Gabriela Muskała o ulubionych filmach: „Poruszają i zostają w pamięci na zawsze”
Iza Grzybowska/Uroda Życia

Gabriela Muskała o ulubionych filmach: „Poruszają i zostają w pamięci na zawsze”

Od Stevena Spielberga po Agnieszkę Holland. Od „Dziecka Rosemary” po „Małą miss”. Aktorka i scenarzystka zdradza listę swoich ulubionych filmów.
Anna Zaleska
15.05.2020

Ostatnio rozmawiałam ze znajomym o tym, przy jakich filmach, na przestrzeni lat, doznaliśmy czegoś w rodzaju katharsis”, opowiada Gabriela Muskała, gdy pytam ją o jej ulubioną listę. „Chodzi o takie emocjonalne uwolnienie, gdy człowiek zaczyna się śmiać lub płakać, albo śmieje się, płacząc, naprawdę szczerze, z całego serca, i z kina wychodzi z wypiekami na twarzy. Często wcale nie są to filmy, które uważam za najwybitniejsze – dodaje aktorka – ale mocno poruszają i na zawsze zostają w pamięci”.

Oto niezwykle ciekawy, nieoczywisty zestaw Gabrieli Muskały:

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

E.T. (reż. Steven Spielberg, 1982 r.)

Pierwszy raz naprawdę silnych emocji podczas seansu filmowego doświadczyłam, mając 13 lat. To było w kinie Aurora w Kłodzku. Wybrałam się na absolutny przebój początku lat 80., niezapomnianą opowieść o przyjaźni samotnego chłopca z kosmitą, który chce wrócić do domu. Do dziś pamiętam scenę, gdy wydaje nam się, że E.T. nie żyje, i zamykają go w worku dla nieboszczyków. Potwornie wtedy płakałam. Po czym nagle ktoś ten worek otwiera, wysuwa się z niego długi paluch i słychać: „E.T. go home”. Z płaczu płynnie przeszłam w śmiech wielkiej ulgi. Ale łzy wzruszenia pozostały. To było coś uwalniającego, czego chyba każdy szuka w kinie.

East News

Ucieczka z kina Wolność (reż. Wojciech Marczewski, 1990 r.)

Zawsze niezwykle mocno przeżywam ten film. A oglądałam go wiele razy. Wielowymiarową postać cenzora zagrał genialnie mój ukochany aktor Janusz Gajos. Jego oczami patrzymy na bunt filmowych postaci, podczas seansu w kinie Wolność, w ostatnich latach peerelu. I ta spektakularna przemiana bohatera, scena, w której chodzi po dachach, a w tle rozbrzmiewa „Requiem” Mozarta… To film o poszukiwaniu wewnętrznej wolności. Za każdym razem podczas seansu mam wrażenie, że zarówno bohaterowie na ekranie, jak i my, widzowie, doświadczamy właśnie próby uwolnienia się z ram, w które zostaliśmy w jakiś sposób wtłoczeni.

Mała miss (reż. Jonathan Dayton i Valerie Faris, 2006 r.).

Historia rodziny jadącej przez Stany rozpadającym się vanem na konkurs piękności dla dzieci. Uwielbiam filmy o rodzinie, która staje wobec jakiegoś wyzwania, zagrożenia z zewnątrz lub wobec własnych demonów, z którymi musi się zmierzyć. To jest film właśnie o tym. O rodzinie nieudaczników, pogubionych, sfrustrowanych i przegranych freaków, których połączy jedno pragnienie – by spełnić marzenie ich dziesięcioletniej krewnej... Scena wspólnego tańca tej rodziny po katastrofie na wyborach miss odpaliła we mnie bombę oczyszczających emocji. Pamiętam, że gdy seans się skończył, ludzie wychodzący z kina patrzyli na mnie lekko skonsternowani, bo siedziałam w fotelu zalana łzami, czerwona od spazmów śmiechu i płaczu, których nie mogłam podczas seansu opanować.

