Zadie Smith: „Wolę być średnią pisarką niż Virginią Woolf.”
East News
#czytajdlaprzyjemności

Zadie Smith: „Wolę być średnią pisarką niż Virginią Woolf.”

„Odmierzam czas w opublikowanych książkach. Może skończę jeszcze 12, zanim umrę?”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Jedna z najważniejszych pisarek XXI wieku - Zadie Smith, autorka wielokrotnie nagradzanych "Białych zębów". Mówią o niej, że jest głosem pokolenia, ale ona twierdzi, że nie chce poświęcać pisaniu całego życia. „Wolę być szczęśliwa niż najlepsza” – mówi.

 
Podstawę adresu Smith zna każdy fan – z tytułu jej powieści – „Londyn. NW”, średnio zamożna północno-zachodnia część miasta. Kiedy docieram na miejsce, nie zaskakują też szczegóły – opisywała i tutejsze mało wytworne kawiarnie, i szeregi bliźniaczych domów, i dzieciaki o różnych kolorach skóry przesiadujące na murkach i ławkach.
 
 

Na powitanie wybiega do mnie Maud, mops, dziewięcioletnia suczka Zadie, jej jedyna towarzyszka podczas codziennych świętych godzin ciszy i pracy. Nie ma wtedy w domu męża Zadie, irlandzkiego pisarza i poety Nicka Lairda, ani dwójki ich dzieci – czteroletniej Kit i dwuletniego Harveya.

 

Smith przygotowuje herbatę z mlekiem i zaprasza do swojej pracowni. W tym pokoju pełnym książek, z oknem wychodzącym na jeden z kilkuset podobnych w okolicy ogródek, mówi:

– Wychowałam się nieopodal, mama mieszka za rogiem. Wczoraj miałam lekcję jazdy samochodem i kiedy jeżdżę tutejszymi uliczkami, zdaję sobie sprawę, że znam mniej więcej każdego, kogo widzę przez okno albo w lusterkach. To jak mieszkanie na wsi w XIX w. Wszyscy wiedzą, kim jesteś.

 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Tylko że pani jest dzisiaj kimś zupełnie innym niż dziewczyna, którą mogą pamiętać z podwórka – ambitna córka imigrantki z Jamajki.

Z mojego punktu widzenia – myślę też, że z punktu widzenia moich sąsiadów – nie zmieniło się to, co najważniejsze w mojej osobowości. Przede wszystkim jestem molem książkowym. Od dziecka wolałam czytać, niż nawiązywać relacje z ludźmi, i tak budowałam swój wewnętrzny świat. Za jakiś rodzaj sukcesu uważam dziś to, że płacą mi za bycie odludkiem. Popularność w świecie literackim to niewielka część mojego codziennego życia. Co jakiś czas ktoś przychodzi do tej pracowni, żeby przeprowadzić ze mną wywiad, jednak przede wszystkim zajmuję się czytaniem, pisaniem i rodziną. To tak naprawdę mnie kształtuje.

Ale rzeczywiście nigdy nie przestanie mieć znaczenia, że jestem dzieckiem imigrantki – kolor skóry inny niż biały, zwłaszcza w Londynie, jest jedną z podstawowych cech tożsamości. Wzmacnia pewność tego, kim jesteś, bo od dziecka musisz umieć określić własną pozycję w społeczeństwie. Od kiedy pamiętam, trenowałam pewność siebie w tej dziedzinie.

 

Popularność Zadie Smith może nie mieć znaczenia dla sąsiadów, ale pani rola w społeczeństwie zmieniła się jednak mocno. Należy pani do pierwszego pokolenia w rodzinie, które dostało się na studia. Wykłada pani literaturę w Nowym Jorku. To ogromny skok.

Zmiana klasy jest dla mnie większa niż jakakolwiek inna. Odczuwam nawet poczucie winy kogoś, kto przetrwał.

 

To znaczy?

