Ewa Vesin, genialna Tosca z Teatru Wielkiego, mówi o życiu po 40-tce: „Teraz mogę zaczynać”
Zuzanna Szamocka-Švec
#czytajdlaprzyjemności

Ewa Vesin, genialna Tosca z Teatru Wielkiego, mówi o życiu po 40-tce: „Teraz mogę zaczynać”

Niedługo zagra Halkę u Mariusza Trelińskiego.
Marta Strzelecka
29.10.2019

W tym roku Ewa Vesin gra główne role w największych teatrach w Rzymie, Sidney, Paryżu. W 2020 r. będzie Halką w  nowym spektaklu Mariusza Trelińskiego. Ale sama mówi: „Bycie gwiazdą nie jest chyba wystarczającym powodem, żeby śpiewać”. To w takim razie co jest najważniejsze? Z wybitną polską sopranistką Ewą Vesin rozmawia  w „Urodzie Życia” Marta Strzelecka.  

Marta Strzelecka, „Uroda Życia”: Na scenie zawsze jest pani silną kobietą?

Ewa Vesin: Właściwie nie mam wyjścia jako sopran dramatyczny. Zawsze na scenie jest we  mnie trochę złości, odwagi, czasem są też władczość, ból albo rozpacz. Gram mocne kobiety, śpiewam wysoko, z  dużą siłą. I lubię to, podoba mi się bycie Toscą, Desdemoną, Halką. Nie chciałabym być liryczna. I raczej nie mogłabym, bo w sposób naturalny sięgam głosem aż do mocnego F.

Kieruje pani swoją karierą w sposób zdecydowany, według planu?

Przeciwnie, z pokorą. Co nie znaczy, że jestem uległa czy nadmiernie skromna, po prostu nigdy nie zależało mi na szybkiej karierze. Dziś wiem, że największy przełom w moim życiu zawodowym polegał na czymś paradoksalnym, czyli na odrzuceniu roli. Kiedy zaśpiewałam Zyglindę w „Walkirii” na Festiwalu Wagnerowskim we Wrocławiu, miałam 27 lat, a moje nazwisko zaczęło być rozpoznawalne. Zauważono mnie. Odebrałam telefon z Teatru Wielkiego Opery Narodowej z  propozycją ważnej roli. Wielki zaszczyt dla śpiewaka, jednak odmówiłam. Nie dlatego, że byłam bardzo zarozumiała, tylko uważałam, że za mało umiem na tak wielką i ważną scenę, że nie jestem jeszcze wystarczająco doświadczona. Powiedziałam uprzejmie, że zapewne przyjdzie moment – dla mnie, dla mojego głosu – w którym zgodzę się na tak ważną propozycję. 

To nie był strach?

Może. Ale przede wszystkim uważałam, że nie jestem gotowa. Spalić można się zawsze, w każdym momencie życia, nie o to chodzi. Chciałam czuć się na miejscu.

Skąd taka pokora?

Chyba z bardzo długiej drogi do sceny. Występuję od szóstego roku życia. Zaczynałam od Zespołu Pieśni i Tańca Ziemi Lubelskiej im. Wandy Kaniorowej, co nauczyło mnie porządku, dyscypliny. Niby błaha rzecz: spóźnianie się – nie do pomyślenia. Może dlatego zawsze jestem pierwsza w pracy, przed inspicjentem. Ten zespół stał się też moją pierwszą szkołą muzyczną, dostaliśmy tam gruntowne muzyczne wykształcenie. A potem, na studiach w Krakowie, czymś naturalnym był szacunek dla starszych śpiewaków. Poza tym sam wybór takiej drogi nie był łatwy. Nikt w mojej rodzinie przede mną nie pracował jako muzyk, musiałam przekonywać mamę, prawniczkę, do mojego wyboru. 

Ewa Vesin, Tosca w Teatrze Narodowym
Zuzanna Szamocka-Švec

Nie myślała pani o karierze?

