Gael Garcia Bernal: „Historii kina uczyłem się na wagarach, od kinowego biletera”
getty images

Gael Garcia Bernal: „Historii kina uczyłem się na wagarach, od kinowego biletera”

Aktora możemy oglądać w komedii „Tam gdzieś musi być niebo”
Anna Tatarska
25.02.2020

Jako dzieciak marzył, by być pediatrą. Dziś leczy ludzkie emocje. Gael García Bernal to jeden z najbardziej znanych latynoamerykańskich aktorów. Pochodzący z Guadalajary w Meksyku 40-latek przygodę z ekranem zaczynał jako dziecko. Od blisko 20 lat tworzy niezapomniane kreacje w międzynarodowych hitach: „I twoją matkę też”, „Amores perros”, „Babel”, „Mozarcie w dżungli” czy niedawno „Przedszkolance”. Ale Bernal realizuje się także jako reżyser. Jego drugi pełnometrażowy film „Chicuarotes” miał światową premierę na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes. W styczniu na polskich ekranach pojawił się w słodko-gorzkiej, politycznie zaangażowanej palestyńskiej komedii Elii Suleimana „Tam gdzieś musi być niebo”.

Anna Tatarska: Meksykańscy reżyserzy Alfonso Cuarón i Guillermo del Toro często podkreślają, że kiedy zaczynali karierę, popularne kino było mocno osadzone w estetyce kiczu. Jakie były pana pierwsze filmowe miłości?

Gael García Bernal: Jako młody chłopak rzadko oglądałem filmy meksykańskie, wybierałem raczej produkcje zagraniczne. Na wagary chodziłem do Kinoteki w Mexico City, bo była bardzo blisko szkoły. Oglądałem wszystko, co akurat było w repertuarze. Wtedy odkryłem takich reżyserów jak Wim Wenders czy Theo Angelopoulos. Później godzinami rozmawiałem o nich z kolegami. Wiedzieliśmy, że muszą być uznani, skoro ich filmy trafiły do Meksyku, ale wtedy, w latach 90., nie było jeszcze internetu. Nie tak łatwo dawało się znaleźć informacje o współczesnych reżyserach. Najwięcej wiedzy przekazywał nam bileter. Tłumaczył, kto jest kim. Dla chłopaka, którym wtedy byłem, rola w „Amores perros” była jak surrealistyczny sen. 

„Babel”
BE&W

„Babel” reż. Alejandro González Iñárritu, 2006.

W pana kinie często pojawiają się projekty pozwalające przyjrzeć się bohaterom z marginesu. Zaangażowanie społeczne jest ważne?

Bardzo ważne, na pewno dla mnie. Jako młody chłopak marzyłem, by zostać wiejskim pediatrą. I nadal chcę dzięki swojej pracy pomagać innym, zmieniać świat. Mam to zapisane w DNA. Ale nie oszukujmy się: pomaganie innym to nie jest gest wyłącznie altruistyczny. Dającemu to też dużo daje. Jestem najlepszym na to dowodem.

Jako reżyser m.in. w „Chicuarotes” podejmuje trudne tematy: przestępczości, korupcji, przemocy

Akcję swojego drugiego pełnego metrażu, „Chicuarotes”, umieścił pan w San Gregorio Atlapulco. Przemoc, przestępczość, molestowanie, korupcja… W takich miejscach „diabeł mówi dobranoc”. Dlaczego chce pan o nich opowiadać?

Mówienie o przemocy, często tak silnie kojarzonej z Meksykiem, jest dla mnie ważne. Film daje szansę, by zastanowić się, skąd się ona naprawdę bierze. Dlaczego tak nagle wybucha? Szukając odpowiedzi na to pytanie, najczęściej wskazuje się na biedę, bezkarność czy bezprawie. Ale tak naprawdę nieważne, co rząd, instytucje, organizacje czy my jako społeczeństwo próbujemy zrobić, by wyeliminować przemoc. Ona będzie nadal istnieć wszędzie tam, gdzie naruszony jest jeden z zasadniczych filarów istnienia – miłość. Jeśli w rodzinie nie ma miłości, ucieczka od przemocy staje się karkołomną misją. Bo często ta przemoc, potem powielana w obrębie gangów czy własnych związków, zaczyna się już w domu. Brutalny ojciec, pasywna matka. Spirala przemocy się nakręca. Gubi się sens istnienia. 