Czuję, że to być może niesprawiedliwe, że moje życie tak bardzo różni się od życia społeczności, w której dorastałam, moich najbliższych, rodziny. Mama pochodzi z bardzo biednego środowiska. Bardzo chciała być wykształcona, a nie była, dopiero jako dojrzała kobieta zaczęła się uczyć. Ojciec porzucił szkołę tak wcześnie, że nie miał właściwie żadnego wykształcenia, i myślę, że uczyniło go to nieszczęśliwym. Wydaje mi się, że marzył, by być intelektualistą. I mógłby nim być, gdyby tylko miał możliwość się uczyć. Poza biedą w sensie dosłownym dorastali w wielkim niedostatku emocjonalnym. Byli dziećmi wcześnie porzuconymi przez rodziców, nie mieli nikogo. Uderzający jest kompletny brak historii w mojej rodzinie – a na pewno czegokolwiek, co zostałoby mi opowiedziane. Wiedziałam, że dziadek, ojciec taty, miał statek rybacki przez jakiś czas. Wiedziałam, że rodzina mamy była bardzo biedna. To wszystko.

 

Pani dom, pełen książek, rodzinnych zdjęć, rysunków dzieci, wydaje mi się czymś dokładnie przeciwnym.

Tak, to wielki skok dla jednego pokolenia. Szczególnie w kraju takim jak ten, tak bardzo przywiązanym do myśli, że przynależność do klasy jest ważna. Nigdy nie czułam się pokrzywdzona przez biedę, moralnie gorsza, ale czułam, że jestem w dziwnej pozycji, jeśli chodzi o klasowość. Że jestem po prostu nisko w standardach angielskich.

 

Jak te standardy zmieniły się w ostatnich latach?

Teraz jestem w równym stopniu mieszkanką Londynu co Nowego Jorku, więc nie obserwowałam tych zmian, ale myślę, że klasa staje się w Wielkiej Brytanii czymś coraz bardziej istotnym. Świadczenia socjalne są ograniczane, a ludzie w coraz większym stopniu żyją na własny rachunek. Wybraliśmy się niedawno z mężem do Notting Hill: dwie minuty od budynku z mieszkaniami komunalnymi są ulice z domami za 30 milionów funtów. Dosłownie, nie przesadzam: 30 milionów. Nigdy wcześniej tam nie byłam. Był wieczór, przechadzaliśmy się i zauważyliśmy, że bogaci ludzie, którzy mieszkają w tych domach, wynajęli prywatną ochronę – samochody z ochroniarzami jeżdżą taką bogatą ulicą z góry na dół i pilnują, żeby bogacze nie zostali okradzeni. Dla mojego pokolenia to coś zupełnie nowego. Sama myśl o czymś takim, kiedy byłam młoda, wydawałaby się niedorzeczna. Dziś to coś normalnego, to oczywiste, że bogaci mają ochronę.

 

Bieda naprawdę nie była dla pani ograniczeniem?

Przeciwnie, okazała się wolnością. Kiedy nie masz niczego, dosłownie cały świat stoi przed tobą otworem, cały jest do odkrycia. Pędzisz w stronę książek, zapalasz się do nich, bardziej niż się bawić, pragniesz się uczyć. Pomagało poczucie, że rodzice chcieli, żebyśmy – bracia i ja – byli wykształceni, bo oni sami czuli, że zostali okradzeni z możliwości edukacji. A jednocześnie nie powtarzali: „Powinniście mieć porządne prace, przyzwoite zawody”. W liceum poznałam wiele osób zestresowanych albo skrzywdzonych przez takie uwagi, ich życiorysy były naznaczone ambicjami rodziców. My nie mieliśmy żadnych progów do przeskoczenia, żadnych cudzych ambicji do zaspokojenia, bo nikt w naszej rodzinie niczego nie osiągnął w dziedzinie nauki. To oznacza jakiś rodzaj wolności. Nie ma innej drogi – tylko do przodu.

 

Każde z was osiągnęło to, co chciało?

Rozwijaliśmy najbardziej szalone fantazje związane z pracą. Jako dziecko chciałam wykonywać zawód, który już właściwie nie istnieje – być artystką rewiową, ale w starym rozumieniu tego określenia: stepować, śpiewać, tańczyć, grać w musicalach. Ale dosyć wcześnie czytanie stało się ważniejsze. Mój młodszy brat jest raperem, starszy odnosi sukcesy jako aktor i komik. Ich drogi do zarabiania na życie były długie, byli przy tym bardzo uparci.

 

Mama musi być dumna.

Myślę, że jest. Być może starszy brat daje jej największe poczucie dumy, bo pojawia się w telewizji – z tego cieszy się każdy. Kiedy ktoś napisze książkę, trzeba ją przeczytać, by mieć z tego radość. Wielu ludzi, wśród których dorastałam, wie, że piszę, ale nie czytają moich tekstów. Swoją drogą tematy podejmowane przez moich braci – w scenariuszach i piosenkach – są często takie same jak moich książek: lokalne? życie wieloetnicznej społeczności.

