Borys Szyc o „Królu”, Radziwiłku i facetach, którzy pogubili się w życiu [WYWIAD]
Zuza Krajewska/Warsaw Creatives z sesji dla „Vivy!”

Borys Szyc o „Królu”, Radziwiłku i facetach, którzy pogubili się w życiu [WYWIAD]

Borys Szyc to jeden z najlepszych i najbardziej znanych polskich aktorów, jednak tak samo jak jego role, podziw budzi jego determinacja w walce z alkoholizmem. Od lat wspiera go w niej jego żona Justyna Nagłowska. Od 6 listopada możemy zobaczyć go w kolejnej roli, psychopaty Radziwiłka w serialu „Król” na podstawie powieści Szczepana Twardocha.
Anna Zaleska
06.11.2020

Do czterdziestki w męskiej głowie wieje wiatr, który nie pozwala się skupić. Dopiero potem przychodzi moment, gdy można zebrać do kupy wszystkie potknięcia i wypadki, by wyciągnąć z nich wnioski”, mówi Borys Szyc, trzeźwy alkoholik, aktor, ojciec i mąż. 

Anna Zaleska: To musi być duża przyjemność zagrać w ekranizacji tak barwnej powieści jak „Król”. Choćby i psychopatę.

Borysz Szyc: Czekałem na ten serial długo i z ekscytacją. Właściwie od momentu, gdy zacząłem czytać powieść Szczepana Twardocha. Ona jest tak filmowa, że w głowie od razu pojawiały mi się kadry. A kiedy ogłoszono, że będzie ekranizowana, dodatkowo ucieszyłem się, słysząc, że serial wyreżyseruje Janek Matuszyński, a wyprodukuje Aurum Film, czyli ekipa, która robiła „Ostatnią rodzinę”. Do tego Szczepan zgodził się wziąć udział w pracach nad scenariuszem. 

Jeśli serial będą oglądać fani książki, dla nich to też będzie gratka, bo trochę różni się od książki. Pojawiają się nowe smaczki, nowe postaci. Do granego przeze mnie Radziwiłka też sporo zostało dopisane.

Radziwiłek to sadysta, psychopata i zdrajca. Podobno w każdej postaci można znaleźć coś pozytywnego, ale w nim naprawdę niełatwo.

To taka trudna do określenia kanalia, bo składa się z kilku osób naraz. Począwszy od tego, jakim językiem się posługuje. Składnia jakby niemiecka, mnóstwo rusycyzmów, do tego sporo żydłaczenia. Radziwiłek miksuje wszystko, czego w życiu liznął, miesza style i powstaje z tego wybuchowa mieszanka. Poza tym ma – by powiedzieć elegancko – problemy z moralnością. W zasadzie moralności nie posiada. Maja Komorowska kiedyś powiedziała nam na zajęciach, że gdybyśmy patrzyli z daleka na człowieka cierpiącego, jak się potyka, robi dziwną figurę i upada, a patrzylibyśmy, nie wiedząc, że coś go boli, to właściwie ten widok byłby śmieszny. My mu współczujemy, bo wiemy o jego cierpieniu.

Radziwiłek nie wie, że kogoś coś boli. Nie bierze tego pod uwagę. To, co przynosi ludziom cierpienie, on traktuje jak rozrywkę i nie rozumie, dlaczego innych to nie bawi. Jakby brakowało mu tej części w mózgu, która odpowiada za empatię. Ale to nie znaczy, że nie ma ludzkich uczuć. Jakieś tam ma. Są rzeczy, które lubi. Lubi siebie. Lubi się dobrze ubrać, dobrze zjeść. Lubi życie, tylko traktuje je w szczególny sposób. Do celu idzie po trupach. To się staje bardziej zrozumiałe, gdy pokazujemy jego losy. Przygarnięty w dzieciństwie przez Kuma Kaplicę całe życie spędza w jego cieniu, ciągle będąc numerem dwa.

A to jest świat, w którym wszyscy chcą mieć władzę, każdy chce być królem.

