Zakonnice-pingwinki z „Domu Chłopaków” w Broniszewicach budują dom dla chorych na autyzm
Rafał Masłow

Zakonnice-pingwinki z „Domu Chłopaków” w Broniszewicach budują dom dla chorych na autyzm

„Czekałyśmy na cud – i się wydarzył”
Sylwia Niemczyk
25.02.2020

Kiedy szłam do zakonu, nie sądziłam, że kiedykolwiek zostanę mamą, i nie żałowałam tego. A dzisiaj codziennie słyszę słowo: mamusiu”, mówi siostra Tymoteusza, jedna z dominikanek z Domu Pomocy Społecznej w Broniszewicach. Rok temu dla swych podopiecznych wybudowały nowoczesny Dom Chłopaków, o którym mówiła cała Polska. Właśnie zaczęły budowę drugiego.

Sylwia Niemczyk, „Uroda Życia”: Oglądacie sobie jeszcze czasem wasz filmik z tańcem pingwina?

s. Eliza: Nie muszę, bo znam go na pamięć. Ale kiedy go sobie przypominam, to ciągle mnie śmieszy!

s. Tymoteusza: Lubimy go bardzo i rzeczywiście dwa lata temu przyniósł nam rozgłos. Ale nasza historia z Domem Chłopaków zaczęła się dużo wcześniej. 

Opowiecie ją w takim razie od początku? 

s. Eliza: Początek był chyba taki, że obie – najpierw Tymka, ja rok później – zostałyśmy przez naszą matkę przełożoną oddelegowane do Broniszewic. Z zadaniem, by postawić na nogi tutejszy Dom Pomocy Społecznej dla niepełnosprawnych dzieci i młodzieży. 

s. Tymoteusza: Gdy przyszłam tu w 2013 roku, to jakbym weszła do innego świata. Kiedy zobaczyłam pierwszy raz tę nędzną kolację dla chłopaków, to byłam w szoku. Pierwsze tygodnie przepłakałam. Wcześniejsze lata pracy z dziećmi przyzwyczaiły mnie do tego, że co jak co, ale na jedzenie dla dzieci nie brakuje pieniędzy. A tu okazało się, że to nieprawda. 

s. Eliza: Domy pomocy społecznej w Polsce w dużej mierze zależą od organizacji charytatywnych. A o naszym domu wtedy jeszcze prawie nikt nie wiedział. Więc wciąż nam na coś brakowało. Na buty dla chłopaków, jedzenie. Na pieluchy, bo NFZ refunduje tylko dwie na dobę – chciałabym, żeby geniusz, który to wymyślił, pobył tak sobie w jednej pieluszce od rana do wieczora. Uderzyła nas ta bieda, ale jeszcze w moim poprzednim miejscu pracy, w DPS w Mielżynie, nauczyłam się, żeby kwestię pieniędzy zostawiać Bogu. Niech już On się troszczy.

s. Tymoteusza: Potwierdzam! Pamiętam, jak któregoś razu przyszłam do Elizy, bo dwóch naszych chłopaków nie miało kurtek na zimę. I mówię, że nic nie możemy z tym zrobić, bo nie mamy na to pieniędzy, a ona: „To twój problem, a nie ich. Jedź i kup”. Za co?! A Eliza jak zawsze: „Zaufaj Bogu”. 

Zaufałaś? Pojechałaś?

s. Tymoteusza: Pojechałam. Wybrałam porządne kurtki, każda po 200 złotych, przecenione o połowę. Wracałam z jednej strony zadowolona, z drugiej przerażona, bo wydałam 400 złotych, a dla nas to bardzo dużo. I słuchaj dalej. Wieczorem wchodzę na konto, chciałam sprawdzić, ile jeszcze mamy pieniędzy do końca miesiąca, a tam przelew od zupełnie nieznanej osoby. 400 złotych. Tak jakby ten ktoś nam te kurtki kupił. 

s. Eliza: Takie cuda zdarzają nam się prawie każdego dnia! Z historią domu było przecież tak samo. Potrzebowałyśmy pięciu milionów na samą budowę plus dwa na wyposażenie. A miałyśmy tylko milion. Więc znowu musiałyśmy zaufać: zacząć budować i czekać na cud. 

Dom Pomocy Społecznej w Broniszewicach
Rafał Masłow

Siostra Eliza (z lewej) i siostra Tymoteusza zajmują się finansami w Broniszewicach

Pierwszy milion na Dom Chłopaków

Skąd wzięłyście ten pierwszy milion?

s. Eliza: Wyżebrałyśmy pod kościołami. Zbierałyśmy go chyba z dwa lata, kwestując w każdy weekend. 

