Colson Whitehead, autor „Miedziaków” i „Kolei podziemnej” z drugą nagrodą Pulitzera!
mat. prasowe

Colson Whitehead, autor „Miedziaków” i „Kolei podziemnej” z drugą nagrodą Pulitzera!

Nowojorczyk Colson Whitehead ma powody do świętowania – pisarz otrzymał właśnie drugą Nagrodę Pulitzera w karierze. Jego powieść „Miedziaki” jury okrzyknęło „wstrząsającą i krzepiącą”.
Sylwia Arlak Jakub Demiańczuk
05.05.2020

Dwa lata temu w 2017 r. jury Nagrody Pulitzera uhonorowało nowojorskiego pisarza za powieść „Kolej podziemna”. Teraz, również w kategorii literatury pięknej, Colson Whitehead otrzymał prestiżową nagrodę za powieść „Miedziaki”.

„Oszczędne i wstrząsające studium nadużyć w zakładzie poprawczym na Florydzie w czasach segregacji rasowej, będące w istocie krzepiącą opowieścią o wytrwałości, godności i odkupieniu” – oceniło jury dzieło autora powieści i książek non-fiction.


Tytułowy Miedziak to zakład poprawczy, do którego trafia bohater, Elwood Curtis. Czarny nastolatek wychowywany przez babcię ma wielkie marzenia. Jako pierwszy w rodzinie chce pójść na studia. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia jednak, że chłopiec trafia do poprawczaka – to właśnie tytułowy Miedziak, a ten okazuje się być prawdziwym piekłem.

Nagroda Pulitzera w dziedzinie literatury pięknej przyznawana jest za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury pięknej od 1928 roku. Jury nagradza dzieła literackie, których tematyka koncentruje się na specyfice życia w Ameryce.

Jakub Demiańczuk, „Uroda Życia”: Pana poprzednia książka, „Kolej podziemna”, zdobyła m.in. Nagrodę Pulitzera. Serial na jej podstawie kręci Barry Jenkins, twórca oscarowego „Moonlight”. Sukces ułatwia panu pracę, czy sprawia, że ma pan wobec siebie jeszcze większe wymagania? 

Zawsze byłem swoim własnym najsurowszym krytykiem, żadnej dodatkowej motywacji nigdy nie potrzebowałem. Sukces i nagrody cieszą, lecz jednocześnie sprawiają, że paradoksalnie mam mniej czasu na pisanie. Wiele miesięcy w roku spędzam na podróżowaniu i promocji książek. Ale przynajmniej nie muszę już zarabiać jako nauczyciel. Mogę poświęcić się wyłącznie literaturze. A przy kolejnej powieści wreszcie odpocznę od trudnych tematów. 

„Miedziaki” takim odpoczynkiem na pewno nie były. 

Początkowo chciałem odłożyć pracę nad tą powieścią na później, ale poczułem, że muszę ją napisać. I faktycznie była to książka wyczerpująca emocjonalnie. Już sam proces zbierania materiałów i dokumentacji okazał się bardzo przejmujący.

Akcja „Miedziaków” oparta jest na faktach. Ośrodek wychowawczy, który pan opisuje, istniał naprawdę – o Florida School for Boys, w pana książce nazywanej Miedziakiem, stało się głośno kilka lat temu, gdy na terenie zamkniętej już placówki odkryto nieoznakowane groby z ciałami zamordowanych uczniów. Kiedy pomyślał pan, że to temat na powieść?

W dniu, w którym usłyszałem, co wydarzyło się za murami tego zakładu. To było lato 2014 roku, na terenie placówki zostały odkryte ciała pogrzebane kilkadziesiąt lat wcześniej i zaczęło się śledztwo, które miało wyjaśnić, jak i dlaczego zginęli ci młodzi ludzie. Historia tej szkoły – tak się ją nazywało, choć w rzeczywistości był to poprawczak, w którym chłopców traktowano bezwzględnie – została opisana przez media na Florydzie, ale w skali kraju nie był to dobrze znany temat. Więc gdy usłyszałem o zbrodniach tam popełnionych, uświadomiłem sobie po raz kolejny, jak niewiele wiemy o naszej historii. Od razu wiedziałem, że chcę o tym opowiedzieć. 

