Idealna towarzyszka dla chichota i złośliwca – o małżeństwie Barbary i Wojciecha Kilarów
Fot. East News

Idealna towarzyszka dla chichota i złośliwca – o małżeństwie Barbary i Wojciecha Kilarów

Była jego żoną, muzą, terapeutką. „Bez niej to nie jestem ja, lecz jedynie połowa mnie”, mówił Wojciech Kilar o żonie Barbarze Pomianowskiej.
Marta Strzelecka Agnieszka Dajbor
07.01.2021

Był jednym z najwybitniejszych kompozytorów filmowych na świecie. To on napisał muzykę do „Draculi” Coppoli, do „Pianisty” i „Dziewiątych wrót” Polańskiego. Skomponował słynnego Poloneza w „Panu Tadeuszu” Andrzeja Wajdy. To jego muzyka rozbrzmiewa w największych polskich filmach: „Ziemi obiecanej”, „Lalce”, „Przygodach Pana Michała”. Można by wymieniać bez końca. Był wielokrotnie zapraszany do Hollywood, ale świat gwiazd go nie pociągał.

Barbara spędziła u jego boku całe życie, asystowała przy tworzeniu muzyki filmowej, streszczała scenariusze, notowała długość  scen i ujęć, żeby mógł dobrze rozpisać partytury. Przeżyli ze sobą ponad 50 lat w małżeństwie. Wcześniej 12 lat burzliwego narzeczeństwa. Pod koniec życia Wojciech Kilar wyznał: „Dopiero od momentu poznania Basi moje życie nabrało sensu”. 

Zwyczajność, jak mówił Wojciech Kilar, była dla niego i żony atrakcyjna. Ale też nie taka zwyczajna, bo nie prowadzili prostego życia. I przyszła po długim okresie szaleństw i poszukiwań.

Czytaj też: Barbara Krafftówna: pochowała dwóch mężów i jedynego syna, ale nie dała się złamać

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Kompozytor i piękna panna z Tenczynka

Wojtek w czasach liceum, w drugiej połowie lat 40., to młody talent, wschodząca gwiazda, niepokorny i pełen życia chudy chłopak o bujnej fryzurze. Zaczynał już komponować i dostawał za swoje utwory pierwsze nagrody. Basia Pomianowska, cztery lata młodsza, była dziewczyną z dobrej rodziny, łagodną, romantyczną, wyważoną. Pomianowscy mieszkali w Tenczynku niedaleko Krakowa, posiadłości, która tętniła życiem. Bywała w niej nie tylko liczna rodzina, ale też zaprzyjaźnieni naukowcy, artyści, prawnicy.

Ojciec Basi, Józef Roman Pomianowski, przed wojną był współwłaścicielem kancelarii adwokackiej prowadzącej sprawy największych lwowskich instytucji, potem dyrektorem śląskiej Izby Przemysłowo-Handlowej i sędzią Najwyższego Trybunału Administracyjnego. Ojciec Wojtka – lekarzem, mama – mało znaną aktorką teatralną. Kilar czuł, że niewiele łączy go z Pomianowskimi poza Lwowem, z którego pochodzili, i artystami w rodzinie (kuzynem Basi był Bogusław Kobiela). „Moja żona w pewnym sensie popełniła mezalians” – mówił. – „Historia jej rodu miała taki zasięg, że ja, inteligent w drugim pokoleniu, łapałem się za głowę”. Ale w liceum nie myślał o tym.

Początek tej miłości jest co najmniej tak sentymentalny jak ulubiona muzyka filmowa Kilara – z przedwojennej „Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków” Disneya. On sam zazwyczaj mówił o tym wydarzeniu jak o piorunie z „Ojca chrzestnego”. Do porażenia, podobnego do tego, jakiego doznał Michael Corleone na widok sycylijskiej dziewczyny, doszło na korytarzu liceum muzycznego w Katowicach, którego był uczniem. „Pędząc na swoje zajęcia, zobaczył na schodach dawną profesorkę, Władysławę Markiewiczównę. Schodziła na parter w towarzystwie młodej dziewczyny, z którą prowadziła ożywiony dialog. Była ona wysoka, ciemnowłosa i niewiarygodnie zgrabna. Regularne rysy twarzy, łagodne spojrzenie, klasa. Nazywała się Barbara Pomianowska i miała osiemnaście lat” – pisze Maria Wilczek-Krupa w swojej książce o Kilarze. Basia była najładniejszą dziewczyną w szkole, podobała się wszystkim kolegom Wojtka.