Skoro nie miałyście pieniędzy, czemu porwałyście się na budowę nowego domu?

s. Eliza: Bo musiałyśmy. Wcześniej chłopcy mieszkali tutaj, gdzie teraz rozmawiamy, w XIX-wiecznym pałacyku. Teraz tu mamy biuro, ale jeszcze półtora roku temu były tutaj sypialnie, chłopcy leżeli łóżko przy łóżku, jak na koloniach letnich. Podczas gdy współcześnie standardem pomocy społecznej jest pokój dwuosobowy z łazienką. Ale nie było mowy o przebudowie, bo pałacyk znajduje się pod opieką pani konserwator. W 2016 roku dostałyśmy pismo od straży pożarnej, że za dwa lata pałacyk przestanie spełniać wymogi bezpieczeństwa i chłopcy będą musieli znaleźć inny dach nad głową.

s. Tymoteusza: Miałyśmy do wyboru: albo zacząć budowę, albo zamknąć naszą placówkę, co nie wchodziło w grę. Nasz najstarszy chłopak, Józef, ma 67 lat i mieszka tutaj dłużej, niż ja żyję. I mamy go teraz przenieść gdzieś w Polskę? A co zrobić z tymi, którzy tu po raz pierwszy w życiu poczuli się bezpiecznie? 

s. Eliza: Więc tak naprawdę wyboru nie było. Wiedziałyśmy, że musimy budować. Choć jednocześnie nie było nas stać na dwie kurtki zimowe – ale my takie trochę wariatki jesteśmy. Mocno wierzę, że Bóg jest bardzo konkretny, więc powiedziałam do niego: „Budujemy nowy dom, tylko poradź, skąd wziąć pieniądze?”. Otworzyłam Pismo Święte, a tam zdanie: „Szukajcie, a znajdziecie”. Lepszej odpowiedzi nie mogłam dostać! Czarno na białym: obietnica, że znajdziemy! Tylko że musiałyśmy poszukać, a to u nas znaczy zawsze to samo: kwesta. Ruszyłyśmy pod kościoły. Pod koniec mszy księża opowiadali o celu, na jaki zbieramy, zachęcali, żeby po wyjściu z kościoła wesprzeć nasze dzieci. Jeden proboszcz nawet oddał nam tacę z mszy, bo się obruszył: „Nie będziecie stać pod kościołem, to jest upokarzające”. 

A jest? 

s. Eliza: Jest. Bardzo nie lubię tego stania pod kościołami, cały czas był we mnie bunt, dlaczego w XXI wieku w cywilizowanym państwie, katolickim, gdzie ludzie żyją na przyzwoitym poziomie, muszę wystawać z koszykiem. Do tego ludzie mówią różne rzeczy, jak nas widzą po mszy przed kościołem. Nieraz głośno się zastanawiają, co tak naprawdę z tymi pieniędzmi zrobimy. Czasem słyszysz: „Zobacz, Bernadetty”. A ty stoisz. Ale z drugiej strony słyszałyśmy też od wielu ludzi dużo fajnych słów. Że cieszą się, że jesteśmy. Że robimy dobrą robotę. 

Gdzie jeździłyście z koszykami?

s. Tymoteusza: Wszędzie, gdzie tylko było można. Cała Polska, Niemcy, Anglia. 

s. Eliza: Z kwestami nie jest tak prosto, bo księża codziennie mają po kilkanaście telefonów z prośbą o pozwolenie na zbiórkę. Taka jest kondycja finansowa organizacji charytatywnych w Polsce: wszyscy potrzebują pieniędzy. Na dziesięć telefonów do parafii dziewięć razy słyszałyśmy: „Już ktoś w tym tygodniu kwestuje”. Wpisywałyśmy się na listę, ale terminy były koszmarne, w jednym kościele wpisałyśmy się za trzy lata. Ale wpisałyśmy się, bo przecież za te trzy lata nasi chłopcy też pewnie będą potrzebowali kurtek, butów, skarpetek. Kwestowałyśmy bardzo dużo, ale Bóg też dotrzymywał swojej obietnicy. Wszędzie, gdzie udało nam się wejść z naszą kwestą, biłyśmy rekordy zbiórek. Któregoś razu pojechałyśmy do największej parafii polskiej w Londynie i przed mszą proboszcz powiedział do nas: „Ciekawe, czy przebijecie Szymona Hołownię!” – bo niewiele wcześniej kwestował na cele swojej fundacji. I okazało się, że przebiłyśmy i to sporo! Tak jakby Bóg nam cały czas mówił: „Będzie ten dom”. 

s. Tymoteusza: Jedna kwesta to zwykle 6–10 tysięcy złotych. Raz wyjątkowo zebrałyśmy 50 tysięcy, ale to była bardzo duża parafia u dominikanów w Krakowie. W ten sposób zebrałyśmy cały pierwszy milion. Dziewięć sióstr. Założyłyśmy oddzielne konto i nie wybierałyśmy z niego ani złotówki, nawet na bieżące potrzeby. 

s. Eliza: Choć w międzyczasie miałyśmy np. dach do remontu, bo przeciekał, wymianę pieca, do tego zwykłe szukanie pieniędzy na pieluchy i jedzenie. 

