerkową. Miały rozpiskę, czego nie powinien jeść, i ściśle tego przestrzegały.

Czytaj też: Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka: mistrz, uczennica i wielka miłość

Gentleman zakochany

Choć kobiety uwielbiały Gustawa Holoubka za męski urok i za to, jak wielką darzył je atencją, znajomość z Magdaleną Zawadzką początkowo nie rokowała dobrze. Słynna Baśka Wołodyjowska nie zwracała uwagi na starszego o dwadzieścia lat aktora. „Nie podobałem jej się w ogóle”, przyznawał. Nie rezygnował jednak z zabiegania o względy kobiety, w której się zakochał. „Coś się stało takiego, że nie mogłem się od tego uczucia uwolnić”. Każdego wieczoru po spektaklu wysyłał jej piękny bukiet i liścik, na przykład z cytatem z Calderona: „Cóż jeszcze można ci życzyć, skoro jesteś słońcem, jutrzenką, różą, gwiazdą i diamentem”. Magdalenie Zawadzkiej coraz trudniej było pozostać obojętną. „Do tej pory nie zetknęłam się z mężczyzną, który potrafiłby tak prosto i pięknie mówić, być tak bezpośrednim i czarującym człowiekiem”.

Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka / fot. Tadeusz Płaszewski

Oboje pozostawali wtedy w związkach małżeńskich, w powietrzu wisiał skandal. Ale oni mieli świadomość, że to prawdopodobnie ich ostatnia szansa na prawdziwą miłość. Magdalena Zawadzka wspomina, że gdy uczucie w końcu wybuchło, to z wielką siłą. Ślub w 1973 roku dał początek niezwykle udanemu małżeństwu. „Z jakim wielkim szacunkiem, z jaką miłością się do siebie odnosili. Nigdy później nie spotkałam takiej pary”, mówiła Nina Andrycz.

Gustaw Holoubek okazał się wspaniałym partnerem życiowym, gentelmenem również w domu. „Oboje byliśmy zajęci zawodowo i wiedzieliśmy, że jeśli jedno czemuś w domu nie sprosta, drugie wykona to bez «poświęcenia się». Kiedy zostawał sam, gdy wyjeżdżałam na dłuższe występy za granicę, był pełnoprawnym panem domu, mając często pod opieką małego Jaśka, choć pomagali mu rodzice. Na tym polegała nasza symbioza: myśmy sobie niczego nie narzucali i wyczuwaliśmy potrzeby drugiej połowy.”

Nonszalancki kompan, ciut chuligański

Niezwykle ważną relacją w jego życiu stała się przyjaźń z Tadeuszem Konwickim i Stanisławem Dygatem. Przyjaźń wyjątkowa, choć nie koturnowa. Holoubek opowiadał: „We wszystkim komunikowaliśmy się wzajemnie, narzekaliśmy, odsądzaliśmy się od czci i wiary, obgadywaliśmy; umowa niepisana: ja z Konwickim Dygata, Dygat z Konwickim mnie, ja z Dygatem Konwickiego. Nikt z nas nikogo nie chwalił, poza wszystkim była to szkoła charakteru”. Wszystko to odbywało się najpierw w słynnym mieszkaniu u Dygatów, potem przy legendarnych kawiarnianych stolikach w Czytelniku i u Bliklego.

Boleśnie przeżyli śmierć Stanisława Dygata, zostali we dwóch. Konwicki zachwycał się Holoubkiem: „Gucieńko, król naszego aktorstwa, samoistna instytucja kulturalna, krnąbrny i opozycyjny, miły, nonszalancki kompan, ciut chuligański. Nieokiełznany żywioł dobrej woli, mistrz skupienia i jednorazowej eksplozji (…)”. Piękną opowieścią o ich przyjaźni stał się dokument nakręcony przez Jana Holoubka „Słońce i cień”.