HBO

Kobieta pod presją (reż. John Cassavetes, 1974 r.).

W ogóle wszystkie filmy nakręcone przez tego genialnego, niezależnego reżysera umieściłabym na mojej liście: „Kobieta pod presją” to historia żony i matki, która popada w szaleństwo. „Minnie i Moskowitz” (1971 r.) opowiada o przyjaźni dwojga samotnych ludzi z różnych światów. „Gloria” (1980 r.) – o narzeczonej gangstera, która przygarnia małego chłopca, i razem uciekają przed mafią. Czy „Premiera” (1977 r.) o aktorce obarczającej się winą za śmierć swojej fanki.

Jako aktor Cassavetes grał często w produkcjach klasy B i C, nawet D. Ludzie go pytali: „Jesteś takim świetnym aktorem, dlaczego to robisz?”. A on odpowiadał: „Zbieram pieniądze na moje własne projekty”. Był absolutnie wolny i niezależny, pisał i reżyserował swoje własne filmy w sposób, w jaki chciał, i były one wysoko cenione przez krytyków. Nie mogę zrozumieć, że w Polsce nie wydano jeszcze boksu z jego filmami. To reżyser, którego kupuję w całości, i jestem pewna, że ma w Polsce wielu fanów. A Gena Rowlands, żona Cassavetesa, grająca we wszystkich jego filmach, znajduje się na pierwszym miejscu listy moich ulubionych aktorek.

East News

Wszystkie nieprzespane noce (reż. Michał Marczak, 2016 r.)

Oglądałam ten film podczas kursu dokumentu w Szkole Wajdy. To kino łączące dwa gatunki – aktorską fabułę i dokument. Po pierwszych scenach pomyślałam, że pewnie bardziej poruszy dwudziesto- i trzydziestolatków, że ja jestem już gdzie indziej, dalej, i opowieść o młodych ludziach snujących się po imprezach, w poszukiwaniu sensu życia, raczej mnie nie wciągnie. Tymczasem nawet nie zauważyłam, kiedy zanurkowałam na główkę w tę opowieść i pod koniec seansu trudno mi już było uspokoić emocje…

Jest tam poruszająca, improwizowana scena, kiedy młody człowiek ubrany w kostium królika (nie pamiętam dokładnie, ale chyba to był królik) siedzi w parku na trawie i zaczepia przechodzących ludzi, zadając im różne pytania. Są rodzice z dziećmi, ale też staruszkowie. Jedni nie reagują na zaczepki, inni odpowiadają. Poczułam, że stoję gdzieś pomiędzy nimi, utożsamiając się zarówno z tą Młodością, jak i ze Starością, które nawiązały właśnie dialog. Ten film jest zresztą fenomenem – odnosił sukcesy zarówno na festiwalach filmów dokumentalnych, jak i fabularnych. Pod tym względem również jest „pomiędzy”.

mat. prasowe

Senna (reż. Asif Kapadia, 2010 r.)

Ostatnio mam fazę na dokumenty o wybitnych sportowcach. Na przykład dokument o argentyńskim kierowcy wyścigowym Ayrtonie Senna, trzykrotnym mistrzu świata Formuły 1, tragicznie zmarłym po wypadku z Grand Prix San Marino w 1994 r. Wszystko wskazywało na to, że nie powinien wsiadać do samochodu, bo dzień wcześniej na tym torze ktoś zginął, wiadomo też było, że jego samochód ma jakiś feler. Ale niesamowita, nieznająca kompromisów pasja, kazała mu nie słuchać ostrzeżeń. Ta pasja właśnie – uczucie bardzo mi bliskie – jest osią przewodnią wszystkich innych filmów o sportowcach. Serial „Ostatni taniec” o Michaelu Jordanie, „Oczami mojego ojca: historia Rondy Rousey” o amerykańskiej judoczce i pierwszej mistrzyni UFC, czy „Ronnie Coleman – Król” o amerykańskim kulturyście, który osiem razy z kolei zdobył tytuł Mr Olympia. Bywa, że są to postaci kontrowersyjne, tragiczne, które dla miłości do sportu poświęciły inną miłość lub swoje własne zdrowie, a nawet życie. To są filmy o życiowych wyborach, po obejrzeniu których człowiek myśli: Co daje nam większą satysfakcję i spełnienie? Życie bezpieczne, pełne asekuracji i kompromisów? Czy takie, gdzie mierzymy najwyżej, ale żeby tam dojść, musimy wiele poświęcić? I jak wielu z nas udaje się dotknąć tego złotego środka, gdzie możemy spełniać się w pasji pozostając szczęśliwymi?