Pana wspomnienia z dzieciństwa są całkiem inne.

Dorastałem w kochającej się rodzinie, miłość była dla mnie oczywistością, bazą. Przyznam, że na początku nie umiałem sobie wyobrazić, jak w ogóle można dorastać, nie czując, że jest się potrzebnym i kochanym. To była dla mnie trudna, ale bardzo ważna lekcja. 

Jak oswajać okrutną codzienność, gdy brak nadziei? Czy humor, śmiech to według pana dobry sposób oswajania rzeczywistości?

Dobry dramat musi zawierać w sobie dobrą komedię. Śmiać się można w każdym warunkach. Ważne, by nie wyśmiewać, nie szydzić. W swoim kinie chętnie sięgam po humor, ale nie idę tak daleko, jak bracia Coen. Chcę, żeby filmowy świat pozostał realistyczny, namacalny. To angażuje w filmie na wszystkich poziomach.  

„I twoja matkę też”
BE&W

Gael García Bernal i Maribel Verdu w filmie „I twoją matkę też”, reż. Alfonso Cuarón, 2001.

Triumf meksykańskiego kina: Alfonso Cuarón, Guillermo del Toro i Alejandro González Iñárritu

Meksykańskie kino odnosi sukcesy na całym świecie. Alfonso Cuarón, Guillermo del Toro i Alejandro González Iñárritu triumfują podczas wręczania Oscarów, Złotych Globów. Czy to ma jakiś wpływ na meksykańską kulturę filmową?

Zdecydowanie. Najprostsza odpowiedź: dziś w Meksyku w filmie pracuje więcej ludzi niż kiedykolwiek. Często są to bardzo utalentowani profesjonaliści, mamy świetnych operatorów, scenografów, kostiumografów. W latach 40. i 50. produkowaliśmy w Meksyku setki filmów rocznie. Dziś nasza kinematografia znów nabiera tempa. Coraz więcej scenariuszy trafia do realizacji, mamy świetne programy dofinansowań. „Chicuarotes” zrealizowałem w połowie dzięki Eficine, czyli meksykańskiemu państwowemu systemowi grantowemu. Drugą połowę zebrałem poprzez crowdfunding i klasycznie szukając wsparcia u producentów. To cudowne, ponieważ możemy stworzyć wszystko, co chcemy, i sami za to odpowiadamy. Dzięki temu rodzi się profesjonalizm, a z niego powoli wyłania się rzemiosło. To filmowa przestrzeń jak najdalej od showbiznesu, przyjazna filmom poematom. A takie kino chcę współtworzyć. 

Jako aktor czy jako reżyser?

Kocham być aktorem. Ale reżyserowanie przypomina mi właśnie wspólne tworzenie rozbudowanego poematu. Gdy reżyseruję, czuję się, jakbym czytał. Mam nadzieję, że przesyłam w ten sposób list w butelce do przyszłości, zostawiam po sobie ślad. Realizując film, oddaję hołd wysiłkowi wszystkich współpracowników, ludzi, z którymi zdążyłem zbudować w międzyczasie bliską relację. To radosna celebracja. Czyste szczęście. 

Utożsamia się pan ze swoimi postaciami?

Wchodzenie w postać to spacer po krawędzi klifu. Ale w filmie „Tam gdzieś musi być niebo” nie musiałem stawać się kimś innym, długo przygotowywać się do roli, czerpałem z energii między mną a reżyserem. Jednak niezmiennie najważniejszym narzędziem w budowaniu roli jest dla mnie empatia. 

„Tam gdzieś musi być niebo”
mat. pras.

„Tam gdzieś musi być niebo”, reż. Elia Suleiman, 2019.

Pracuje pan na to, by pokazać światu Meksyk wielobarwny, niejednoznaczny, prawdziwy. Co czuje pan wtedy, kiedy słyszy słowa prezydenta Trumpa: „Wszyscy Meksykanie to złodzieje”? 

