Wyjątkowa miłość: Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz. „Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”
Ewa Lipska/Fotonova

Wyjątkowa miłość: Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz. „Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”

„Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie” – pisała Wisława Szymborska do Kornela Filipowicza. Byli ze sobą 23 lata. I była to wyjątkowa miłość, choć nie mieli ślubu i nie mieszkali ze sobą.
Magdalena Żakowska
01.07.2020

Ich znajomi mówili, że związek poetki Wisławy Szymborskiej i pisarza Kornela Filipowicza był „organiczny”, że tworzyli jedność. A przecież nie byli typową parą, nawet ze sobą nie mieszkali. Za to codziennie pisali do siebie listy. Czułe, intymne, zabawne. „Kocham Cię bezustannie, tylko z przerwą obiadową” –pisze Szymborska, choć wszyscy wiedzą, że kocha go nieustająco. W innym wyznaje: „Najlepiej w życiu ma Twój kot, bo jest przy Tobie”. Kiedy w połowie lat 60. zbliżyli się do siebie oboje mieli już za sobą inne małżeństwa, nie byli też młodzi. Wisława Szymborska była po 40, Filipowicz starszy od niej o dziesięć lat po 50. Na czym polegał fenomen tej miłości?

Wisława Szymborska
Archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej

Kilka spraw ustalili od razu: będą mieszkać oddzielnie, telefon co najmniej dwa razy dziennie (rano na dzień dobry, wieczorem na dobranoc), spotkania częste. Wszyscy, którzy ich znali i mieli okazję obserwować narodziny tego uczucia, podkreślają, że bardzo do siebie pasowali. Oboje dość staroświeccy, powściągliwi i niezwykle życzliwi. Sprawiali wrażenie melancholijnych samotników. Niełatwo było poznać, że są razem.

„Nie manifestowali publicznie swoich uczuć. Wisława nie poprawiała Kornelowi krawata, on nie otulał jej czule płaszczem. Byli niezwykle powściągliwi – wspomina przyjaciółka Szymborskiej, Teresa Walas. – To było obce ich naturze. Nie mieszkali ze sobą, bo nie czuli potrzeby chodzenia w jednym zaprzęgu. Poza tym, jak mówiła sama Wisława, nie wyobrażali sobie pracy w jednym domu. Dwie stukające maszyny do pisania? To by było dla nich nie do zniesienia”.

Wisława Szymborska: „Boże, jaki piękny mężczyzna”

Na „ty” przeszli gdzieś między grudniem 1966 roku a kwietniem 1967, chociaż poznali się 20 lat wcześniej. Ale wtedy oboje byli jeszcze w innych związkach. Szymborska w 1948 roku wyszła za mąż za wieloletniego narzeczonego, poetę Adama Włodka. Ich związek zakończył się rozwodem w 1954 roku. Filipowicz miał dwie żony – malarkę awangardową Marię Jaremę, która zmarła w 1958 roku, i historyczkę sztuki Marię Próchnicką, z którą rozwiódł się w 1965 roku.

Po raz pierwszy Szymborska i Filipowicz spotkali się w 1946 roku. „Nie pamiętam, gdzie to było, ale pamiętam wrażenie, jakie na mnie zrobił – opowiadała Annie Bikont i Joannie Szczęsnej, autorkom jej biografii. – Siwiejący blondyn, opalony, w niebieskich wypłowiałych spodniach, bluzie w takim cudownym żółtym rozbielonym kolorze. Pomyślałam: »Boże, jaki piękny mężczyzna«. Ale to nie miało wtedy żadnych konsekwencji. Przez całe lata patrzyliśmy na siebie z daleka. Myślę, że dopóki byłam w partii, nic między nami nie było możliwe”. Szymborska wystąpiła z partii w 1966 roku, na co wpływ miała na pewno znajomość z Filipowiczem. Później wielokrotnie podpisywała listy w obronie opozycji, ale nigdy nie była tak zaangażowana społecznie i politycznie jak Filipowicz.