Dokładnie. Cały czas toczy się walka o tron. Ambicja, tłamszona przez lata, kiśnie w Radziwiłku i zaczyna być jego głównym motorem napędowym. Nienawiść, zazdrość i zawiść zżerają go od środka, ostatecznie doprowadzając do upadku. To jest i dzisiaj bardzo aktualne. W naszym świecie jest parę takich postaci, które do tego stopnia toczy od środka zawiść, że staje się ich głównym życiowym napędem.

W „Królu” w ogóle jest mnóstwo odniesień od współczesności. Czytając w książce Twardocha o gettach ławkowych, trudno nie mieć skojarzenia z tak zwanymi strefami wolnymi od LGBT.

Kilka lat temu, czytając tę książkę, myślałem sobie: to niesamowite, że świat tak wyglądał, narodowcy dysponowali tak wielką siłą fizyczną, mieli swoje bojówki. A teraz coraz mniej się dziwię, bo to się staje częścią współczesnego świata. Coś ohydnego jest w człowieku, że zawsze chce się czuć lepszy od innych. Latami tłumione kompleksy nagle muszą znaleźć ujście i trzeba znaleźć sobie kozła ofiarnego, by wyładować na nim własne niepowodzenia.

Siłą napędową staje się też „męskość” utożsamiana tu z siłą, władzą i pieniędzmi. A dla pana męskość co oznacza?

Rzeczywiście wtedy siła fizyczna była wyznacznikiem męskości. Ale czy naprawdę nim jest? Moim zdaniem wyznacznikiem męskości jest raczej mądrość i opanowanie emocji, a nie dawanie im upustu. Sam coś o tym wiem, bo przez lata cierpiałem na chorobę emocji, czyli alkoholizm. Dopiero gdy się z tym zmierzyłem w czasie terapii, zobaczyłem, jak mylnie pojmujemy to, czym jest męskość, czym jest ta złość w nas. „Król” pokazuje destrukcyjną część męskości, gdzie faceci dają się ponieść swojemu przerośniętemu ego. I obnoszą je jak jakieś klejnoty na dłoni, chwaląc się, kto ma większe. To prowadzi do kołowrotu przemocy. Musi się wydarzyć coś rzeczywiście strasznego, żeby człowiek się nagle opamiętał i zaczął szukać głębszych wartości, spokoju, harmonii. W „Królu” jest parę kobiet, które próbują – tak jak to jest najczęściej w życiu – zawrócić facetów na dobrą drogę. Pokazać im, że jest coś bardziej wartościowego niż zaciśnięta pięść. To coś nazywa się miłość.

Borys Szyc
Łukasz Bąk/materiały prasowe

Na zdjęciu Borysz Szyc jako Radziwiłek. Serial „Król”, dostępny w Canal+ od 6 listopada 2020, to pasjonujący portret przedwojennej Warszawy.

Mądrość jest istotą męskości, a miłość kobiecości?

Myślę, że w ogóle ludzkości. Tylko facetom często umysł zalewa roztwór z ich ego. Ambicja i ciągła potrzeba rywalizacji. Nie ukrywajmy zresztą, że nieraz jest to rywalizacja o kobiety, o czym też opowiada „Król”. O tym, co można dla kobiet i przez kobiety w życiu zrobić. Myślę, że mężczyźni robią większość rzeczy dla kobiet. Przynajmniej w moim życiu tak było.

Co pan zrobił w swoim życiu dla kobiety?

Od dziecka właściwie wszystko robiłem przez kobiety i dla kobiet. Żeby się im przypodobać. Najpierw mamie, dla niej chciałem być odpowiedzialny, opiekować się nią. Później każdej dziewczynie, w której byłem zakochany. Od podstawówki. A właściwie od przedszkola, bo najpierw kochałem się w mojej przedszkolance, pani Krysi.

Taki pan był kochliwy?

Bardzo! W dodatku biłem się o kobiety. Niemal wylatywałem za to ze szkoły. Świetnie się uczyłem, ale często groziło mi naganne zachowanie, ponieważ non stop się tłukłem z kolegami. Zawsze chodziło o jakąś dziewczynę, w której obaj się kochaliśmy. Albo o to, że ktoś ją w moim mniemaniu obraził. A będąc już dorosłym człowiekiem i od roku szczęśliwym mężem, zmieniłem całe moje życie – przede wszystkim dla siebie, ale też przez kobietę i dla kobiety. Bo znalazłem cudowną osobę, która była przy mnie blisko i przetrwała ze mną niezwykle trudny czas, kiedy zmagałem się z chorobą alkoholową. Dla niej zapragnąłem już być męski i odpowiedzialny.

