Brit Bennett, autorka „Mojej znikającej połowy”: „Nikt nie wierzy, że czarny autor się sprzeda”
Emma Trim, materiały prasowe

Brit Bennett, autorka „Mojej znikającej połowy”: „Nikt nie wierzy, że czarny autor się sprzeda”

„Moja znikająca połowa” zadebiutowała na liście bestsellerów „New York Timesa” i przez kilka tygodni utrzymywała się w pierwszej piątce. O prawa do jej ekranizacji walczyło 17 stacji telewizyjnych, wygrało HBO, podpisując z Brit Bennett kontrakt, którego wysokość nie została ujawniona, ale wiadomo, że suma jest siedmiocyfrowa. A to wszystko wydarzyło się w miesiącu, w którym pisarka skończyła 30 lat.
Anna Zaleska
22.03.2021

Zaliczona do grona pięciorga najbardziej obiecujących młodych pisarzy i pisarek w Stanach Brit Bennett drugą powieścią potwierdziła niebywały talent. „Moja znikająca połowa” stała się sensacją, debiutując na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa”. Autorka szuka w niej odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że stajemy się takimi, jakimi jesteśmy.

Anna Zaleska: Naprawdę istniało takie miasteczko jak Mallard z twojej powieści, gdzie Afroamerykanie o jasnej skórze żenili się wyłącznie między sobą, tak by skóra ich dzieci stawała się coraz bielsza?

Brit Bennett: Tak. Po raz pierwszy usłyszałam o tym od mojej mamy. Dorastała w Luizjanie i z dzieciństwa pamiętała opowieści o takim miasteczku. Potem sama zaczęłam czytać artykuły i reportaże o podobnych społecznościach. Ich członkowie prowadzili coś w rodzaju inżynierii genetycznej. Idea, by kolejne pokolenia stawały się coraz bardziej białe, była dla nich tak ważna, że wokół niej koncentrowało się życie wszystkich mieszkańców, nie sposób było od tego uciec. Tymczasem ta coraz bielsza skóra nie przynosiła im żadnych korzyści. Nadal byli biedni, ich status społeczny się nie poprawiał. Zaczęłam się zastanawiać, jak by to było mieszkać w takim miejscu, potem z niego uciec, a w końcu do niego wrócić z dzieckiem czarnym jak smoła. To stało się punktem wyjścia do napisania „Mojej znikającej połowy”.

Twoja powieść mówi o tym, jak bardzo kształtuje nas to, skąd pochodzimy. Na przykładzie bliźniaczek Stelli i Desiree pokazujesz, że można uciec z domu, ale nie można uciec od swoich korzeni. Sama dorastałaś w małym miasteczku w południowej Kalifornii. Jakie to było dzieciństwo?

Myślę, że dobre. Miałam przyjaciół, mnóstwo czytałam. Jeździłam z mamą do biblioteki publicznej, wynosiłam stamtąd stosy książek i jeszcze zanim ruszyłyśmy z parkingu do domu, ja już w nich nurkowałam. Kiedy moja mama opowiadała mi historie ze swojego dzieciństwa, o upokorzeniach związanych z życiem zgodnie z prawem Jima Crowa [regulacje mające na celu pogłębianie separacji między białą a czarną ludnością – przyp. red.], zawsze czułam, że mam dużo szczęścia, żyjąc teraz. Moi rodzice mieli w życiu trudny start: mama dorastała w wielkiej biedzie w Luizjanie, tata dorastał w wielkiej biedzie w Los Angeles, ale oboje ukończyli studia. Należeli do pierwszego pokolenia czarnoskórych, którzy mieli taką możliwość i z niej skorzystali. Swoim dzieciom – moim dwóm starszym siostrom i mnie – zapewnili dobre życie i szanse rozwoju. Nasze dzieciństwo wyglądało już zupełnie inaczej. Choć to przygnębiające, że w 2020 roku wciąż odbywają się protesty pod hasłem Black Lives Matter. 