Gustaw Holoubek i Tadeusz Konwicki / fot. S. Domaniewski

Mniej znana, a niezwykle ważna była przyjaźń Gustawa Holoubka z Zofią Budzyńską, czyli Zosią z Bukowiny Tatrzańskiej. Przez 29 lat rok w rok aktor przyjeżdżał tam z Magdaleną Zawadzką na wypoczynek. Lubił siadać w kuchni pani Zosi, przy piecu kaflowym, z okien patrzeć na tatrzańskie szczyty. Zawsze dostawał coś ciepłego do jedzenia, rozmawiali o wszystkim, czasem na prośbę gospodarzy recytował poezję, na przykład fragmenty Wielkiej Improwizacji. Albo pomagał wyrabiać ciasto drożdżowe. „Uczciwość, skromność, poczucie humoru – cechy, które mają tylko wielcy”, wspomina go pani Zofia.

Bardzo troszczyła się o to, by państwo Holoubkowie mogli u niej wypocząć. A nie zawsze było to łatwe, bo inni goście pensjonatu ekscytowali się obecnością słynnej pary. Za Magdaleną Zawadzką potrafili wchodzić nawet do toalety. „Ludzie, dajcie im żyć. Podziwajcie go na scenie, na ekranie, tu dajcie mu odpocząć”, upominała gospodyni. Holoubek zachwycał się Budzyńskimi: „Życzliwość, dobroć – człowiek chce się oprzeć na takich ludziach jak na porządnym kiju podczas wyprawy w góry. Bardzo nam tego brakuje”.

Gustaw Holoubek w Bukowinie Tatrzańskiej / fot. Tadeusz Płaszewski

Kawiarniany facecjonista

Wielkiej sympatii przysparzało mu to, że był królem towarzystwa i mistrzem anegdoty. Mówił, że do historii przejdzie jako kawiarniany facecjonista. Czasem niektórzy mieli mu to za złe, bo gdy zjawiał się na imprezie, wszyscy otaczali go wianuszkiem, by słuchać, i o tańcach nie było już mowy.

Janusz Zaorski opowiadał, jak kiedyś wszedł do bufetu w Teatrze Dramatycznym, gdzie w porze obiadu siedział tłum ludzi. Był tam wtedy dyrektorem. „Wchodzi Gustaw i pyta: «Wiecie, jak w teatrze Holoubka zamawia się pewną potrawę?». «Nie wiemy…» «Zagram wam to». Podchodzi do bufetu i mówi: «Poproszę barszcz, przepraszam panie Holoubek, z uszkami»”. Nawet nieparlamentarnych słów używał w przepiękny sposób, tak że brzmiały jak poezja.

Częścią stylu życia gentlemena była gra w karty. W ogóle hazard. Wyścigi konne, brydż, poker. W karty grywał w doborowym towarzystwie. W domu u Antoniego Słonimskiego. W Zakopanem – w Halamie. W Juracie – w hotelu Bryza. Dużo przy tym palił, mawiając, że „karta lubi dym”. Stawiał też pasjanse. Magdalena Zawadzka tak to tłumaczyła: „Dopiero po latach odkrywam, że pasjans jest murem, który odgradza go od rzeczywistości, przenosi do innego świata. Stawia karty, w myślach powtarza teksty sztuk, zastanawia się nad koncepcją ról (…) Nie przeszkadza mu, że siedzi przy kuchennym stole, a naokoło pulsuje domowe życie”.

Czytaj też: Wyjątkowa miłość: Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz. „Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”

To było głupie z mojej strony

Sport – bo był też zagorzałym kibicem piłki nożnej – traktował z kolei jak szkołę lojalności i uczciwości, zakosztowania sukcesu i radzenia sobie z nim tak jak z porażką oraz z goryczą z nią związaną. „Niepowodzenia trzeba znosić przez całe życie, a futbol uczy, jak znosić je z godnością”.

Jedną z największych porażek w życiu Gustawa Holoubka musiał być moment, gdy został przez Kazimierza Dejmka zwolniony z Teatru Polskiego. Współpraca dwóch silnych osobowości nie była łatwa. Gdy Holoubek po raz kolejny zgłosił wątpliwości co do swojej roli w jednym ze spektakli i poprosił o rozmowę, po przyjściu do teatru na tablicy ogłoszeń zobaczył informację: „Z powodu odmowy zagrania kolejnej roli wymawiam panu Gustawowi Holoubkowi pracę”. „Obróciłem się na pięcie i wyszedłem z teatru. Przestałem kłaniać się Dejmkowi”, wspominał aktor.