„Życie Wisełki było kameralne” – opowiadała jej przyjaciółka, poetka Ewa Lipska. – „Żyła tak, żeby mieć czas na pisanie wierszy. (…) Ważne było, że ma pojechać do siostry na obiad, zabrać słoiki”. W czwartki Nawoja, siostra Szymborskiej, wydawała wystawny obiad dla niej i jej najbliższych przyjaciół. To, co zostało, poetka zabierała ze sobą w słoikach do domu. Starczało na tydzień.

Filipowicz ciągle gdzieś pędził – ze spotkania na spotkanie. W czasie wojny był w konspiracji, po wojnie udzielał się w Związku Literatów Polskich, zakładał Towarzystwo Kursów Naukowych, w stanie wojennym zajmował się rozdzielaniem stypendiów i pieniędzy, które napływały z PEN Clubu i od Jerzego Giedroycia. Był socjalistą w starym, przedwojennym tego słowa znaczeniu. „Kiedy już bardzo zapadł na zdrowiu i jego dni były policzone, przyjechał do niego Jan Józef Lipski i wręczył mu legitymację PPS z niskim, jednocyfrowym numerem. To była jego ostatnia radość” – opowiadała Szymborska.

Mały Kornelek całuje rączki

Ich listy można podzielić na trzy grupy: literackie, miłosne i... wędkarskie. W pierwszych przyjmują role – ona najczęściej hrabiny Heloizy Lanckorońskiej, on jej plenipotenta Eustachego Pobóg-Tulczyńskiego. To historyczne wcielenia obojga sprzed 60 lat. Widać, że pisząc je, bawili się świetnie: „Wielce Szanowna i Łaskawa Pani Hrabino! Zajechaliśmy na miejsce szczęśliwie” – pisał Filipowicz z Lanckorony. – „Występ dobroczynny J.W. Pani Hrabiny w tutejszym Kole Gosp. Wiejskich zapowiedziałem na najbliższą sobotę. P.S. Mały Kornelek rączki Pani Hrabiny Dobrodziejki całuje”.

W listach pojawia się też często fikcyjna postać Gieni – uosobienie niezbyt bystrej, ale upartej rywalki, o którą Szymborska jest zazdrosna: „Dzisiaj jest piątek, imieniny Gieni” – pisała. – „Z pewnością bawisz się teraz wesoło, nastawiasz płyty z Ireną Santor, jesz tort biszkoptowy i pijesz wino porzeczkowe w towarzystwie gospodyni, pana Karola, pana Cześka i koleżanki Gieni – Dziuni. Właściwie pić wina Ci nie wolno, ale Ty wolisz się do tego nie przyznawać, bo zaraz nazajutrz miałbyś Gienię z walizką u siebie w domu. Nie myśl sobie, że ja tego wszystkiego nie widzę!”.

Ale chyba najbardziej zabawne są anonimowe donosy Szymborskiej na samą siebie: „Panie Filipowicz! Ta intrygantka obiecała pańskiemu Kotu żywą mysz chconc sobie zjednać Jego przychylność. Przezacny Kot pozostał głuchy na te oferte ale co będzie dalej nie wiem bo bardzo lóbi myszy a dawno ich nie jad” albo: „Osoba z którą się Pan zadajesz nie wie nawet gdzie ryba ma głowe a gdzie ogon. Zastanóf się Pan czy taka znajomość nie kąpromituje uczciwego rybaka”.

Listy miłosne z kolei wzruszają powściąganą czułością. Więcej w nich delikatnej ironii niż wyznań. Erotyki nie ma wcale. Kiedy Filipowicz zapowiada, że zamierza zgolić wąsy, Szymborska odpowiada: „Wiadomość ta uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba. Chciałam przecież wypchać nimi poduszkę na szpilki”, ale zaraz dodaje „Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie”. – „Dla mnie te listy są prawdziwym odkryciem. Nie spodziewałam się, że łączyła ich taka czułość”– mówi Teresa Walas. – „Wzruszyłam się, kiedy je czytałam. Są sentymentalne, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Znając ich, spodziewałam się, że łączy ich jakiś rodzaj erotycznej przyjaźni, że to związek życiowo-intelektualny, cementowany też faktem, że obracają się w jednym środowisku. Tymczasem oni otaczali się wzajemnie opieką, byli dla siebie troskliwi, nieustannie pragnęli sprawiać sobie drobne przyjemności. Jest w tym jakaś niezwykła świeżość uczuć. A przecież gdy się ze sobą zeszli, byli dojrzałymi już ludźmi, każde ze swoim życiowym bagażem…”

