Frida Kahlo i Diego Rivera. Jej matka mówiła o nich, że to „związek słonia z gołębicą”
Getty Images

Frida Kahlo i Diego Rivera. Jej matka mówiła o nich, że to „związek słonia z gołębicą”

Frida nazywała Diego ropuchem, czasem wieprzem, ale nie mogła bez niego żyć. Choć lubiła też powtarzać o nim jeszcze jedno: „Najlepszy przyjaciel, najgorszy mąż”.
Agata Tuszyńska
22.09.2020

Dziś twarz Fridy kahlo spogląda na nas z okładek czasopism, nadruków na koszulkach, kubków i bibelotów. Domy mody stylizują swoje kolekcje na podobieństwo jej strojów i fryzur. Jej obrazy na aukcjach kosztują miliony. Największe muzea zabiegają, żeby mieć je w swoich zbiorach. Film z Salmą Hayek w roli Fridy przyciągał tłumy. Ale trzeba było pół wieku, żeby świat zainteresował się nią na serio. Nie jako ciekawostką i żoną „wielkiego Diego”. 

Zachowało się blisko 150 obrazów Fridy Kahlo. Pewnie niewiele więcej namalowała. Nad każdym pracowała miesiącami, poprawiała, przemalowywała. Każdy z nich rozpoznawalny jest na pierwszy rzut oka. Taki rys niepowtarzalności w sztuce nie ma ceny. 

A o wszystkim zdecydował tragiczny przypadek. Autobus, w którym jechała 18-letnia Frida w swoim rodzinnym Mexico City, zderzył się z tramwajem. Miała złamany kręgosłup, miednicę, żebra, obojczyki prawą nogę – jedenastokrotnie! Stalowa poręcz przebiła jej podbrzusze i macicę, naznaczając okrutnym piętnem jej ledwie rozbudzoną kobiecość. Świadkowie opowiadali, że pokaleczona, zakrwawiona Frida leżała na ulicy pokryta złotym pyłem (jeden z pasażerów wiózł proszek złotniczy). To scena symboliczna dla całego jej życia: złoty pył przykrywał największe w nim dramaty.

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Frida Kahlo i Diego Rivera – dzieliło ich prawie wszystko

Wielokrotnie składana i kaleczona skalpelami lekarzy trzy miesiące przeleżała w gipsowej skorupie. Widziała przed sobą głównie swoje stopy. I to był temat jej pierwszego obrazu. Jednocześnie uczyła się i chodzić, i malować. Miała szczęście, że spotkała malarza, który nie wybił jej tych niewprawnych prób z głowy. I miała nieszczęście, że był nim Diego Rivera. Dzieliło ich właściwie wszystko – wiek (miał 21 lat, kiedy się urodziła), postura (był olbrzymem, trzy razy od niej cięższym, wyższym o dwie głowy), pozycja w sztuce. Matka Fridy, niechętna tej zażyłości, mówiła, że to związek słonia z gołębicą.

Frida Kahlo i Diego Rivera
Getty Images

Gwiazdą był on. Sławny, podziwiany, próżny. Wielki, dosłownie, malarz tworzący wielkie, dosłownie, rewolucyjne w treści i formie malowidła na ścianach budynków publicznych. Komunista hołubiony przez władze. Żarłok i pijak z rewolwerami u pasa. Wszystkiego było w nim w nadmiarze, ciała, temperamentu, apetytu – na sławę, pieniądze, polityczne koneksje. Także na kobiety. Czego innego się zresztą spodziewać po człowieku, który z upodobaniem używał swojego pełnego nazwiska: Diego Maria de la Concepción Juan Nepomuceno Estanislao de la Rivera y Barrientos Acosta y Rodriques. Nawet prezydent nie ośmielał się nie odebrać telefonu od Diega.