Dwa lata po śmierci wielkiego reżysera zjawił się na konferencji poświęconej jego twórczości i nieoczekiwanie zabrał głos: „Mogę państwa zapewnić, że była to postać niezwykła, wielka, w ogromnej mierze niezbadana, tajemnicza”, mówił. „Uznałem za stosowne nie kłaniać się panu Dejmkowi. Taki miałem odruch, nazwijmy to, honorowy. Tymczasem dzisiaj, teraz, a nawet wcześniej, uważam, że było to głupie z mojej strony i niesłuszne”.

Cierpienia trzeba się pozbyć

Nawet do cierpienia podchodził jak gentlemen. W młodości Gustaw Holoubek ciężko chorował na gruźlicę. Ostatnie lata jego życia też upłynęły w cieniu ciężkiej choroby. Pisał wtedy w felietonie w miesięczniku „Charaktery”: „Mam własny, potajemny sposób radzenia sobie z cierpieniem. W zmaganiach z nim jestem wyjątkowo doświadczony. Cierpienie towarzyszyło mi właściwie przez całe życie, głównie pod postacią chorób. Jednak nigdy się nie skarżyłem, czasami nawet nie ujawniałem mojego cierpienia. Uważałem bowiem i uważam, że jest to jałowa demonstracja, która tylko narusza spokój otoczenia, a nie wywołuje prawie żadnego współczucia – może z wyjątkiem najbliższych. Mam więc swój sposób na cierpienie. Otóż odkryłem, że oprócz podejmowania prób jego uśmierzenia trzeba uświadomić sobie rzecz według mnie podstawową: należy się go pozbyć, by móc wypełnić plan życia. Należy się go pozbyć, bowiem żyją wokół mnie ludzie, którym mogę bardzo wiele dać, którzy oczekują ode mnie pomocy, tego, że uczynię ich może mądrzejszymi, a może bardziej sprawnymi. Ta gotowość do wypełnienia planu życia sprawia, że ból oddala się ode mnie.”

Podczas pogrzebu aktora w marcu 2008 roku żegnały go tłumy przyjaciół i wielbicieli. Wśród wielu słów, które padły, w pamięć uczestników ceremonii szczególnie mocno zapadły te wypowiedziane przez księdza Wiesława Niewęgłowskiego. „Był wielki. Słowa są za małe, by ogarnąć życie i dzieło artysty, jakim był Gustaw Holoubek. Służył przez piękno i dobro – doświadczy radości nieba”.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Zofii Turowskiej „Gustaw. Opowieść o Holoubku”, Marginesy 2021.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
East News

Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka: mistrz, uczennica i wielka miłość

Nikt nie dawał im szansy na długi związek, nawet po ich ślubie. Na przekór wszystkim przeżyli ze sobą 35 lat: bez zdrad, skandali i wielkich kłótni. Rozłączyła ich dopiero śmierć.
Sylwia Arlak
21.12.2020

Poznali się na planie filmu „Spotkanie w Bajce” w 1962 roku. Gustaw Holoubek wraz z Andrzejem Łapickim zaprosili nastoletnią Magdalenę Zawadzką do kawiarni. Uciekła. „Pełna przestróg, jak to niecnie prowadzą się filmowcy, kategorycznie odmówiłam. I robiąc nerwowe w tył zwrot, weszłam... w szklane drzwi, wybijając głową szybę. Nie widziałam wtedy powodu, aby zainteresować się nim jako mężczyzną. Między nami tak naprawdę była przepaść” — wspominała Zawadzka. Miała wówczas 17 lat i debiutowała w filmie epizodyczną rolą. Umowę podpisywała za nią mama. Ponad 20 lat starszy od niej Holoubek był już doświadczonym aktorem, reżyserem i dyrektorem teatrów, pedagogiem, prezesem SPATiF-u. Zdążył już zapracować sobie na opinię kobieciarza. Czytaj też: Maryla Rodowicz i Daniel Olbrychski: „To wąskie żelazne łóżko świetnie pamiętam” Długo musiał o nią zabiegać Po raz kolejny spotkali się w 1969 roku w Teatrze Dramatycznym podczas prób do spektaklu „Życie jest snem” Calderona w reżyserii Ludwika Rene. On grał królewicza Segismunda, ona piękną Rosaurę, którą następca tronu chce zdobyć za wszelką cenę. Holoubek każdego dnia posyłał aktorce świeże kwiaty. Nawet nie próbował ukrywać swojego zainteresowania. Ale Zawadzka nie ułatwiała mu zadania. „Nie było tak, że z miejsca zachwycił mnie fakt, iż mistrz Holoubek zwrócił na mnie uwagę. On musiał o mnie zabiegać. Ba! Walczyć. I tym właśnie mnie zdobył” — mówiła Zawadzka w jednym z wywiadów, a Holoubek dodał w innym: „Zaczęło się niedobrze, bo nie podobałem się jej w ogóle. Wręcz byłem przez nią ignorowany. Ale stało się ze mną coś strasznego. A mianowicie pojawił się we mnie upór trwający całymi tygodniami, miesiącami,...