Randki budziły w nim strach

Zakochał się, ale regularne randki i zobowiązania budziły w nim strach. Chodzili więc na spacery, do kina, odwiedzał Basię w Tenczynku, gdzie cieszył się nie tylko jej towarzystwem – w kolacjach, przyjęciach, ogniskach w ogrodzie brała udział cała rodzina Pomianowskich. Dawali mu kawałek życia, jakie go fascynowało: intelektualne rozmowy pomieszane z wygłupami przy alkoholu, gwar rodziny, która z humorem sprzecza się albo obgaduje, ale zawsze wspiera. Sam był jedynakiem wychowywanym przez samotną matkę. Chciał być jednym z Pomianowskich, a jednocześnie cieszyć się z życia poza domem.

Już wtedy stało się jasne, że jeśli będą razem, Basia, głęboko wierząca, dobra, spokojna dziewczyna, na lata będzie musiała rozpisać kształtowanie charakteru Wojtka – artysty, gwiazdy festiwali, bon vivanta. Nie sprzeciwiała się jego wyjazdom na koncerty. Nie sugerowała, żeby rezygnował z pracy daleko od domu. Nigdy nie musiał dla niej wybierać.

On studiował w Katowicach i mieszkał u swojego profesora, ona nie chciała zdawać na studia, uczyła w szkole muzycznej, mieszkała z mamą i siostrą. Nie wymagała od Kilara żadnych deklaracji, tylko co jakiś czas przypominała mu, że ma konkurencję. Tradycją ich lat narzeczeństwa stały się awantury, które kończyły się zerwaniem. Powtarzał się potem schemat: poczucie wolności, tęsknota, rozpacz, powrót do siebie. Po jednym z takich rozstań Kilar pisał do przyjaciela, pianisty Adama Harasiewicza: „...dopiero od momentu ostatecznego (tym razem naprawdę) zerwania z B. czuję, że żyję, psiakrew!”.

Czytaj także: Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: „To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń”

Osiem zrazików do wódki

Upłynęły dwa lata od początku związku z Basią i tyle samo od dyplomu w szkole muzycznej, kiedy dostał małe mieszkanie w Katowicach. Ona wciąż mieszkała z mamą, a on korzystał z wolności. „Wódka lała się strumieniami, na komponowanie nie starczało czasu” – pisze Maria Wilczek-Krupa. Niedługo później dostał kilkumiesięczne stypendium w Paryżu, przeciw czemu Barbara nie protestowała. Paryskie nocne lokale stały się jego drugim domem. Pijał z Lenicą i Lebensteinem. Krzysztof Penderecki, który był w Paryżu na stypendium w tym samym czasie, tak wspomina picie Wojtka: „Jego szczęście, że miał słabą głowę, bo nie wiem, jak by się to skończyło”. Mówiono, że Kilar ma w zwyczaju zjadać osiem porcji zrazików do wódki. Podczas wizyt u Pomianowskich w Tenczynku wciąż był królem imprez.

Kilka lat później, kiedy komponował już dużo do filmów, tak pisał do Harasiewicza: „Co u mnie? Ostatnio było dużo pracy, zmonopolizowałem Film Polski (ok. 1/3 produkcji), zatem finanse lepiej, a także nawiązanie licznych stosunków erotycznych – tu rozkwit (!!!). Również samochodowo udzielam się, prawda. Niestety znowu przybytek kilogramów”. W latach najbardziej rozpustnych ważył podobno sto kilogramów.