Jak to w ogóle możliwe, że takie miejsce działało ponad sto lat bezkarnie? 

Co jakiś czas pojawiały się alarmujące raporty na temat zakładu, przyjeżdżali dziennikarze, policja. Ale kończyło się tym, że władze szkoły składały obietnice reformy, na kilka miesięcy sytuacja się poprawiała, dzieci nie były bite ani dręczone, ale zaraz potem wszystko zaczynało się od nowa. Gdy nikt nie patrzy, ludziom uchodzą na sucho potworne rzeczy.

A jeśli ofiarami są kolorowe dzieci, często z biednych, wykluczonych rodzin, jeszcze łatwiej uniknąć odpowiedzialności. I trzeba pamiętać, że do ośrodków wychowawczych trafiali nie tylko młodociani przestępcy, ale często zwyczajne dzieciaki z rozbitych rodzin albo sieroty. Dla wychowawców nie liczyło się, czy ukradłeś samochód, bochenek chleba, czy byłeś tylko dzieckiem porzuconym przez rodziców. Nie miało nawet znaczenia, czy jesteś biały, czy czarny, choć segregacja rasowa obowiązywała i tam. Wszyscy byli traktowani tak samo źle. 

Myślał pan o tym, żeby napisać na ten temat książkę non-fiction? 

Nie, to zadanie dla reporterów, dziennikarzy i historyków. Zdecydowałem się na fikcję, lecz trzymam się jak najwierniej faktów. Wymyśliłem bohaterów, Elwooda i Turnera, ale większość rzeczy, które ich spotykają w Miedziaku, zdarzyła się naprawdę. Zwłaszcza tych strasznych: kary, tortury, prześladowania. Zależało mi przede wszystkim, żeby jak najwięcej ludzi poznało tę historię. Niektóre powieści powstają po to, żebyśmy dowiedzieli się o bolesnej przeszłości. I ja taką napisałem. Bo nie ma wątpliwości, że Miedziak nie był jedynym takim ośrodkiem. 

Akcja „Miedziaków” toczy się w latach 60., lecz wydaje się bardzo aktualna. Czytając pańską powieść, myślałem o tym, co dzieje się teraz na granicy amerykańsko-meksykańskiej. O dzieciach odbieranych imigrantom. 

Przede wszystkim ta książka wydaje mi się szczególnie ważna. Znów mamy do czynienia z instytucjonalnym rasizmem. Choć wydaje nam się, że jesteśmy coraz bardziej wrażliwi na cudzą krzywdę, od lat 60. wcale się wiele nie zmieniło. Zwłaszcza okrucieństwo, z jakim traktujemy innych ludzi, szczególnie tych bezbronnych. 

Podobno nie chciał pan pojechać do ośrodka opisywanego w powieści, bo musiałby pan mieć ze sobą benzynę i zapałki, żeby zrównać go z ziemią. Czy książka była dla pana formą zemsty na złowrogiej instytucji? 

Nie. Bardziej zależało mi na tym, żeby pamięć o tej szkole przetrwała. Żebyśmy wiedzieli, jakie zło działo się w takich miejscach, i potrafili przeciwstawić się mu w przyszłości. A w 2018 roku huragan Michael zniszczył większość zabudowań, które zostały po zakładzie. Zupełnie jakby matka natura wkroczyła i zrobiła to, czego nie mieli odwagi zrobić ludzie. 