I co się zdarzyło po pierwszym milionie? 

s. Eliza: Byłyśmy u kresu. Płakałyśmy – co ja mówię – nieraz to już nie był płacz, ale ryk w sobotę przed wyjazdem na kolejną kwestę. Od poniedziałku do piątku harówa tutaj, a w sobotę wieczorem – w trasę, nieraz 700 kilometrów, żeby w niedzielę stanąć pod kościołem. Więc któregoś dnia mówię do Niego: „Słuchaj, Szefie, jesteśmy kobietami, nie mamy tyle siły, to jest trochę nie fair”. 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Dzień Pingwina

I wkrótce potem nadszedł Dzień Pingwina…

s. Eliza: Odkąd pamiętam, na zakonnice mówiło się pingwiny, więc 25 kwietnia 2017 roku, w Dzień Pingwina, namówiłam siostry, żebyśmy zrobiły coś śmiesznego. Regina, nasza dyrektorka, stanęła z aparatem, a ja i Róża przeszłyśmy korytarzem, kołysząc się na boki. W naszych białych habitach, z czarnymi welonami – tak się śmiałyśmy, jak zobaczyłyśmy filmik! Wyglądałyśmy naprawdę jak para pingwinów! Wrzuciłyśmy na nasz fanpage i napisałyśmy post, że zamiast życzeń z okazji Dnia Pingwina przyjmujemy cegiełki na nasz Dom Chłopaków. 

s. Tymoteusza: I po godzinie miałyśmy 100 tysięcy obejrzeń i wszystkie telewizje dzwoniły, czy mogą do nas przyjechać. 

s. Eliza: Dla mnie to była odpowiedź Boga na moje wcześniejsze pożalenie się Mu, że już nie mamy siły. W kolejny rok zebrałyśmy brakujące sześć milionów. 

s. Tymoteusza: Tysiące ludzi wpłaciło nam cegiełki. Po 100, 200 złotych, po tysiąc, dwa. Ktoś wpłacił 200 tysięcy. 

s. Eliza: Te 200 tysięcy to według mnie był pocałunek od Pana Boga za hejt, który mnie spotkał po moim wpisie na Facebooku w Czarny Piątek. 

Jaki hejt?

s. Eliza: To było jakoś pół roku przed Dniem Pingwina, w tym czasie, kiedy traciłyśmy i siły, i nadzieję. Zbliżał się Czarny Piątek, na który był zaplanowany marsz w sprawie aborcji. Jednocześnie pojawiła się na Facebooku inicjatywa Biały Piątek. Sporo naszych facebookowych znajomych zaczęło na swoje zdjęcie profilowe wklejać nakładkę: „Chronimy życie” i dziwnym trafem bardzo często to były te same osoby, które wcześniej nam dokuczały, jeśli chodzi o nasz dom i naszych chłopaków. Jeszcze niedawno mówiły, że kwestując, robimy z siebie ofiary i że powinnyśmy oddać chłopaków pod opiekę państwu. A tu nagle nakładka na zdjęciu: „Biały Piątek”. Napisałam więc na naszym fanpage’u, że dla mnie to jest dziwne, kiedy ktoś maluje na transparencie hasło: „Obrona życia”, a jednocześnie głośno mówi, że nasz Dom Chłopaków nie ma sensu. 

s. Tymoteusza: Eliza pokazała pewną niekonsekwencję. My po prostu chciałyśmy, żeby ludzie zamiast wstawiać nakładki, przyjechali do nas i pomogli nam z chłopakami. Żeby nie wychodzili na ulicę i maszerowali, tylko wpłacili cegiełkę na dom. Nam też byłoby prościej wyjść na ulicę i płakać, ale nie możemy tego zrobić, bo mamy w domu pod swoją opieką dzieci, które wymagają naszej uwagi przez 24 godziny na dobę. 

s. Eliza: Napisałam tak, bo czułam ból, że nikt nas nie wspiera. A następnego dnia obudziłam się rano i przeczytałam pierwsze artykuły, że zakonnice są przeciwko życiu. Ja – która jeżdżę kwestować pod kościoły, która codziennie pracuję dla dzieci – ja jestem przeciwko życiu!

s. Tymoteusza: Ale tamten hejt miał też dobrą stronę, bo ludzie zaczęli o nas mówić. I po jakimś czasie ci państwo wpłacili 200 tysięcy złotych, bo napisali, że zrozumieli, że bycie za życiem to coś więcej niż deklaracje na Facebooku. 

