Zadie Smith: „Wolę być średnią pisarką niż Virginią Woolf.”
East News
#czytajdlaprzyjemności

Zadie Smith: „Wolę być średnią pisarką niż Virginią Woolf.”

„Odmierzam czas w opublikowanych książkach. Może skończę jeszcze 12, zanim umrę?”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Jedna z najważniejszych pisarek XXI wieku - Zadie Smith, autorka wielokrotnie nagradzanych "Białych zębów". Mówią o niej, że jest głosem pokolenia, ale ona twierdzi, że nie chce poświęcać pisaniu całego życia. „Wolę być szczęśliwa niż najlepsza” – mówi.

 
Podstawę adresu Smith zna każdy fan – z tytułu jej powieści – „Londyn. NW”, średnio zamożna północno-zachodnia część miasta. Kiedy docieram na miejsce, nie zaskakują też szczegóły – opisywała i tutejsze mało wytworne kawiarnie, i szeregi bliźniaczych domów, i dzieciaki o różnych kolorach skóry przesiadujące na murkach i ławkach.
 
 

Na powitanie wybiega do mnie Maud, mops, dziewięcioletnia suczka Zadie, jej jedyna towarzyszka podczas codziennych świętych godzin ciszy i pracy. Nie ma wtedy w domu męża Zadie, irlandzkiego pisarza i poety Nicka Lairda, ani dwójki ich dzieci – czteroletniej Kit i dwuletniego Harveya.

 

Smith przygotowuje herbatę z mlekiem i zaprasza do swojej pracowni. W tym pokoju pełnym książek, z oknem wychodzącym na jeden z kilkuset podobnych w okolicy ogródek, mówi:

– Wychowałam się nieopodal, mama mieszka za rogiem. Wczoraj miałam lekcję jazdy samochodem i kiedy jeżdżę tutejszymi uliczkami, zdaję sobie sprawę, że znam mniej więcej każdego, kogo widzę przez okno albo w lusterkach. To jak mieszkanie na wsi w XIX w. Wszyscy wiedzą, kim jesteś.

 

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Tylko że pani jest dzisiaj kimś zupełnie innym niż dziewczyna, którą mogą pamiętać z podwórka – ambitna córka imigrantki z Jamajki.

Z mojego punktu widzenia – myślę też, że z punktu widzenia moich sąsiadów – nie zmieniło się to, co najważniejsze w mojej osobowości. Przede wszystkim jestem molem książkowym. Od dziecka wolałam czytać, niż nawiązywać relacje z ludźmi, i tak budowałam swój wewnętrzny świat. Za jakiś rodzaj sukcesu uważam dziś to, że płacą mi za bycie odludkiem. Popularność w świecie literackim to niewielka część mojego codziennego życia. Co jakiś czas ktoś przychodzi do tej pracowni, żeby przeprowadzić ze mną wywiad, jednak przede wszystkim zajmuję się czytaniem, pisaniem i rodziną. To tak naprawdę mnie kształtuje.

Ale rzeczywiście nigdy nie przestanie mieć znaczenia, że jestem dzieckiem imigrantki – kolor skóry inny niż biały, zwłaszcza w Londynie, jest jedną z podstawowych cech tożsamości. Wzmacnia pewność tego, kim jesteś, bo od dziecka musisz umieć określić własną pozycję w społeczeństwie. Od kiedy pamiętam, trenowałam pewność siebie w tej dziedzinie.

 

Popularność Zadie Smith może nie mieć znaczenia dla sąsiadów, ale pani rola w społeczeństwie zmieniła się jednak mocno. Należy pani do pierwszego pokolenia w rodzinie, które dostało się na studia. Wykłada pani literaturę w Nowym Jorku. To ogromny skok.

Zmiana klasy jest dla mnie większa niż jakakolwiek inna. Odczuwam nawet poczucie winy kogoś, kto przetrwał.

 

To znaczy?