 

Dlaczego każde z was posługuje się innym imieniem niż te, które dostaliście od rodziców? Pani jako dziewczynka miała na imię Sadie.

Nie wiem, trzeba by było spytać psychiatrę. Przyznaję, to dosyć niezwykłe, że trójka dzieci w jednej rodzinie ma zmyślone imiona. Myślę, że kiedy i tak musisz wciąż określać swoją tożsamość, bo mama jest czarna, a tata biały, pomysł, by przyjąć kolejną twarz, nie wydaje się taki dziwny. Tak można wyjaśnić te pseudonimy.

 

W żaden inny sposób, naprawdę?

Mam swoje teorie na ten temat, ale są zbyt intymne, by tu o nich opowiadać. Odesłałabym do książki „Dramat udanego dziecka” Alice Miller. Talent opisany przez nią jest tu jako rodzaj odpowiedzi na trudne do przewidzenia zachowania rodziców. Dzieci nieprzewidywalnych ludzi uczą się przyjmować przed nimi różne role. Kiedy jesteś dorosły, wygląda to na empatię – potrafisz zrozumieć innych niezależnie od tego, jak dziwny mają nastrój. Poza tym z takiej konieczności błyskawicznego przyzwyczajania się do nowych sytuacji bierze się kreatywność. Aktorzy dorastają często w rodzinach, które wciąż się przeprowadzają – to doskonałe okoliczności, by wciąż na nowo stawać się wyrazistą postacią.

 

W takim kontekście szczęście w spokojnym rodzinnym domu może wydawać się nudne.

Szczęście jest jednak wartością, do jakiej powinniśmy aspirować. Dużo ważniejszą niż talent. Zgadzam się z Alice Miller, że talent to rodzaj symptomu, a nie cecha, która sprawia, że jest się człowiekiem szczególnie szczęśliwym. Gdyby tak było, artyści nie popełnialiby tak często samobójstw.

 

Istnieje jakieś wyjście pośrednie – czyli niepoświęcanie się talentowi zupełnie?

Wierzę, że tak, bo nigdy nie chciałam być kimś, kto pisaniu poświęca całe życie. A jeśli tak myślałam, to w bardzo wczesnej młodości i cieszę się, że z tego wyrosłam. Myślę, że pisarze, którzy poświęcają się literaturze w zupełności, są wspaniali, często nawet najlepsi, ale ja wolę być szczęśliwa niż najlepsza. Kiedy ktoś oddaje talentowi cały swój czas, poświęca relacje, możliwość posiadania dzieci – to wielkie poświęcenie, szlachetny krok, ale nie taki, który chciałabym uczynić.

 

W takim razie co na pani biurku robi zdjęcie Virginii Woolf?

Przypomina, że wolę być jednak średnią pisarką niż Virginią Woolf. Podziwiam ją za umiejętność pisania o kobietach, oddawania naszych emocji w sposób prawdziwy. To jedna z rzeczy, których zawsze chciałam się nauczyć. Kiedy pierwszy raz przeczytałam Woolf, poczułam, że to literacki cud – tak dobrze oddać prawdę o byciu kobietą. Ale wybrałabym bycie szczęśliwą matką, żoną, przyjaciółką, kochanką, a nie wspaniałą pisarką, która nie potrafi, a ostatecznie nie chce żyć.

 

Jak macierzyństwo zmieniło pani pisanie?

W sposób bardzo praktyczny – mam dużo mniej czasu. Ale to dobra rzecz. Niektórzy mają cały czas na świecie i piszą źle. Czasem lepiej jest mieć go mniej i bardziej cenić. Pisarze z dziećmi narzekają na brak czasu, a pisarze bez dzieci znajdują inne powody do narzekania, bo bycie niezadowolonym leży w naturze pisarzy. Jeden z moich znajomych bezdzietnych pisarzy twierdzi, że przeszkadza mu wolność. Wszystko, co ma, to niekończące się dni pełne sprzyjających okoliczności do pisania. To też może denerwować.

 

Nie denerwuje pani, że czasu jest coraz mniej?

