Danuta i Tadeusz Konwiccy: Słynny autor „Małej Apokalipsy” po odejściu żony rzucił pisanie
Kiedy się poznali w końcu lat 40. on był repatriantem z Wilna i byłym żołnierzem AK, ona maturzystką. Fot. z Archiwum Marii Konwickiej

Danuta i Tadeusz Konwiccy: Słynny autor „Małej Apokalipsy” po odejściu żony rzucił pisanie

Kiedy się poznali, byli parą dzieciaków. Ona miała 19 lat, on 23. Danuta i Tadeusz Konwiccy byli wtedy wyciszeni, delikatni, sceptyczni wobec świata i jego hierarchii. Kto mógł przypuszczać, że przed nimi pół wieku wspólnego życia.
Agata Tuszyńska
22.01.2021

On wybitny pisarz i filmowiec. Autor m.in. „Wniebowstąpienia”, „Kalendarza i klepsydry”, „Małej apokalipsy”. Jako reżyser nakręcił kultowe dzisiaj „Salto” ze Zbigniewem Cybulskim w głównej roli, piękny film „Jak daleko stąd, jak blisko” z Andrzejem Łapickim i Gustawem Holoubkiem, przeniósł na ekran „Dolinę Issy” Miłosza, „Dziady” Mickiewicza. Ona wybitna graficzka, ilustratorka książek dla dzieci. „Może to staroświeckie, co powiem, ale mnie się podoba kobieta, która jedzie w powozie, otoczona jakąś nieuchwytną aurą tajemniczości. Przepadam za kobietą jak za niespodzianą przygodą” – tak pisał autor „Kroniki wypadków miłosnych”. Z taką kobietą „o ogromnej godności wewnętrznej”, nierozpoznawalną i zjawiskową połączył swój los.

Czytaj także: Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka: mistrz, uczennica i wielka miłość

***

Miała 69 lat, kiedy odeszła. Córka wielkiego malarza, siostra wybitnego grafika i filmowca, żona kultowego pisarza i reżysera – Tadeusza Konwickiego. Obecność w życiu Danuty Konwickiej tylu utalentowanych mężczyzn przytłumiła może jej własny talent. Rodzinna legenda głosi, że z uprawiania malarstwa zrezygnowała po tym, jak ojciec w odruchu dobrej woli przemalował jej obraz. Wolała ołówek i kartkę papieru. Skończyła warszawską ASP w pracowni Tadeusza Kulisiewicza, mistrza rysunku. I temu rysunkowi – tuszom, kredkom, arkuszom brystolu  pozostała wierna. Ilustrowała swoimi subtelnymi, lirycznymi pracami książki dla dzieci.

Mimo wszystko jednak w życiu wybrała rolę cienia. Cienia ojca, brata, męża. Schowała się delikatnie za nimi. Prowadziła dom, wychowywała córki, pilnowała spokoju rodziny. W całym życiu udzieliła tylko jednego wywiadu. Spędzili ze sobą 50 lat. A były to lata bez jazgotliwych tabloidów i wszędobylskiego internetu. Oboje nie znosili „medialnego słowotoku”. Żyli skromnie, godnie, bez nadmiernego rozgłosu. Cały czas zresztą na intelektualnym świeczniku.

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Tadeusz Konwicki: amant z zawieruchą w głowie i w sercu

Poznali się w końcu lat 40. Jan Lenica współpracował z pismem „Odrodzenie”, którego Konwicki był sekretarzem. Któregoś dnia przywiózł z Poznania do Warszawy swoją siostrzyczkę Danusię. Miłość była gwałtowna i namiętna. Choć, jak przyznawał Tadeusz: „Konkury musiały trochę trwać”. Pobrali się w 1949. W Poznaniu, choć całe późniejsze życie spędzili już w stolicy. Pochodzili z zupełnie innych światów. Ona – zakorzeniona poznanianka. On – krążący w twórczości i rozmowach wokół ukochanych z dzieciństwa: Kolonii Wileńskiej, Nowej Wilejki, doliny Wilenki, które pozostały na zawsze centrum jego wszechświata. A w dodatku – były partyzant, żołnierz VIII Brygady Oszmiańskiej AK, do niedawna zbłąkany między frontami w lasach Wileńszczyzny, z zawieruchą w głowie i w sercu.