Czuję, że to być może niesprawiedliwe, że moje życie tak bardzo różni się od życia społeczności, w której dorastałam, moich najbliższych, rodziny. Mama pochodzi z bardzo biednego środowiska. Bardzo chciała być wykształcona, a nie była, dopiero jako dojrzała kobieta zaczęła się uczyć. Ojciec porzucił szkołę tak wcześnie, że nie miał właściwie żadnego wykształcenia, i myślę, że uczyniło go to nieszczęśliwym. Wydaje mi się, że marzył, by być intelektualistą. I mógłby nim być, gdyby tylko miał możliwość się uczyć. Poza biedą w sensie dosłownym dorastali w wielkim niedostatku emocjonalnym. Byli dziećmi wcześnie porzuconymi przez rodziców, nie mieli nikogo. Uderzający jest kompletny brak historii w mojej rodzinie – a na pewno czegokolwiek, co zostałoby mi opowiedziane. Wiedziałam, że dziadek, ojciec taty, miał statek rybacki przez jakiś czas. Wiedziałam, że rodzina mamy była bardzo biedna. To wszystko.

 

Pani dom, pełen książek, rodzinnych zdjęć, rysunków dzieci, wydaje mi się czymś dokładnie przeciwnym.

Tak, to wielki skok dla jednego pokolenia. Szczególnie w kraju takim jak ten, tak bardzo przywiązanym do myśli, że przynależność do klasy jest ważna. Nigdy nie czułam się pokrzywdzona przez biedę, moralnie gorsza, ale czułam, że jestem w dziwnej pozycji, jeśli chodzi o klasowość. Że jestem po prostu nisko w standardach angielskich.

 

Jak te standardy zmieniły się w ostatnich latach?

Teraz jestem w równym stopniu mieszkanką Londynu co Nowego Jorku, więc nie obserwowałam tych zmian, ale myślę, że klasa staje się w Wielkiej Brytanii czymś coraz bardziej istotnym. Świadczenia socjalne są ograniczane, a ludzie w coraz większym stopniu żyją na własny rachunek. Wybraliśmy się niedawno z mężem do Notting Hill: dwie minuty od budynku z mieszkaniami komunalnymi są ulice z domami za 30 milionów funtów. Dosłownie, nie przesadzam: 30 milionów. Nigdy wcześniej tam nie byłam. Był wieczór, przechadzaliśmy się i zauważyliśmy, że bogaci ludzie, którzy mieszkają w tych domach, wynajęli prywatną ochronę – samochody z ochroniarzami jeżdżą taką bogatą ulicą z góry na dół i pilnują, żeby bogacze nie zostali okradzeni. Dla mojego pokolenia to coś zupełnie nowego. Sama myśl o czymś takim, kiedy byłam młoda, wydawałaby się niedorzeczna. Dziś to coś normalnego, to oczywiste, że bogaci mają ochronę.

 

Bieda naprawdę nie była dla pani ograniczeniem?

Przeciwnie, okazała się wolnością. Kiedy nie masz niczego, dosłownie cały świat stoi przed tobą otworem, cały jest do odkrycia. Pędzisz w stronę książek, zapalasz się do nich, bardziej niż się bawić, pragniesz się uczyć. Pomagało poczucie, że rodzice chcieli, żebyśmy – bracia i ja – byli wykształceni, bo oni sami czuli, że zostali okradzeni z możliwości edukacji. A jednocześnie nie powtarzali: „Powinniście mieć porządne prace, przyzwoite zawody”. W liceum poznałam wiele osób zestresowanych albo skrzywdzonych przez takie uwagi, ich życiorysy były naznaczone ambicjami rodziców. My nie mieliśmy żadnych progów do przeskoczenia, żadnych cudzych ambicji do zaspokojenia, bo nikt w naszej rodzinie niczego nie osiągnął w dziedzinie nauki. To oznacza jakiś rodzaj wolności. Nie ma innej drogi – tylko do przodu.

 

Każde z was osiągnęło to, co chciało?