Dzisiaj już nie macie takich nienawistnych komentarzy?

s. Tymoteusza: Czasem się zdarzają. Bywa, że ktoś ma np. potrzebę zadać nam pytanie, kiedy zaczniemy dzieci bić. Jest w Polsce stereotyp siostry zakonnej sadystki, ale powiem tak: mamy w domu ponad 50 chłopców i mogę wskazać przynajmniej 30 z nich, którzy zaznali krzywdy w domach rodzinnych. A i tak temu panu, który pisze do mnie, że jestem jak siostra Bernadetta, nie śmiałabym napisać, że z kolei on jest jak ojciec mojego Adasia czy Krzysia. 

Dom Pomocy Społecznej w Broniszewicach
Rafał Masłow

W Domu Pomocy Społecznej w Broniszewicach mieszka obecnie 57 podopiecznych, chłopców z niepełnosprawnościami, autyzmem, FAS-em czyli alkoholowym zespołem płodowym.

Zostawmy to. Powiedzcie lepiej, ilu dokładnie teraz mieszka u was chłopców?

s. Tymoteusza: W tej chwili 56, ale wczoraj miałyśmy telefon ze szpitala, że jest do odebrania Filip, bo rodzina zastępcza, w której do tej pory był, już go nie chce. Więc być może zaraz będzie nas więcej. 

s. Eliza: Nas, dominikanek, mieszka w Broniszewicach 18, z czego trzy siostry to już – mam nadzieję, że się nie obrażą, jak to przeczytają – staruszki, dobrze po osiemdziesiątce. I od dwóch, trzech lat nie zajmują się chłopakami, bo nie mają na to siły.

s. Tymoteusza: Ale jeszcze niedawno siostry emerytki pomagały przy karmieniu czy chodziły z nimi na spacery. Choć oczywiście nie na takie długie, jak np. siostra Tobiasza, która kilka lat temu godzinami jeździła na rowerze z Michałem wokół Broniszewic. Kiedy Michał miał 13 lat, to już się prawie nie mieścił w drzwiach: szeroki w ramionach, ponad 180 centymetrów wzrostu, bardzo dużo siły i głęboki autyzm. I niestety problemy z agresją. Tobiasza tymi spacerami pomagała mu wyrzucić nadmiar energii. On szedł, a ona na rowerze obok.

s. Eliza: Poza siostrami i chłopakami pomieszkują u nas też wolontariusze, do tego mamy ponad 40 pracowników, bo przy chłopakach musi być ktoś 24 godziny na dobę. Więc jest nas tutaj dużo. I dzieje się też dużo! Przyjeżdżają do nas na imprezy dzieci ze szkoły w Broniszewicach, mamy dyskoteki. Gdybyś widziała, jacy nasi chłopcy potrafią być szarmanccy! Kiedy proszą do tańca, to zawsze z cmoknięciem w rękę.

Mówisz: chłopcy, ale wcześniej wspominałaś też o Józefie, który ma 67 lat.

s. Tymoteusza: Tak, mamy też dorosłych chłopaków, ale znacząca większość to dzieci i nastolatki. Najmłodsi są bliźniacy, Maciek i Mikołaj, trzylatki z autyzmem. Z nastolatków mamy np. Piotra i Pawła – też bliźniacy, ale z porażeniem mózgowym, jest Kacper, jest Michał, o którym już wspomniałyśmy. No i jest oczywiście mój synek, Jaruś. 

s. Eliza: Czasem się śmiejemy, że tak naprawdę jest 55 chłopaków plus Jarek! Pełno go wszędzie, bystry w porównaniu z resztą chłopaków. Bez autyzmu, który u nas jest częsty, ale z FAS-em, czyli alkoholowym zespołem płodowym. 

Jak do was trafił?

s. Tymoteusza: Z domu dziecka. Ale wcześniej przeszedł długą drogę. 

s. Eliza: Zwykle chłopcy trafiają do nas z domu dziecka, z pogotowia opiekuńczego, kiedy już wiadomo, że nie zostaną zaadoptowani ze względu na niepełnosprawność. Czasem też z domów rodzinnych, kiedy rodzice nie są już w stanie się nimi zaopiekować.