Słuchałam podcastu pana żony, Justyny Szyc-Nagłowskiej, odcinka „Tacierzyństwo” z pana udziałem. Radzi pan kobietom, że jeśli chcą mieć odpowiedzialnych facetów, to na ojców powinny wybierać mężczyzn bliżej czterdziestki.

Tak myślę. (śmiech) Nie chcę kopać dołków pod wszystkimi dwudziestoparo- czy trzydziestolatkami, ale wcześniej – przynajmniej ze mną tak było – w męskiej głowie wieje wiatr, który nie pozwala się skupić, rozprasza w różnych kierunkach. Dopiero ta magiczna granica 40 lat to moment, gdy można zebrać do kupy wszystkie niepowodzenia, potknięcia i wypadki, by wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. Przychodzi po prostu chęć, żeby wieść inny żywot.

Dużo się mówi ostatnio o kryzysie męskości. Mężczyźni też go widzą czy tylko kobiety?

Może prawdziwych facetów zawsze było niewielu? (śmiech) Skoro Danuta Rinn już tyle lat temu śpiewała „Gdzie teee chłopy?”... Kobiety przez wieki żyły w cieniu mężczyzn. Teraz, gdy wzięły sprawy w swoje ręce, po prostu przyćmiły facetów. A oni się pogubili i trochę nie wiedzą, co robić. Myślę, że kryzys męskości polega na długim dojrzewaniu, jak sery pleśniowe. To pewnie wkurza kobiety, które wcześniej dojrzewają i stają się odpowiedzialne. Z drugiej strony kobiety kochają łobuzów…

Słodkich drani…

A później cierpią. Bo oni są nadal draniami, ale…

…proporcje się zmieniają? Coraz mniej słodki, coraz bardziej drań?

No właśnie! Z czasem traci się wdzięk i niektóre rzeczy, które przystawały młodemu chłopakowi, u czterdziesto- czy pięćdziesięcioletniego faceta nie mają już uroku. Coraz trudniej je usprawiedliwić. W naturalny sposób powinno się przechodzić w inny tryb.

W podcaście mówił pan też, że mężczyźni nie mają takiej jak kobiety „wytrzymałości na uporczywy długotrwały dźwięk”. Zwany płaczem, jak się domyślam. Czy ta wytrzymałość się pojawiła? Pana synek ma już pięć miesięcy.

Henio jest niesamowitym dzieckiem, cały czas uśmiechniętym. Prawie nie płacze, ma niesłychany wdzięk, to taki malutki słodki drań. (śmiech) Troszeńkę rozrabia, coś tam piszczy, coś tam gaworzy, ale swoim urokiem nas rozbraja. Oczywiście Justyna jest zmęczona, fizycznie i psychicznie, bo karmi piersią i w najbliższej perspektywie nie widzi nocy, którą w całości mogłaby przespać. Jest w tym jakaś mądrość natury, by kobiety wytrzymywały ten niezwykły wysiłek. Bo to naprawdę niezwykły wysiłek. Jeśli ktoś mówi, że „żona siedzi w domu z dzieckiem”, to chyba nie miał nigdy nic wspólnego z dziećmi. 

Pewnie sporo myśli pan o tym, na jakiego mężczyznę chciałby wychować syna?

Oczywiście, że o tym myślę. Chciałbym go uchronić przed błędami, które ja popełniłem. Ale mam świadomość, że moja mama pewnie też chciała mnie chronić, a we mnie było tak silne pragnienie spróbowania wszystkiego, że przez to różnie się moje życie toczyło. Na szczęście przeżyłem, co jest naprawdę niezłym osiągnięciem. 

Na pewno chciałbym, by Henio miał poczucie, że jest kochany przez rodziców i że zawsze będzie miał nasze wsparcie. Nie takie natarczywe, chodzi raczej o świadomość, że ktoś akceptuje cię i wspiera, nawet jeśli dokonujesz wyborów, z którymi nie do końca się zgadza. Na tym chyba polega miłość bezwarunkowa. 