Czytaj dalej
Kalina Jędrusik
East News

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści 

Ona była jego Marilyn Monroe, on jej Federico Fellinim. Kochali się na śmierć i życie. Dawali sobie wszystko – wsparcie, przyjaźń i wolność.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

To nie było tak, że starszy pan wziął sobie za żonę młodą seksowną laskę, która potem „urwała mu się ze smyczy”. Ani tak, że on intelektualista, a ona głupia aktoreczka. Mimo szesnastoletniej różnicy wieku Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat tworzyli partnerski związek, a Kalina dorównywała mężowi nie tylko inteligencją, ale i poczuciem humoru. Oboje mieli silne charaktery i dość egoistyczne podejście do życia. Ale w tamtych czasach niewiele było małżeństw tak zgodnych, tak uczciwych wobec siebie i oddanych sobie do końca. Nie pasowali do ciasnych ram PRL-owskiej rzeczywistości, więc stworzyli sobie własny świat, oparty na własnych, wspólnie wypracowanych zasadach. Nikt tu nie był stratny.  Leżeli, leżeli, gadali, gadali O Stanisławie Dygacie mówiło się „dżentelmen w angielskim stylu”. Był wysoki, zawsze dobrze ubrany, palił luksusowe papierosy ze złotymi ustnikami. W 1957 roku wystąpił z partii w proteście przeciwko zamknięciu miesięcznika „Europa”. Kalinę poznał dwa lata wcześniej w Gdańsku, gdzie grała na scenie Teatru Wybrzeże.  „Poznali się w moim pokoju w Domu Aktora” – opowiadał później Jerzy Ernz. „Dygat mieszkał wtedy z żoną, też aktorką. Tego dnia, pamiętam, organizowałem akurat bibkę. Dygat usłyszał muzykę i przyszedł. Po chwili już widziałem ich razem, jak leżeli na tapczanie w poprzek. Leżeli, leżeli, gadali, gadali. I tak już zostali”. On miał 41 lat, żonę, córkę i wysoką pozycję w środowisku kulturalnym, ona 25 lat i wszystko przed sobą. Była świeżą absolwentką krakowskiej szkoły teatralnej, była zdolna, piękna i bardzo sexy.  „Dygat mieszkał z Kaliną niedaleko nas, najpierw na Dąbrowskiego, w dwupokojowym mieszkanku, wspólnie z byłą żoną Dygata, Dziunią Nawrocką, i ich...

Czytaj dalej
Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz
MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER

Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz: „Zdecydowaliśmy, że będziemy razem do końca życia, mając 21 lat”

Od ponad 50 lat uchodzą za małżeństwo doskonałe. Kiedy jedno z nich stawiało na karierę, drugie czekało wiernie w domu.
Sylwia Arlak
23.12.2020