Bezustannie, wciąż czuję związany z tym niepokój. W tym roku będę miała 40 lat i uważam, że to nic wesołego. Mam pewien syndrom właściwy dla pisarzy – odmierzam czas w opublikowanych książkach. Może skończę jeszcze 12, zanim umrę? To najbardziej optymistyczna wersja. Po czterdziestce zaczynają się najlepsze lata dla autora – pisanie staje się bardziej bogate. Ale do pięćdziesiątki zdołam napisać jeszcze tylko kilka książek. Potem przewiduję spadek formy, kilka książek do sześćdziesiątki, choroba i koniec. Wydaje mi się, że mam już niesamowicie mało czasu, i niepokoi mnie to.

 

Czas przyspiesza?

Tak i to jest absolutnie przerażające. Ten rok mija błyskawicznie. Patrzę w kalendarz, widzę, że to połowa i nie mogę uwierzyć – dosłownie. Bardzo dziwne odczucia, które dotyczą nas wszystkich i o których być może nie mówi się nam wystarczająco dużo, kiedy jesteśmy jeszcze młodzi. Ale uwierzyłaby pani, kiedy miała pani 13 lat, że tak to będzie?

Mój ojciec, gdy umierał, miał 92 lata. Zapytałam go, jak to jest mieć tyle lat. Powiedział: „Czuję, jakbym parę lat temu miał 60”. Usłyszałam, ale nie uwierzyłam.

 

Mężczyźni nie przyjmują starzenia się łagodniej?

Kultura im mówi, że dla nich czas jest łaskawszy, ale nie wiem, na czym miałoby to polegać. Myślę, że pragną dzieci często dużo bardziej niż kobiety, panikują w związku z wiekiem średnim, są przerażeni perspektywą śmierci. Kultura mówi im: „Och, nic takiego się nie stanie, będziesz przystojniejszy”, ale nie sądzę, żeby w to wierzyli. Myślę, że doskonale znają prawdę: że starzeją się tak jak my i że z czasem stają się coraz bardziej nie na miejscu, poza teraźniejszością, bo nie mają naturalnej zdolności, by nawiązywać wciąż nowe kontakty, rozwijać relacje towarzyskie. Mężczyzna w wieku średnim ma może dwójkę przyjaciół. Jeśli miał szczęście. Każdego z nich dzięki żonie. Bo rzadko są doświadczeni w tworzeniu platonicznych relacji, trenowali przede wszystkim te romantyczne. Kobiety za to nie przestają nawiązywać przyjaźni, szczególnie kiedy już mają dzieci – budujesz relacje z innymi matkami, nawet jeśli nie marzysz o tym. Mężczyźni noszą przecież w sobie równie dużo bólu co my, tylko często mają wokół siebie mniej ludzi, którym chcieliby o tym opowiedzieć. I tracą grunt pod nogami. Wystarczy spojrzeć na te wariackie rozwody, romanse z 20-latkami. Wszystko ze strachu.

Jest jakieś racjonalne rozwiązanie?

Darzyć siebie nawzajem głębokim zrozumieniem.

 

Bohaterka jednej z pani książek w tajemnicy przed mężem bierze pigułki antykoncepcyjne. Mam wrażenie, że opowieść dotyka czegoś bardzo współczesnego.

Zarys tej historii wzięłam z jednego z najlepiej sprzedających się tygodników kobiecych w Wielkiej Brytanii. Przeczytałam w nim artykuł o pani, która bardzo kocha swojego męża, a jednocześnie w tajemnicy przed nim bierze pigułki. Nie wydało mi się to nawet tak bardzo niezwykłe, jak fakt, że redaktorki tego czasopisma uznały, że właśnie ta historia zainteresuje blisko milion czytelniczek, bo w takim nakładzie sprzedaje się ten tygodnik. Dla mnie to dowód mocnego wewnętrznego konfliktu całego pokolenia kobiet. Myślę, że równie dużo spośród nas zażywa te tabletki w rzeczywistości, jak w swojej wyobraźni.

 

W XIX w. było prościej?

Tak, co nie znaczy lepiej. Posiadanie dzieci rzadko wiązało się z decyzją. Kiedy wyszłaś za mąż, może mogłaś odłożyć ciążę na kilka miesięcy. Rzadko też kwestią wyboru było posiadanie tylko jednego dziecka. Od kiedy można wybierać, wiąże się to ze stylem życia. A kiedy coś jest związane ze stylem życia, staje się tematem rozważań, przedmiotem troski, często niestety nadmiernej. Rola matki albo ojca bywa kolejnym aspektem późnego kapitalizmu i jedną z jego obsesji, jaką jest demonstrowanie własnego stylu życia.