Z drugiej strony mówi się, że mama daje miłość bezwarunkową, a tata warunkową. I to pokazuje dziecku dwie strony świata. Jedna część kocha cię tak po prostu, a druga uświadamia, że musisz coś jednak robić, by być kochanym.

A oprócz miłości co jest ważne?

Oprócz miłości, oprócz bliskich osób, które są obok ciebie, najważniejsza jest pasja. Mnie aktorstwo daje tyle radości, że nie nazywam tego pracą. Robię coś, co lubię, z tego żyję, i to jest wielkie szczęście. Pasja uratowała mnie też od zatracenia. Gdy poczułem, że zaczynam tracić zawód, który kocham, zawróciłem z tej drogi. 

Z okazji urodzin na Instagramie napisał pan: „Jestem tu i teraz i jest mi dobrze. Jestem wdzięczny za całą miłość, która mnie otacza”. To najlepszy czas w życiu?

Tak, właściwie tak. Czuję się świetnie, mam wspaniałą małżonkę i pięknego synka, a moja starsza córka wyrosła na cudowną dziewczynę. Oczywiście to nie jest idylla. Miewamy problemy. Ja cały czas toczę swoją walkę, cały czas będę w terapii, muszę uważać. Ale często patrzymy sobie z Justyną w oczy i mówimy: „Jakie my mamy superżycie!”.



 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Magdalena Umer
Jacek Poremba

Magda Umer o Zuzannie Łapickiej: „Od lat choruję na depresję. Zuzia pomagała mi żyć”

Magda Umer opowiada o swoich najważniejszych związkach w życiu: przyjaźni z Zuzią Łapicką i Agnieszką Osiecką, a także miłości do męża.
Magdalena Żakowska
01.11.2020

Dziś, jak myślę o tych wszystkich moich miłościach, zastanawiam się, co w tym było prawdziwym uczuciem. Leciałam za czymś na oślep, życie mi się sypało, a może to była tylko chemia?”, mówi piosenkarka Magda Umer i wspomina swoje ważne związki, nie tylko z mężczyznami. Magdalena Żakowska: Sushi? Magda Umer: Wybrałam to miejsce spotkania nieprzypadkowo. Po raz pierwszy byłam tu z Zuzią Łapicką, którą też dobrze znałaś. Zuzia niedawno umarła, a my jesteśmy na jej osiedlu, sto metrów od jej domu… Byłyście najlepszymi przyjaciółkami, możemy o tym rozmawiać? To trudne. Potrafię o nas tylko coraz ciszej milczeć. Każde słowa wydają mi się banalne i nie oddają tego, co się czuje po stracie kogoś aż tak bliskiego. Trudno nazwać to, co nas łączyło. Poznałyście się w latach 70. W 1977 roku. Oczekiwałam narodzin Mateusza, który jest jej synem chrzestnym, a dziś ma 41 lat. Ale wcześniej poznałam jej przyszłego męża Daniela. Występowałam z nim w różnych programach telewizyjnych Krysi i Michała Bogusławskich, a potem graliśmy razem w „Weselu” Hanuszkiewicza [1974 – red.]. Ale co śmieszniejsze, byłam też wcześniej koleżanką jej taty, Andrzeja Łapickiego, bo w „Weselu” grał Pana Młodego, co było dla mnie szokiem, wydawał mi się wówczas potwornie stary... a miał prawie 50 lat. A pani miała 25 lat. Nie uległa pani urokowi Łapickiego?! Chyba każda kobieta ulegała jego urokowi. Andrzej rzeczywiście był fantastycznym „menem”, potrafił zauważyć i docenić kobietę, szczególnie młodą. Typ przedwojennego, zabójczo przystojnego inteligenta. Lubiłam z nim rozmawiać, ale interesowali mnie inni mężczyźni. Olbrychski był do Łapickiego podobny? Nie. Daniel to kompletnie inny typ. Mimo że od czasu roli Kmicica...