Rozmowa z Colsonem Whiteheadem ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2020

Colson Whitehead
mat. prasowe

„Niektóre powieści powstają po to, żebyśmy dowiedzieli się o bolesnej przeszłości. I ja taką napisałem”, mówi Colson Whitehead, autor „Miedziaków”, popularny pisarz amerykański, podwójny laureat Nagrody Pulitzera. „Miedziaki”, Colson Whitehead, tłum. Robert Sudół, wyd. Albatros. 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
East News

Colin Firth i klątwa pana Darcy'ego

Czy rola, po której Colin Firth stał się symbolem seksu, naprawdę zaszkodziła jego karierze?
Anna Zaleska
04.05.2020

Niezapomniana scena sprzed dwudziestu pięciu lat: Colin Firth jako pan Darcy – w mokrej, oblepiającej ciało koszuli, z kroplami wody kapiącymi z włosów, bo właśnie przepłynął staw – natyka się na swoją wielką miłość Liz Bennet. Jest tak stremowany, że podczas niezręcznej rozmowy co chwila pyta ją, czy rodzice są w dobrym zdrowiu. Tych kilka minut na ekranie sprawiło, że brytyjski aktor stał się jednym z najbardziej pożądanych amantów swojego pokolenia. Wcześniej w zasadzie nieznany, po serialu „Duma i uprzedzenie” (BBC) natychmiast trafił do panteonu gwiazd. Wydawałoby się, że dla 35-letniego wówczas mężczyzny była to wymarzona sytuacja. Tymczasem ostatnio w wywiadzie dla magazynu „Good Housekeeping” Colin Firth stwierdził, że… zaszkodziła jego karierze. Ta wypowiedź wzbudziła takie zdumienie, że cytują ją i komentują najważniejsze brytyjskie media. „Guardian” żartuje z aktora, pisząc z ironią: „Pewnie chodzi o to, że zniknął po tej roli. Och, pomijając « Angielskiego pacjenta » , « Bridget Jones » , « To właśnie miłość » , « Jak zostać królem » , za które dostał Oscara. Było jeszcze wiele innych nagród, nie wspominając o paru funtach… No tak, totalnie zawalona sprawa”. Wygląda dobrze, kręci się wokół Colin Firth narzeka tymczasem, że od czasu pana Darcy'ego został zaszufladkowany jako amant i przez lata obsadzano go w rolach kogoś, kto „wygląda dobrze i kręci się wokół, a dla aktora to dosyć nudne”. Taki wizerunek utwierdziła potem seria o „Bridget Jones”, w której zagrał przedmiot westchnień głównej bohaterki – również mężczyznę  o nazwisku Darcy. Mark Darcy. Sama Bridget podczas jednego z przyjęć obserwując go myślała:...

Czytaj dalej
Eva Green, Proxima
mat. prasowe

„Supermanki nie mają dzieci?” – Eva Green w „Proximie” udowadnia siłę kobiet

„Proxima” to historia superbohaterki, a jednocześnie bardzo przywiązanej do swojego dziecka matki – w „Proximie” gra tę postać wspaniała Eva Green.
Sylwia Niemczyk
30.04.2020