Do urzędu stanu cywilnego poszli właściwie bez przygotowania. Jak opowiadał Tadeusz, skorzystali z okazji, że ojciec Danuty – przeciwny związkowi córki z wileńskim bałaganiarzem bez przyszłości – był akurat za granicą. Jednym świadkiem został zagarnięty z ulicy urzędnik, drugim – magistracki woźny. Para była piękna. Szczupła, urodziwa blondynka z długimi nogami i drobny młodzieniec, z trudem trzymający się prosto, kawaler. Ani urzędnicy magistratu, ani przerażeni w pierwszej chwili teściowie, nie przypuszczali, że przed nimi pół wieku wspólnego życia. Ale wtedy on miał lat 23, ona 19. Para dzieciaków.

Byli wyciszeni, delikatni, sceptyczni wobec świata i jego chwilowych hierarchii. Ona nie uczestniczyła w towarzyskich intrygach i obyczajowych skandalach. Od dziecka była za to niezwykle zdyscyplinowana. Jak matka, jak ojciec. Oszczędna w słowach i przyjaźniach. Chętnie oficjalna, pozornie „chłodna”. Także jej wygląd z tym korespondował. Zawsze zadbana, starannie uczesana, miała coś z damy. Nawet jak trzeba było się pokazać w szlafroku, to eleganckim niczym suknia. Sama zresztą potrafiła szyć – tak owocowały kursy krawieckie z czasów okupacji. Ale pod tymi pozorami chłodu miała w sobie wiele czułości, zrozumienia dla innych, życzliwości dla ludzi.

Czytaj też: Krzysztof Komeda i Zofia Komedowa. Wystawiała mu walizki za drzwi, a potem robiło jej się go żal

Tadeusz Konwicki o miłości rzadko mówił, pisał wiele

On ukrywał się za swoimi okularami dosłownie i metaforycznie. Sam przyznawał, że poza przyjemniaczka, brata-łaty, co to każdego może przytulić do serca, to tylko wybieg chytrego wilniuka. Przyjaciół dobierał rzadko i ze smakiem. Towarzyskie konwenanse lekceważył. Pychy nienawidził. Unikał głośnych środowiskowych sporów, gardził „zaszczytami”. Z tą samą żoną i w tym samym mieszkanku żył na tyłach Nowego Światu w Warszawie, przy ulicy Górskiego, sławnej dzięki niemu i widocznemu stąd w pełnej okazałości Pałacowi Kultury. W „nyży”, jak nazywał łóżko i miejsce tworzenia jednocześnie, porządkował swoje przemyślenia o świecie, pisał kolejne książki. I zawsze uważał to za czynność nieco wstydliwą.

O miłości mówił rzadko, choć pisał wiele. Nazywał ją „trudem”. Traktował jako „twórczość”, „budowlę międzyludzką, która jest celowa i za którą się również płaci”. Niezmiernie ważny był tu element wysiłku… A erotyka? Tonem nieznoszącym sprzeciwu oświadczał: „Zdecydowanie bardziej mnie wzrusza i sprawia przyjemność zapis romansu, flirtu, wybiegów, skradań, upadków i kosztów własnych niż rozkoszowanie się erotyką”.

Tylko dla niego

Żyli dość prostym rytmem. Danusia wstawała zwykle pierwsza, szykowała śniadania, wyprawiała dzieci do szkoły. Kiedy Tadeusz kończył jeść albo – częściej – spał jeszcze po nocnym pisaniu, ona wyruszała do siebie. Do pracowni przy Kamiennych Schodkach. Ostrzyła ołówki i kredki, rozrabiała farby i, ze szklanką herbaty pod ręką, godzinami szkicowała, rysowała, malowała. Starała się być perfekcyjna we wszystkim, co robiła.  Kult pracy to najważniejsze, co zawdzięczała ojcu. On sam określał temperament twórczy córki jako „kobiecy”, pełen trafnych obserwacji, ale również delikatności i ciszy. Rysunki tworzyła jakby z perspektywy dziecka – liryczne, proste formalnie albo wystylizowane czasem na wczesne prace Chagalla (jedną z jego grafik miała w swojej pracowni). Poprzedzała je wieloma szkicami, szkice studiowaniem albumów z roślinami, zwierzętami, historycznymi kostiumami, ikonami i starymi rycinami. Słuchała przy pracy nagrań jazzowych klasyków – Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga. Z upodobaniem projektowała kartki świąteczne.

