Depresja, toksyczne miłości i samotność – Natasza Socha wraca z nową książką „Zagubieni”
mat. promocyjne

Depresja, toksyczne miłości i samotność – Natasza Socha wraca z nową książką „Zagubieni”

Największym źródłem rozczarowań bywają związki. „Kiedy książę na białym koniu okazuje się co najwyżej stajennym”, mówi Natasza Socha, autorka powieści dla kobiet „Zagubieni”. Co jeszcze?
Anna Zaleska
28.05.2020

Natasza Socha jest dziennikarką, felietonistką, a przede wszystkich autorką bestsellerowych powieści dla kobiet. Choć pochodzi z Poznania, od lat mieszka z mężem i nastoletnimi dziećmi w małej miejscowości pod Akwizgranem. Mówi o sobie, że na pełen etat wychowuje syna i córkę, a na pół etatu pisze książki. Najnowsza „Zagubieni” (Wydawnictwo Edipresse) to opowieść o współczesnych trzydziestolatkach. Mati jest człowiekiem sukcesu, który zachłysnął się życiem na wysokich obrotach. Sonia przeciwnie – żyje z dnia na dzień, robiąc rzeczy, które w najmniejszym stopniu jej nie interesują, i wchodząc w kolejne nieudane związki. Dla Nataszy Sochy para trzydziestolatków staje się pretekstem do przyjrzenia się przyczynom coraz powszechniejszej depresji.

Anna Zaleska: Pani nowa powieść „Zagubieni” opowiada o współczesnych trzydziestolatkach. Dlaczego właściwie są tak sfrustrowani i nieszczęśliwi?

Natasza Socha: Bo żyjemy za szybko, wszystko robimy naraz, jesteśmy wiecznie zagonieni i rozproszeni. Jednocześnie gotujemy obiad, przeglądamy książkę, przeszukujemy internet, słuchamy radia, odpowiadamy na wiadomości na Messengerze, a i tak mamy nieustająco poczucie marnowania czasu. Pamiętam, że jako dziecko nie znałam pojęcia „nuda”, mimo że nie miałam komputera, różnych gadżetów, nawet roweru. A moje dzieci jeśli czegoś nie robią przez pięć, dziesięć minut, to już czują niepokój. Współcześni trzydziestolatkowie do 20. roku życia przeżyli całe swoje życie. Nic dziwnego, że są sfrustrowani.

I doznali już mnóstwa rozczarowań?

Tak. Bo jeśli człowiek za główny cel stawia sobie szybkie osiągnięcie szczęścia, a poprzeczkę oczekiwań ustawia bardzo wysoko, wtedy łatwo o rozczarowania. To działa jak lawina. Coś się zaczyna psuć i nagle sypie się wszystko po kolei. Każda rzecz, która nie spełnia naszych wygórowanych kryteriów szczęścia, wyśrubowanych oczekiwań, wydaje się porażką. Tymczasem to niekoniecznie musi tak być. Może to raczej lekcja, wskazówka, że następnym razem trzeba postąpić inaczej. Spojrzeć z dystansu, nie traktować wszystkiego jak koniec świata.

Kiedyś nie mieliśmy tak wygórowanych oczekiwań wobec życia?

Z pewnością dużo mniejsze. Dziś człowiek ciągle obserwuje innych. W mediach społecznościowych jesteśmy bombardowani ładnymi obrazkami. Piękny dom, dobry samochód, świetne ciuchy, rajskie wakacje, przystojny partner. Przeglądamy Instagram i myślimy – moje życie jest beznadziejne. Oceniamy siebie przez pryzmat innych ludzi i ciągle się porównujemy.

Na przykład praca. Sonia z „Zagubionych” pracuje w centrum logistycznym, wysyła i przyjmuje paczki. Nie brzmi to jak kariera marzeń…

Można do tego podejść pozytywnie – okej, to co robię, w ogóle mnie nie interesuje, ale przynajmniej mam pracę, a wielu jej nie ma. Albo spróbować znaleźć inną. Sonia chciała być nauczycielką plastyki, ale dowiedziała się, że to zawód nadwyżkowy, że jest zbyt dużo chętnych, więc poddała się bez walki. Tym samym utwierdziła się tylko w poczuciu, że życie jest beznadziejne i nic się nie da z tym zrobić.