Poznali się na studiach. Uczyli się w jednym budynku łódzkiej filmówki. Ona chodziła na zajęcia na parterze, na wydziale aktorskim, on — do konserwatorium na pierwszym piętrze. Na trzecim roku studiów Włodzimierz Korcz wziął udział w przesłuchaniu. Szukali pianisty do kabaretu. To tam pierwszy raz zobaczył Elżbietę Starostecką. „Poszedłem na próbę, popatrzyłem na Elżbietę i pomyślałem, że rzeczywiście ładna. Nie było rażenia piorunem” — wspominał po latach Korcz. „Miłość od pierwszego wejrzenia? Chyba nie. To, że jesteśmy dla siebie stworzeni, stało się oczywiste dopiero po paru dniach” — mówiła ona. Czytaj też:   Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: „To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń” Czekał godzinę pod jej drzwiami Później znajomy Korcza założył kabaret piosenki przedwojennej. Elżbieta w nim śpiewała, Włodzimierz grał. Razem chodzili na próby, po których on po dżentelmeńsku odprowadzał ją do domu i nosił jej siatkę wypchaną ciężkimi książkami. „Potem przyznał się, że nylonowe żyłki wpijały mu się w palce do krwi, ale nie przekładał siatek do drugiej ręki, bo bał się, że nie wezmę go już pod ramię” — mówiła Starostecka w rozmowie z magazynem „Pani”. Nie potrafili się ze sobą rozstać. „Staliśmy w małym korytarzyku pod schodami i o czwartej rano dziwiliśmy się, że coś tak jasno na dworze. A przecież dotarliśmy do domu koło północy. I te rozmowy spowodowały, że wiedzieliśmy, że będziemy ze sobą do końca życia” — wspominał Korcz w magazynie „Viva!” , dodając: „Rozmawialiśmy o wszystkim — o życiu, o sztuce, teatrze, muzyce, o naszych rodzinach, o sobie. Co kochamy, czego nienawidzimy. Wszystko chcieliśmy...

Czytaj dalej
krysia morgenstern
1960 rok. Krystyna Morgenstern na plaży Grand Hotelu w Sopocie. Fot. archiwum domowe

Krystyna i Janusz „Kuba” Morgenstern: Jak udomowić takiego kociaka?!

On był słynnym reżyserem Polskiej Szkoły Filmowej, a ona reżyserem życia. Krystyna i Janusz Morgersternowie uchodzili za małżeństwo idealne. I to w środowisku, w którym romanse były czymś zwyczajnym.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

Przeżyli razem ponad 50 szczęśliwych lat, aż do śmierci Janusza Morgensterna w 2011 roku. Byli jedną z najbardziej lubianych i uznawanych par w świecie filmu. Być zaproszonym do Morgensternów, oznaczało przyjęcie do warszawskiej elity.  Na przyjęciach  u Morgensternów bywali m.in. Adam Michnik, Roman Polański, Andrzej Wajda, Zuzanna Łapicka, Magda Umer. Poznali się jesienią 1959 roku. On miał 37 lat, ona dużo młodsza. Ale w tym pokoleniu wiek liczyło się inaczej. Wojna zabrała im młodość, więc odzyskiwali ją przez kolejne naście lat. Wieczne dzieciaki. Janusz – dla przyjaciół Kuba – był wesołym, pełnym życia mężczyzną, ale trzymał ludzi na dystans. Niewielu znało go dobrze. Wiadomo było, że w czasie wojny przeżył grozę. W getcie stracił całą rodzinę, został sam, kilkuletni chłopiec. Trochę opowiedział Tadeuszowi Konwickiemu, trochę Romanowi Polańskiemu, trochę Krysi, ale wszystkiego nigdy nikomu. Grunt, że kiedy powiedział jej, że nie chce mieć dzieci, zrozumiała dlaczego. Nie nalegała. Leśnik i lekarka Po wojnie Janusz Morgenstern zapisał się we Wrocławiu na studia rolnicze. Chciał zostać leśnikiem. Przyroda, las, ale przede wszystkim otwarte przestrzenie – chodziło o to, że już nigdy nie będzie zamknięty. Po roku studiów spotkał przypadkiem na ulicy kolegę z dawnych czasów, Kurta Webera (później znanego operatora, autora zdjęć do „Bazy ludzi umarłych” Petelskiego czy „Zaduszek” Konwickiego). Weber opowiedział mu o szkole filmowej w Łodzi. Na tyle zachęcająco, że Kuba z dnia na dzień rzucił studia rolnicze i pojechał na egzaminy do Łodzi. Dostał się bez problemu. W pokoju w akademiku miał Kutza, Bareję i jeszcze dwóch innych kolegów – spali na piętrowych łóżkach. W pokoju obok Andrzej Wajda. Nigdy mu o tym nie powiedzieli, ale...

Czytaj dalej