Niekiedy odwiedzała redakcje „Świerszczyka” i „Misia”, z którymi współpracowała, czasem wybierała się do „Naszej Księgarni”. Jeszcze jakieś wernisaże, czasem drobne przyjęcia, lektury… I tak dzień w dzień, przez wiele lat. Nie lubiła zmian w życiu, podniesionych głosów, wyjazdów, chyba że do Chałup, na Hel. Temperowała świadomie swoim spokojem zadziorność męża, tym, że doceniała jego talent, ciepło i przyzwoitość. Skoro nawet, jak żartowano, papierosy paliła tylko dla niego, dla towarzystwa…

Czytaj też: Tamara Łempicka była królową art déco. „Robię, co chcę i nienawidzę robić tego, co muszę”, mówiła

Gdzie jest „literat z Warszawy"

Święty, oczywiście nie był. Sam wielokrotnie wypominał sobie nocne rajdy po Nowym Świecie w stanie „wskazującym na spożycie”. Potem hałasował na schodach i pod drzwiami, ale w domu spotykał go tylko uśmiech, no, najwyżej kilkugodzinne małżeńskie milczenie. Raz tylko chyba zapowiadało się na coś więcej. Na wakacjach w Chałupach. Któregoś wieczoru Tadeusz zniknął. Wesołe towarzystwo wróciło z plaży, bez niego. I podobno, być może, najpoważniejsze źródła nie są tu zgodne – bez jeszcze jednej pani. Lecz kiedy i ona się pojawiła, ruszono na poszukiwania. W końcu ktoś znalazł na piasku nad morzem jego ubranie. Groza. Musiało stać się najgorsze. Następny dzień to był koszmar. Dla wszystkich, ale największy dla Danusi. Milicja, motorówki szukające ciała „literata z Warszawy”, bez rezultatu.

Po zmroku do okna niedoszłej wdowy zapukał niedoszły topielec. Golusieńki i zziębnięty, okryty tylko jakąś szmatą. Z trudem wykrztusił opowieść o złośliwości losu. Do wody chyba nawet nie wchodził, ale pewnie miał zamiar – tu wściekłe spojrzenie słuchaczki – skoro nie miał na sobie niczego. Obudził się poprzedniej nocy gdzieś na plaży, nie bardzo wiedząc, gdzie jest i czemu ostro kręci mu się w głowie. Ubrania nie znalazł, ukrył się więc najpierw na wydmach. A następny dzień, trzeźwiejący i coraz bardziej przerażony tym, co się stało, przesiedział w jakiejś rybackiej szopie. Ożył wieczorem, a o zmroku już był gotów posypać głowę popiołem…

Konwiccy
Danuta i Tadeusz Konwiccy, Paryż lata 90. Fot. z Archiwum Marii Konwickiej

Pokorny tylko wobec Danusi

Pokorny potrafił być tylko wobec Danusi. Nigdy wobec władzy, z którą miał przez całe dziesięciolecia na pieńku, ani nawet wobec braci opozycjonistów. Bo denerwował go także specyficzny „terror” konspiratorów. W 1979 dał wyraz tej złości w „Małej apokalipsie”. To groteskowa historia upadającej Polski, przyłączanej do ZSRR, Warszawy z rozsypującym się Pałacem Kultury i opozycyjnego pisarza „wyznaczonego” przez kolegów-opozycjonistów do protestacyjnego samospalenia. Dla jednych był to szok, dla innych wytchnienie od martyrologii i cierpiętnictwa.

Dla wszystkich ostrzeżenie przed dziwacznym kultem czynu i moralną bezwzględnością także opozycji. Bo nie po to – jak powiadał autor – „trochę sponiewierał PRL”, żeby zapominać, co jest w życiu człowieka najważniejsze i żeby pozwalać swoim na wszystko. Na jakiś czas umilkły telefony i niektórzy przestali go poznawać na ulicy, ale to pisarz, koniec końców, miał rację. Każdy fundamentalizm jest groźny. Każde dobre chęci, niezweryfikowane rozumem – podejrzane.