s. Tymoteusza: Większość z nich nie ma innego domu, tylko nasz. I powiem teraz coś, o czym mówi się bardzo mało: mamy dużo tak zwanych zwrotów adopcyjnych. Dzieci, które rodzina zaadoptowała, kiedy były malutkie, ale gdy podrosły i ich niepełnosprawności stały się bardziej widoczne – zostały oddane. Żeby było jasne: nie jestem przeciwna adopcji dzieci z niepełnosprawnościami, ale uważam, że przyszli rodzice adopcyjni powinni być lepiej edukowani. Bo ludzie adoptują dziecko z nadzieją, że kiedyś usłyszą od niego: „Mamusiu, tatusiu” i to jest zupełnie zrozumiała nadzieja. Tylko że jeśli będzie to dziecko z głębokim autyzmem, to może być tak, że ono nigdy nie powie do nich nawet słowa i nigdy nie popatrzy w oczy. I trzeba tę sytuację przyjąć. Bo nie ma przecież wymiany na fajniejsze dziecko. Chociaż właśnie przykład Jarka pokazuje, że jednak jest. 

s. Eliza: Do dziewiątego roku życia zdążył być porzucony cztery razy. Przez rodzinę biologiczną, potem przez dom dziecka, potem rodzinę, która miała go adoptować, ale okazało się, że jest niegrzeczny, potem kolejny dom dziecka. 

s. Tymoteusza: Na swoje nieszczęście Jarek jest śliczny i czarujący, więc kolejne rodziny i placówki chętnie go brały do siebie. Jednak potem okazywało się, że nie spełnia ich oczekiwań. Pamiętam, że drugiego dnia po tym, jak do nas trafił, chciałyśmy zabrać go ze sobą na wycieczkę, nasi chłopcy zawsze je lubią. Jarek szedł posłusznie i dopiero przy aucie nie wytrzymał i cichutko spytał: „Czy ja tutaj jeszcze wrócę?”. Bo liczył się z tym, że jednak nie. Eliza wtedy przed nim uklękła i obiecała mu, że to zawsze będzie jego dom. Bo będzie. 

s. Eliza: Dla nas to kolejny cud, że zdołał z nami nawiązać relację, bo takie dzieci jak Jarek wykształcają w sobie obojętność na wszystko i wszystkich. Ale z nim było inaczej. Kiedy tylko zobaczył Tymkę – była pierwszą osobą, jaką u nas spotkał – powiedział: „Ty będziesz moją mamą i nie ma, że nie” i tak rzeczywiście jest. 

s. Tymoteusza: Na początku myśleliśmy, że będzie tak mówił każdej z nas, ale nie, on naprawdę mnie wybrał. Dzisiaj jestem jego opiekunką prawną, moja mama traktuje go jak wnuka. 

I już się nie boi, że zostanie oddany? 

s. Tymoteusza: Boi się i pewnie zawsze będzie się bał. Chociaż już lepiej znosi rozstania ze mną, bo na początku, jak wyjeżdżałam – a przecież jeździłam co tydzień na kwesty – to płakaliśmy oboje, i ja, i on. Był taki czas, że wymykałam się po cichu, ale to była dla niego trauma. Potem biegał i pytał każdego, gdzie jestem, płakał, strasznie bał się, że już nie wrócę. Dzisiaj już nie płacze, kiedy mnie nie ma, ale jak wracam, to cały czas jest gdzieś w pobliżu mnie.

s. Eliza: Tymka nieraz od nas słyszy, że za bardzo rozpieszcza chłopaków. 

I co na to odpowiadasz? 

s. Tymoteusza: Że to ja skończyłam studia pedagogiczne, na których usłyszałam od jednego profesora, że bez względu na to, jaki mam dzień i co się w nim wydarzyło, każdy z chłopaków ma poczuć, że jest dla mnie najważniejszy. 

Zaczynacie kolejny dom – skąd weźmiecie pieniądze na budowę? 

s. Eliza: Już je właściwie mamy! Po otwarciu pierwszego domu dla chłopaków jeden pan zapewnił nas w umowie, że sfinansuje kolejną budowę, która będzie kosztować trzy miliony. To będzie mniejszy domek, tylko na 12 chłopców. 

Biblijna liczba!

s. Tymoteusza: Tak, właśnie: kompletujemy 12 apostołów! I szukamy tylko: Jana, Andrzeja, Szymona Piotra… 

A mówiąc poważnie, czemu akurat tylu?

s. Tymoteusza: Bo mamy 12 podopiecznych, którzy cierpią na bardzo głęboki autyzm. Zamierzamy ich przenieść do tego drugiego domu tylko dlatego, że ludzie z autyzmem nie lubią głośnych dźwięków, nie lubią, jak coś się wokół nich dzieje. Chcemy stworzyć dla nich taką oazę spokoju, bo w tym naszym większym domu jest zawsze gwar. Dzieci biegają, ktoś piszczy, ktoś krzyczy, mamy gości, dla tej dwunastki to jest męka. 