Rozwijaliśmy najbardziej szalone fantazje związane z pracą. Jako dziecko chciałam wykonywać zawód, który już właściwie nie istnieje – być artystką rewiową, ale w starym rozumieniu tego określenia: stepować, śpiewać, tańczyć, grać w musicalach. Ale dosyć wcześnie czytanie stało się ważniejsze. Mój młodszy brat jest raperem, starszy odnosi sukcesy jako aktor i komik. Ich drogi do zarabiania na życie były długie, byli przy tym bardzo uparci.

 

Mama musi być dumna.

Myślę, że jest. Być może starszy brat daje jej największe poczucie dumy, bo pojawia się w telewizji – z tego cieszy się każdy. Kiedy ktoś napisze książkę, trzeba ją przeczytać, by mieć z tego radość. Wielu ludzi, wśród których dorastałam, wie, że piszę, ale nie czytają moich tekstów. Swoją drogą tematy podejmowane przez moich braci – w scenariuszach i piosenkach – są często takie same jak moich książek: lokalne? życie wieloetnicznej społeczności.

 

Dlaczego każde z was posługuje się innym imieniem niż te, które dostaliście od rodziców? Pani jako dziewczynka miała na imię Sadie.

Nie wiem, trzeba by było spytać psychiatrę. Przyznaję, to dosyć niezwykłe, że trójka dzieci w jednej rodzinie ma zmyślone imiona. Myślę, że kiedy i tak musisz wciąż określać swoją tożsamość, bo mama jest czarna, a tata biały, pomysł, by przyjąć kolejną twarz, nie wydaje się taki dziwny. Tak można wyjaśnić te pseudonimy.

 

W żaden inny sposób, naprawdę?

Mam swoje teorie na ten temat, ale są zbyt intymne, by tu o nich opowiadać. Odesłałabym do książki „Dramat udanego dziecka” Alice Miller. Talent opisany przez nią jest tu jako rodzaj odpowiedzi na trudne do przewidzenia zachowania rodziców. Dzieci nieprzewidywalnych ludzi uczą się przyjmować przed nimi różne role. Kiedy jesteś dorosły, wygląda to na empatię – potrafisz zrozumieć innych niezależnie od tego, jak dziwny mają nastrój. Poza tym z takiej konieczności błyskawicznego przyzwyczajania się do nowych sytuacji bierze się kreatywność. Aktorzy dorastają często w rodzinach, które wciąż się przeprowadzają – to doskonałe okoliczności, by wciąż na nowo stawać się wyrazistą postacią.

 

W takim kontekście szczęście w spokojnym rodzinnym domu może wydawać się nudne.

Szczęście jest jednak wartością, do jakiej powinniśmy aspirować. Dużo ważniejszą niż talent. Zgadzam się z Alice Miller, że talent to rodzaj symptomu, a nie cecha, która sprawia, że jest się człowiekiem szczególnie szczęśliwym. Gdyby tak było, artyści nie popełnialiby tak często samobójstw.

 

Istnieje jakieś wyjście pośrednie – czyli niepoświęcanie się talentowi zupełnie?

Wierzę, że tak, bo nigdy nie chciałam być kimś, kto pisaniu poświęca całe życie. A jeśli tak myślałam, to w bardzo wczesnej młodości i cieszę się, że z tego wyrosłam. Myślę, że pisarze, którzy poświęcają się literaturze w zupełności, są wspaniali, często nawet najlepsi, ale ja wolę być szczęśliwa niż najlepsza. Kiedy ktoś oddaje talentowi cały swój czas, poświęca relacje, możliwość posiadania dzieci – to wielkie poświęcenie, szlachetny krok, ale nie taki, który chciałabym uczynić.

 

W takim razie co na pani biurku robi zdjęcie Virginii Woolf?

Przypomina, że wolę być jednak średnią pisarką niż Virginią Woolf. Podziwiam ją za umiejętność pisania o kobietach, oddawania naszych emocji w sposób prawdziwy. To jedna z rzeczy, których zawsze chciałam się nauczyć. Kiedy pierwszy raz przeczytałam Woolf, poczułam, że to literacki cud – tak dobrze oddać prawdę o byciu kobietą. Ale wybrałabym bycie szczęśliwą matką, żoną, przyjaciółką, kochanką, a nie wspaniałą pisarką, która nie potrafi, a ostatecznie nie chce żyć.