Żyli z jej honorariów, zagranicznych wydań książek Tadeusza i czasem ze sprzedaży obrazów ojca. Na własnych plecach woził je Tadeusz do galerii na Żoliborz. Tramwajem! Zwykle jednak sama załatwiała wszystko. Wiedziała swoje, organizowała życie całej rodzinie, bez cienia skargi. A on... Kiedy został wdowcem, zobaczył wyraźniej jej rolę w swoim życiu. Ale i tak, jak to określił po latach – „Ona była sama dla siebie. To był ogromny plus mieć taką towarzyszkę życia. Kobietę piękną, utalentowaną, żyjącą na co dzień dziećmi, rodziną, ciężkimi pakami, gotowaniem…”.

Czytaj też: Witold i Rita Gombrowicz: „Sędziwy polski hrabia wziął ślub z sekretarką!” – pisały gazety na całym świecie

Sprawy damsko-męskie

Sam nie nadawał się na jej wyrękę. Wariacki tryb życia, wyjazdy, twórcze nasiadówki, tygodnie na planie filmowym… Nie ukrywał zresztą, że nie był dla Danusi i córek pewnie tak czuły, jak na to zasługiwały. Tłumaczył to, trochę mętnie, wstydliwością, która przysługuje ponoć wszystkim wilniukom… Poświęcił jej wiele miłosnych słów w swoich utworach, choć mało kiedy wprost. Z jej cech – fizycznych i psychicznych lepił swoje bohaterki, ze wspólnych doświadczeń układał romansowe wątki. Tak przynajmniej zwykle twierdził. Nie zawsze przekonująco.

Bo w jego prozie sprawy damsko-męskie są dość niezwykłe, pokrętne nawet. Szczególnie na tle tego, co sam pisarz na ten temat deklarował. Bo Konwicki wielokrotnie twierdził, że ma do miłości, także tej fizycznej, stosunek romantyczny. I że zabiegi o kobietę muszą być ceremonialne, długawe nawet, z użyciem wszelkich możliwych odcieni inteligencji i czułości. A w jego powieściach, nawet w tych, w których bohater utożsamia się z pisarzem-narratorem, jakoś tego nie widać. We „Wniebowstąpieniu”, w „Małej apokalipsie, w „Czytadle” sprawy załatwiane są szybko i konkretnie. Mężczyzna, choć przecież i rozumny, i uroczy, to zwykle trochę luzacki kogut, gotowy w każdej chwili do akcji, kobieta – czuła na jego wdzięki odaliska, spolegliwa i bez wyjątku z okazałym biustem! W dodatku nawet te inne, bardziej dwuznaczne i nieco demoniczne panie, są jednak dla naszego amanta wyrozumiałe i wielkiej krzywdy mu nie robią. A nawet wybaczyć są w stanie wszystko… Fikcja literacka przetrawiona z marzeniami? Aluzja na granicy żartu?

A dajcie mi spokój...

W realnym życiu musiało być różnie. Kiedy mógł, zabierał żonę np. za granicę, szczególnie gdy widział, że smutniała na nazbyt długo. Lubiła Paryż i wizyty u zakorzenionego tam brata, podziwiała smaki i widoki Ameryki. Była długo życiowym oparciem Tadeusza, dopiero gdy zachorowała, role się odwróciły. To on opiekował się nią, najczulej jak potrafił, pocieszał, czytał na głos, pomagał uśmierzać ból. A gdy umarła (i zanim wróciła ze Stanów córka Marysia), nagle zrozumiał, ile kobiecej zaradności i troskliwości ubyło z domu. I że teraz Tadźka Konwicki musi sobie radzić sam. Kiedy np. trzeba iść do lekarza. Albo zbrakło w kuchni soli...