Czytaj dalej
Justyna Nagłowska o macierzyństwie
Rafał Masłow dla „Wysokich Obcasów”

Justyna Nagłowska szczerze o macierzyństwie: „Po porodzie znikamy, wszyscy pytają tylko o dzidziusia”

„Długo żyłam z przekonaniem, że jak pojawia się dziecko, to związek się sypie. Rozwiodłam się z pierwszym mężem, kiedy młodsza córka miała dwa i pół roku. Ale koszty są duże, jeżeli nie dzielisz się tym, co czujesz. Zaraz po tej rozmowie mam randkę z mężem”, mówi Justyna Nagłowska, dziennikarka, autorka podcastu „Matka też człowiek”, żona Borysa Szyca.
Magdalena Żakowska
11.09.2020

Justyna Nagłowska i Borys Szyc pobrali się w grudniu zeszłego roku na Balearach. Justyna ma trójkę dzieci: 12-letnią Franię i 10-letnią Stefkę z pierwszego małżeństwa i 4-miesięcznego synka Henryka z Borysem Szycem. Magdalena Żakowska: Macie z Borysem trójkę dzieci, wszystkie w zasadzie odchowane. Szansa na drugą młodość. Po co kolejne dziecko? Justyna Nagłowska: Z miłości. Znalazłam mężczyznę mojego życia i chciałam doświadczyć macierzyństwa razem z nim. Dałam mu upragnionego syna. Wspólnie zaczynamy od nowa – bóle pleców, bo non stop nosimy Henia, a zaraz zacznie się chodzenie z nim za rączkę, czyli w zgięciu wpół. Potem bieganie za rowerkiem, te wszystkie przedszkolne przedstawienia i dziesiątki godzin zabaw, kiedy trzeba być tu i teraz. Będzie wspaniale, będzie ciężko, ale będziemy w tym razem. Henio scalił naszą rodzinę. Jesteśmy za niego ogromnie wdzięczni. I ciągle jeszcze nie możemy się na niego napatrzeć. Wiem, że każda matka chwali swoje dziecko, ale on jest naprawdę wyjątkowy. Od urodzenia jest chłopczykiem, nie miał w sobie nic z niemowlaka – takie mądre spojrzenie, dojrzałe rysy. Wykapany tata.  Urodził się w pandemii. To był duży stres. Lubię mieć wszystko precyzyjnie zaplanowane, a do końca nie wiedziałam nawet, czy będziemy mieli szansę na rodzinny poród. I świat się zmienił – jestem ciekawa, jak to wpłynie na Henia i jego pokolenie.  Który z mitów dotyczących macierzyństwa uważasz za najbardziej szkodliwy? Właśnie nagrywam podcast o tym, jak śpią dzieci. Bardzo szkodliwe wydaje mi się powiedzenie „Śpi jak niemowlę”. To powiedzenie koło niemowlęcia nigdy nie leżało. Nie widziało go nawet na zdjęciu. I kiedy zostajesz po raz pierwszy matką, a twoje dziecko budzi się w nocy co dwie godziny, co jest – umówmy...

Czytaj dalej
dorociński
Szymon Szcześniak/laf

Marcin Dorociński: „Największym drapieżnikiem na świecie jest człowiek”

Dla Marcina Dorocińskiego pomoc zwierzakom to niemal codzienność. Angażuje się w nią bezinteresownie i z przekonaniem. Wspaniale, że są ludzie, którzy dają taki przykład!
Anna Bimer
21.05.2020

Znanemu aktorowi Marcinowi Dorocińskiemu prawa zwierząt są bliskie od lat. Angażuje się w wiele akcji, m.in. w ubiegłoroczną, głośną sprawę protestu przeciw podwyżce VAT-u na leki weterynaryjne dla zwierząt. Anna Bimer: Zbigniew Boniek napisał w internecie: „Jest Pan wielki. To wielki wyczyn bezinteresownie walczyć o prawa zwierząt”. Wyrasta pan na Owsiaka od braci mniejszych. Marcin Dorociński: Nie, nie. Jurek jest tylko jeden. Nawet nie śmiem się równać, nie spędzam życia w fundacji, pozostaję czynnym aktorem. Ale robię, co mogę. Staram się mieć oczy i uszy otwarte na krzywdę i reagować. Używam swoich mediów społecznościowych do edukacji ludzi w zakresie ochrony przyrody i praw zwierząt. Ale to nie ja wykonuję największą, najbardziej mozolną pracę. Biorą ją na siebie moi idole, czyli wolontariusze w schroniskach. Nie jestem też ani weterynarzem, ani leśniczym czy klimatologiem. Czerpię wiedzę od mądrzejszych ode mnie, od specjalistów. Potem ją tylko przekazuję dalej – czy to na Instagramie, czy na Facebooku – w takiej formie, żeby inni się zreflektowali. Zreflektowało się bardzo wielu, jeśli chodzi o obronę zwierząt. Przykładem był np. wielki społeczny gniew na oprawcę psa Fijo. To przełom, nie wiem tylko, czy dotyczy również mniejszych ośrodków i wsi. Tam też zmienia się grunt, poza tym unikałbym generalizowania. Wszędzie są ludzie i dobrzy, i źli, bez względu na to, skąd pochodzą. Przekonaliśmy się o tym ostatnio, kiedy moja żona zainterweniowała w sprawie miejscowego psa u przyjaciół na wsi, gdzie często bywamy. Pies był uwiązany przy budzie na łańcuchu. Monika podjęła temat spokojnie, bez pretensji i napiętnowania. Padły jedynie rzeczowe argumenty. A kiedy przyjechaliśmy następnym razem, pies już biegał całkiem wolno. Widzę, że coraz częściej gospodarze i właściciele...

Czytaj dalej
szyc
Fot. Robert Baka

Borys Szyc: „Uczę córkę, że w życiu nie ma nic za darmo”

„Kiedy urodziła się Sonia, byłem niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. Taki rolling stone. Zmieniłem się” – mówi Borys Szyc.
Bartosz Janiszewski redakcja „Uroda Życia”
15.07.2020

Borys Szyc rzadko opowiada o sobie, jako o ojcu. Nam udało się go namówić. Był wtedy ojcem Soni i przybranym tatą dla Franciszki i Stefanii – córek swojej, wówczas jeszcze partnerki, a dzisiaj już żony Justyny Nagłowskiej, z która ma trzymiesięcznego synka Henia. Borys Szyc zwierza się w tej rozmowie, jak  bardzo czuł się nieprzygotowany do roli ojca. Ale zarazem mówi dużo ciekawych i mądrych rzeczy o wychowaniu Soni. O tym jak ważne jest wspólne spędzanie  czasu i wspólne pasje. O tym, że mama kocha bezwarunkowo, a tata musi nauczyć dziecko, że świat trzeba zdobywać. Podkreśla, że zależało mu, żeby Sonia czytała  i opowiada,  jak w niej rozbudzał tę ciekawość.  Może, gdy jego synek trochę podrośnie, będzie można znowu się spotkać i porozmawiać, jak to jest być tatą dwójki dzieci, które dzieli spora różnica wieku. Bartosz Janiszewski: Pamiętasz jeszcze, co czułeś na samym początku, kiedy zostałeś ojcem? Borys Szyc: Chyba byłem przerażony. Miałem 26 lat i byłem na to wszystko kompletnie nieprzygotowany. Znalazłem niedawno zdjęcie z tamtego czasu. [Borys wyciąga telefon i pokazuje zdjęcie z kilkumiesięczną Sonią. Rzeczywiście, sam wygląda na nim jak dzieciak]. Wszystko jest na tym zdjęciu. Gigantyczna ilość miłości do tej małej istoty i zero doświadczenia. Same emocje, żadnej wiedzy. Da się na coś takiego przygotować. Pewnie się nie da. Ale ja byłem wtedy niegotowy do kwadratu. Rozimprezowany i rozlatany. W wielkim uderzeniu, momencie największego rozwoju kariery i popularności. Nie sprzyjało to byciu „fajnym tatą”. Ale od samego początku poczułem z córką ogromną więź. Nagle pojawił się na świecie ktoś dużo ważniejszy ode mnie i przestałem się tak bardzo sobą przejmować. Czułem, że w byciu ojcem spełniam...

Czytaj dalej