Największym źródłem rozczarowań stają się jednak związki „Kiedy książę na białym koniu okazuje się co najwyżej stajennym”, cytując panią.

I Sonia, i Mati, z którym się zaprzyjaźnia, dochodzą do wniosku, że ponad wszystko pragną mieć kogoś, komu można rano zaparzyć kawę. Ponieważ jednak własne życie uważają za nieudane, nie wychodzi im też z innymi ludźmi. Wpadają w błędne koło. Ona cały czas wybiera nieodpowiednich facetów, zapętla się w tym, on szuka szybkich związków. Kiedy w końcu wydaje mu się, że spotkał tę jedyną, okazuje się, że ona nie jest nim zainteresowana. Mati uważa, że to kolejna porażka, a jego życie nie ma sensu. Bo wszystko trzeba mieć od razu, teraz, już. Inaczej przychodzi kolejny emocjonalny kryzys.

Bardzo życiowy wydaje się motyw związku Soni z niby-architektem, który po prostu szuka kobiety, która będzie go utrzymywać. W Polsce już w co piątym związku jest taka sytuacja.

Może się zdarzyć, że mężczyzna przez pewien czas nie ma pracy. Wtedy jednak powinniśmy funkcjonować na zasadzie partnerstwa, współdziałania. Ona pracuje, w takim razie on zajmuje się domowymi sprawami. Ale jeśli facet uważa, że robienie obiadu i opieka nad dziećmi nie należy do obowiązków mężczyzny i zamiast tego siedzi czekając, aż zostanie obsłużony, to coś tu nie gra. Niektóre kobiety się na to godzą. Jedne żeby po prostu kogoś mieć. Inne mają syndrom matki kwoki, wydaje im się, że są stworzone do opieki nad facetem, do głaskania go po główce, bo jest przecież biedny i nieszczęśliwy. Tymczasem jeśli on nie pracuje dlatego, że po prostu mu się nie chce, tu chyba gdzieś popełniamy błąd.

Jeśli w mieście na 100 wolnych wykształconych mężczyzn przypada 130 kobiet, obniżamy oczekiwania.

Umówmy się, że faktycznie nie każdy znajdzie swoją drugą połówkę. Kiedyś babcie i mamy powtarzały nam, że jeśli nie poznamy kogoś na studiach, potem będzie coraz trudniej. Wtedy wydawało się to jakimś absurdem, ale potem nagle okazało się, gdzieś w okolicach trzydziestki, że faktycznie większość ludzi jest już w jakichś związkach i trudno nawiązać relację.

Być samotną kobietą nie zawsze bywa łatwo. Niby nie jest już stygmatyzowana jako „stara panna”, ale w wielu aspektach świat nie jest przyjazny dla singielek. Choćby na wakacje trudno samej wyjechać.

Przeczytałam kiedyś świetne zdanie: jeżeli odważyłaś się pójść sama do kawiarni, to jesteś w stanie zrobić wszystko. Trafione w sedno. Bo my się ciągle boimy. Wstydzimy. Dlaczego przyszłam sama na kawę? Bo nie mam faceta, nie ma mnie kto zaprosić. Albo: wyglądam, jakbym przyszła na łowy. Nie ma w nas odruchu samotnego wyjścia na kawę po to tylko, by pobyć ze sobą samą. Zawsze wtedy bierzemy książkę albo laptopa, żeby udawać bardzo zajętą. A samotna kobieta na wakacjach? Wiadomo, w jakim celu pojechała. Tymczasem człowiek powinien się nauczyć żyć sam ze sobą. Być w związku jest fajnie, ale to co pomiędzy związkami też może być całkiem udane. Trzeba się tym cieszyć, doceniać, a nie tylko czekać na kolejnego faceta.

Pani pozycjonuje swoje książki jako literaturę środka. Co to właściwie znaczy?

To trochę jak z muzyką. Nie wszyscy musimy słuchać jazzu, miło jest też posłuchać dobrego popu. Literatura środka powinna być przyjemna w czytaniu, napisana ładnym językiem, nie może ogłupiać ani obrażać inteligencji czytelniczki. Ale powinna pozwolić odpocząć, nabrać dystansu, zobaczyć w książce nie tylko siebie, ale i swoje problemy. Nie piszę wydumanych historii, w których trudno się odnaleźć. To ma być książka o nas. O małżeństwie, o dzieciach, rozwodach, o zdradzie, o menopauzie, o sprawach, które nas dotyczą, z którymi borykamy się każdego dnia.

Od kilku lat mieszka pani z rodziną na niemieckiej wsi. Zaprzyjaźniła się pani z tamtejszymi kobietami?

Bardzo. Nawet stworzyłam coś w rodzaju klubu. Poznałam tu typowe kury domowe, kobiety, które od lat nie były same w kinie. A teraz często wychodzimy, organizujemy babskie wieczorki, a raz w roku jedziemy na długi weekend. Byłyśmy już w Barcelonie, w Madrycie, w Wenecji, Rzymie, Wiedniu. Tylko kobiety. Bez dzieci, bez facetów. Po to, żeby odetchnąć i nabrać dystansu. Zrobiłam też kurs instruktora zumby i prowadzę zajęcia w tutejszym fitness clubie. Przychodzą do mnie kobiety w moim wieku, a nawet sporo starsze, którym początkowo wydawało się, że są już za stare na tańce i podobne wygibasy. Po jakimś czasie dotarło do nich, że tu wcale nie chodzi o technikę i perfekcyjne ruchy. Ważne, by dobrze się bawić i uświadomić sobie, że wszystko nam jeszcze wolno. To nie jest czas, kiedy należy ściąć włosy, zrobić trwałą i włożyć beret. Nikt nie ma prawa narzucać nam, co mamy robić, jak żyć i jak długo cieszyć się sobą. Próbujmy ciagle czegoś nowego. Ja sama chodziłam na zajęcia z malowania akwareli, z rzeźby, tańca współczesnego. To nie jest tak, że życie po czterdziestce się nagle kończy. Tak naprawdę to od nas zależy jak długo będzie chciało nam się tańczyć.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
miller pierwsza
Adobe Stock

Katarzyna Miller o nieudanych związkach: „Wpadamy w miłość jak śliwka w kompot”

Jakie cechy ma nasz facet? Możemy się tego dowiedzieć już na pierwszej randce. Tylko trzeba umieć słuchać – mówią psycholożka Katarzyna Miller i coach Suzan Giżyńska w nowej książce „Mam faceta i mam...problem”.
Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska
16.06.2020

Jedna z najpopularniejszych polskich psychoterapeutek, Katarzyna Miller wraca w nowej książce „Mam faceta i mam… problem” (wyd. Rebis) do tematu miłości i relacji z mężczyznami. W książkowym dialogu z coachynią Suzan Giżyńską, z którą wydała już wcześniej „Instrukcję obsługi faceta”, biorą pod lupę nieudane związki, zawody i rozczarowania miłosne. Dlaczego? Bo, jak tłumaczy Suzan Giżyńska: „Miłość to zawsze lekcja. Życzę Wam, żeby była lekka”. Autorki książki „Mam faceta i mam… problem” wysłuchały kilkudziesięciu kobiecych historii (ich fragmenty rozpoczynają każdy rozdział książki). Uderzyło je jak bardzo – mimo  różnic – są typowe. Na początku pojawia się euforia („Gdyby sobie wyobrazić połączenie Boga z Hugh Grantem, to on tak właśnie wyglądał” – opowiada o swoim byłym partnerze jedna z bohaterek), a następnie – przygniata proza życia. Czujemy rozczarowanie, nie umiemy poczuć spełnienia, romantyczne porozumienie dusz zmienia się w ciągłą wojnę. „Mam faceta i mam… problem” Takich historii jest wiele: często dramatycznie smutnych: „Pewnego dnia, gdy wracałam z siłowni, zobaczyłam przez okno kawiarni mojego faceta”, opowiada jedna z bohaterek. „Siedział z młodą kobietą, trzymał ją za rękę i patrzyli sobie w oczy. Wstrząsnęło to mną. Stanęłam przy ich stoliku. Ta kobieta popatrzyła na mnie i zwróciła się do niego: >>Ona rzeczywiście cię śledzi, Boże, miałeś rację<<. Zignorowałam jej słowa i powiedziałam mu, żeby zabrał z mojego domu wszystkie rzeczy. Serce mi się kroiło, ale byłam z siebie dumna, że zdobyłam się na taką odwagę. Adam nic nie odpowiedział, a ja pobiegłam do domu z płaczem”. Katarzyna Miller tłumaczy:...

Czytaj dalej
Katarzyna Miller o kryzysie w małżeństwie
iStock

„Twój mąż może być twoim największym wrogiem. I sama na to się godzisz” – mówią Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska

Kobiety często mówią do synów: „Jesteś moim małym mężczyzną”. To błąd – tłumaczą Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska, autorki nowej książki „Mam faceta i mam...problem”.
Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska
16.06.2020

Psychoterapeutka Katarzyna Miller i coachyni Suzan Giżyńska w swojej nowej książce „Mam faceta i mam… problem” zastanawiają się nad trudnymi relacjami damsko-męskimi. Okazuje się, że gros  problemów w naszych małżeństwach wynika z naszego wychowania i nieprzepracowanych traum z dzieciństwa. Autorki radzą kobietom,  aby uważnie przyglądały się swoim partnerom – ale też i samym sobie. Przeczytaj fragment książki: *** Katarzyna Miller: Facet mówi: „Coś dziwnego się z tobą dzieje. Kiedy ostatni raz włożyłaś szpilki? Kiedyś się tak ładnie czesałaś, a teraz? Zapuściłaś się”, a ona myśli: „On to wszystko widzi, wie, że się zaniedbałam, i ma rację”. Kobieta z jednej strony nie czuje się dobrze, bo facet jej dokucza, a z drugiej czuje się winna. Suzan Giżyńska: „Dokucza” to zbyt delikatne określenie. Katarzyna: „Niszczy” będzie odpowiedniejsze. Suzan: Tak, bo to wszystko są teksty wroga. Ale może ona w domu rodzinnym była dzieckiem niewidocznym lub dostawała tylko tyle, ile jest niezbędne do przeżycia. Dla dorosłej kobiety, która miała takie dzieciństwo, nawet krytyka jest lepsza niż brak jakiejkolwiek uwagi. Bo wtedy ktoś na nią patrzy. Mówi co prawda, że zbrzydła, ale widzi ją. Oczywiście facet jest też po to, by mówić nam o tym, czego nie dostrzegamy. Na przykład, że się zaniedbałyśmy. Powinien jednak używać innych słów niż „zapuściłaś się”, bo to jest nękanie. Katarzyna Miller: Książę z bajki dla mamusi Katarzyna: Edith Wharton, amerykańska pisarka, wydała kiedyś opowiadanie „Mój najlepszy wróg”. Dotyczyło jej męża. Gdy pierwszy raz je czytałam, byłam bardzo smarkata i go nie rozumiałam. Teraz doskonale wiem, o czym ono mówiło. Partner to bliska...

Czytaj dalej
Pexels.com

Samotne święta. Jak przetrwać Boże Narodzenie bez bliskich?

Samotne święta nie muszą być źródłem stresu i bólu. Zamiast rozmyślać nad czym, co stracisz, skup się na tym, co zyskujesz.
Sylwia Arlak
21.12.2020

Tegoroczne święta Bożego Narodzenia będą inne niż te, które znamy. Z powodu pandemii koronawirusa wiele z nas zrezygnuje z wizyt rodzinnych, zostając w domu z najbliższymi. Wiele singielek — z obawy o zdrowie własne i innych — zdecyduje się na samotne święta. To trudne decyzje, które mogą podzielić rodziny. Jedni uważają, że najważniejsza w tej chwili jest odpowiedzialność, drudzy nie wyobrażają sobie świąt bez spotkań, jedzenia i prezentów. Chcą żyć zgodnie z tradycją, nawet jeśli w tym roku będą musieli zachować odległość czy siedzieć przy stole w maskach. Samotne święta — konieczność czy przywilej? Dla części z nas samotne święta (albo te spędzone jedynie z partnerem) to norma. Nie każdy ma z kim się spotkać, ale też nie każdy chce uczestniczyć w spotkaniach rodzinnych. Jeśli przez lata święta były pełne kłótni i wzajemnych oskarżeń, nic dziwnego, że potrzebujemy spokoju. Decyzja o tym, by odciąć się od rodziny w tym szczególnym czasie, nie jest łatwa, ale często konieczna. Czasem wystarczą jedne samotne święta (spędzone na kanapie przed telewizorem czy na egzotycznych wakacjach), żeby nabrać dystansu i kolejne spędzić już z rodziną. Czytaj też:   Psycholog Joanna Żółkiewska o toksycznych Świętach z rodziną: „Jeśli trzeba, odetnij się. Czasem to pomaga” Samotne święta — jak przetrwać? Samotne święta kojarzą się ze smutkiem i bólem. W reklamach telewizyjnych czy w mediach społecznościowych widzimy uśmiechnięte rodziny, które wspólnie ubierają choinkę, a potem dzielą się prezentami. I też tak chcemy. Jesteśmy rozczarowane swoim życiem. Wydaje nam się, że już nigdy nie będziemy szczęśliwe. Świat nie spełnił naszych oczekiwań. Jeśli marzymy o świętach spędzonych w dużym gronie rodzinnym, a zostajemy same w domu,...

Czytaj dalej
Janusz Józefowicz
fot. Grzegorz Korzeniowski

Janusz Józefowicz: „Uwiodła mnie przytulia czepna…” Artysta o ziołach i domu na wsi! 

Za miastem, w Emilinie, Janusz Józefowicz z zapracowanego, wciąż zajętego artysty zamienia się w spokojnego zielarza. „Zbyt często jesteśmy aroganccy wobec piękna przyrody”, mówi.
Marta Strzelecka
18.06.2020

Kiedyś mógł latami nie ruszać się z Warszawy i jak sam mówi, nie rozumiał ludzi, którzy „z jakiegoś powodu umawiają się, że nagle wyjeżdżają z tak wspaniałego przecież miejsca”. Od prawie dwunastu lat J anusz Józefowicz  dzieli swój czas między sielskie życie na wsi, gdzie mieszka z żoną Nataszą Urbańską i córką Kalinką, a prowadzenie teatru muzycznego  Studio Buffo w stolicy. Chociaż w Emilinie również zdarza mu się pracować. „Na tym tarasie pisaliśmy z Rosjanami libretto do »Mistrza i Małgorzaty«”, przyznaje Janusz Józefowicz w rozmowie z Martą Strzelecką, która odbyła się... na tarasie w Emilinie. Tu też pięć lat temu, będąc już po pięćdziesiątce, odkrył nową pasję – zielarstwo. „Kto by pomyślał, że będę wstawał rano i pytał: »Z czego dziś pijemy herbatkę?«. A potem wychodził do ogrodu, rozglądał się, skrzypu trochę zerwał, parę listków lipy, kwiat czarnego bzu, trochę pokrzywy, mięty kawałek.” – mówi Janusz Józefowicz. Marta Strzelecka: Jakie kwiaty pojawiają się u pana jako pierwsze? Janusz Józefowicz: Głogu. Zrywam je wczesną wiosną, robię nalewkę, suszę, potem zbieram owoce. Następnie są mirabelka, drzewa owocowe, jaśminowiec, kasztan. Po kolei rodzą się różne gatunki roślin, żeby pszczoły miały bez przerwy robotę. W ubiegłym roku wszystko jednocześnie zakwitło, to była anomalia. Ale kiedy idzie zgodnie z planem, w maju zbieramy pokrzywę, potem mniszek lekarski, krwawnik, dziurawiec, czarny bez. Znad stawu – wierzbownicę wielokwiatową. W tym roku wiosną ususzyłem też konwalie. Po co suszy pan konwalie? Na serce, to jest cudowne zioło. Nie trucizna?...

Czytaj dalej