Powołanie, Zgromadzenie Sióstr św. Dominika i studia wyższe

Jak to się stało, że poszłyście do zakonu?

s. Tymoteusza: Wychowałam się w środowisku bardzo religijnym, nawet aż za bardzo – pamiętam do dziś, jak marzyłam w dzieciństwie, żeby choć raz nie iść na nabożeństwo majowe. A z zakonem to było tak, że gdy miałam 10 lat, leżałam w szpitalu po wycięciu wyrostka i opiekowała się mną franciszkanka, siedziała przy mnie, zwilżała mi wargi, bo miałam spierzchnięte, jak to po narkozie. I była taka miła, czuła, bezpieczna, że marzyłam, żeby być taka jak ona. 

Dużo 10-latek marzy o zakonie, ale większości potem to przechodzi. 

s. Tymoteusza: Mnie też na chwilę przeszło w liceum. Ale znowu przyszło tuż przed maturą. Poznałam też wtedy kilka dominikanek, zaimponowało mi ich poczucie humoru i taka radość życia. To nie były siostry, które spuszczą oczy i wyszepczą: „Szczęść Boże, jesteśmy zakonnicami, więc wstajemy o 5.20, cały ranek się modlimy, potem medytujemy, umartwiamy się i idziemy spać”. One pokazywały, że bycie w zakonie to ciągła przygoda! Imponowały mi inteligencją, oczytaniem, któraś robiła doktorat. Utwierdziły mnie w mojej decyzji. Już w zakonie poszłam na pedagogikę, potem jeszcze zrobiłam studia podyplomowe z ekonomii. 

s. Eliza: Poza stereotypem siostry sadystki jest jeszcze w Polsce taki stereotyp poczciwiny w habicie, która umie tylko gotować i się modlić. A u nas musisz się gęsto tłumaczyć matce przełożonej, jeśli nie chcesz iść na studia. 

A jak wyglądała twoja droga?

s. Eliza: Inaczej niż Tymki, choćby dlatego, że pochodzę ze Szczecina, gdzie religia kojarzy się z zabobonem. Moi rodzice nie chodzili do kościoła. Mnie wysyłali, ale razem z koleżankami zwykle urywałyśmy się z mszy tuż po „Alleluja”. Jednak w ósmej klasie, przed bierzmowaniem, podjęłam decyzję, że idę do zakonu. Dla mnie samej to była niespodzianka, w tamtym czasie mój świat to byli aktorzy, ciuchy. Ale przez kolejne lata ta myśl nie minęła, po maturze wstąpiłam do dominikanek. Potem skończyłam rachunkowość na Akademii Ekonomicznej w Krakowie… 

s. Tymoteusza: …no i dziś rzeczywiście prowadzisz rachunki.

s. Eliza: Razem prowadzimy. A Szef je na szczęście nadzoruje.

Dom Pomocy Społecznej w Broniszewicach
Rafał Masłow

Dom Chłopaków w Broniszewicach prowadzony przez siostry dominikanki cały czas potrzebuje wsparcia. Aby wspomóc jego mieszkańców i zapewnić im godne życie, przekaż darowiznę na konto: 86 1090 1131 0000 0001 2301 4388.

Rozmowa z Siostrą Elizą i Siostrą Tymoteuszą z Domu Pomocy Społecznej w Broniszewicach ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2020

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Martyna Wojciechowska
Marta Wojtal

Martyna Wojciechowska w poruszających słowach prosi o wsparcie!

Dokładnie w Dzień Matki znana podróżniczka i dziennikarka Martyna Wojciechowska prosi o wsparcie jej nowego projektu, który realizuje w Polsce.
Sylwia Niemczyk
26.05.2020