 

Jak macierzyństwo zmieniło pani pisanie?

W sposób bardzo praktyczny – mam dużo mniej czasu. Ale to dobra rzecz. Niektórzy mają cały czas na świecie i piszą źle. Czasem lepiej jest mieć go mniej i bardziej cenić. Pisarze z dziećmi narzekają na brak czasu, a pisarze bez dzieci znajdują inne powody do narzekania, bo bycie niezadowolonym leży w naturze pisarzy. Jeden z moich znajomych bezdzietnych pisarzy twierdzi, że przeszkadza mu wolność. Wszystko, co ma, to niekończące się dni pełne sprzyjających okoliczności do pisania. To też może denerwować.

 

Nie denerwuje pani, że czasu jest coraz mniej?

Bezustannie, wciąż czuję związany z tym niepokój. W tym roku będę miała 40 lat i uważam, że to nic wesołego. Mam pewien syndrom właściwy dla pisarzy – odmierzam czas w opublikowanych książkach. Może skończę jeszcze 12, zanim umrę? To najbardziej optymistyczna wersja. Po czterdziestce zaczynają się najlepsze lata dla autora – pisanie staje się bardziej bogate. Ale do pięćdziesiątki zdołam napisać jeszcze tylko kilka książek. Potem przewiduję spadek formy, kilka książek do sześćdziesiątki, choroba i koniec. Wydaje mi się, że mam już niesamowicie mało czasu, i niepokoi mnie to.

 

Czas przyspiesza?

Tak i to jest absolutnie przerażające. Ten rok mija błyskawicznie. Patrzę w kalendarz, widzę, że to połowa i nie mogę uwierzyć – dosłownie. Bardzo dziwne odczucia, które dotyczą nas wszystkich i o których być może nie mówi się nam wystarczająco dużo, kiedy jesteśmy jeszcze młodzi. Ale uwierzyłaby pani, kiedy miała pani 13 lat, że tak to będzie?

Mój ojciec, gdy umierał, miał 92 lata. Zapytałam go, jak to jest mieć tyle lat. Powiedział: „Czuję, jakbym parę lat temu miał 60”. Usłyszałam, ale nie uwierzyłam.

 

Mężczyźni nie przyjmują starzenia się łagodniej?

Kultura im mówi, że dla nich czas jest łaskawszy, ale nie wiem, na czym miałoby to polegać. Myślę, że pragną dzieci często dużo bardziej niż kobiety, panikują w związku z wiekiem średnim, są przerażeni perspektywą śmierci. Kultura mówi im: „Och, nic takiego się nie stanie, będziesz przystojniejszy”, ale nie sądzę, żeby w to wierzyli. Myślę, że doskonale znają prawdę: że starzeją się tak jak my i że z czasem stają się coraz bardziej nie na miejscu, poza teraźniejszością, bo nie mają naturalnej zdolności, by nawiązywać wciąż nowe kontakty, rozwijać relacje towarzyskie. Mężczyzna w wieku średnim ma może dwójkę przyjaciół. Jeśli miał szczęście. Każdego z nich dzięki żonie. Bo rzadko są doświadczeni w tworzeniu platonicznych relacji, trenowali przede wszystkim te romantyczne. Kobiety za to nie przestają nawiązywać przyjaźni, szczególnie kiedy już mają dzieci – budujesz relacje z innymi matkami, nawet jeśli nie marzysz o tym. Mężczyźni noszą przecież w sobie równie dużo bólu co my, tylko często mają wokół siebie mniej ludzi, którym chcieliby o tym opowiedzieć. I tracą grunt pod nogami. Wystarczy spojrzeć na te wariackie rozwody, romanse z 20-latkami. Wszystko ze strachu.

Jest jakieś racjonalne rozwiązanie?

Darzyć siebie nawzajem głębokim zrozumieniem.

 

Bohaterka jednej z pani książek w tajemnicy przed mężem bierze pigułki antykoncepcyjne. Mam wrażenie, że opowieść dotyka czegoś bardzo współczesnego.