Twoja mama była w Waszyngtonie w 1968 roku, gdy został zastrzelony Martin Luther King. Co ci opowiadała o tamtych czasach?

Mama opuściła swoje małe miasteczko w Luizjanie, bo tam jedyną pracą dostępną dla czarnoskórych kobiet było sprzątanie domów za pięć dolarów dziennie. Wyruszyła do Waszyngtonu i – tak jak Desiree w mojej powieści – wyspecjalizowała się w analizowaniu odcisków palców. Pracowała dla FBI. Ale gdy przyjechała do stolicy, to był pierwszy raz, kiedy w ogóle opuściła swoje okolice. Kiedy mi powiedziała o tej przeprowadzce do wielkiego miasta w wieku 19 lat i o tym, jak nagle znalazła się w centrum wielkiego historycznego ruchu, ruchu praw obywatelskich, byłam pod wrażeniem. To trochę skomplikowało sposób, w jaki do tej pory o niej myślałam. Zawsze uważałam ją za osobę bardzo ostrożną i praktyczną, a zdobyła się na coś tak ryzykownego i niebezpiecznego! Dla mnie to jest historia o podejmowaniu kluczowych decyzji w bardzo młodym wieku, co zawsze mnie intrygowało. Dlatego chciałam część historii mamy zawrzeć w swojej książce. 

Jakie wartości przekazali ci rodzice?

Oboje zawsze dużą wagę przykładali do tego, byśmy z siostrami szanowały innych ludzi, postępowały uczciwie i żebyśmy miały poczucie własnej wartości.

Odniosłaś wielki sukces w młodym wieku. Debiutancka powieść „Matki”, którą wydałaś, mając 26 lat, stała się bestsellerem. Trafiłaś na listę pięciorga najbardziej obiecujących pisarek i pisarzy przed 35. rokiem życia. To chyba nie jest tylko kwestia talentu, ale też wielkiej pracowitości. Wyobrażam sobie ciebie jako dziewczynkę z długą listą celów do osiągnięcia, odhaczającą kolejne punkty.

Tak było. (śmiech) Już w wieku siedmiu czy ośmiu lat uwielbiałam czytać, ale też pisać. Spędzałam w ten sposób większość czasu. To dużo znaczy wykształcić w sobie nawyki, nauczyć się wytrwale nad czymś pracować, bez końca coś poprawiać, ulepszać.

Studia na Uniwersytecie Stanforda, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni świata, to był jeden z twoich życiowych celów?

Nie, to nie był mój cel. Wiedziałam, że to ważny uniwersytet, ale jakoś nie przywiązywałam do tego wielkiej wagi. Zawsze myślałam, że będę studiować w Los Angeles. Skoro jednak dostałam się na Stanford, zaczęłam się nim bliżej interesować, szukać informacji i spodobało mi się to, czego się dowiedziałam. Poza tym ten uniwersytet był daleko od domu, osiem godzin jazdy samochodem, a pomysł, żeby być daleko od rodziców, wydawał mi się wtedy fajny. 

Początkowo studiowałaś prawo. Być prawnikiem czy pisarzem – to jedna z tych trudnych decyzji, które musiałaś podjąć?