I wreszcie listy wędkarskie. „Byłem wczoraj w miejscu, gdzie znalazłaś dziwnego grzyba. Ryby nie brały...” albo „Połowy katastrofalne! Ja: 2 liny i 1 węgorz. Nie licząc drobnicy” albo „Dziś od rana pogoda. Ryby: ja złowiłem szczupaka i leszcza – Miecio pięknego lina”. Jak ona to znosiła? Z rozczuleniem i wyrozumiałością. Kochała w nim wszystko, nawet wędkarstwo, majsterkowanie i skłonność do gromadzenia niepotrzebnych przedmiotów.

 

„Kiedy pewnego razu powiedziałam ukochanemu mężczyźnie, że buty, które nosi, nadają się już tylko do wyrzucenia, zerwał ze mną kontakt wzrokowy, otworzył okno i z melancholią zaczął spoglądać w dal” – pisała w „Lekturach nadobowiązkowych”.

W latach 70. poświęciła mu „Wierszyk napisany na imieniny...”: „Należy do tych mężczyzn, co wszystko chcą robić sami. / Trzeba go kochać łącznie z półkami i szufladami. / Z tym, co na szafkach, w szafkach i co spod szafek / wystaje. / Nie ma rzeczy, co nigdy na nic się nie przydaje (...)”.

Pani Podbierakowa od Nobla

Mieli podobne poczucie humoru, lubili płatać innym figle. Często chodzili do sklepów z kuriozami. Kupowali tam sztuczne muchy, które kładli potem na maśle, kiedy przychodzili goście, raz sami uszyli ze skrawków futer szczura, którego podrzucili przyjaciółce w łazience. Kiedy Ewa Lipska wyjeżdżała do Niemiec, Filipowicz obarczył ją misją kupienia sztucznych kup. Przywiozła aż trzy, ale nie wie, komu zostały podłożone. – „Kiedy jechałam do Stanów, postanowiłam kupić im kaszlącą popielniczkę, oboje byli palaczami” – wspomina Teresa Walas. – „Wszystkim nam bliski był ten duch zabawy, często absurdalnej. Żyliśmy wtedy takimi idiotycznymi żartami. Był to sposób na odreagowanie szarej rzeczywistości, która nas otaczała”.

Oboje z wyboru nie mieli samochodów i nie potrafili prowadzić. Na wakacje z reguły więc kogoś zapraszali. Spędzali je pod namiotem albo na kwaterze. Kwatery w Wielkopolsce. Biwaki w Nowosądeckiem nad Dunajcem, Rabą, Skawą. „Wyjeżdżaliśmy zwykle z Krakowa koło siódmej rano” – opowiadała Ewa Lipska. – „Z przodu mój mąż, Władzio, który prowadził, i Kornel, a ja z Wisławą z tyłu, z dżdżownicami. Jak zajeżdżaliśmy na brzeg, Kornel,w kapeluszu z wpiętymi złotymi rybkami, w milczeniu rozkładał wszystkie swoje zabawki – haczyki, spławiki. My obie brałyśmy zawsze ze sobą »Sterny«, »Spiegle« i wyszukiwałyśmy artykuły sensacyjne, skandale, zbrodnie. Wisława przygotowywała jedzenie, zbierała grzyby, wiązanki kwiatów albo stała z podbierakiem. Mówiliśmy o niej »Pani Podbierakowa«. Kiedy ryba była za mała, Filipowicz zdejmował ją z haczyka i wypuszczał ze słowami »Amnestionuję cię«. Te większe sam zabijał i patroszył”.

Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz
Archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej

Szymborska nie była typem biwakowiczki. Wrażliwości na przyrodę nauczył ją dopiero Filipowicz. Otwarcie mówiła o tym, że w młodości nużyły ją opisy przyrody i najczęściej je opuszczała. Zmieniło się to dopiero pod wpływem lektury opowiadań Filipowicza.