Codzienność jest o wiele bardziej skomplikowana niż medialne nagłówki czy wyborcze hasła. Ale oczywiście to ważne, by konfrontować się z takimi atakami. Ja mam kilka swoich sposobów. Po pierwsze nie wypowiadam nazwiska tego prezydenta. Po drugie nie uznaję go za polityka wielkiej wagi, znaczącego. Jego zachowanie jest symptomatyczne. Ten mężczyzna jest produktem ubocznym czegoś okropnego i bardzo niepokojącego, co dzieje się na świecie od wielu lat. Myślę, że historia go rozliczy, a to z pewnością nie będzie dla niego moment triumfu. Mam nadzieję, że wyciągniemy z tego konsekwencje i tak straszliwe, obrażające intelekt słowa nie padną już z ust żadnej głowy państwa. A co do słów tego mężczyzny – to kuriozalna retoryka. Nawet nie będę próbował bronić moich rodaków przed tym człowiekiem. Nie zniżę się do jego poziomu. I nikt nie powinien.

Rozmowa z Gaelem Garcĺą Bernalem ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Sharon Stone i Michael Douglas w „Nagim instynkcie” / East News

Od „Nagiego instynktu” po „Lolitę”. 10 filmów ocenzurowanych z powodu seksu

Dlaczego „Nagi instynkt” wzbudził takie protesty? Nie, wcale nie chodziło o to, w jaki sposób Sharon Stone zakłada nogę na nogę, ale o coś zupełnie innego… Oto 10 filmów, które miały kłopoty z cenzurą. Za wyświetlanie niektórych można było trafić do więzienia.
Anna Zaleska
31.07.2020

Chociaż podobno żyjemy w czasach, kiedy wolno pokazać wszystko, a polskie „365 dni”, uznawane przez wielu krytyków za zwykłe porno, święci międzynarodowe triumfy na Netfliksie, cenzura nadal ma się dobrze (i  kto wie, może to nie jest złe?). Zobaczcie 10 wielkich filmów światowego kina, w których „momenty były” – ale niejednokrotnie zostały wycięte.  Nagi instynkt (USA 1992, reż. Paul Verhoeven) Przeciwko filmowi z Sharon Stone protestowali i konserwatyści, i liberałowie. Aktywiści gejowscy już na etapie zdjęć obrzucali plan filmowy torebkami z farbą, dmuchali w gwizdki i namawiali przejeżdżających obok kierowców do naciskania klaksonów. Uważali, że postać lesbijki morderczyni będzie pożywką dla homofobii i nastrojów antygejowskich. W jednej z gazet w San Francisco wykupili nawet całostronnicową reklamę nawołującą, by nie iść na „Nagi instynkt” do kina, z tekstem: „Hollywood konsekwentnie przedstawia nas jako ofiary lub psychopatów. Nie wydawaj swoich pieniędzy, żeby oglądać popisy homofobii i mizoginizmu”.    Organizacje konserwatywne protestowały natomiast, twierdząc, że film podkopuje tradycyjne amerykańskie wartości. Groziło mu przyznanie kategorii NC-17 (zakaz wstępu dla każdego, kto nie ukończył 17 lat), co oznaczałoby o wiele niższe wpływy do budżetu. Ostatecznie zmontowano mniej drastyczną wersję „Nagiego instynktu”, która dostała od komisji kwalifikacyjnej kategorię R (film mogą oglądać nastolatki w towarzystwie osoby dorosłej i może być bez ograniczeń reklamowany w prasie). Ale pewien kardynał wystosował po jego premierze apel, by stworzyć dla filmu i telewizji nowy kodeks moralny, zakazujący nagości, lubieżnych uścisków, brzydkich wyrazów i bluźnierstw. I Bóg stworzył kobietę...

Czytaj dalej
cate blanchet
Fot. east news

Cate Blanchett: nawet wielka kariera nie zniszczyła jej małżeństwa

Takich aktorek nie ma już wiele. Cate Blanchett to gwiazda, która świeci tylko na ekranie. Poza nim jest matką czworga dzieci i żoną, której mąż zagroził rozwodem, jeśli zrobi sobie operację plastyczną.
Magdalena Żakowska
30.07.2020