Ale potrafił być uwodzicielski, czuły i mądry. Nie przypadkiem, mimo dramatycznych rozstań, połączyli się na całe życie. Podobała mu się jako kobieta, była przecież piękna! Ale takie piękności on miewał na pęczki. Nie odtrącił jej jednak jako malarki. Ten życiowy i artystyczny kabotyn miał w sobie dość uczciwości, by zobaczyć w niej prawdziwy malarski brylant, wesprzeć go, pozwolić dojrzewać.  Wierzył w sztukę Fridy zawsze, a ona do końca życia była mu za to wdzięczna. To był ten złoty pył, który przykrył następną życiową katastrofę.

Kiedy się pobrali w 1929 r., Frida miała 22 lata, on 43. Była jego trzecią żoną. Już na weselu kleiły się do niego inne kobiety, ale on przecież nie przysięgał jej wierności. „Diego bardzo cię kocha, a ty kochasz jego – napisze do niej wieloletni przyjaciel. – I wiesz to dużo lepiej ode mnie, że poza tobą, ma on jeszcze dwie wielkie miłości: malowanie i kobiety. Nigdy nie był i nie będzie typem monogamisty”. Sam Diego był mniej wylewny. „Seks jest jak sikanie – uważał – ludzie go biorą stanowczo zbyt serio”.

Frida cierpiąca, płacząca, malująca…

Na razie zamieszkali razem, kochali się, próbowali mieć dziecko. Tak zaczęła się kolejna odsłona jej dramatu. Poronienie, depresja, nawrót stałego bólu. Brała morfinę, malowała na sztalugach wspartych na szpitalnym łóżku. Swoje samotne emocje. Swój ból. Frida osaczona przez demony, F. ze szkieletem wczepionym w mózg, F. zrozpaczona, F. z korzeniami wyrastającymi z brzucha, F. z pękającym kręgosłupem, F. wypatroszona, F. przebita gwoździami, F. bogini, F. Chrystus. Frida w objęciach matki ziemi, trzymająca w objęciach nagiego Diego…

Druga ciąża. Byli wtedy w Ameryce, gdzie na zamówienie Forda i Rockefellera on miał malować swoje murale. Skończyło się skandalem i przerwaniem prac, kiedy w centrum socrealistycznego bohomazu umieścił Lenina! Dla niej skończyło się wymuszoną aborcją, szpitalem, podobno próbą samobójczą.

Frida Kahlo i Diego Rivera
Getty Images

Cierpiała. Miała świadomość, że balansuje na krawędzi. Brała morfinę, piła, wdawała w romanse. Z mężczyznami, ale i z kobietami. Biseksualna była chyba zawsze. Już w młodości chętnie się przebierała w garnitury ojca. Sama kiedyś przyznała, że niewinność odebrała jej szkolna bibliotekarka. W męskim garniturze, z krótkimi włosami wyglądała równie zjawiskowo jak w swoich wystylizowanych meksykańskich sukniach i z upiętą fryzurą. Czułe, wieloletnie związki z mężczyznami (choćby z fotografikiem Nicolasem Murayem) przeplatała romansami z kobietami. W Paryżu połączył ją romans z Josephiną Baker, czarnoskórą tancerką, której śmiałe stroje, ba!, nagość na scenie szokowały pół świata. Frida należała do drugiej połowy, która wolała Baker kochać.

Z mężem starali się żyć tyleż razem, ile obok siebie, nie ranić się za bardzo, nie narzucać ze swoimi romansami. Czasami jednak wyrzucała Diega z łóżka, gdy czuła od niego nie tylko alkohol, ale i zapach innej. 

Frida i Trocki, Diego i Christine

Kiedy Diego załatwił Trockiemu azyl w Meksyku, nie przypuszczał, że daje schronienie kolejnemu kochankowi żony. Oboje uważali Stalina za nieokrzesanego prostaka i mordercę, ale Lwa Trockiego– niepomni jego równie krwawej przeszłości – za gnębionego intelektualistę wygnanego z ojczyzny rewolucji, godnego wsparcia banitę. Zamieszkał u Fridy w jej rodzinnym, przypominającym nieco warownię Błękitnym Domu w Coyoacán.