Mój ojciec jest prawnikiem. Oboje rodzice mają bardzo praktyczne podejście do życia. Wiedzieli, że gdy siedzę zamknięta w pokoju, to cały czas coś piszę, ale zawsze mówili: „Idź na studia prawnicze, zdobądź porządny zawód, a potem możesz spróbować pisania”. Czułam presję z ich strony, ale też ze strony kolegów. Wszyscy wokół mnie planowali, że zostaną inżynierami, lekarzami albo prawnikami. Sama zaczęłam się więc zastanawiać, czy nie powinnam pomyśleć o czymś dającym większe poczucie bezpieczeństwa niż zawód pisarza, o czymś bardziej prestiżowym i budzącym szacunek. Stresowałam się, widząc, że wszyscy wokół mają pomysły na rewolucyjne aplikacje, a ja siedzę w pokoju w akademiku i piszę powieść, której nikt nigdy nie przeczyta. Ale z drugiej strony na Stanford mają świetny program dla pisarzy. Poznałam ludzi, którzy stali się moimi mentorami. Dotąd myślałam, że prawdziwy pisarz to pisarz nieżyjący. (śmiech) A teraz spotkałam młodych autorów, którzy mieli już znaczący dorobek, mogłam z nimi rozmawiać, zadawać pytania, uczyć się od nich. I zawsze myślałam o tych ludziach jako o bardzo odważnych. Mnie to też dodało odwagi, dzięki nim skończyłam powieść „Matki”.

Jak przyjęli twój debiut rodzice?

Najpierw bali się, że jako pisarka umrę z głodu. Ale gdy zobaczyli, że odniosłam sukces, byli bardzo szczęśliwi. Przestali się o mnie martwić i teraz są podekscytowani wszystkim, co robię.

Sama zaczęłaś uczyć pisania. Jakie rady dajesz młodym ludziom w Nowym Jorku?

Moja rada numer jeden – dużo czytać. Nawet gdy nienawidzisz jakiejś książki, możesz się z niej czegoś nauczyć. A rada numer dwa – trzeba mieć do siebie dużo cierpliwości. Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ale wszystko, co piszemy, jest bardzo długo złe, zanim zacznie być dobre. Więc uczę moich studentów, jak radzić sobie, kiedy czują, że to, co stworzyli, nie spełnia ich oczekiwań i zniechęca do dalszego rozwoju. Gdy chce się być pisarzem, przede wszystkim trzeba wygrać bitwę z samym sobą. 

Dla bohaterek twojej powieści, Stelli i Desiree, biała skóra oznacza wolność. Dla ciebie wolność to…?

Naprawdę trudne pytanie. Dla Stelli i Desiree wolność polega na tym, że mają do wyboru różne możliwości, różne drogi. Obie próbują podjąć najlepsze decyzje, jakie mogą. Stella potrzebuje pieniędzy, nie ma z czego opłacić czynszu za mieszkanie, więc decyduje się przyjąć pracę, którą dostała tylko dlatego, że uznano ją za białą. Desiree dokonuje całej serii wyborów. Jeśli jesteś wolna, możesz wybierać, bo różne możliwości są dla ciebie dostępne. 

Dla mnie osobiście wolność oznacza wykonywanie takiej pracy, jaką chcę. W Stanach większość ludzi nie może sobie na to pozwolić. Muszą wykonywać pracę, której nienawidzą, choćby dlatego, by mieć dostęp do opieki medycznej. Ja mam to szczęście, że nie muszę pisać o czymś, co mnie nie interesuje, bo inaczej nie będę miała pieniędzy na czynsz za mieszkanie czy dostępu do leczenia.

Wedle statystyk wśród wydawanych w Stanach autorów czarni stanowią tylko pięć procent. Czułaś się kiedykolwiek dyskryminowana jako pisarka?

Chyba miałam dużo szczęścia. Mam wydawcę, który od początku mnie wspierał. Nigdy nie czułam, że we mnie wątpi, nie chce we mnie zainwestować, dać mi szansy. Ale nie zawsze tak to wygląda. Cały wydawniczy „rurociąg” w Stanach jest obsługiwany przez białych. Ja miałam do tej pory same dobre doświadczenia, ale mój agent jest biały, mój menedżer jest biały, mój wydawca jest biały. Wszyscy pracujący w pionie wydawniczym są biali, a potem spotykasz się z działem sprzedaży i... oni też są biali. (śmiech) 

Dysproporcja jest ogromna, trudno tu mówić o jakiejkolwiek różnorodności. Myślę, że nawet gdy ludzie mają najlepsze intencje, są chwile, kiedy pojawiają się wątpliwości. W Stanach nadal jest tak, że wydawcy nie inwestują pieniędzy w karierę czarnego autora, ponieważ nie wierzą, by czarny autor się sprzedawał. Teraz więcej się o tym mówi, co daje nadzieję na zmiany systemowe. Ogólnie miałam dobre doświadczenia, ale to nie powinno być wyjątkiem, tylko standardem.