„Dziecko Rosemary” (reż. Roman Polański, 1968 r.).

Jeden z najlepszych horrorów w historii kina, choć określa się go również – zresztą słusznie – mianem kina psychologicznego. Nie jestem miłośniczką horrorów, ale takie filmy jak „Psychoza” Alfreda Hitchcocka (1960 r.), „Egzorcysta” Williama Friedkina (1972 r.), „Carrie” Briana de Palmy (1976 r.), „Inni” Alejandra Amenabara (2001 r.) czy właśnie „Dziecko Rosemary” są wyjątkami, bo strachu, który pojawia się w widzu, nie wywołują puste, banalne „straszaki”, tylko coś, co powoli, inteligentnie budzi nasze własne ukryte lęki i otwiera je, uwalnia, byśmy mogli się z nimi skonfrontować.

Ostatnio sama zagrałam w horrorze „W lesie dziś nie zaśnie nikt” w reżyserii Bartosza Kowalskiego. To specyficzny gatunek filmowego horroru, tak zwany slasher, który ma bardzo konkretną konstrukcję dramaturgiczną – bohaterowie po kolei giną w dziwnych, jednak zawsze spektakularnie krwawych okolicznościach. Zupełnie nie moja bajka i do tej pory szerokim łukiem omijałam kino w rodzaju „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Ale w przypadku „W lesie dziś nie zaśnie nikt” przekonał mnie świetnie skonstruowany scenariusz. Zresztą Bartek Kowalski, reżyser, którego wcześniejszy film „Plac zabaw” mnie zachwycił, był dla mnie gwarantem sukcesu. Intuicja też mnie nie zawiodła (śmiech), i bardzo się cieszę z tego nowego doświadczenia.

Kobieta samotna (reż. Agnieszka Holland, 1981 r.)

Poruszająca opowieść o poniżanej przez otoczenie kobiecie, wychowującej nieślubne dziecko, która próbuje ułożyć sobie życie z niepełnosprawnym mężczyzną. Wspaniała, przejmująca rola Marii Chwalibóg. A Bogusław Linda zagrał tu według mnie swoją najlepszą rolę. Uważam, że to aktor niezwykle wrażliwy, delikatny, z neurotycznym rysem, i tu, w tym filmie, był genialny. Tak samo w „Przypadku” Kieślowskiego. A potem, po roli we wspaniałych, kultowych już „Psach” Pasikowskiego, przylepiono mu łatkę romantycznego twardziela. I mam wrażenie, że od tego czasu widzowie chyba trochę oczekują, że będzie już tylko Franzem Maurerem, wymachującym pistoletami w filmach, w których ściele się trup, również kobiecy.

A ja czuję, że prawdziwy Linda to ten subtelny aktor z „Kobiety samotnej”, mający wiele odcieni, grający na niuansach, przejmujący. Linda, który nie wstydzi się pokazać słabości. Chciałabym go jeszcze zobaczyć w takiej roli.

Dzisiejsze czasy (reż. Charlie Chaplin, 1936 r.)

Chaplin jest ojcem kina, tego w najlepszym wydaniu, i inspiracją chyba dla wszystkich filmowców. Najbardziej lubię jego „Dzisiejsze czasy”, satyrę na życie w społeczeństwie kapitalistycznym. Mam tam ukochaną scenę, z maszyną do karmienia robotnika, by nie tracił czasu na posiłki. Pamiętam, że kiedy miałam 15 lat i oglądałam ten film z mamą, we dwie ze śmiechu sturlałyśmy się z kanapy. A wiele lat później sytuacja się powtórzyła. Z Gregiem Zglińskim robiliśmy film „Cała zima bez ognia” i w czasie prób mieszkaliśmy w Szwajcarii, w apartamencie, ja, Greg i operator filmu Witold Płóciennik. Okazało się, że właściciel ma całą kolekcję filmów Chaplina. Włączyliśmy „Dzisiejsze czasy” i dokładnie jak kiedyś z moją mamą, tak z Witkiem i Grześkiem tarzaliśmy się po podłodze ze śmiechu. Zawsze najbardziej nam się podoba to, co możemy odnieść do obecnej sytuacji w świecie lub naszych własnych emocji. A ten film jest niezwykle aktualny – w dzisiejszych czasach szczególnie. (śmiech)

Wysłuchała Anna Zaleska

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Fot. Marta Surovy

Paulina Przybysz i jej ulubione filmy i seriale o kobietach niepokornych

„Tinę” po raz pierwszy obejrzałam, gdy byłam dziewczynką. Mam wrażenie, że za wcześnie. Ale z drugiej strony zostało we mnie wyczulenie na temat przemocy i nierówności, które zdaje się chronić i ostrzegać – mówi Paulina Przybysz. Jakie jeszcze filmy i seriale o kobietach niepokornych zostały w niej na całe życie?
Anna Zaleska
20.10.2020

Koncert Pauliny Przybysz „Music. The Superpower” 24 października uświetni galę zamknięcia tegorocznej edycji festiwalu Tofifest. Kujawy i Pomorze. Autorski koncert artystki zainspirowało kino i twórczość jej ulubionych artystów. Ze sceny na toruńskich Jordankach będzie można  usłyszeć utwory między innymi Etty James, Johna Lennona i Joy Division. Gościnnie wystąpi Stanisław Sojka. A że motywem przewodnim 18. MFF Tofifest jest kino niepokorne, pytamy Paulinę Przybysz o jej ulubione filmy i ulubione niepokorne bohaterki. „Tina” reż. Brian Gibson (1993 r.) Przygotowując koncert na finał Tofifest, oglądałam wiele filmów biograficznych i po raz kolejny zobaczyłam „Tinę”. To wstrząsająca, bardzo gorzka historia o życiu genialnej artystki, jej drodze na szczyt, a zarazem o pełnym przemocy związku. Jej pierwszy mąż Ike był mężczyzną niestabilnym emocjonalnie, przemocowym, o wielkim ego. Zazdrosnym o jej talent i sukcesy. Im bardziej Tina Turner szła do przodu, tym gorzej on sam się czuł i tym bardziej się nad nią znęcał. Nadchodzi jednak moment, w którym Tina wychodzi z pozycji ofiary, zupełnie dosłownie oddaje Ikowi i zaczyna brać los w swoje ręce. Wygląda to tak, jakby przez cały czas trwania tego związku zbierała w sobie siłę, zrozumienie i empatyczność dla samej siebie. Po raz pierwszy obejrzałam ten film, gdy byłam dziewczynką. Mam wrażenie, że za wcześnie. Ale z drugiej strony zostało we mnie wyczulenie na temat przemocy i nierówności, które zdaje się chronić i ostrzegać” .   „Matylda”, reż. Danny DeVito (1996 r.) Z tym filmem łączy się piękne wspomnienie. Z rodzicami i siostrą wszystkie wakacje spędzaliśmy pływając żaglówką po Mazurach. Kiedyś w Rynie postanowiliśmy pójść do kina. To było kino stare, studyjne. Jego właściciel, gdy sam...

Czytaj dalej
Gael Garcia Bernal
getty images

Gael Garcia Bernal: „Historii kina uczyłem się na wagarach, od kinowego biletera”

Aktora możemy oglądać w komedii „Tam gdzieś musi być niebo”
Anna Tatarska
25.02.2020

Jako dzieciak marzył, by być pediatrą. Dziś leczy ludzkie emocje. Gael García Bernal to jeden z najbardziej znanych latynoamerykańskich aktorów. Pochodzący z Guadalajary w Meksyku 40-latek przygodę z ekranem zaczynał jako dziecko. Od blisko 20 lat tworzy niezapomniane kreacje w międzynarodowych hitach: „I twoją matkę też”, „Amores perros”, „Babel”, „Mozarcie w dżungli” czy niedawno „Przedszkolance”. Ale Bernal realizuje się także jako reżyser. Jego drugi pełnometrażowy film „Chicuarotes” miał światową premierę na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes. W styczniu na polskich ekranach pojawił się w słodko-gorzkiej, politycznie zaangażowanej palestyńskiej komedii Elii Suleimana „Tam gdzieś musi być niebo”. Anna Tatarska: Meksykańscy reżyserzy Alfonso Cuarón i Guillermo del Toro często podkreślają, że kiedy zaczynali karierę, popularne kino było mocno osadzone w estetyce kiczu. Jakie były pana pierwsze filmowe miłości? Gael García Bernal:  Jako młody chłopak rzadko oglądałem filmy meksykańskie, wybierałem raczej produkcje zagraniczne. Na wagary chodziłem do Kinoteki w Mexico City, bo była bardzo blisko szkoły. Oglądałem wszystko, co akurat było w repertuarze. Wtedy odkryłem takich reżyserów jak Wim Wenders czy Theo Angelopoulos. Później godzinami rozmawiałem o nich z kolegami. Wiedzieliśmy, że muszą być uznani, skoro ich filmy trafiły do Meksyku, ale wtedy, w latach 90., nie było jeszcze internetu. Nie tak łatwo dawało się znaleźć informacje o współczesnych reżyserach. Najwięcej wiedzy przekazywał nam bileter. Tłumaczył, kto jest kim. Dla chłopaka, którym wtedy byłem, rola w „Amores perros” była jak surrealistyczny sen.  „Babel” reż. Alejandro González...

Czytaj dalej
Katarzyna Zielińska / Archiwum prywatne

Od „Janosika” po „Grace i Frankie” – 10 ulubionych seriali Katarzyny Zielińskiej

Jeden z nich sprawił, że postanowiła zostać aktorką, przy muzyce innego szła do ślubu, jeszcze inny pozwolił z optymizmem spojrzeć w przyszłość. Katarzyna Zielińska opowiada o ulubionych serialach.
Anna Zaleska
28.07.2020