Pisarz pracował zwykle nocami. W dzień o znanej wtajemniczonym porze pojawiał się w kawiarni „Czytelnika” i przy pewnym stoliku spędzał wiele godzin w towarzystwie przyjaciół: Dygata, Holoubka, Łapickiego, Berezy, Szymańskiej. I tak mijały lata. Ale odeszła (w 1999 r.) – bez rozgłosu, tak, jak żyła Danusia, potem córka Ania, wykruszyli się najbliżsi przyjaciele – Stanisław, Gustaw, Andrzej, Henryk, Irena…

W nowej już rzeczywistości Tadeusz Konwicki napisał kilka ważnych książek. Mniej fabularnych (choć było i popularne „Czytadło”!), bardziej refleksyjnych, bliższych filozoficznym rozprawkom niż dawnym powieściom. Czytelników Konwickiego jest – mam nadzieję – legion. Jednego z nich poznałam szczególnie dobrze. To był, jeśli można się odwołać do osobistego wspomnienia, mój mąż Henryk Dasko. Krytyk, badacz mass mediów, zajadły czytelnik dobrej literatury. Potrafił cytować z pamięci i z uwielbieniem całe fragmenty tej prozy. Strach pomyśleć, ile szczęścia by mnie ominęło, gdybym nie dzieliła z nim fascynacji twórczością Konwickiego, bo to był bez wątpienia warunek naszego wspólnego pożycia! A tak – do dziś w mojej domowej bibliotece mam dwa komplety dzieł pana Tadeusza. I w sercu tych kilka pięknych zdań, które mi kiedyś poświęcił po lekturze „Oskarżonej: Wiery Gran”.

Wybrał na koniec życia, świadomie, pozycję skromnego mistrza, mędrca, bez pychy i nadmiernej zazdrości, przyglądającego się światu. Coraz szczuplejszy, coraz bardziej delikatny. Jak swój własny cień. Spotkany, powtarzał czasem ulubiony cytat z Marii Skłodowskiej-Curie: „A dajcie mi spokój…”.

Spoczął obok ukochanej Danusi w rodzinnym grobie na Powązkach. Styczniowego dnia tak ciepłego, że od rana w koronach drzew śpiewały ptaki. Prawie jak nad jego mityczną Wilenką.

***

Materiał ukazał się w miesięczniku „Uroda życia" 6/2015.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Jarosław Iwaszkiewicz
East News

„Moja Stara najmilsza”. O wyjątkowej miłości Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów

Kiedy się poznali, ona była najlepszą partią w Warszawie, on poetą o homoseksualnych skłonnościach, których nigdy nie krył. Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie bardzo się różnili, a jednak byli małżeństwem przez 58 lat i odeszli tuż po sobie, w odstępie dwóch miesięcy.
Anna Król
11.08.2020

W 1921 roku Anna Lilpop, 24-latka o artystycznych zainteresowaniach i wrażliwej naturze, poznała początkującego literata Jarosława Iwaszkiewicza – ubogiego 27-latka, przybysza z Ukrainy. Jedni uważali, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, a tę najtrudniej zrozumieć czy wytłumaczyć. Inni, że para zawarła wygodną dla siebie umowę. Faktem jest, że Jarosław żenił się najlepszą partią Warszawy – kobietą piękną, wykształconą, pochodzącą z dobrego i bogatego domu. Miała być podporą i budzącą zazdrość znajomych towarzyszką życia.  Anna zyskiwała wymarzonego męża artystę – poetę z muzycznymi zamiłowaniami. Partnera do rozmów o sztuce, bywania w towarzystwie i kogoś, kogo się podziwia. W zamian za związek oparty na zrozumieniu i poszanowaniu inności, godzili się na różnicę charakterów i temperamentów. Dodatkowo, od początku wiadomo było, że Jarosław interesuje się mężczyznami. Wiedziała o tym i Anna,  ale uznała, że nie będzie to przeszkoda dla związku.  W pierwszych listach, pisanych jeszcze w okresie narzeczeństwa, zapewniała Jarosława o szczerym zrozumieniu: „Mnie osobiście nic zrazić do Pana nie mogłoby (…). Źle mi jest bez Pana i tęskno strasznie, ale głupio jest mówić o tych kwestiach, o których zresztą nigdy nic odpowiadającego rzeczywistości powiedzieć nie można”. Ryzykowny związek, szybki ślub Młodzi postawili na swoim pomimo protestów rodziny Lilpopów. Kilka tygodni po poznaniu Jarosława Anna oddała słowo dotychczasowemu narzeczonemu – księciu Radziwiłłowi. W Wielkanoc 1922 roku zaręczyła się z Jarosławem, a pięć miesięcy później byli małżeństwem. Wśród znajomych zawarty pospiesznie ślub budził zdumienie. Jan Lechoń powtarzał kpiąco, że „to taki ślub na sześć...