Bardziej naturalne wydawało mi się, że dziewczyna po dwudziestce zakłada rodzinę. Studia skończyłam pod koniec czerwca, dwa tygodnie później urodziłam córkę. Zatem w ciąży byłam na ostatnim roku. Większość śpiewaczek odsuwa moment decyzji o dziecku, a  ja zaczęłam dorosłe życie z córką, w dodatku szybko stałam się samotną matką. Miałam wtedy taki moment, że nie wiedziałam, co robić. Ale zdałam egzamin do Opery Wrocławskiej i jakoś powoli wszystko się ułożyło. Może dziecko nauczyło mnie pokory, o którą pani pytała? Dzięki córce od początku nie osiągałam sukcesów tylko dla siebie samej, nie chełpiłam się nimi, nie mogłam sobie pozwolić na taki egoizm – dziecko jest jednak ważniejsze od wszystkiego. Nie myślałam, że muszę zaśpiewać w La Scali czy Metropolitan, bo jak nie zaśpiewam, to będzie koniec świata. Wydawało mi się tylko, że powinnam ciężko pracować, że dobrze byłoby spotkać odpowiednich ludzi, a  na resztę nie mam wpływu.

Spotkała pani w świecie opery kobiety, które wspierały, pomagały?

Byłam szczęściarą, bo wiem, że bywa z  tym różnie. Tuż po studiach zaczęłam się uczyć u maestry Jolanty Żmurko, mamy Aleksandry Kurzak, czyli kobiety, która wychowała i wykształciła gwiazdę. Dla mnie, młodej dziewczyny, to było bardzo ważne – mieć kogoś, kto jest mistrzynią. Pokazała mi świat sceny, chodziłam na wszystkie jej spektakle w  Operze Wrocławskiej, podglądałam ją. Jej zawdzięczam to, co umiem. Zawodowo to dla mnie najważniejsza postać – uporządkowała mój głos, nauczyła mnie techniki wokalnej, do tej bazy wciąż wracam. A jednocześnie doświadczyłam najczystszego rodzaju relacji, która teraz nazywa się siostrzeństwem – porozumienia, niezależnie od tego, czy rozmawiasz z drugą kobietą o szczegółach sytuacji prywatnej, czy nie. Chodzi o  rodzaj wyrozumiałości, empatii.

U nas, śpiewaczek, ma to dodatkowy aspekt – pracujemy ciałem, więc podczas wspólnego śpiewania otwieramy się nie tylko w głowie, ale i fizycznie, rozluźniamy się. To sytuacja, w której potrzebne jest zaufanie, czyli podstawa przyjaźni. Dlatego w śpiewaniu relacja mistrzyni-uczennica jest tak wyjątkowa.

A pani uczy śpiewu?

Robiłam to przez siedem lat, zaczęłam od uczenia kobiety. Przychodzi taki moment, że chcesz podzielić się wiedzą, bo profesjonalnego śpiewu można się nauczyć tylko od kogoś, kto śpiewał na scenie. Lubiłam te spotkania. Dawały mi poczucie, że moje doświadczenie ma głęboki sens, jeśli się nim dzielę. Bycie gwiazdą nie jest chyba wystarczającym powodem, żeby śpiewać.

Dlaczego rzuciła pani – ze swoim wyważonym podejściem do pracy – etat w teatrze?

Chciałam się rozwijać. To było 10 lat temu, wtedy też zmarła moja mama po ciężkiej chorobie, co również było impulsem, żeby coś zmienić w  życiu, wykorzystywać je jak najlepiej. Miałam już za sobą lata pracy w Operze Wrocławskiej, a kiedy pracuje się w takim teatrze na stałe, szansa współpracy z  reżyserami, dyrygentami spoza zespołu jest dość ograniczona. A ja wciąż chciałam sprawdzać się w nowych sytuacjach. Właśnie wtedy zaczęłam dostawać coraz więcej propozycji –  jakaś produkcja w jednej operze, druga w następnej – moje nazwisko zaczęło być coraz bardziej popularne. I postanowiłam zrezygnować z bezpiecznych ścian znanej mi sceny, skoczyć na głęboką wodę. Również 10 lat temu urodziłam syna.

Jak organizuje pani życie rodzinne?