Trudno jej było nie ofiarować prorokowi całej siebie. Spędzała przecież czas nie ze złowrogim teoretykiem wyrżnięcia połowy ludzkości, ale miłym, szczupłym 60-latkiem z zabawną bródką i ujmującym uśmiechem. W dodatku zagrożonym przez Stalina śmiercią, co dla jej opiekuńczej duszy mogło mieć znaczenie decydujące. Dwa lata później ten nowy, dość niezwykły kochanek Fridy skończy z czekanem w głowie. 

Dedykowała mu jeden ze swoich autoportretów. To, co było jej najbliższe. Bo autoportrety stanowią prawie jedną trzecią jej wszystkich obrazów. Obruszała się, gdy ją pytano o te proporcje. Każda sztuka zmusza do egocentryzmu, a cierpienie tylko ten stan potęguje. Malowała więc najczęściej siebie, świat swojego bólu, swoich przeżyć, przemijania.

Ale nie tylko. Czasem także martwe natury, czasem portrety bliskich. Jeden z bardziej klasycznych obrazów Fridy przedstawia piękną brunetkę o gładko zaczesanych włosach. Duży dekolt, odkryte ramiona. To „Portret Christiny – mojej siostry”. Christiny, która sprowadziła na nią kolejne nieszczęście: przez nią Frida zerwała z Diego. Przyłapała ją bowiem na „swoim grubasie”. W ich własnym domu. Tego nie potrafiła mu darować.

Rozwiodła się. Siostrze szybko wybaczyła, bo to siostra. Jemu, mimo że zeszli się po latach, tej zdrady nie zapomniała nigdy. Czuły „ropuch” częściej od tej pory rymował się w jej zapiskach z „wieprzem”. Wspomniała o dwóch wypadkach, jakie jej się przydarzyły w życiu: o autobusie, który ją połamał, i spotkaniu z Diegiem. Z dopiskiem – „Diego był tym gorszym”.

Z czasem złocistego pyłu w jej życiu było mniej. Żyła bardziej samodzielnie, próbowała sprzedawać swoje obrazy, choć sama uważała, że tylko wariat może kupić „takie okropności”. Przechodziła kolejne operacje, głównie kręgosłupa, tygodniami dochodziła do siebie. Z ropiejącymi odleżynami na plecach, w gorsetach naszpikowanych stalowymi rusztowaniami, próbowała utrzymać pędzel w ręku. Płótno ze szpitalnych prześcieradeł nabijano na stelaże z desek i montowano jej na łóżku. Musiała mieć wielu przyjaciół, ktoś to przecież robił, ktoś rozrabiał jej farby, ktoś mył w terpentynie pędzle i pomagał przykryć się fartuchem do pracy.

Malowanie to ciężka praca fizyczna. Opór płótna, olejnych farb, pędzla. Każdy mięsień pleców czuć oddzielnie. A psychiczne napięcie towarzyszące każdemu ruchowi ręki, a smród farb i rozpuszczalników… Dla kobiety w jej stanie to musiała być męka. Może dlatego niektóre płótna Fridy wyglądają, jakby malowała je niewprawna Indianka, a inne jak świadoma formy mistrzyni. A jednak w każdym obrazie musiała przekraczać swoje, może nawet nadludzkie granice.

Kiedy tylko czuła się na siłach, ruszała w świat. Do San Francisco, do Paryża. Ale świat na nią nie czekał. Wszędzie czuła się obco. Docenił ją André Breton, od niego – żartowała – dowiedziała się, że jest surrealistką. Ale w Paryżu wszyscy byli zbyt zajęci sobą, karierami, by traktować ją inaczej niż jak dziwadło z dalekiego świata. Bez żalu wracała do swojego Błękitnego Domu na przedmieściach Meksyku. W końcu doczekała się tu pierwszej, jedynej wystawy. Na jej otwarcie musiała wjechać, pokonana już przez ciało, we własnym łóżku. 

Frida Kahlo i Diego Rivera
Getty Images

Emocjonalnie nigdy nie opuściła „ropucha”, uważała Diega za swojego najlepszego przyjaciela (i „najgorszego męża”). W „Dzienniku” pisanym przez kilkanaście lat często wspominała o nim tkliwie. Ale też o zmęczeniu duszy, bólu i cierpieniu. Coraz częściej – o śmierci. Była jednak gotowa do jakiegoś ugadania się z nią. Ale na zastrzyki z morfiny nie było już prawie miejsca na jej ciele. Tuż przed śmiercią amputowano jej prawą nogę do kolana. Umarła 13 lipca 1954 roku. Miała 47 lat.

On umarł w Moskwie trzy lata później. Dziwaczna para, dziwaczne losy. Diego przeżył życie jako znakomitość, ona jako jego cień, wart co najwyżej podpisu pod zdjęciem w amerykańskiej gazecie – „Druga z lewej – Mrs. Rivera”. Nawet noblista Le Clézio swoją biografię o nich zatytułował bezrozumnie i typowo „Diego i Frida”. Po kilkudziesięciu latach ona jest ikoną światowej sztuki XX w. i ruchu feministycznego. A on… No cóż, byłoby pewną przesadą życzyć mu takiego podpisu, ale tak pewnie zostanie – „Trzeci z lewej – mąż Fridy Kahlo”.

Frida Kahlo i Diego Rivera
Getty Images

„Diego w mojej głowie” autoportret Fridy z 1943 r.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
East News

Wszystkie twarze Fridy Kahlo

„W swoim życiu przeżyłam dwa wypadki. Jeden to autobus, który mnie połamał, drugi to Diego. Diego był, jak dotąd, tym najgorszym” – mówiła Frida Kahlo.
Sylwia Arlak
29.12.2020

On malował całymi dniami. Tworzył wielkie murale, tak samo obsesyjnie, jak kochała go Frida. Ona leżała w łóżku z nogą w gipsie albo zamknięta w sali szpitalnej, oczekując kolejnej operacji. On wychodził z domu do swoich kochanek, ona mu gotowała i sprzątała. W końcu powiedziała: dość. Niedoszła lekarka Frida Kahlo zwodziła wszystkich, mówiąc, że urodziła się 7 lipca 1910 roku (choć w akcie urodzenia widnieje data 6 lipca 1907 roku). Podobno chciała, aby jej życie było utożsamiane z narodzinami nowego Meksyku: w 1910 roku doszło do meksykańskiej rewolucji i obalenia prezydenta Porfirio Diaza. Była chorowitym dzieckiem. W wieku sześciu lat zachorowała na polio, co spowodowało, że jej prawa noga była krótsza niż lewa. Jako dorosła osoba „chowała się” za długimi, kolorowymi spódnicami. Od dziecka odstawała od swoich rówieśników. Śmiała, pyskata, bezkompromisowa, nie miała wielu koleżanek. Ale szybko zyskała sobie sympatię kolegów. W szkole, do której chodziła, jako nastolatka związała się z najpopularniejszym chłopcem. To z ojcem stworzyła bliższą więź niż z matką. Jako zawodowy fotograf często pozwalał jej asystować w swojej pracowni. A ona chętnie mu pozowała. Choć brała lekcje rysunku, bardziej interesowały ją nauki ścisłe. W 1922 roku wstąpiła do National Preparatory School w Mexico City, gdzie rozpoczęła studia medyczne. Tam poznała malarza (i przyszłego męża) Diego Riverę, który pracował nad muralem do szkolnego audytorium. Wówczas nie mogła wiedzieć, że trzy lata później zawali jej się całe życie. Czytaj także: Tamara Łempicka była królową art déco. „Robię, co chcę i nienawidzę robić tego, co muszę”, mówiła Wypadek, który zmienił wszystko 17 września 1925 roku autobus,...