Czytaj dalej
irena boy
Fot. Foka/Forum

Irena Krzywicka i Tadeusz Boy-Żeleński. Kochali się i wspólnie walczyli z piekłem kobiet 

„I oto w najmniej odpowiedniej chwili, jak na złość, dopadła mnie miłość, i to taka ostateczna, pisała Irena Krzywicka. Tadeusza Boya-Żeleńskiego poznała cztery lata po ślubie, w czwartym miesiącu ciąży.
Magdalena Żakowska
09.11.2020

Krzywicka miała męża, a Boy żonę, i choć nigdy się nie rozwiedli, nigdy też nie zrezygnowali z siebie. Oboje byli niezwykli. Ona, propagatorka świadomego macierzyństwa, antykoncepcji i legalnej aborcji, w przedwojennej Polsce uchodziła w wielu środowiskach za skandalistkę. Zresztą może dzisiaj byłoby podobnie. Jej teksty o zmierzchu męskiej cywilizacji, o tym że kobiety powinny przestać się wstydzić i wiedzieć, czego żądać, brzmią nadal aktualnie . Apelowała m.in. do posłanek, by wsparły walkę o prawa kobiet. „Zdawałoby się, że kiedy już siedzą w Sejmie, mogłyby się odezwać w tej sprawie” – pisała. On, wybitny pisarz i tłumacz, ale z zawodu lekarz – wspierał ją z pełnym przekonaniem. W głośnym zbiorze felietonów „Piekło kobiet” z 1930 roku ,  wzywał, by nie karać kobiet za aborcję, przestrzegał, że nawet najsurowsze prawo będzie obchodzone, bo „życie zawsze było silniejsze od ustaw i sankcji karnych", zwracał uwagę na nierówności społeczne, sytuację biednych kobiet, dla których aborcja była często nieosiągalna. Przede wszystkim jednak Krzywicka i Boy to była wielka para międzywojennej Polski. Związki otwarte na oścież Wiedziała, że Boy zginął, na długo przed telefonem od Słonimskiego. Moment, w którym został rozstrzelany przez hitlerowców, czuła w całym ciele. Kiedy podnosiła słuchawkę, była już spokojna, spodziewała się tej wiadomości od kilku dni. Była jesień 1941 roku. Słonimski zadzwonił do niej na prośbę Zofii Boy-Żeleńskiej, żony Tadeusza. Spotkały się tego samego dnia. Chociaż Krzywicka, Żydówka na fałszywych papierach, wychodziła już wtedy z domu bardzo rzadko, tego dnia wyszła. W tramwaju bała się podnieść wzrok, czuła, że wszyscy oceniają jej ciemną karnację, nos, rysy. Szybkim krokiem...

Czytaj dalej
Orły
Maciej Zienkiewicz/AG

„Cieszę się, że o mnie pamiętacie”, mówi Maja Komorowska, laureatka Orła 2020 za osiągnięcia życia

Aktorka Wajdy i Kieślowskiego o życiu i czasie
Karolina Morelowska-Siluk
27.02.2020