Martyna Wojciechowska od lat pomaga kobietom: kiedy kilka lat temu podczas pracy nad programem „Kobieta na krańcach świata” poznała tragicznie okaleczoną albinoską dziewczynkę, Kabulę, nie tylko nagłośniła problem prześladowania albinosów w Tanzanii, lecz także zdecydowała się na o wiele większy krok: zaadoptowała Kabulę i zbudowała bezpieczny dom dla niej i dziewczyn w podobnej sytuacji.  Teraz dziennikarka rozpoczyna budowę kolejnego domu – tym razem dla polskich dziewczyn, które także znajdują się w dramatycznej sytuacji życiowej: „Dzisiaj DZIEŃ MATKI. Myśli biegną do naszych kochanych Mam, którym tak wiele zawdzięczamy… Jednak moje myśli biegną dziś także do młodych dziewczyn, które nie doświadczyły wspierającej obecności rodziny, miłości, troski. Pochodzą z patologicznych rodzin, mieszkają w domach dziecka, w poprawczakach. A teraz same stojąc u progu macierzyństwa, mogą zostać pozbawione takiej szansy wobec swoich dzieci. Te dziewczyny nie mają edukacji seksualnej, czasem nie rozumieją, co się dzieje z ich ciałami, jakie są konsekwencje ich decyzji. A co, kiedy zachodzą w ciążę? Kiedy nastolatka rodzi dziecko, to nie może się nim zająć, bo nie ma władzy rodzicielskiej. A nie zawsze może liczyć na wsparcie rodziny. Wtedy noworodek trafia do rodziny zastępczej, a młoda Mama jest pozostawiona sama sobie. Napiętnowana i odrzucona. Z kolei Dziecko pozbawione jest na starcie tego, czego każdy potrzebuje najbardziej – bliskości i czułości Mamy, której nie zastąpi nic na świecie. Oboje przepadają w bezdusznym systemie. Czuję niesprawiedliwość i żal, że ten świat został przez nas dorosłych tak urządzony. I nie mam na to zgody – pisze Martyna Wojciechowska na Instagramie.  Dramat, o którym pisze dziennikarka, wbrew pozorom nie jest marginalny: według...

Czytaj dalej
Martyna Wojciechowska
Marta Wojtal

Martyna Wojciechowska wspiera nieletnie matki. Dlaczego?

„Nie da się zmieniać świata w pojedynkę, ale razem możemy więcej. Moja Fundacja nazywa się UNAWEZA, co w tłumaczeniu z języka suahili oznacza YOU CAN, czyli MOŻESZ” — mówi nam dziennikarka i podróżniczka, Martyna Wojciechowska. Na Allegro wystartowała właśnie wyjątkowa aukcja charytatywna podróżniczki, z której dochód wesprze budowę domu dla nastoletnich matek i ich dzieci.
Sylwia Arlak
05.06.2020

Warto pomagać, przekonuje Martyna Wojciechowska. Każdy z nas może wziąć udział w wyjątkowej aukcji charytatywnej, organizowanej przez fundację podróżniczki UNAWEZA, która wspiera kobiety na krańcach świata. Dochód z aukcji wesprze budowę domu dla nieletnich i usamodzielniających się matek i ich dzieci. Żeby wystartować z inwestycją, potrzebne jest 500 tysięcy złotych UNAWEZA — każdy może pomagać – Każdy z nas jest sumą spotkanych ludzi, szans, które dostaliśmy od życia i momentów, w których ktoś w nas uwierzył, kiedy my sami w siebie nie wierzyliśmy. Warto o tym pamiętać i otrzymane od innych dobro puszczać dalej w dobroczynny obieg. A takie akcje są do tego bardzo dobrą okazją — mówi nam Martyna Wojciechowska. Podróżniczka podkreśla, że nie da się zmieniać świata w pojedynkę, ale razem możemy więcej. – Moja Fundacja nazywa się UNAWEZA, co w tłumaczeniu z języka suahili oznacza YOU CAN, czyli MOŻESZ. A dziś przez taką właśnie akcję możesz działać z nami i odmienić los nastoletnich mam oraz ich dzieci — dodaje. Do wylicytowania jest m.in. spotkanie z Martyną Wojciechowską, pamiątkowe koszulki z jej wyprawy na Mount Everest, z Rajdu Dakar, lot z podróżniczką w tunelu aerodynamicznym Flyspot oraz książki z osobistymi dedykacjami, kosmetyki, a także biżuteria. Do aukcji dołączyły także inne gwiazdy. I tak możemy wylicytować lot śmigłowcem nad Warszawą z pilotem i instruktorem Marcinem Szamborskim,  spotkanie z Przemkiem Kossakowskim, sesję fotograficzną dla całej rodziny z fotografką gwiazd Martą Wojtal, gotowanie z Agnieszką Mielczarek. Jest coś także dla fanów Roberta Lewandowskiego — koszulka i książka z autografem piłkarza i jego żony, Ani. – Do wsparcia aukcji zaprosiłam moich znajomych oraz przyjaciół....