 

Dla pani styl życia nie jest ważny?

Nie jest, ale nie mówię tego z dumą. W centrum moich spraw są dzieci, rodzina i czas na pracę, nie zostaje wiele energii, by głęboko wchodzić w kwestię organicznych warzyw. Bardziej interesuje mnie, żeby moje dzieci były szczęśliwe. I nie jestem pewna, czy byłoby dobrze, gdyby udało mi się zorganizować im perfekcyjne dzieciństwo według jakiegoś modnego stylu.

Wydaje mi się zresztą, że rodzice przeceniają swój wpływ na życie dzieci. Kiedy miałam dziewięć lat, rodzice właściwie nie istnieli w moim życiu. Najważniejsi byli koledzy, podwórko, szkoła. Może to specyfika dorastania w dużym mieście. Nie chcę teraz przekazywać tej wieści mojej rodzinie przez panią, ale nie byli wtedy dla mnie najważniejsi na świecie. Przyjaciele – to było wszystko, co miało znaczenie. Dlatego przypuszczam, że moje dzieci będą myślały podobnie.

 

Dorastają w domu z mnóstwem książek. Może to będzie dla nich najważniejsze?

Znam nastoletnie dzieci pisarzy i – szczerze – robią wszystko, co w ich mocy, żeby ignorować książki, pisanie, cały ten świat. Byłam niedawno w domu przyjaciół o rozległych zainteresowaniach, co było widać w bibliotece: historia, sztuka, dzieje ekonomii. A ich dzieci są zainteresowane tylko Układem Słonecznym – bo to jedyna rzecz, jakiej nie mogą znaleźć w bibliotece rodziców. I myślę, że trzeba umieć uszanować taką potrzebę buntu.

 

Podczas naszej rozmowy do domu wracają dzieci Smith i jej mąż. Z salonu piętro niżej dobiegają ich radosne okrzyki, coraz głośniejsze. W końcu pies zeskakuje z kolan Zadie i domaga się udziału w zabawie.

– Słyszy pani, co się dzieje? Nie ma szans, żebym napisała teraz powieść. Minie jeszcze kilka lat, zanim znów będę miała ciszę, spokój, więcej czasu. I wiem, jak bardzo potrzebny jest ten chaos. Kim bym była bez ludzi, którzy wypełniają sobą część każdego mojego dnia? Załóżmy, że nawet nagradzaną autorką. Światowej sławy – niech będzie. Bez tych krzyków za drzwiami to wciąż nic.

 

Rozmowa z Zadie Smith ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Anna Król i Paulina Wilk, Big Book Festival
mat. prasowe

Anna Król i Paulina Wilk, twórczynie Big Book Festival mówią: „Składamy się z liter” 

O książkach, czytaniu i festiwalu, który… miał się nie udać, opowiadają Anna Król i Paulina Wilk, pomysłodawczynie Big Book Festival, który już od 8 lat gości na kulturalnej mapie Warszawy.
Sylwia Niemczyk
11.05.2020

Rozmawiamy przez Skype’a w samym środku kwarantanny. Od kilku tygodni żadna z nas trzech nie wyszła z domu dalej niż na spacer z psem. W takim zamknięciu jeszcze wyraźniej widać, ile dają nam książki: są przyjaciółmi, bliskimi, czasem nawet najbliższymi, towarzyszami. Właśnie takie myślenie o książkach i czytaniu doprowadziło do powstania Big Book Festival, największego warszawskiego festiwalu książkowego – i jednej z najlepszych imprez roku! Pamiętacie pierwszą edycję Big Book Festivalu? Ania: To był 2013 rok, w lutym dowiedziałyśmy się, że dostałyśmy miejską dotację, a to był ostatni moment, bo już powoli traciłyśmy nadzieję, że uda się kogokolwiek przekonać do naszego marzenia. Wcześniej przez dwa lata chodziłyśmy po urzędach i sponsorach.  Paulina: Wiedziałyśmy, że teraz albo nigdy. Jak o tym dziś myślę, to widzę, że porwałyśmy się z motyką na słońce, to absolutnie nie miało prawa się udać. Sto procent brawury, ale okazało się, że ta nasza motyka miała odrzutową siłę.  Ania: Udało się i tamten pierwszy Big Book Festival przyniósł nam wiele radości, ale nie chciałabym przechodzić drugi raz przez tamten czas. Te cztery miesiące, podczas których musiałyśmy postawić festiwal od zupełnego zera, to była bardzo ciężka praca, dużo nerwów, cały czas nie zgadzał nam się budżet, zresztą nie zgodził się do końca i pamiętam, że mniej więcej 20 proc. kosztów pokryłam z moich oszczędności, ostatnich, jakie miałam w życiu! To było działanie na pograniczu partyzantki. Ale jednocześnie tamtemu festiwalowi towarzyszył ogromny entuzjazm, poczucie wspólnoty i przekonanie, że zaczynamy coś wielkiego. Zastanawiacie się, jak to się stało, że jednak wam się udało?  Ania: Ja z tamtego czasu najbardziej pamiętam to, że robiłyśmy wszystko:...