Kiedy umarł w 1990 roku, nigdy więcej nie pojechała już do tych miejsc, gdzie bywali razem. „Przyjmuję do wiadomości, / że – tak jakbyś żył jeszcze – / brzeg pewnego jeziora pozostał piękny jak był. (…) / Na jedno się nie godzę. / Na swój powrót tam. / Przywilej obecności – / rezygnuję z niego (...)” – pisała w „Po-żegnaniu widoku”. I dopiero po śmierci Filipowicza po raz pierwszy publicznie (podczas rozmowy z niemiecką stacją telewizyjną) wyznała: „Byliśmy ze sobą 23 lata. Cudowny człowiek, świetny pisarz. Nie mieszkaliśmy razem, nie przeszkadzaliśmy sobie. Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie”.

– „O śmierci Kornela nigdy nie rozmawiała” – mówi Teresa Walas. – „Kiedy to się stało, zniknęła na miesiąc. Nie szukała współczucia i nie chciała obarczać nikogo swoim cierpieniem. Taką miała naturę”.

Potem dwa razy do roku organizowała imprezy, na które zapraszała 20 gości: w rocznicę śmierci Włodka i w rocznicę śmierci Filipowicza. Wszyscy spotykali się najpierw na cmentarzu, a później byli zapraszani do niej na obiad. To podczas tych spotkań powstał pomysł wydania książki „Byliśmy u Kornela. Rzecz o Kornelu Filipowiczu”. Szymborska wybrała jego zapiski z dziennika i wiersze, zrobiła podpisy do zdjęć. Książka ukazała się w 20. rocznicę jego śmierci. Wisława Szymborska bardzo wysoko ceniła jego twórczość i umysł. Podobno na wieść o tym, że przyznano jej Nobla, powiedziała: „To Filipowicz powinien dostać jako prozaik wielką nagrodę”.

Wisława Szymborska
East News

Korzystałam z książek: „Pamiątkowe rupiecie” Anny Bikont i Joanny Szczęsnej (Znak, 2012), „Nic zwyczajnego” Michała Rusinka (Znak, 2016), „Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy” Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza (Znak, 2016).
***
Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 1/2017

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Wisława Szymborska
mat. prasowe

Wisława Szymborska, Ichna, Wisełka: „Czasami jestem podobna do siebie, a czasami nie”

Wisława Szymborska, pierwsza dama polskiej poezji, nie chciała opowiadać o swoim życiu i nie lubiła, gdy się o niej rozpisywano. Wolała, żeby mówiły za nią jej wiersze.
Sylwia Arlak
24.11.2020

O tym, że otrzymała nominację do literackiej Nagrody Nobla, dowiedziała się od dziennikarzy (była wówczas jedyną noblistką w historii, która poznała werdykt jeszcze przed oficjalnym komunikatem). Wypoczywała w pensjonacie Astoria w Zakopanem, gdy odwiedzili ją znajomi reporterzy. „Fotograf Adam Golec — już po ogłoszeniu wiadomości — uwiecznił na wspaniałych zdjęciach nieoficjalny wizerunek świeżo upieczonej noblistki: naprawdę zaskoczonej, roześmianej, z papierosem w ręce i z włosami w nieładzie. (…) Wisława Szymborska wyszła do dziennikarzy w rozciągniętym białym swetrze i w malinowej spódniczce wątpliwej urody. Była na wakacjach i stroje miała wakacyjne” — czytamy w książce Joanny Gromek-Illg „Szymborska. Znaki szczególne. Biografia wewnętrzna”. W 1996 roku wraz z upragnionym Noblem przyszła sława, która dla Szymborskiej była utrapieniem. „Dla niechętnie udzielającej się publicznie poetki szczególnie męcząca była rosnąca z dnia na dzień popularność. Stała się znana i rozpoznawalna, jej zdjęcia publikowały gazety, w telewizji co rusz pojawiały się poświęcone jej materiały, radio nadawało jej wiersze czytane przez popularnych aktorów. Jednym słowem — była sławna, jak gwiazdy filmowe w latach jej młodości, dla niektórych była » celebrytką « , ale też wiele osób nieczytających na co dzień poezji zachwyciło się jej wierszami” — pisze w swojej książce Gromek-Illg. Ludzi jednak interesowało też życie prywatne poetki. Chcieli wiedzieć, czy ma męża i dzieci. A jeśli nie, dlaczego? Jak mieszka i co robi w czasie wolnym? W miesiąc musiała udzielić więcej wywiadów, niż przez całe dotychczasowe życie. Jej przyjaciele z uśmiechem mówili o „tragedii sztokholmskiej”. Szymborska odetchnęła z ulgą, gdy po...