Często przez telefon. Mój mąż jest muzykiem, gra w orkiestrze, więc doskonale mnie rozumie, nie ma u nas rozmów o tym, dlaczego muszę wyjechać albo dlaczego próby trwają długo. Jestem spokojna, wyjeżdżając. Mamy też zasadę, że na dzieci zawsze ktoś czeka w  domu. Zależy nam, żeby miały poczucie bezpieczeństwa, niezależnie od tego, że jesteśmy artystami. Teraz śpiewaczkom operowym łatwiej jednocześnie budować karierę i dbać o rodzinę niż jeszcze kilkanaście lat temu – możemy dzwonić do dzieci, partnerów w każdej chwili. Co bywa też przeszkodą, bo jeśli w przerwie spektaklu dowiesz się na przykład, że dziecko przewróciło się i  jest w szpitalu – co mi się zdarzyło – trudno zaśpiewać spokojnie do końca. 

Poza takimi sytuacjami podczas spektakli jest pani opanowana, nie wzrusza się pani muzyką, do której śpiewa?

Mam już taką świadomość techniki wokalnej, że wiem, jak rozłożyć emocje, nie spalić się za wcześnie. Działa to jak automat, jak u sportowca, który wie, jak rozłożyć siły na długi bieg. Ale  na początku było inaczej – śpiewasz na żywioł, dajesz rolom to, co czujesz, przeżywasz historie swoich postaci. Nie da się działać w ten sposób przez długi czas. Trzeba w końcu nauczyć się, jak zaśpiewać w sposób przejmujący i dobry, skończyć, nie zmęczyć się i  jeszcze dalej żyć po czterogodzinnym spektaklu. 

Naprawdę nic podczas występów nie wzrusza panią do łez?

„Symfonia Pieśni Żałosnych” Góreckiego, chociaż ostatnio mniej. Przez lata śpiewania tego utworu musiałam wypracować w sobie zamrażarkę uczuć. Ta symfonia jest tak pełna emocji, że potrafił mnie wzruszyć sam wstęp do utworu. Przed pierwszym wykonaniem nie wiedziałam, czy będę w stanie zaśpiewać. Powtarzałam sobie: „Ewka, staraj się nie wsłuchiwać w tę muzykę”. Teraz już wychodzę na scenę zupełnie racjonalnie, wcielam się w rolę, ale potrzebowałam kilkudziesięciu występów, żeby się tego nauczyć. Żeby bez wzruszenia zaśpiewać pierwsze słowa: „Mamo, nie płacz”. Zostawiasz prywatne życie poza teatrem, ale muzyka czasem niestety je przywołuje. Nie da się wtedy zaśpiewać tylko tego, co jest napisane, śpiewasz o sobie.

Pani bohaterki najczęściej tragicznie giną – to musiała pani opanować do perfekcji.

To prawda, brak happy endów mam opanowany. Zazwyczaj rzucam się w  przepaść, topię się, ktoś mnie zabija. Generalnie libretta budowane są według jednego schematu, a moje role dramatyczne wpisane są w  następujący: zakochuję się, przeżywam ból, a na końcu umieram z miłości albo przez miłość. 

A męscy bohaterowie nie lubią pani bohaterek?

Raczej nie, bo nie lubią kobiet nieuległych. Jestem zakochana w jednym, a  on we mnie i to musi wystarczyć. Ostatecznie jednak autor opery, mężczyzna, i tak mnie uśmierca.

Właśnie zaczyna pani pracę nad rolą Halki w Warszawie. Co się stało, że tym razem nie odmówiła pani Operze Narodowej?

Teraz, po czterdziestce, mogę zacząć karierę. Z moim rodzajem głosu dopiero dojrzała kobieta ma szansę zagrać doskonale najważniejsze role dramatyczne. Tosca nie może mieć 20 lat. Musiałam dojrzeć, przeżyć trochę bólu, trochę największego szczęścia, żeby śpiewać w sposób pełny. I najbliższa dekada albo 15 lat to dopiero szansa na mój szczyt. Cieszę się, że nie wystartowałam za wcześnie.