Zawsze gdy wracam z teatru czy z planu zdjęciowego, a dzieci już śpią, robię sobie herbatę z melisą i z ogromną przyjemnością oglądam seriale. Nawet do późnych godzin nocnych”, opowiada aktorka i producentka Katarzyna Zielińska. Wśród jej ulubionych seriali są takie, które szczególnie mocno zapisały się w jej życiu. Jeden sprawił, że zapragnęła być aktorką, przy muzyce innego szła do ślubu, jeszcze inny oglądała, będąc w ciąży z pierwszym synkiem, utwierdzał ją bowiem w przekonaniu, że dla kobiet nie ma rzeczy niemożliwych. Posłuchajcie jej opowieści: *** „Grace i Frankie” Dla mnie absolutny numer jeden. Ten komediowy serial opowiadający o czwórce przyjaciół po 60., którzy przeżywają drugą młodość, wciągnął mnie i poruszył. Pokazuje, że życie w każdym okresie może być piękne, każdy czas jest dobry na naukę, na rozwój, na przyjaźń, na miłość, a starszych ludzi nie wolno spychać na margines. Oglądając „Grace i Frankie” sama zaczęłam myśleć: co z tego, że skończyłam czterdziestkę, przede mną kilkadziesiąt kolejnych fajnych lat, niesamowity czas, gdy dzieci będą dorastały, pojawią się wnuki… Ale to też serial, który w komediowej formie porusza inne ważne społecznie tematy, takie jak akceptacja związków jednopłciowych, adopcja dzieci czy zapłodnienie in vitro. Patrząc zaś z perspektywy aktorki i producentki – to drugi fach, który mnie fascynuje i któremu chciałabym się poświęcić – widzę tu świetnie napisane dialogi i znakomitą obsadę. Jane Fonda, wiadomo, wspaniała aktorka. Ale Lily Tomlin grająca Frankie to moje absolutne odkrycie. Każdą z postaci kocha się, podziwia i jednocześnie za coś się jej nie znosi. Jak w życiu. „Dom z papieru” To drugi hit, który w tym roku...

Czytaj dalej
Sharon Stone i Michael Douglas w „Nagim instynkcie” / East News

Od „Nagiego instynktu” po „Lolitę”. 10 filmów ocenzurowanych z powodu seksu

Dlaczego „Nagi instynkt” wzbudził takie protesty? Nie, wcale nie chodziło o to, w jaki sposób Sharon Stone zakłada nogę na nogę, ale o coś zupełnie innego… Oto 10 filmów, które miały kłopoty z cenzurą. Za wyświetlanie niektórych można było trafić do więzienia.
Anna Zaleska
31.07.2020

Chociaż podobno żyjemy w czasach, kiedy wolno pokazać wszystko, a polskie „365 dni”, uznawane przez wielu krytyków za zwykłe porno, święci międzynarodowe triumfy na Netfliksie, cenzura nadal ma się dobrze (i  kto wie, może to nie jest złe?). Zobaczcie 10 wielkich filmów światowego kina, w których „momenty były” – ale niejednokrotnie zostały wycięte.  Nagi instynkt (USA 1992, reż. Paul Verhoeven) Przeciwko filmowi z Sharon Stone protestowali i konserwatyści, i liberałowie. Aktywiści gejowscy już na etapie zdjęć obrzucali plan filmowy torebkami z farbą, dmuchali w gwizdki i namawiali przejeżdżających obok kierowców do naciskania klaksonów. Uważali, że postać lesbijki morderczyni będzie pożywką dla homofobii i nastrojów antygejowskich. W jednej z gazet w San Francisco wykupili nawet całostronnicową reklamę nawołującą, by nie iść na „Nagi instynkt” do kina, z tekstem: „Hollywood konsekwentnie przedstawia nas jako ofiary lub psychopatów. Nie wydawaj swoich pieniędzy, żeby oglądać popisy homofobii i mizoginizmu”.    Organizacje konserwatywne protestowały natomiast, twierdząc, że film podkopuje tradycyjne amerykańskie wartości. Groziło mu przyznanie kategorii NC-17 (zakaz wstępu dla każdego, kto nie ukończył 17 lat), co oznaczałoby o wiele niższe wpływy do budżetu. Ostatecznie zmontowano mniej drastyczną wersję „Nagiego instynktu”, która dostała od komisji kwalifikacyjnej kategorię R (film mogą oglądać nastolatki w towarzystwie osoby dorosłej i może być bez ograniczeń reklamowany w prasie). Ale pewien kardynał wystosował po jego premierze apel, by stworzyć dla filmu i telewizji nowy kodeks moralny, zakazujący nagości, lubieżnych uścisków, brzydkich wyrazów i bluźnierstw. I Bóg stworzył kobietę...

Czytaj dalej