Czytaj dalej
INPLUS/East News

Barbara Krafftówna: pochowała dwóch mężów i jedynego syna, ale nie dała się złamać

Kiedy zmarł jej drugi mąż, Barbara Krafftówna obiecała sobie, że już nigdy nie zwiąże się z innym mężczyzną. Za wszelką cenę próbowała się chronić. Ale los miał dla niej inną tragiczną niespodziankę.
Sylwia Arlak
30.12.2020

Po zakończeniu II wojny światowej zamieszkała w Gdyni, gdzie Iwo Gall zakładał teatr. Wokół energicznej i wiecznie uśmiechniętej Krafftówny kręciło się wielu mężczyzn. Starał się o nią utalentowany pianista, lekarz, działacz kulturalny i zdolny muzyk. Z jednym umawiała się na domowe schadzki, z drugim chodziła na spotkania do cukierni, trzeci był jej oficjalnym adoratorem, a czwarty towarzyszył jej podczas wczasów w sanatorium. Gdy podczas wizyty we Wrocławiu poznała dyrygenta z tamtejszego teatru, rzuciła wszystkich adoratorów. Myślała, że to ten jedyny. „Ale nagle jakbym dostała obuchem w łeb. Powiedział coś, co było ciężkim chamstwem. Od tej pory przestał dla mnie istnieć” — wspominała Barbara Krafftówna w wywiadach. Przez długi czas była na środkach uspokajających Aktora Michała Gazdę poznała w teatrze, w którym razem pracowali. W 1953 roku na marszu z okazji 1 maja w Warszawie już wiedziała, że jest zakochana. Tak naprawdę, po raz pierwszy w życiu. „1 maja nieśliśmy razem szturmówkę z napisem »Niech żyje 1 maja«, 17 maja Michał oświadczył mi się, a już 1 czerwca odbył się ślub” — opowiadała. „Czy ja byłam kochliwa? Na pewno nie byłam obojętna. Moje niektóre koleżanki nagle znajdowały się w amoku miłości, choć na co dzień były szalenie racjonalne. Ale i ja bywałam w amoku zakochania, bez niego nie byłoby decyzji o małżeństwie. Potem amok przechodził, było spokojniej. Można było się cieszyć, planować. I marzyć. W ogóle u mnie wciąż jest gęsto od marzeń, stare zamieniają się w nowe, zmienia się ich kolejność. Cały czas” — opowiadała w wywiadzie dla weekend.gazeta.pl. Czytaj też:  Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści Dwa lata później doczekali...

Czytaj dalej
Anna Jantar / East News

Natalia Kukulska o mamie, Annie Jantar: „Nikt mi nie powiedział, że mama zginęła…”

„Nikt mi nigdy nie powiedział, że mama zginęła, odeszła na zawsze. Gdy na lotnisku, trzymając bukiet frezji, nie doczekałam się przylotu mamy i spotkania z nią… to tak jakby czekanie na jej powrót przeciągnęło się do teraz”, pisze Natalia Kukulska w 70. urodziny swojej mamy Anny Jantar.
Anna Zaleska
09.06.2020