Naprawdę nikt wcześniej w pani rodzinie nie zajmował się muzyką?

Nie zawodowo. Ale mam taką rodzinną legendę, która ustawia mnie i moją historię w pewnym porządku. Pradziadek ze strony taty był czeskim hrabią, jego syn zakochał się w Polce, co nie zostało dobrze przyjęte, bo rodzina miała już upatrzoną inną kandydatkę na żonę. Prapradziadek postawił warunek swojemu synowi: dobrze, zezwalam na ślub, ale musisz wyjechać do Polski. Wyjechał, dostał część majątku, kupił kamienicę w Krakowie. I myślę, że tam zaczyna się moja historia. Jego dzieci były kształcone muzycznie, w domu pracowała bona, stał fortepian, każde dziecko miało lekcje grania na nim i  na skrzypcach. Jedna z moich cioć podobno była kształcona wokalnie, uczyła się śpiewu operowego, ale wybuchła wojna, więc nie podjęła nauki w akademii muzycznej. Dziadek jako 80-latek recytował mi libretta operetek po niemiecku. Dlatego świat opery był dla mnie czymś bliskim. Ten stary fortepian mam do dziś.

Córka będzie śpiewaczką?

Wychowałam silną kobietę, chce być bizneswoman, zarządzać, również mężczyznami. Tak jak moja mama, uważa, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Ewa Vesin, Tosca w Teatrze Narodowym
Zuzanna Szamocka-Švec

Ewa Vesin – urodziła się w Lublinie, mieszka we Wrocławiu, śpiewa w największych teatrach operowych, jest dyrektor artystyczną i współtwórczynią Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Antoniny Campi z Miklaszewiczów. Do 2022 roku ma już zaplanowane role – w „Ognistym aniele” w Oslo, w „Tosce” w Sidney, w „Aidzie” w Rzymie. Jesienią rozpoczyna próby do „Halki” w reżyserii Mariusza Trelińskiego.

Rozmowa z Ewą Vesin ukazała się w „Urodzie Życia”  10/2019 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Maria Jopek
Zuza Krajewska/LAF AM

Anna Maria Jopek: „Człowiek zaczyna się po 40-tce”

Piosenkarka szczerze o muzyce, ukochanej babci i o tym, czemu nie pojawia się na ściankach.
Sylwia Niemczyk
31.01.2019

Jak ktoś nagle każe mi być twardą, to pytam, dlaczego mam stawać się kimś, kim nie jestem. Uważam,  że to urąga mojej kobiecości, bo z natury jestem miękka – mówi Anna Maria Jopek w rozmowie z Marzeną Rogalską.   Marzena Rogalska: Moje pierwsze spotkanie z tobą – koncert w kopalni soli w Wieliczce – ja prowadzę, ty śpiewasz. Ile to już lat? Anna Maria Jopek: Pewnie 20! Pierwszy raz dostałam nagrodę. Za osobowość. Niewiele pamiętam, bo to było pięć dni po śmierci mojej babci. Mieszkałyśmy razem i umarła, gdy byłyśmy same. Bardzo to przeżyłam. Miałam wtedy parę koncertów, których nie mogłam odwołać. Zresztą babcia by mi nie darowała, gdybym siedziała w domu i lamentowała. Ona była pasjonatką życia i prosiła: „Jak umrę, włóż suknię w kwiaty i idź tańczyć”. Obłędna kobieta! Gdy odeszła, była zima. Sukienka w kwiaty i taniec odpadały, ale mogłam nie rezygnować z tych wszystkich propozycji, które dostałam od losu. Śpiewałam niezmiennie.   Byłaś wtedy młoda, nie bałaś się przeprowadzania kogoś na drugą stronę? Bałam się. I babcia pewnie też, była już wtedy w półśnie, w tamtej ostatniej fazie choroby. Cichutko prosiłam, żeby nie umierała, gdy będziemy same, bo mogę sobie nie poradzić. I oczywiście byłyśmy same, a ja miałam dość siły, żeby to przyjąć. Dziś myślę, że to, że możemy być dla kogoś bramą, ręką przeprowadzającą między światami, jest największą misją. Z babcią mieszkałam dwa lata. Wcześniej opiekowałam się jej mieszkaniem, gdy żyła w Australii. Tata nie był zachwycony, że wyniosłam się z domu w czasie studiów, ale przekonywałam: „Muszę już mieszkać sama, chcę zobaczyć, jak to jest, gdy cieknie zlew, muszę wynieść swoje śmieci, zarobić na komorne, inaczej muzyka mnie zje”.  ...