Wyprawa w kosmos jest zazwyczaj w kinie przygodą dla dużych chłopców. Nawet jeśli do załogi należą kobiety, zazwyczaj to mężczyźni dyktują warunki. W „Proximie” w sam środek męskiego świata wkracza ambitna, zdecydowana, inteligentna Sarah (w tej roli Eva Green). Z dumą znosi kpiny kolegów, nie poddaje się presji rywalizacji. Jednak radość ze zbliżającej się misji na Międzynarodową Stację Kosmiczną zaburza jej konieczność rozstania z kilkuletnią córką. Eva Green – jako astronautka planująca podróż na Marsa – z Zélie Boulant grającą jej córkę. „Chciałam udowodnić, że możesz być jednocześnie superbohaterką i matką, a zazwyczaj kobiety nie są pokazywane w ten sposób w kinie – mówiła reżyserka „Proximy” Alice Winocour. – Superbohaterki nie mają dzieci, Catwoman nie jest matką, bo to odwróciłoby jej uwagę od misji. Ale w prawdziwym życiu musimy łączyć pracę i macierzyństwo. Uznałam, że kino musi o tym opowiadać”. Choć zdjęcia powstawały w autentycznych ośrodkach treningowych dla kosmonautów, a Winocour wielką uwagę przywiązywała do realizmu w kwestiach naukowych, imponująca wizualnie „Proxima” nie przypomina klasycznych filmów science fiction. Relacje matki i córki przygotowujących się do długiego rozstania interesują reżyserkę bardziej niż proces przygotowania do lotu w kosmos. Francuska reżyserka porusza mimochodem kilka ważnych i aktualnych kwestii związanych z emancypacją kobiet, ale jej dzieło pozostaje intymnym, pełnym empatii i czułości portretem najbliższych sobie osób, które muszą się rozstać. Piękny, subtelnie opowiedziany, poruszający film. „Proxima”, reż. Alice Winocour, od 30 kwietnia na platformach VOD (m.in.: vod.pl, cineman.pl, player.pl, ipla.tv,...

Czytaj dalej
„Sala samobójców. Hejter” – film Jana Komasy
mat. prasowe

Jan Komasa, reżyser „Hejtera” i „Bożego ciała” szczerze o życiu po sukcesie

Jan Komasa z kolejną nagrodą za „Hejtera” – film polskiego reżysera wygrał najważniejszy konkurs Tribeca Film Festivalu w Nowym Jorku, jednego z najważniejszych festiwali filmowych w Ameryce. Jeden z członków jury uzasadniał wybór: „Inspirujący, moralnie potężny, wnikliwy".
Sylwia Niemczyk
30.04.2020

Wspólnota, rodzina, samotność to tematy, które mnie fascynują. Zastanawiam się w moich filmach, jak bardzo potrafimy się poświęcić, żeby być wśród innych, i jak bardzo cierpimy, kiedy jesteśmy poza grupą” – rozmowa z reżyserem Janem Komasą, twórcą m.in. filmów „Sala samobójców. Hejter” i „Boże Ciało” Marta Strzelecka, „Uroda Życia” Był pan kiedykolwiek wcześniej tak bardzo zapracowany jak teraz? Jan Komasa: Ostatnio było wyjątkowo, bo mam za sobą intensywną promocję „Bożego Ciała” związaną z Oscarami. Ona zresztą wciąż trwa, film wchodzi do kin w kolejnych krajach. Nikt z nas, jego twórców, nie sądził, że zajdziemy aż tak daleko. Tymczasem z powodu nominacji i związanych z nią nowych obowiązków, musieliśmy przesunąć premierę mojego najnowszego filmu, czyli „Sala samobójców. Hejter”.  Nie wyobrażałem sobie, że dzięki „Bożemu Ciału” od końca sierpnia ubiegłego roku, czyli od festiwalu w Wenecji, bez przerwy będę w trasie promocyjnej. Ale nie narzekam. Zawsze rozwijałem kilka projektów jednocześnie. A teraz prace nad scenariuszami, które od jakiegoś czasu chciałem zrealizować w Stanach, nabierają przyspieszenia, bo stałem się tam po prostu bardziej rozpoznawalny. Czyli nie odpoczywa pan dużo? Niespecjalnie. Ale mam nadzieję, że niedługo razem z rodziną zaszyjemy się w ciszy. Zanim „Hejter” narobi szumu w mediach. Żonie i dzieciom musi być trudno, kiedy tak często pana nie ma. Od lat dużo czasu spędzam w podróżach, poza domem, jak marynarz. Nie jest im łatwo, ale doskonale znają tę sytuację. Koniec ubiegłego roku spędziłem w Stanach, z przerwą na Boże Narodzenie, początek też – dni miałem szczelnie wypełnione od rana do...

Czytaj dalej