Czytaj dalej

Najbardziej inspirujące biografie kobiet: Osiecka, Jansson, Kossak – my z nich wszystkie!

Czy można żyć ciekawiej, mocniej, pełniej, odważniej? Biografie Agnieszki Osieckiej, Tove Jansson czy Simony Kossak pokazują, jak wiele zależy od naszych własnych życiowych wyborów.
Anna Zaleska
30.10.2020

Jeśli nie teraz, to kiedy? Są takie książki, które mogą naprawdę odmienić życie. Wpłynąć na nasze nawyki, pomóc podjąć ważne decyzje, sprawić, że inaczej spojrzymy na siebie i innych. Czasem skłaniają nas do tego, by powiedzieć wielkie „nie”. Albo zdecydowane „tak”. Otworzyć się na nowe możliwości i spełnić uciszane dotąd marzenia. Biografie mają tę szczególną moc motywowowania, że opowiadają życie, które wydarzyło się naprawdę. Ze wszystkimi swoimi sukcesami i porażkami, radościami i rozczarowaniami. Dają niepowtarzalną możliwość wyciągania wniosków z cudzych doświadczeń. Dlatego warto po nie sięgać.  „Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet”, Zofia Turowska (Marginesy) Rodzinny dom, w którym nie czuła miłości. Matka zarażająca lękiem, bo dla niej wszystko, oprócz leżenia na kanapie, wiązało się z ryzykiem. Ojciec, dumny kompozytor, u którego miłość zamieniała się w tyranię, a dziecku chciał wpoić przede wszystkim dyscyplinę i pracowitość. Agnieszka Osiecka w opowieści Zofii Turowskiej to dziewczyna, potem kobieta zawsze pół na pół: pół przekorna, pół akceptująca, pół wesoła, pół smutna. Pełna życia i nie pozwalająca, by ograniczały ją normy społeczne i konwenanse. Ostatnie, czego szuka w życiu, to spokój i stabilizacja. Podczas studiów na Wydziale Dziennikarstwa UW ucieka z przesiąkniętych ideologią wykładów i włóczy się nad Wisłą. Wylatuje ze Związku Młodzieży Polskiej za sianie fermentu. W czasach STS-u wchodzi w kręgi warszawskiej bohemy. Kocha się „niemądrze w niemądrych”. Przyjaźni z niezwykłymi kobietami. Rodzi córkę Agatę i ucieka od macierzyństwa. Biografia Zofii Turowskiej pokazuje kobietę, która nigdzie i u niczyjego boku...

Czytaj dalej
Julia Roberts jako Erin Brokovich / fot. materiały prasowe

Najlepsze filmowe biografie kobiet. „Erin Brockovich”, „Frida”, „Sztuka kochania”…

Najlepsze filmowe biografie kobiet uczą, jak znaleźć w sobie pasję, siłę i determinację, by żyć w zgodzie z samą sobą. A przy tym życie innych uczynić lepszym, bogatszym, piękniejszym.
Anna Zaleska
01.11.2020

Lista kobiet, które nie tylko wpływają na życie innych kobiet, ale na zawsze zmieniają świat – jest naprawdę długa. Od Erin Brokovich po Michalinę Wisłocką. Od królowej Elżbiety I po Fridę Kahlo.  Ich historie bywają skomplikowane, często dramatyczne, ale wytrwałość, z jaką pokonują przeszkody, jest imponująca. To prawdziwie superbohaterskie kino bez superbohaterskiego sztafażu. „Erin Brokovich”, reż. Steven Soderberg (2000) Jeden z tych filmów, które pokazują, że kobieta może skutecznie przeciwstawić się złu, niesprawiedliwości i nieprzyzwoitości. Nawet samotnie, a co dopiero gdy ma wokół siebie setki tysięcy innych kobiet. Oparty na faktach film opowiada historię Erin Brockovich (genialna w tej roli Julia Roberts), dwukrotnej rozwódki samotnie wychowującej trójkę dzieci, kobiety bez pieniędzy, wykształcenia i szansy na pracę. Tylko dzięki swojej bezczelności i determinacji zostaje zatrudniona do pomocy w kancelarii wziętego adwokata. Porządkując akta, przypadkowo odkrywa, że potężny koncern, doprowadzając do zanieczyszczenia wody w małym miasteczku, może być odpowiedzialny za ciężkie choroby mieszkających tam ludzi. Z pomocą swojego szefa, przekonując do sprawy początkowo bardzo nieufne rodziny, kieruje sprawę do sądu. Odszkodowanie w wysokości 333 milionów dolarów, które wywalczyła, do dziś pozostaje największym w historii amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. „Elizabeth”, Shakhar Kapur (1998) Anglia, połowa XVI wieku. Gdy królowa Maria I, zagorzała katoliczka, umiera bezpotomnie, na tronie zasiada Elżbieta (Cate Blanchett). W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, to kobieta pełna energii i radości życia. Jako protestantka od początku ma jednak wielu wrogów. Kryzys związany z podziałami religijnymi, pustoszejący skarbiec, dworskie intrygi,...

Czytaj dalej
Tamara Łempicka
Materiały prasowe wydawnictwa Bosz

Tamara Łempicka była królową art déco. „Robię, co chcę i nienawidzę robić tego, co muszę”, mówiła

Tamara Łempicka była uznawana za kobietę nowoczesną. Część krytyków zachwycała się jej dziełami, inni wskazywali na „cielesność graniczącą z kiczem lub przynajmniej grzechem”. Artystkę można było kochać lub można było się oburzać jej twórczością. Jedno jest pewne – nikt nie mógł przejść obok niej obojętnie.
Kamila Geodecka
09.12.2020

Ciężko jest być kobietą na tym świecie. Żeby przeżyć, trzeba wykorzystywać swe ciało i posługiwać się seksem” – mówiła Tamara Łempicka, malarka uznawana za prawdziwą królową estetyki art déco. Malowała głównie kobiece akty, które w tamtych czasach były uznawane za bardzo odważne. Kolejne plotki dotyczące jej romansów z modelkami jedynie napędzały jej sławę. Sławę, której pragnęła, i którą sobie wywalczyła. Była prawdziwą gwiazdą w paryskim międzywojniu. Uwielbiała głośne bankiety, rozmowy i kokietowanie. Bawiła się ze światem, więc cały świat bawił się także z nią. Udawała, kłamała, a gdy trzeba było, szła nawet do zakonu. W swoich obrazach zawsze była jednak perfekcjonistką. Chociaż artystka zmarła 40 lat temu, jej sława wciąż trwa, a jej obrazy mają w swoich kolekcjach Madonna, Jack Nicholson czy Barbra Streisand. Wciąż jest gwiazdą i podbija salony, a jej prace sprzedawane są za miliony dolarów. Tamara Łempicka – Polka i żona za wszelką cenę Tamara Łempicka urodziła się prawdopodobnie w 1898 roku w Moskwie, choć w jej metryce znajdziemy informację o tym, że przyszła na świat w Warszawie. Historycy sztuki podejrzewają, że artystka w pewnym momencie swojego życia po prostu sfałszowała dokumenty, co w tamtym czasie nie było aż tak skomplikowane. Jako dorosła kobieta zawsze powtarzała jednak, że jest Polką. Artystka wychowywała się w Warszawie wraz z dziadkami od strony swojej matki. Zamożni Deklerowie należeli do elity towarzyskiej i kulturalnej oraz  przyjaźnili się m.in. z Ignacym Paderewskim czy Arturem Rubinsteinem. Gdy mała Tamara była jeszcze dziewczynką, jej ojciec, zamożny rosyjski Żyd, zniknął z jej życia i nigdy nie powrócił. Sama artystka miała mówić, że jej rodzice się rozwiedli, jednak w rzeczywistości ojciec...

Czytaj dalej