Czytaj dalej
Mela Koteluk
Daniel Duniak, Grzegorz Korzeniowski

Mela Koteluk: „Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być”

„Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być.”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Mela Koteluk  debiutancką płytę „Spadochron” wydała w 2012 r. Z niego pochodzi przeboje „Melodia ulotna” oraz „Wolna”. W 2014 r. ukazał się z kolei krążek „Migracje”, który również przypadł do gustu zarówno krytykom, jak i publiczności. Do tej pory oba wydawnictwa sprzedały się w nakładzie ponad 30 tysięcy egzemplarzy każde, co zagwarantowało im status Platynowej Płyty.  Mela Koteluk została trzy razy laureatką Fryderyków: w 2013 r. uznano ją Artystką Roku i Debiutem Roku, zaś w 2015 r. nagrodę otrzymała za Teledysk Roku. W rozmowie z Jakubem Janiszewskim mówi o dzieciństwie i odważnych planach na przyszłość.  To prawda, że mieszkałaś przy ulicy Urody Życia? Dalej w pewnym sensie mieszkam, bo jestem tam zameldowana. W domu rodziców, w Sulechowie.   I z czym ci się ta nazwa kojarzy? Z Żeromskim, bo to przecznica ulicy Żeromskiego. Inne przecznice też się tak nazywają: Przedwiośnie, Syzyfowa. Jest też Cezarego Baryki i Siłaczki. Ciepło wspominam tamten czas. Przeszło mi nawet przez głowę, żeby rozejrzeć się tam za jakąś ziemią.   Osobliwe stwierdzenie jak na kogoś, kto nazwał swoją nową płytę „Migracje”… Ale to się łączy dość ściśle, choć w tytule nie chodzi o fizyczne zmiany miejsc. Chodzi o migracje mentalne. I zmęczenie tymi zmianami. Zmian chyba ci nie brakowało. Samych przeprowadzek miałaś 23? Kiedyś myślałam, że przez to, że się ciągle przenoszę, mogę się naprawdę rozwijać, poznawać nowych ludzi, przeżywać zmiany, być na fali. Ale teraz chciałabym gdzieś zatknąć swoją flagę.  Cofnijmy się do pierwszej migracji. Masz 16 lat, wyjeżdżasz do Warszawy. Bo poczułam muzykę. Mocno. I tym chciałam się zajmować. Mając niespełna 16 lat, trafiłam na warsztaty...

Czytaj dalej
Orły
Maciej Zienkiewicz/AG

„Cieszę się, że o mnie pamiętacie”, mówi Maja Komorowska, laureatka Orła 2020 za osiągnięcia życia

Aktorka Wajdy i Kieślowskiego o życiu i czasie
Karolina Morelowska-Siluk
27.02.2020