Zarys tej historii wzięłam z jednego z najlepiej sprzedających się tygodników kobiecych w Wielkiej Brytanii. Przeczytałam w nim artykuł o pani, która bardzo kocha swojego męża, a jednocześnie w tajemnicy przed nim bierze pigułki. Nie wydało mi się to nawet tak bardzo niezwykłe, jak fakt, że redaktorki tego czasopisma uznały, że właśnie ta historia zainteresuje blisko milion czytelniczek, bo w takim nakładzie sprzedaje się ten tygodnik. Dla mnie to dowód mocnego wewnętrznego konfliktu całego pokolenia kobiet. Myślę, że równie dużo spośród nas zażywa te tabletki w rzeczywistości, jak w swojej wyobraźni.

 

W XIX w. było prościej?

Tak, co nie znaczy lepiej. Posiadanie dzieci rzadko wiązało się z decyzją. Kiedy wyszłaś za mąż, może mogłaś odłożyć ciążę na kilka miesięcy. Rzadko też kwestią wyboru było posiadanie tylko jednego dziecka. Od kiedy można wybierać, wiąże się to ze stylem życia. A kiedy coś jest związane ze stylem życia, staje się tematem rozważań, przedmiotem troski, często niestety nadmiernej. Rola matki albo ojca bywa kolejnym aspektem późnego kapitalizmu i jedną z jego obsesji, jaką jest demonstrowanie własnego stylu życia.

 

Dla pani styl życia nie jest ważny?

Nie jest, ale nie mówię tego z dumą. W centrum moich spraw są dzieci, rodzina i czas na pracę, nie zostaje wiele energii, by głęboko wchodzić w kwestię organicznych warzyw. Bardziej interesuje mnie, żeby moje dzieci były szczęśliwe. I nie jestem pewna, czy byłoby dobrze, gdyby udało mi się zorganizować im perfekcyjne dzieciństwo według jakiegoś modnego stylu.

Wydaje mi się zresztą, że rodzice przeceniają swój wpływ na życie dzieci. Kiedy miałam dziewięć lat, rodzice właściwie nie istnieli w moim życiu. Najważniejsi byli koledzy, podwórko, szkoła. Może to specyfika dorastania w dużym mieście. Nie chcę teraz przekazywać tej wieści mojej rodzinie przez panią, ale nie byli wtedy dla mnie najważniejsi na świecie. Przyjaciele – to było wszystko, co miało znaczenie. Dlatego przypuszczam, że moje dzieci będą myślały podobnie.

 

Dorastają w domu z mnóstwem książek. Może to będzie dla nich najważniejsze?

Znam nastoletnie dzieci pisarzy i – szczerze – robią wszystko, co w ich mocy, żeby ignorować książki, pisanie, cały ten świat. Byłam niedawno w domu przyjaciół o rozległych zainteresowaniach, co było widać w bibliotece: historia, sztuka, dzieje ekonomii. A ich dzieci są zainteresowane tylko Układem Słonecznym – bo to jedyna rzecz, jakiej nie mogą znaleźć w bibliotece rodziców. I myślę, że trzeba umieć uszanować taką potrzebę buntu.

 

Podczas naszej rozmowy do domu wracają dzieci Smith i jej mąż. Z salonu piętro niżej dobiegają ich radosne okrzyki, coraz głośniejsze. W końcu pies zeskakuje z kolan Zadie i domaga się udziału w zabawie.

– Słyszy pani, co się dzieje? Nie ma szans, żebym napisała teraz powieść. Minie jeszcze kilka lat, zanim znów będę miała ciszę, spokój, więcej czasu. I wiem, jak bardzo potrzebny jest ten chaos. Kim bym była bez ludzi, którzy wypełniają sobą część każdego mojego dnia? Załóżmy, że nawet nagradzaną autorką. Światowej sławy – niech będzie. Bez tych krzyków za drzwiami to wciąż nic.

 

Rozmowa z Zadie Smith ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2015
 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG