Debiutancki album Kaśki Sochackiej „Ciche dni” – dziś premiera!
Kaśka Sochacka / fot. Agata Trafalska

Debiutancki album Kaśki Sochackiej „Ciche dni” – dziś premiera!

„Za każdym razem, kiedy próbowałam swoje życie zmienić, nadać mu inny kierunek, uświadamiałam sobie, że nic mnie tak nie cieszy jak muzyka", opowiada Kaśka Sochacka. Jej debiutancki album to dziesięć pełnych melancholii utworów. Wśród nich słynna „Wiśnia” i piękny duet z Kortezem.
Anna Zaleska
25.03.2021

Półtora roku po tym, jak „Wiśnia” Kaśki Sochackiej stała się hymnem kobiet tęskniących za utraconą miłością, a zarazem wielkim przebojem, wokalistka wydaje debiutancką płytę. Równie dobrą jak utwór, który ją zapowiadał.

Anna Zaleska: Szczęśliwa?

Kaśka Sochacka: Bardzo! Długo czekałam na premierę swojej pierwszej płyty i poziom ekscytacji jest rzeczywiście wysoki.

Gdy zaglądasz w siebie, jakie uczucia tam jeszcze znajdujesz?

Spełnienie, satysfakcja, duma z tego, co zrobiliśmy. Cieszę się trochę jak małe dziecko. W końcu raz w życiu wydaje się debiutancką płytę.

Długa i kręta droga prowadziła do tego momentu. Od 2014 roku – kiedy wystąpiłaś w „Must Be the Music”, a potem podpisałaś kontrakt z wytwórnią płytową Jazzboy – minęło siedem lat. W tym czasie były chwile euforii, ale i obaw, że nic z tego nie będzie.

Rzeczywiście te emocje bywały różne. Jak na rollercoasterze. Czasem nachodziło mnie zwątpienie i rezygnacja, potem znów optymizm i entuzjazm Ale marzenie o nagraniu płyty było tak elektryzujące, że po każdej chwili załamania powstawałam jak feniks z popiołów i szłam dalej.

Po drodze pracowałaś jako agentka nieruchomości, specjalistka od organizacji konferencji…

Pojawiały się myśli, że może trzeba o muzyce zapomnieć, zająć się czymś innym, a pisanie piosenek i śpiewanie potraktować jako hobby. Skończyłam ekonomię, potem podyplomowo jeszcze psychologię, więc bez trudu znalazłam pracę. Ale za każdym razem, kiedy próbowałam to swoje życie zmienić, nadać mu inny kierunek, uświadamiałam sobie, że nic mnie tak nie cieszy jak muzyka. Wracała do mnie niczym bumerang. Zresztą przez cały czas miałam zespół w Krakowie, ciągle mieliśmy próby, występowaliśmy na eventach, graliśmy covery w knajpach. Nie było tego dużo, ale pozwalało jakoś przetrwać.

Kiedy po raz pierwszy zaśpiewałaś przed publicznością?

Dawno temu, jeszcze jako małe dziecko. Moja mama zajmowała się kulturą w małej gminie i organizowała różne wydarzenia. Zadebiutowałam solo na scenie w wieku pięciu czy sześciu lat na jednym z festynów. Pamiętam, że miałam na sobie sukienkę w czerwone grochy.

A piosenkę pamiętasz?

No cóż, trudno, powiem – to było coś Shazzy. (śmiech) W głębokich latach 90. wszystkie dzieciaki na ulicy śpiewały jej piosenki.

Wiersze zaczęłaś pisać też już w dzieciństwie?

Tak, nie miałam chyba nawet dziesięciu lat. Pisałam o wszystkim, co mnie spotyka. Wciąż trzymam te wiersze „w szufladzie”. Byłam i do dziś jestem dosyć melancholijną osobą. Lubię obserwować rzeczywistość i często staram się te obserwacje umieszczać w wersach. Wszędzie szukam drugiego dna. Nawet gdy czuję się szczęśliwie zakochana – a jestem szczęśliwie zakochana od wielu lat – to gdy tylko zdarza się ten trudniejszy moment, lubię w nim „pogrzebać”. Wtedy wiersze piszą się same.

Z wierszy powstają piosenki?

Początkowo rozgraniczałam te dwie materie. Ale kiedyś kilka swoich wierszy wysłałam Agacie Trafalskiej (autorka tekstów, współpracująca m.in. z Kortezem, przyp.red.) i ona otworzyła mnie na to, by w taki sam sposób pisać piosenki.

Wcześniej bałaś się, że to zbyt intymne?

Miałam takie obawy. Ale cieszę się, że posłuchałam Agaty i uwierzyłam w siebie. Dzięki temu moje utwory na pewno zyskały na autentyczności i z tego, co widzę, bardzo pomagają innym.

Jesteś introwertyczką?

Jestem osobą towarzyską i kontaktową. Uwielbiam ludzi, uwielbiam ich poznawać, spędzać z nimi czas, rozmawiać. Ludzie mnie inspirują. Ale czasem też czuję, że potrzebuję swojej przestrzeni i się wyłączam. Wtedy od ludzi stronię. Wolę w samotności pewne rzeczy sobie w głowie poukładać i przetrawić. Zdarza mi się być i duszą towarzystwa, i introwertyczką. Trochę dwa w jednym.

Masz wokół siebie wiele osób, które w ciebie uwierzyły.

To prawda. Otacza mnie sporo ludzi, którzy we mnie wierzą i zawsze wierzyli. To bardzo dobre uczucie. Dzięki nim nie poddałam się, gdy kompletnie nie szło, a teraz, kiedy wszystko jest dobrze, czuję się bezpiecznie.

A mąż cię wspiera?

Tak, bardzo we mnie wierzy. Mam cudownego męża.

Czego się nauczyłaś, koncertując z Kortezem?

Trasa z Kortezem, to, że mogłam wystąpić na jego koncertach i przez chwilę żyć w jego bajce – bo tak to chyba trzeba nazwać – było dla mnie wyjątkowym, wielowymiarowym doświadczeniem. Jeszcze bardziej zaczęłam marzyć o własnych koncertach. Poznałam też świetnych ludzi. Dużo rozmów odbyłam, dużo historii usłyszałam, wspaniała przygoda. Nigdy tego nie zapomnę.

Piękny jest wasz duet z Kortezem w piosence „Dla mnie to już koniec”.

Cieszę się, dziękujemy. Kiedy wysłałam tę piosenkę Łukaszowi, zamierzałam ją sama śpiewać. I strasznie się ucieszyłam, gdy zaproponował, żebyśmy nagrali duet.

To jest dobry moment na wydanie płyty? Pewnie można było sobie lepszy wymarzyć?

Można było sobie wymarzyć lepszy świat, bez pandemii. Ale mamy sytuację, jaką mamy, nie wiadomo, kiedy będzie można wrócić do normalności. Jestem w takiej sytuacji jak inni artyści w Polsce i na świecie. Trzeba to wziąć na klatę. Oczywiście chciałabym grać koncerty, mam za sobą pierwsze próby z zespołem i jestem podekscytowana perspektywą wspólnych występów. Ale cóż, poczekamy. Ja jestem cierpliwa, potrafię czekać.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Fot. Karol Łakomiec

Kasia Lins: Lubię wstrząsnąć słuchaczem. Dobić go.

O nowej płycie Kasi Lins „Moja wina” mówi się: „mocny kandydat do płyty roku”. Z jakich grzechów spowiada się artystka tuż przed 30. urodzinami? I kiedy jej zdaniem kończy się młodość?
Anna Zaleska
05.06.2020

Wokalistka, pianistka, kompozytorka, autorka tekstów. Jej poprzedni album „Wiersz ostatni” zdobył uznanie zarówno słuchaczy, jak i krytyków. W 2019 roku Kasia Lins była dwukrotnie nominowana do nagrody Fryderyk – w kategoriach Album Roku Pop Alternatywny oraz w kategorii Autor Roku. Nowy album „Moja wina” to opowieść o raju i piekle, grzechu i przebaczeniu, uniesieniach i upadkach. Kasia Lins jest autorką wszystkich tekstów i współautorką muzyki, która powstała w duecie z Karolem Łakomcem. Anna Zaleska: Kilka dni po premierze płyty „Moja wina” ma pani chyba powody do zadowolenia, bo recenzje są świetne. „Warstwa liryczna budzi podziw i zachwyca”, „oryginalna, prawdziwa i spójna”, „mocny kandydat do płyty roku”. Kasia Lins: Tak, recenzje są zaskakująco dobre. Nie zakładałam, że będą dobre czy złe, ale to zawsze miłe. Nigdy nie wiadomo, z jakim odbiorem płyta się spotka. W którym momencie pani czuje, że jest dobra? Nadal nie wiem, czy jest dobra, to raczej ocena słuchaczy. Dla mnie jest po prostu moja. Kiedy czuję, że osiągnęłam to, co chciałam, to jest moment, by płytę oddać w ręce słuchaczy. Jej premiera zbiegła się niemal z pani 30. urodzinami, ukazała się dwa dni wcześniej. To prezent dla samej siebie? Nie ukrywam, zależało mi, by płyta ukazała się przed urodzinami, tak bym mogła powiedzieć, że wydałam ją mając 29 lat. Chciałam, żeby była symbolem zakończenia etapu mojego dwudziestolecia, odcięcia go i wejścia w nowy. „Młodość mi ciąży i czuję ulgę na myśl, że to tylko parę chwil” – to cytat z jednej z pani piosenek. Tak pani myśli o młodości? Że to jest coś, co dobrze mieć już za sobą? Gdy pisałam tę piosenkę, tak myślałam. Ale tutaj nie chodzi o młodość słownikową, ale o...

Czytaj dalej
Maria Sadowska
@mariasadowska

Maria Sadowska śpiewa o miłości i kręci film o kobietach, które miłość sprzedają

Już wkrótce premiera jej nowej płyty „Początek nocy”, a w styczniu do kin wchodzi film „Dziewczyny z Dubaju”, który reżyseruje. „To moja najbardziej osobista płyta i najtrudniejszy film w mojej karierze” – mówi Maria Sadowska
Magdalena Żakowska
19.09.2020

Ciężko się z nią umówić. Od kilku tygodni pracuje po kilkanaście godzin na dobę, koordynuje kilka projektów. „Czy my się dziś umówiłyśmy, czy mi się przyśniło?” – dostaję od niej takiego sms-a o 8. rano i nic nie wiem o spotkaniu. Ale udało się – w przerwie między promocją singla i wyjazdem do Cannes na ostatnie dni zdjęciowe. Magdalena Żakowska: Jesteś w trakcie zdjęć do filmu i właśnie wypuściłaś pierwszy singiel ze swojej nowej płyty. Jak ty to łączysz? Maria Sadowska: Płyty przychodzą powoli, bo przede wszystkim robię filmy. Poprzednią nagrałam 6 lat temu. Na szczęście materiał na płytę mam od dawna gotowy. Ostatnie fragmenty, na przykład ten z Leszkiem Możdżerem, dogrywaliśmy w pandemii. Zrobiliśmy jam session na odległość, bo nie mogliśmy się już spotkać. Leszka lockdown zastał u rodziny, był tam tylko domowy, lekko roztrojony fortepian, który nadał naszej wspólnej piosence super klimat. Potem pojawił się film, praca nad nim pochłania mnie teraz kompletnie, więc zdecydowałam się przenieść premierę płyty na po zakończeniu zdjęć. Czeka na swój moment. Ale po „Marakeczi” planuję jeszcze kilka singli. Do drugiego nagrywam teledysk, to będzie od dawna wymarzony przeze mnie duet z artystką, którą podziwiam, z którą się przyjaźnię i która jest mi bliska. A przy tym to bardzo intymna i ważna dla mnie piosenka, którą skomponowałam na ukulele dla mojego męża jako przysięgę małżeńską. Stałam się sentymentalna Ile już jesteście po ślubie? Trzy lata, ale w sumie to już czternaście lat razem. Dwójka dzieci, wspólne granie. Moja nowa płyta w przeważającej części będzie właśnie o miłości, chociaż do niedawna uważałam, że śpiewanie o miłości jest banalne.  Skąd ta zmiana? Może...

Czytaj dalej
Mela Koteluk
Daniel Duniak, Grzegorz Korzeniowski

Mela Koteluk: „Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być”

„Wielki świat dał mi do zrozumienia, że wcale nie muszę w nim być.”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Mela Koteluk  debiutancką płytę „Spadochron” wydała w 2012 r. Z niego pochodzi przeboje „Melodia ulotna” oraz „Wolna”. W 2014 r. ukazał się z kolei krążek „Migracje”, który również przypadł do gustu zarówno krytykom, jak i publiczności. Do tej pory oba wydawnictwa sprzedały się w nakładzie ponad 30 tysięcy egzemplarzy każde, co zagwarantowało im status Platynowej Płyty.  Mela Koteluk została trzy razy laureatką Fryderyków: w 2013 r. uznano ją Artystką Roku i Debiutem Roku, zaś w 2015 r. nagrodę otrzymała za Teledysk Roku. W rozmowie z Jakubem Janiszewskim mówi o dzieciństwie i odważnych planach na przyszłość.  To prawda, że mieszkałaś przy ulicy Urody Życia? Dalej w pewnym sensie mieszkam, bo jestem tam zameldowana. W domu rodziców, w Sulechowie.   I z czym ci się ta nazwa kojarzy? Z Żeromskim, bo to przecznica ulicy Żeromskiego. Inne przecznice też się tak nazywają: Przedwiośnie, Syzyfowa. Jest też Cezarego Baryki i Siłaczki. Ciepło wspominam tamten czas. Przeszło mi nawet przez głowę, żeby rozejrzeć się tam za jakąś ziemią.   Osobliwe stwierdzenie jak na kogoś, kto nazwał swoją nową płytę „Migracje”… Ale to się łączy dość ściśle, choć w tytule nie chodzi o fizyczne zmiany miejsc. Chodzi o migracje mentalne. I zmęczenie tymi zmianami. Zmian chyba ci nie brakowało. Samych przeprowadzek miałaś 23? Kiedyś myślałam, że przez to, że się ciągle przenoszę, mogę się naprawdę rozwijać, poznawać nowych ludzi, przeżywać zmiany, być na fali. Ale teraz chciałabym gdzieś zatknąć swoją flagę.  Cofnijmy się do pierwszej migracji. Masz 16 lat, wyjeżdżasz do Warszawy. Bo poczułam muzykę. Mocno. I tym chciałam się zajmować. Mając niespełna 16 lat, trafiłam na warsztaty...

Czytaj dalej
Natalia Kukulska
East News

Natalia Kukulska podsumowuje rok 2020: najlepsza płyta, książka, serial, film i wydarzenie

Jej płyta „Czułe struny” nagrana z orkiestrą Sinfonia Varsovia jest zdecydowanie naszą płytą roku: kobieca, refleksyjna, energetyczna i odważna, bo Natalia Kukulska tym razem wzięła na swój warsztat utwory Fryderyka Chopina. W wywiadzie dla „Urody Życia” mówiła, że chce w życiu iść po swoje marzenia, a „Czułe struny” były jednym z jej największych życiowych marzeń.
Sylwia Niemczyk
29.12.2020

Poprosiłyśmy artystkę, by opowiedziała nam o swoich tegorocznych odkryciach: muzycznych, książkowych, serialowych… Powstała inspirująca lista rzeczy „do nadrobienia” – posłuchajcie, oddajemy głos samej artystce: *** Płyta roku 2020 Rok pandemii pokazał też, że muzyka ma olbrzymie znaczenie. Pomaga przetrwać ciężkie chwile, przeczekać, zapomnieć, ukoić nerwy. Sama, choć byłam zanurzona w pracę nad swoją płytą, wiele słuchałam - zarówno nowości jak i sprawdzonych wykonawców i ich albumów. Dlatego nieprzypadkowo wróciły do mnie dwie stare symfoniczne płyty. Jedna to „Both Sides, Now” Joni Mitchel, a druga to płyta Petera Gabriela „Scratch”. Genialnie brzmiące, głębokie… polecam bo to czyste piękno.  Z odkryć tegorocznych – dwie produkcje, które polecił mi mój syn. Płytę basisty -  Thundercat, którego „The Beyond” przyniosło mi w tym roku powiew świeżości i momentalnie skradło mi serce. Kolejny album to nagranie amerykańskiej grupy Vulfpeck „Live at Madison Square Garden”. Album powstał co prawda w 2019 r., ale ja ten koncert zobaczyłam dopiero podczas pandemii i mogę śmiało powiedzieć, że on odczarował nam ten trudny czas i całej rodzinie dodał energii. Włączyliśmy go sobie w domu i przeżywaliśmy go jak byśmy byli na koncercie, łącznie z tańcem! Ten live jest porywający, przezabawny i błyskotliwy. Bardzo nam poprawił humor, świetnie się bawiliśmy –  to super wspomnienie z tego trudnego czasu.   Z zagranicznych albumów, bo jeszcze mam listę polskich wydarzeń!, gorąco poleciłabym album Jacoba Colliera, pt. „Djesse vol. 3”. Dla mnie to geniusz, śmiało możemy nazwać go Mozartem czy Chopinem muzyki rozrywkowej dzisiejszych czasów. Na tej płycie jest wszystko: i jazz, i...

Czytaj dalej