Maja Komorowska ma 82 lata. Ukończyła Wydział Lalkarski PWST w Krakowie, należała m.in. do prowadzonego przez Jerzego Grotowskiego Teatru 13 Rzędów w Opolu. Znamy ją z wielu wybitnych ról filmowych i teatralnych m.in. „Człowieku z żelaza” Wajdy, „Roku spokojnego słońca” Zanussiego, czy „Dekalogu I” Kieślowskiego. 2 marca 2002 r. została uhonorowana Orłem za całokształt twórczości. Odczytując nazwisko aktorki, prezydent Polskiej Akademii Filmowej Dariusz Jabłoński powiedział, że jest to nagroda za dla „wielkiej postaci sztuki i kino”. Publiczność powitała aktorkę owacją na stojąco.  Karolina Morelowska-Siluk „Uroda Życia”: Prawie pół roku czekałam na to spotkanie... Maja Komorowska:  To prawda. Podziwiam pani cierpliwość. Nie chciałam tego wywiadu, bo mam poczucie, że właściwie wszystko już powiedziałam. Oczywiście, zawsze zostaje coś jeszcze, czego nie odkryłam, czego nie napisałam, bo wciąż spotykam przecież nowych ludzi i wchodzę w nowe sytuacje. Ale jeśli chodzi o teatr, film, o moich mistrzów, warsztat, to naprawdę moja historia wydaje się opowiedziana. Zostawmy zatem pracę i porozmawiajmy o życiu. Kiedy obchodziła pani  80-lecie cała rzesza ludzi chciała okazać swoje oddanie, sympatię, wdzięczność. Pani urodziny zostały zorganizowane w kilku częściach. To panią zaskoczyło? Skala świętowania przekroczyła moją wyobraźnię. To było piękne, wzruszające, ale jednocześnie w jakimś sensie emocjonalnie mnie przerosło. Zwłaszcza ta wielokrotność uroczystości. Najpierw było Chrzęsne, urządzone przez Mazowiecki Instytut Kultury – ze wspaniałą wystawą moich zdjęć. Już następnego dnia – 11 grudnia – Akademia Teatralna i Instytut Teatralny wraz ze studentami obchodzili...

Czytaj dalej
Luciano Pavarotti i Nicoletta Mantovani
East News

Luciano Pavarotti i Nicoletta Mantovani. O ich miłości mówiono: „To obrzydliwe!”, „Mając 60 lat, nie powinien robić takich rzeczy!”

Flirt światowej sławy tenora z 34 lata młodszą asystentką przerodził się w wielką miłość, wielokrotnie wystawianą na próby. Łącznie z ciężką chorobą, śmiercią dziecka i obrazą całych Włoch na mistrza.
Anna Zaleska
16.10.2020

Luciano Pavarotti dobiegał sześćdziesiątki, miał żonę, trzy dorosłe córki i był wszechświatową gwiazdą opery, gdy w 1993 roku poznał 23-letnią studentkę nauk przyrodniczych Nicolettę Mantovani. „To spotkanie musiało nam być przeznaczone”, mówiła po latach Nicoletta. Planowała wyjazd na wakacje, ale w ostatniej chwili zmieniła plany i postanowiła poszukać dorywczej pracy na lato. Agencja eventowa, w której się zatrudniła, skierowała ją do obsługi pokazu koni, organizowanego przez słynnego tenora. Luciano Pavarotti i Nicoletta Mantovani – początek miłości Wielki Luciano zawsze miał słabość do kobiet, co nie przeszkadzało mu być od ponad 30 lat mężem Adui Veroni, którą poślubił w czasach studenckich. Niezwykle pogodna i delikatna Nicoletta natychmiast zwróciła na siebie uwagę mistrza. Gdy pokaz dobiegł końca, zaproponował, żeby dla niego pracowała. Szczerze powiedziała, że nic nie wie na temat opery. „To był dla mnie bardzo odległy świat, nie słuchałam takiej muzyki i nie chciałam słuchać”, mówiła po latach. „Ale potem zdałam sobie sprawę, że on po prostu chciał mnie ponownie zobaczyć”. Ostatecznie podjęła pracę jako asystentka Pavarottiego. Była młoda, nieobyta, ale im lepiej poznawała mistrza, tym bardziej była zafascynowana i zauroczona jego osobowością. Spontaniczny, wesoły, umiał cieszyć się życiem. Kiedyś zaprezentował przyjacielowi, co trzeba zrobić, by schudnąć. Najpierw pochłonął gigantyczną porcję kurczka, fasoli i tłuczonych ziemniaków, potem zabrał się za cztery gałki lodów waniliowych. Zjadł trzy, czwartą odsunął od siebie i oznajmił: „To właśnie jest dieta”. W trasie koncertowej oczekiwał, że jego zachcianki będą spełniane. Pierwsza żona skomentowała kiedyś z przekąsem: „Przywykł, że dostaje wszystko, czego...

Czytaj dalej