Czytaj dalej
Fot.Weronika Nowokuńska

Zaproś na randkę na Tinderze… bezdomnego psa! Masz szansę na miłość na całe życie

Szukasz wiernego kompana? Kogoś, kto nigdy cię nie zdradzi i zawsze będzie przy tobie? Kogoś, dla kogo będziesz najważniejsza? Wejdź na Tinder i zacznij randki z… bezdomnymi psami.
Sylwia Arlak
31.07.2020

Mamy środek wakacji, ale nie dla wszystkich to czas beztroski, odpoczynku i radości dzielonej z najbliższymi. Bezdomne psy i koty cierpią teraz bardziej niż kiedykolwiek. Pandemia pokrzyżowała plany wielu schroniskom. Wciąż brakuje rąk do pracy. Przystopowały adopcje, kończą się na środki na utrzymanie czworonogów.  Zwierzęta nas potrzebują – Nie wszystkie schroniska zniosły obostrzenia. Nie wszystkie wpuszczają już na swój teren wolontariuszy i innych ludzi. Sytuacja zwierząt wciąż jest więc bardzo trudna – mówi nam pomysłodawczyni ogólnopolskiej akcji „Biegamy z psiakami ze schroniska”, miłośniczka zwierząt, Monika Dąbrowska i dodaje: – Ludzie nie adoptują tak chętnie, jak wcześniej. Wielu ludzi w dalszym ciągu boi się, czy będzie miało pracę, a tym samym pieniądze na utrzymanie zwierzaka. Wielu wciąż boi się koronawirusa i woli siedzieć w domu. Zdają sobie sprawę, że pies potrzebuje się wybiegać, a oni nie mogą im teraz tego zapewnić.    Co w takiej sytuacji możemy zrobić dla cierpiących zwierząt? – Ja w pierwszej kolejności sprawdziłabym, gdzie jest najbliższa placówka, która pomaga czworonogom. Sprawdziłabym, czego im na ten moment najbardziej potrzeba. Mogą to być pieniądze na rehabilitacje, ale też koce i inne rzeczy, które często zalegają w naszych domach. Mogą też prosić o pomoc w wyprowadzaniu psa, bo mają ich coraz więcej, a nie chcą, żeby odzwyczaiły się od kontaktu z ludźmi. Te bezbronne stworzenia nas potrzebują – podkreśla nasza rozmówczyni. Aplikacja, która gwarantuje miłość Monika Dąbrowska od lat wspiera adopciaków na różne sposoby. Ostatnio wpadła na pomysł, żeby szukać domów dla bezdomnych psów za pomocą popularnej aplikacji dla poszukujących miłości, czyli oczywiście...

Czytaj dalej
matki osób niepełnosprawnych
iStock

„To nie heroski, to zmęczone, wykończone kobiety. Takie same jak ja i ty”

„Nie znamy ich, bo rzadko wychodzą z domu. Ale przecież istnieją. Żyją tuż za ścianą”, mówi o mamach oraz opiekunkach osób z niepełnosprawnością Olga Ślepowrońska, warszawska działaczka i aktywistka, organizatorka Latającego spa dla matek osób z niepełnosprawnością.
Sylwia Niemczyk
25.05.2020

Przez dwa miesiące lockdownu narzekaliśmy na zamknięcie w domach, ubolewaliśmy na zamknięte lasy i pisaliśmy: „To nie jest życie”. I to prawda – było nam ciężko. Ale tak samo prawdą jest to, że są ludzi – głównie kobiety – dla których lockdown to jest życie. Które są całymi latami uwięzione w swoich domach, a ich strażnikiem jest choroba albo niepełnosprawność kogoś bliskiego. Matki osób z niepełnosprawnością, żony leżących po udarze mężów, siostry, które po śmierci rodziców opiekują się chorym bratem lub siostrą. Nie widzimy ich, tymczasem często mieszkają po sąsiedzku. „Żyją tuż za ścianą” – mówi Olga Ślepowrońska, aktywistka i działaczka, która organizuje pomoc i wsparcie dla polskich „Roszpunek” zamkniętych w blokowej wieży. Dzięki jej Latającemu spa kobiety w Warszawie i innych polskich miastach mogą liczyć na kilka godzin wytchnienia, masaż, pomoc w codziennych obowiązkach.  Sylwia Niemczyk: Olśniło cię na masażu pleców… Olga Ślepowrońska:  Tak było. To był styczeń 2019 roku, kilka miesięcy wcześniej zostałam samodzielną mamą: Roszek miał wtedy pięć lat, a Ida niecały roczek. I szybko przekonałam się, że samotne rodzicielstwo to hardkor: zaczęło siadać mi zdrowie, czasem brakowało mi cierpliwości do dzieci, byłam strasznie zmęczona. Więc mama zrobiła mi prezent i wysłała mnie do spa. I tam, podczas masażu olśniło mnie, że każdej mamie przydałoby się choć raz na rok coś takiego.  To było takie kojące – ta świadomość, że ktoś mnie widzi z tym moim zmęczeniem! Byłam ogromnie wdzięczna mamie, że nie powiedziała np.: „Ja wychowałam cię bez pieluszek i nigdy nie byłam zmęczona”. Pomyślałam, że świat byłby lepszy, gdybyśmy zaopiekowali się mamami. A...

Czytaj dalej