Gdyby nie wielka tragedia, która wydarzyła się 14 marca 1980 roku, Anna Jantar kończyłaby dziś 70 lat. Cieszyłaby się sukcesami córki, trójką wnucząt i miałaby pewnie poczucie spełnienia patrząc wstecz na życie wypełnione niezapomnianymi przebojami, koncertami granymi na całym świecie i wyrazami uwielbienia fanów. Książka Marcina Wilka „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia” (Wydawnictwo Znak) to biografia wyjątkowej kobiety. „Ania całą sobą niosła aurę słońca”, wspominała ją Halina Frąckowiak. Zarazem była utalentowaną piosenkarką, pracowitą, skoncentrowaną na tym, by spełniać swoje marzenia. Jej życie zakończyło się w szczytowym momencie kariery, na pogrzeb przyszło 40 tysięcy ludzi, nad grobem przemawiał Daniel Olbrychski, kilka kobiet zemdlało. Przebój „Nic nie może przecież wiecznie trwać” nabrał nowego sensu. Drugie wydanie biografii legendarnej piosenkarki ukazało się właśnie teraz, w rocznicę jej 70. urodzin, wzbogacone o wzruszający wstęp napisany przez córkę artystki,  Natalię Kukulską. Jego fragmenty publikujemy poniżej, razem z fragmentami opowieści o Annie Jantar (wtedy jeszcze Hani Szmeterling) z czasu, gdy miała tyle lat, co teraz jej wnuczka, Ania. Marcin Wilk w swojej biografii nie ogranicza się tylko do czasu, kiedy Anna Jantar, była już sławną piosenkarką, w swojej opowieści cofa się do jej okresu nastoletniego, kiedy 14–15-letnia Hanka wbrew zakazom mamy zaczyna się malować, eksperymentuje z modą, spotyka się z przyjaciółkami, flirtuje z chłopakami i rozrabia na lekcjach. Jej życie  odmieniło spotkanie z zespołem Szafiry: czterema chłopakami, którzy początkowo chcieli być jak Beatlesi, ale potem uznali, że przydałaby im się wokalistka. Potem wydarzają się jeszcze dwa przełomowe momenty. Jeden: Ania...

Czytaj dalej
Kalina Jędrusik
East News

Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat – miłość, która się w głowie nie mieści 

Ona była jego Marilyn Monroe, on jej Federico Fellinim. Kochali się na śmierć i życie. Dawali sobie wszystko – wsparcie, przyjaźń i wolność.
Magdalena Żakowska
03.09.2020

To nie było tak, że starszy pan wziął sobie za żonę młodą seksowną laskę, która potem „urwała mu się ze smyczy”. Ani tak, że on intelektualista, a ona głupia aktoreczka. Mimo szesnastoletniej różnicy wieku Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat tworzyli partnerski związek, a Kalina dorównywała mężowi nie tylko inteligencją, ale i poczuciem humoru. Oboje mieli silne charaktery i dość egoistyczne podejście do życia. Ale w tamtych czasach niewiele było małżeństw tak zgodnych, tak uczciwych wobec siebie i oddanych sobie do końca. Nie pasowali do ciasnych ram PRL-owskiej rzeczywistości, więc stworzyli sobie własny świat, oparty na własnych, wspólnie wypracowanych zasadach. Nikt tu nie był stratny.  Leżeli, leżeli, gadali, gadali O Stanisławie Dygacie mówiło się „dżentelmen w angielskim stylu”. Był wysoki, zawsze dobrze ubrany, palił luksusowe papierosy ze złotymi ustnikami. W 1957 roku wystąpił z partii w proteście przeciwko zamknięciu miesięcznika „Europa”. Kalinę poznał dwa lata wcześniej w Gdańsku, gdzie grała na scenie Teatru Wybrzeże.  „Poznali się w moim pokoju w Domu Aktora” – opowiadał później Jerzy Ernz. „Dygat mieszkał wtedy z żoną, też aktorką. Tego dnia, pamiętam, organizowałem akurat bibkę. Dygat usłyszał muzykę i przyszedł. Po chwili już widziałem ich razem, jak leżeli na tapczanie w poprzek. Leżeli, leżeli, gadali, gadali. I tak już zostali”. On miał 41 lat, żonę, córkę i wysoką pozycję w środowisku kulturalnym, ona 25 lat i wszystko przed sobą. Była świeżą absolwentką krakowskiej szkoły teatralnej, była zdolna, piękna i bardzo sexy.  „Dygat mieszkał z Kaliną niedaleko nas, najpierw na Dąbrowskiego, w dwupokojowym mieszkanku, wspólnie z byłą żoną Dygata, Dziunią Nawrocką, i ich...

Czytaj dalej