Maja Komorowska ma 82 lata. Ukończyła Wydział Lalkarski PWST w Krakowie, należała m.in. do prowadzonego przez Jerzego Grotowskiego Teatru 13 Rzędów w Opolu. Znamy ją z wielu wybitnych ról filmowych i teatralnych m.in. „Człowieku z żelaza” Wajdy, „Roku spokojnego słońca” Zanussiego, czy „Dekalogu I” Kieślowskiego. 2 marca 2002 r. została uhonorowana Orłem za całokształt twórczości. Odczytując nazwisko aktorki, prezydent Polskiej Akademii Filmowej Dariusz Jabłoński powiedział, że jest to nagroda za dla „wielkiej postaci sztuki i kino”. Publiczność powitała aktorkę owacją na stojąco.  Karolina Morelowska-Siluk „Uroda Życia”: Prawie pół roku czekałam na to spotkanie... Maja Komorowska:  To prawda. Podziwiam pani cierpliwość. Nie chciałam tego wywiadu, bo mam poczucie, że właściwie wszystko już powiedziałam. Oczywiście, zawsze zostaje coś jeszcze, czego nie odkryłam, czego nie napisałam, bo wciąż spotykam przecież nowych ludzi i wchodzę w nowe sytuacje. Ale jeśli chodzi o teatr, film, o moich mistrzów, warsztat, to naprawdę moja historia wydaje się opowiedziana. Zostawmy zatem pracę i porozmawiajmy o życiu. Kiedy obchodziła pani  80-lecie cała rzesza ludzi chciała okazać swoje oddanie, sympatię, wdzięczność. Pani urodziny zostały zorganizowane w kilku częściach. To panią zaskoczyło? Skala świętowania przekroczyła moją wyobraźnię. To było piękne, wzruszające, ale jednocześnie w jakimś sensie emocjonalnie mnie przerosło. Zwłaszcza ta wielokrotność uroczystości. Najpierw było Chrzęsne, urządzone przez Mazowiecki Instytut Kultury – ze wspaniałą wystawą moich zdjęć. Już następnego dnia – 11 grudnia – Akademia Teatralna i Instytut Teatralny wraz ze studentami obchodzili...

Czytaj dalej
Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska
Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska. Fot. Archiwum Filmu/Forum, Roman Sumik/Archiwum Filmu/Forum

Adam Pawlikowski i Teresa Tuszyńska: Książę i Tetetka, czyli najsmutniejsza historia miłosna PRL-u

Oboje w latach 50. szturmem zdobyli kino. Ona alkoholiczka, on cyklofrenik. Ta miłość musiała się bardzo źle skończyć.
Magdalena Żakowska
03.12.2020

„Pojawiła się w moim życiu niczym płonący meteor” – pisał o niej reżyser Kazimierz Kutz i to jest bardzo dobre porównanie, bo Teresa Tuszyńska była płonącym meteorem. Urodziła się na początku wojny, a po powstaniu warszawskim wraz z matką i starszym bratem odbyła dramatyczną podróż do Oświęcimia – w ostatniej chwili, tuż przed stacją końcową, udało im się uciec z pociągu. Po wojnie wrócili do dawnego mieszkania na Woli, a po kilku latach odnalazł się także ojciec Teresy Tuszyńskiej, zesłany do obozu pracy w Niemczech. Ojciec wraz z bratem otworzyli zakład masarski i dobrze im szło. Tuszyńska nie potrafiła się tak łatwo odnaleźć w nowej rzeczywistości. Była na tyle trudnym dzieckiem, że rodzice zdecydowali się wysłać ją do szkoły z internatem prowadzonej przez siostry zakonne. Ale one też z nią długo nie wytrzymały i odesłały z powrotem do domu. Już zawsze będzie sprawiała wszystkim trudności. Dziewczyna z ekranu W szkole miała opinię zdolnej, ale krnąbrnej uczennicy. Zresztą, dużo bardziej od nauki interesowała ją moda, muzyka i imprezowanie. Już jako czternastolatka w towarzystwie dużych starszych kolegów chodziła na potańcówki do modnego wśród artystów klubu Stodoła. Bywali tam Roman Polański, Janusz Morgenstern, Krzysztof Komeda, Agnieszka Osiecka, a także fotografowie łowiący dziewczyny na okładki kolorowych magazynów. Tym sposobem wylądowała na okładce „Kobiety i Życia”. A była tak piękna, że raz ją widząc, nie sposób już było o niej zapomnieć.  Kiedy magazyn „Film” ogłosił konkurs „Piękne dziewczyny na ekrany” Teresa Tuszyńska miała 16 lat i właśnie ostatecznie wyrzucono ją ze szkoły. Nie spełniała więc dwóch podstawowych kryteriów konkursu: nie miała ukończonych 17 lat i średniego...

Czytaj dalej