Czytaj dalej
15 najlepszych książek dla kobiet
Adobe Stock

15 ważnych historii napisanych przez kobiety – książki, o jakich nigdy nie zapomnimy

Od „Ani z Zielonego Wzgórza” po „Brzemię” Agaty Christie albo powieści Zadie Smith.
Marta Strzelecka
17.06.2020

Są książki, o jakich nigdy nie zapomnimy. Te, które sprawiły, że poczułyśmy się bardziej odważne, nie tak zagubione jak zwykle albo nie tak bardzo zwyczajne, przewidywalne jak na co dzień. Każda z nas wymieniłaby co najmniej kilkanaście tytułów opisujących nas, bliskie nam kobiety, wpisujących się w nasze rozmowy. I chociaż niemodnie jest być może wymieniać na takiej liście inne autorki niż Elena Ferrante czy Margaret Atwood, my to robimy, bo nie chodzi o modę. To jest zupełnie subiektywny zestaw. Poszukajcie w nim swoich historii. I stwórzcie własne listy niezapomnianych ważnych książek. 1. „Lato”, Tove Jansson Każdego lata ta niewielka książka wraca do mojej podręcznej biblioteki. Rodzaj dziennika z pobytu wnuczki z babcią na tajemniczej szwedzkiej wyspie. A życie na wyspie z kimś, kto doskonale cię rozumie, w okolicznościach jak z baśni, jest przecież spełnieniem marzenia o niekończących się wakacjach. Ta rzeczywistość wydaje się odrealniona, a jednocześnie dostępna, bo nikt nie opisuje promieni słońca czy dźwięku deszczu na tak wiele zaskakujących sposobów jak Jansson. Nikt nie odkrywa świata tak jak ona – i kiedy pisze o kobietach w różnym wieku, i kiedy pisze o Muminkach. „Lato”, Tove Jansson, tłum. Zygmunt Łanowski, Marginesy 2. „Matki”, Brit Bennett Małe miasteczko, społeczność, w której plotki rozchodzą się błyskawicznie, nadzieja na lepsze życie, licealna miłość. Każdy z tych elementów buduje początek opowieści. Ale najważniejszy okazuje się koniec niewinności. Przyjaźń dziewczyn, brak sekretów przestają być najważniejsze, kiedy okazuje się, że jedna z nich jest w ciąży – za wcześnie, zupełnie wbrew planowi, żeby zbudować swoje życie bez zdecydowanych kompromisów. To historia o pierwszych poważnych decyzjach,...

Czytaj dalej

Gwiazdy światowej literatury na Big Book Festival 2020! Na kogo najbardziej czekamy?

Big Book Festival 2020 to trzy dni i ponad 30 wydarzeń: spotkań z pisarzami, dyskusji, spektakli i performansów. Start 28 sierpnia. Czego absolutnie nie możecie przegapić?
Anna Zaleska
06.08.2020