Nie doczekamy się skandalu z jej udziałem. Nie będzie sesji zdjęciowych w otoczeniu rodziny ani głośnego romansu z kolegą z planu filmowego. Wielkość Cate Blanchett zawdzięcza tylko i wyłącznie swoim kreacjom aktorskim. To jedna z ostatnich gwiazd – obok Meryl Streep, czy Jessiki Lange – dla których popularność jest pustym słowem. Potrafi za to zagrać wszystko: od władczyni elfów po Boba Dylana, wielkiego barda i postać jak najbardziej realną. Ostatnio zachwycała w serialu „ Mrs America”, w którym zagrała Phyllis Schlafly – gospodynię domową będącą jednocześnie guru amerykańskich konserwatystek. Za tę rolę została zresztą nominowana do tegorocznej nagrody Emmy , czyli telewizyjnych Oscarów (gala we wrześniu). Jest też współtwórczynią miniserialu „Bezpaństwowcy” (Netflix), którego akcja toczy się na pustyni, w australijskim obozie dla uchodźców. Woody Allen o jej obecność w obsadzie zabiegał osiem lat: „W przypadku wielkich aktorek talent to dużo więcej niż niezawodny warsztat. To naturalny dar bycia przed kamerą. Nie da się tego ubrać w słowa. Znam dwie aktorki, które posiadają ten dar: Meryl Streep i Cate Blanchett. I tak się składa, że pracowałem z obiema!”. Inny wielki reżyser David Fincher wstrzymał o rok produkcję „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”, bo Cate akurat nie mogła: „Kiedy zobaczyłem ją w roli Elżbiety, wiedziałem, że spotkanie z nią wzbogaci mnie jako artystę. To najbardziej błyskotliwa aktorka, z jaką miałem okazję pracować”. Judy Dench uzależniła od niej swój udział w filmie „Notatki o skandalu”: „Cate była gwarancją, że historia, o której opowiada ten film, nie stoczy się w tani melodramat”. Cate Blanchett: Po pierwsze: rodzina Wśród gwiazd Hollywood...

Czytaj dalej
Małgorzata Kożuchowska
Marlena Bielińska

Małgorzata Kożuchowska: „Nie staram się desperacko wszystkich zadowolić. Nie mam w sobie takiej potrzeby"

„W życiu można przegapić wiele rzeczy, ale tych najważniejszych, tych kamieni milowych udało mi się nie przegapić” – mówi Małgorzata Kożuchowska.
Magdalena Felis
29.07.2020

Wydaje się, że tych ważnych wyborów rzeczywiście nie przegapiła. Małgorzata Kożuchowska podkreśla, że w dobrym momencie życia udało jej się założyć rodzinę, urodzić syna. Dzisiaj jest dumną mamą 6-letniego Jana Franciszka Wróblewskiego. Jako aktorka zadebiutowała (i to jak!!!) w kasowej komedii Juliusza Machulskiego „Kiler”. Ale potrafiła też rezygnować, na przykład z roli Hanki Mostowiak w serialu „M jak miłość”, który uczynił ją jedną z najpopularniejszych polskich aktorek. Fani teatru znają ją z ról u Warlikowskiego, Jarockiego, Adamka. Niedługo zobaczymy ją w kolejnym wcieleniu. Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu o Edwardzie Gierku – I sekretarzu PZPR, który w latach 70. unowocześnił, ale i niesamowicie zadłużył Polskę. Kożuchowska gra jego żonę – Stanisławę Gierek. W rozmowie z nami Małgorzata Kożuchowska opowiada o swoich życiowych wyborach i o tym, dlaczego dobrze jest wierzyć. Magdalena Felis: Wiesz, co o tobie mówią? Małgorzata Kożuchowska: Mam pewne wyobrażenie. (śmiech) Że jesteś kawalarzem! O! Zgadza się! Lubię się śmiać! Naprawdę? Małgorzata Kożuchowska się wygłupia? Lubię podgrywać, prowokować, podpuszczać, wkręcać ludzi! I potem patrzeć, czy działa, czy się śmieją, czy im dobrze. Od razu lepiej się pracuje! To jest wielka sztuka rozśmieszać ludzi. I spora frajda. Może to też mój sposób na odreagowanie? W końcu uczyłam się tego od mistrzów! Plan filmowy to takie dziwne miejsce, gdzie siedzisz z ekipą, czasem po 13–15 godzin dziennie, odcięta od świata, jak na arce Noego. Grasz scenę, udajesz, że ich wszystkich nie ma, choć stoją 15 centymetrów od twojego nosa. Jak się na to patrzy z boku, to to jest niezły Woody Allen. I niezły klaustrofobiczny thriller psychologiczny!...

Czytaj dalej