Czujesz się głosem swojej generacji?

Myślę, że to ekscytujące być teraz pisarzem. Jest wielu młodych czarnych autorów, którzy mają dużo do powiedzenia. Czuję się bardzo szczęśliwa, należąc do tej grupy.

W wieku 30 lat jesteś porównywana do Toni Morrison i Jamesa Baldwina. To musi być ogromna presja. Co dalej? 

Pracuję nad trzecią powieścią, będzie zupełnie inna. To książka o muzyce, o dwóch piosenkarzach, więc praca nad nią jest naprawdę przyjemna. Nigdy nie wiedziałem zbyt wiele o muzyce, nie mam talentu muzycznego, ale muzykę kocham. Więc gdy teraz dużo jej słucham, czytam o różnych piosenkarzach i artystach, świetnie się bawię.

Stella z twojej powieści wybiera życie białej i porzuca swoją rodzinę, odcina się od korzeni. Potrafisz zrozumieć taką decyzję? 

Stella jest dla mnie niezwykle interesującą postacią. Ktoś mnie kiedyś zapytał: „Czy myślisz, że gdyby mogła jeszcze raz decydować, dokonałaby tego samego wyboru?”. Myślę, że tak. Nie sądzę, żeby go żałowała, choć kocha swoją rodzinę i bardzo za nią tęskni. Mówi sobie jednak: „To moje jedyne życie, dlaczego nie mogę żyć tak, jak chcę?”. Rozumiem taką postawę.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Książki o rasizmie
Mat. prasowe

10 książek na temat rasizmu, które trzeba przeczytać

Zabójstwo 46-letniego czarnoskórego George'a Floyda przez policjanta z Mineapolis udowodniło, że rasizm wciąż ma się dobrze. Protestuje już cały świat. Wygrajmy wspólnie z rasizmem - wiedzą, uważnością, empatią!
Magdalena Żakowska
03.06.2020

Książek zmarłej w zeszłym roku Toni Morrison, amerykańskiej pisarki, feministki, eseistki polecać nikomu nie trzeba. Jej „Najbardziej niebieskie oko” i „Umiłowana” należą dziś do kanonu literatury XX wieku. W uzasadnieniu decyzji o przyznaniu Toni Morrison Nagrody Nobla Akademia Szwedzka napisała: „W powieściach charakteryzujących się siłą wizji literackiej i poetyckich wartości Morrison przedstawia najważniejsze problemy amerykańskiej rzeczywistości”. Problemy jej czarnoskórych mieszkańców. Ale książek, które pozwolą nam lepiej zrozumieć to, co dzieje się dziś w Ameryce i dadzą nam narzędzia do tego, abyśmy potrafili o tym mądrze rozmawiać, jest znacznie więcej. Oto 10 książek, które wszyscy powinniśmy dziś znać: 1. Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę Hampton Sides (Czarne, 2017)  „W kwietniu 1968 roku James Earl Ray przyjechał do Memphis. Wynajął obskurny pokój ze świetnym widokiem na motel Lorraine, kupił karabin snajperski i wziął na cel historię. Po oddaniu śmiertelnego strzału do Martina Luthera Kinga porzucił broń, wsiadł do białego mustanga i spokojnie odjechał. Policja, która już parę minut po zabójstwie pojawiła się na miejscu zdarzenia, minęła się z nim o kilka chwil. Śledztwo wkrótce przejęło FBI, rozpoczynając największy pościg w historii Ameryki, w którym udział wzięło ponad trzy i pół tysiąca agentów, który kosztował prawie dwa miliony dolarów i który zakończył się daleko poza granicami USA”.  Hampton Sides stworzył pasjonujący thriller non-fiction, konstruując równoległe portrety dwóch bardzo różnych mężczyzn, ofiary i zabójcy: charyzmatycznego...

Czytaj dalej
Magda Stachula / Fot. Szara Reneta

Magda Stachula zdradza, czego naprawdę boi się autorka thrillerów

„Miałam taką sytuację, że podczas live'u z czytelnikami ktoś mnie zapytał, czy nie boję się psychofanów. Zażartowałam, że nie, nie jestem gwiazdą rocka ani znaną aktorką. A następnego dnia wychodzę rano z bloku…”
Anna Zaleska
22.06.2020

Od Magdy Stachuli i jej powieści „Idealna” z 2016 roku zaczęło się polskie domestic noir. Thrillery i kryminały pisane w tym nurcie, zwykle przez kobiety, pokazują, że zło często czai się w naszym najbliższym otoczeniu, w małżeństwie czy w rodzinie. Ofiarami są kobiety, uwikłane w historie, z których nie są w stanie się wydobyć. Mroczna prawda skrywa się za pozorami normalnego życia, wydawałoby się – patrząc z boku – godnego pozazdroszczenia. Tak też jest w powieści Magdy Stachuli „Oszukana” (Wydawnictwo Edipresse Książki). Jej bohaterka Lena ukrywa swoją prawdziwą tożsamość, uznając, że to dla niej jedyny ratunek. Ale zarazem pułapka. Zastaję panią na Polesiu, nad Jeziorem Białym. W powieści „Oszukana” to właśnie tutaj znaleziono ludzkie zwłoki. Tak, tu w pobliżu. W „Oszukanej” po raz pierwszy przeniosłam akcję z dużego miasta do lasu i na wieś. W moich poprzednich thrillerach zagrożenie czaiło się w wielkomiejskim tłumie, wynikało z anonimowości. Ktoś kogoś podglądał, ktoś krążył w pobliżu, ludzi było dużo, trudno było wychwycić, kto może stanowić zagrożenie. Pisząc „Oszukaną” zastanawiałam się, czy znajdę ten strach w naturze. I znalazła go pani. Całkiem sporo, muszę przyznać. Pewnej nocy wyszłam do ogrodu tuż przy lesie i go poczułam. W mieście nigdy nie ma tak nieprzeniknionej ciemności. Tak tajemniczych odgłosów. Hałasy dochodzące z lasu budzą grozę – czy to dzikie zwierzę, które przechadza się za płotem, czy ktoś tam się czai, obserwuje nas z ukrycia? Poczułam taki pierwotny strach, bliższy temu, który towarzyszył naszym przodkom. W mieście dużo może się wydarzyć w naszej głowie, słyszymy jakieś wewnętrzne podszepty, natomiast w lesie naprawdę się dzieje. Las działa na wyobraźnię. „Idealna”...

Czytaj dalej
Zadie Smith
East News

Zadie Smith: „Wolę być średnią pisarką niż Virginią Woolf.”

„Odmierzam czas w opublikowanych książkach. Może skończę jeszcze 12, zanim umrę?”
Sylwia Niemczyk
04.01.2019

Jedna z najważniejszych pisarek XXI wieku - Zadie Smith, autorka wielokrotnie nagradzanych "Białych zębów". Mówią o niej, że jest głosem pokolenia, ale ona twierdzi, że nie chce poświęcać pisaniu całego życia. „Wolę być szczęśliwa niż najlepsza” – mówi.   Podstawę adresu Smith zna każdy fan – z tytułu jej powieści – „Londyn. NW”, średnio zamożna północno-zachodnia część miasta. Kiedy docieram na miejsce, nie zaskakują też szczegóły – opisywała i tutejsze mało wytworne kawiarnie, i szeregi bliźniaczych domów, i dzieciaki o różnych kolorach skóry przesiadujące na murkach i ławkach.     Na powitanie wybiega do mnie Maud, mops, dziewięcioletnia suczka Zadie, jej jedyna towarzyszka podczas codziennych świętych godzin ciszy i pracy. Nie ma wtedy w domu męża Zadie, irlandzkiego pisarza i poety Nicka Lairda, ani dwójki ich dzieci – czteroletniej Kit i dwuletniego Harveya.   Smith przygotowuje herbatę z mlekiem i zaprasza do swojej pracowni. W tym pokoju pełnym książek, z oknem wychodzącym na jeden z kilkuset podobnych w okolicy ogródek, mówi: – Wychowałam się nieopodal, mama mieszka za rogiem. Wczoraj miałam lekcję jazdy samochodem i kiedy jeżdżę tutejszymi uliczkami, zdaję sobie sprawę, że znam mniej więcej każdego, kogo widzę przez okno albo w lusterkach. To jak mieszkanie na wsi w XIX w. Wszyscy wiedzą, kim jesteś.   Tylko że pani jest dzisiaj kimś zupełnie innym niż dziewczyna, którą mogą pamiętać z podwórka – ambitna córka imigrantki z Jamajki. Z mojego punktu widzenia – myślę też, że z punktu widzenia moich sąsiadów – nie zmieniło się to, co najważniejsze w mojej osobowości. Przede wszystkim jestem molem...

Czytaj dalej
Jennifer Croft z Olgą Tokarczuk, Uroda Życia
east news

Jennifer Croft, tłumaczka Olgi Tokarczuk, szczerze o książkach noblistki

„Pierwszy raz spotkałyśmy się 10 lat temu w Krakowie, na piwie”.
Sylwia Niemczyk
21.10.2019

Kim ona jest? – zastanawiali się wszyscy, kiedy z Olgą Tokarczuk odbierała literacką nagrodę Bookera, jedną z najważniejszych na świecie. Jennifer Croft przyciągała uwagę nie mniej niż pisarka – w końcu tłumacząc „Biegunów”, stworzyła ich międzynarodowy sukces. „Chodziło mi o to, żeby czytelnicy poznali charakter Olgi, jej otwartość, ciekawość ludzi, empatię” – mówi Marcie Strzeleckiej w „Urodzie Życia”. Marta Strzelecka „Uroda Życia”: Język polski pojawił się w pani życiu przez przypadek? Jennifer Croft:  Zaczęłam uczyć się polskiego na studiach lingwistycznych, rzeczywiście nie planując tego wcześniej. Chodziłam na lekcje rosyjskiego i ktoś podpowiedział mi, żebym zajęła się jeszcze jednym językiem słowiańskim, wybrałam więc polski. Niczego wtedy nie wiedziałam o Polsce, co tylko podsyciło mój zapał. Miałam świetną nauczycielkę. A kiedy zaczęłam czytać w tym języku, z pasją poznawałam wiersze Szymborskiej, teksty Krall, książki Olgi Tokarczuk.  Co zachwyciło panią tak bardzo, że postanowiła tłumaczyć z polskiego? Emocje, które odnajdowałam w tym języku, sposób opisywania rzeczywistości – bardzo mi bliski, ale jednocześnie świeży. Miał w sobie humor, ironię, ciekawość świata. Trzy pierwsze autorki, które poznawałam po polsku, są przecież bardzo różne, a jednak odczytałam z ich tekstów wspólny ton, jakiś rodzaj zachwytu nad światem, czułość, wymieszaną z błyskotliwym humorem, czasem ironią. Ale tak naprawdę jeden wiersz sprawił, że zostałam tłumaczką – „Urodziny” Wisławy Szymborskiej. Poznałam go najpierw w amerykańskim przekładzie, potem przeczytałam tekst o tym, jak powstawała angielskojęzyczna wersja, i uznałam, że to rodzaj magii, żeby w dwóch językach tak...

Czytaj dalej