Mam mnóstwo wspomnień związanych z Big Book Festival. Pierwsze – z 2014 roku, kiedy razem z moimi córkami brałam udział w biciu rekordu Guinessa pod względem liczby osób czytających jednocześnie książki na świeżym powietrzu. Do dziś mam też pamiątkowe trzy tekturowe głowy Jarosława Iwaszkiewicza, pamiątkę po maratonie literackim „Iwaszkiewicza sprawy osobiste”. A moje najważniejsze bigbookowe przeżycie? Chyba spotkanie autorskie z Karlem Ove Knausgradem zaraz po tym, jak przeczytałam pierwszy tom „Mojej walki” i byłam tą książką mocno poruszona. Nie zapomnę też spotkań ze Swiatlaną Aleksijewicz, Zadie Smith czy Larsem Saabye Christensenem. Twórczynie Big Book Festivalu Anna Król i Paulina Wilk zawsze trzymają rękę na pulsie i doskonale wiedzą, kogo w danym roku trzeba do Warszawy zaprosić. Big Book Festival 2020: poznaj największe gwiazdy Z powodu pandemii festiwalowe spotkania z pisarzami ze świata odbywać się będą zdalnie, prowadzący rozmowy będą łączyć się z nimi na żywo z Centrum Łowicka, ale publiczność też będzie mogła zadawać pytania. Plus tego jest taki, że wszystkie festiwalowe spotkania z autorami i dyskusje będą transmitowane online na stronie festiwalowej i będą dostępne dla czytelników z całego świata. A lista zagranicznych pisarzy jest jak co roku imponująca. Osobiście najbardziej czekam na Agnetę Plejiel . Szwedzka pisarka i poetka (prywatnie żona wybitnego pisarza i dziennikarza Macieja Zaremby Bielawskiego) w Polsce wydała już kilka powieści: „Kto zważa na wiatr”, „Zima w Sztokholmie”, „Lord Nevermore” (o przyjaźni Witkacego i Malinowskiego). Najciekawsze są jednak dwie autobiograficzne powieści Agnety Plejiel: „Wróżba” (opowieść o dorastaniu, młodzieńczych niepokojach i ucieczkach w literaturę) i...

Czytaj dalej
Sally Rooney.
Fot. Materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.

Powieść „Normalni ludzie” przyniosła Sally Rooney sławę i miliony wyznawców

Ale pisarka okrzyknięta Salingerem pokolenia Snapchata nie lubi być gwiazdą. „Fajnie jest myśleć o sobie: moje relacje są normalne, moje myśli są normalne, moje uczucia są normalne”, mówi.
Anna Zaleska
07.05.2020

Objawiła się w 2017 roku jako literacka sensacja. Pisano o niej: głos swojej generacji, pierwsza wielka pisarka milenialna, Salinger pokolenia Snapchata, Jane Austen prekariatu. Jej dwie powieści: „Rozmowy z przyjaciółmi” i „Normalni ludzie” zdobyły wiele nominacji i nagród, miały entuzjastyczne recenzje w najbardziej prestiżowych magazynach literackich, zachwalane były przez wszystkich – od Baracka Obamy, przez Zadie Smith, po Sarah Jessicę Parker, a i na instagramie niejednej influencerce zagwarantowały lawinę lajków. Teraz, gdy na BBC i Hulu można oglądać świetny serial na podstawie „Normalnych ludzi” (w Polsce wciąż czekamy na jego premierę), sława 29-letniej irlandzkiej pisarki jeszcze bardziej wzrasta. Tymczasem Sally Rooney robi co może, by zdystansować się do zamieszania wokół jej osoby. Zapewnia, że nigdy nie chciała mówić w imieniu nikogo oprócz siebie i że nawet z mówieniem w swoim własnym imieniu ma spory problem. Życie raczej normalne Dwie powieści, które przyniosły jej tak wielką popularność, napisała zanim skończyła 25 lat. Wtedy mieszkała już w Dublinie, ale urodziła się i dorastała w małym miasteczku Castlebar w zachodniej Irlandii. Jej ojciec pracował w firmie telekomunikacyjnej, matka prowadziła miejscowe centrum sztuki. Dom był pełen książek, rodzice, dwie córki i syn – wszyscy mnóstwo czytali. Jako dziecko Sally Rooney nie odnosiła jakichś szczególnych sukcesów, z całą pewnością nie była młodocianym geniuszem. Szkołę wspomina jako miejsce, gdzie trzeba było się uczyć wszystkiego na pamięć i do pewnego stopnia to robiła, choć na ile mogła, unikała odrabiania prac domowych. „Nauczyciele raczej nie dawali mi szansy, bym podążała za tym, co mnie naprawdę interesuje”, wspomina. W przeciwieństwie do bohaterów...

Czytaj dalej