Po kilkunastu latach od pierwszej randki było jasne, że przyciągają się przeciwieństwa. On uwielbiał szybkie samochody, drogie perfumy, dobrze skrojone marynarki, nocne miejskie życie z niekończącym się piciem. Potrafił być gwałtowny, wybuchowy. Ale był też powściągliwy, delikatny w osądzaniu innych. Wobec kobiet – szarmancki, kurtuazyjny, dowcipny. I lubił samotnie chodzić po górach. Charakter Basi zawierał mniej skrajności. „Miła pani domu z wielkim urokiem osobistym i czarującym powabem. Spokojna i wyważona – idealna towarzyszka dla chichota i złośliwca, jakim bywał Kilar” – wspominał dyrygent Tadeusz Strugała.

wojciech kilar
Fot. Andrzej Grygiel

Chciał by była w domu

Ślub cywilny wzięli w sierpniu 1966 roku, w Zakopanem, a kościelny – w kwietniu 1967 roku w archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach. Kilar miał wtedy 34 lata, według ówczesnych standardów wystarczająco dużo, by go nazywać starym kawalerem – za to na pewno takim, który żył jak młodzieniec. Basia zrezygnowała z pracy, odeszła ze szkoły muzycznej. W pewnym sensie na życzenie Wojtka, jak twierdzi jego biografka: „Wolał, żeby była w domu, żeby spędzali więcej czasu razem. Ona miała zresztą podobne zdanie na ten temat”.

Żona towarzyszyła mu podczas najważniejszych oficjalnych wyjść, premier, bankietów, a w domu bywała nie tylko gospodynią, ale też muzą i asystentką kompozytora. Kiedy zaczął pisać muzykę filmową, to ona czytała scenariusze, żeby je potem mężowi streszczać. Bimbuś – tak ją nazywał – oglądała też pierwsze wersje filmów, do których Kilar komponował. Notowała długość trwania ujęć oraz scen, odmierzała w nich sekundy, bo tylko dzięki takim notatkom można dokładnie rozpisać partyturę. Bez Bimbusia inaczej odbieralibyśmy dźwięki w „Strukturze kryształu” Zanussiego albo „Ziemi obiecanej” Wajdy.

Pracę nad filmami Kilar traktował z większym luzem niż pisanie koncertów albo symfonii. Wtedy chciał być sam, nawet bez Basi. Wyprowadzała się więc do siostry albo wyjeżdżała do Tenczynka. Wracała, dopiero gdy przyjechał po nią Wojtek – samochodem z jej imieniem w rejestracji, zazwyczaj mercedesem.

Dla siebie, dla Basi , dla ich związku

Duże zmiany w ich wspólnym życiu przyszły po euforii początku małżeństwa i długim czasie cieszenia się codziennością. Koniec lat 60. był w jego pracy przełomowy: napisał muzykę do „Lalki” Wojciecha Jerzego Hasa i „Przygód pana Michała” Jerzego Hoffmana. Był już ulubionym kompozytorem Zanussiego, zaczął pracować z Kutzem. Ale też – jak wspominał sam Kilar – był to okres jego największej alkoholowej rozpusty. Wystarczy przypomnieć, że spadł z krzesła podczas oficjalnego spotkania ze słuchaczami w Erywaniu. Kilka dni później stracił przytomność i trafił do szpitala. Diagnoza brzmiała: pęknięcie wrzodów żołądka. Jednak dla niego oznaczała koniec picia bez umiaru.

Po latach opowiadał anegdotę o sprytnym działaniu Basi, która najpierw miała stać się jego kompanką wieczornych drinków, by po jakimś czasie nagle przestać pić i w ten sposób, bez zbędnych tłumaczeń, zachęcić go do abstynencji. Biografka Kilara tłumaczy, że „było mu głupio pić samemu”. „Znudziło mi się picie” – mówił. Ale bardziej prawdopodobnym powodem nagłej zmiany nawyków wydaje się strach. O siebie, o Basię, o ich związek.

Pojawiły się nowe pasje i nałogi, dużo zdrowsze. Góry i podróże. Lata 70. spędzili w drodze. Niektóre z wyjazdów wiązały się z pracą, inne były zupełnie prywatne, możliwe dzięki pieniądzom zarobionym na kompozycjach dla kina. Anglia, Paryż, Włochy, Hiszpania, Nowy Jork. A po kolejnych poważnych projektach Kilara – Tatry, gdzie najlepiej czuł się sam.

Góry stały się dla niego czymś znacznie więcej niż miejscem ucieczki – początkiem wiary. Tam, w połowie lat 70., po wielu teologicznych sporach z Krzysztofem Zanussim, zaczął myśleć o swoich pierwszych utworach sakralnych. Kościół był dla Kilara miejscem, w którym, jak mówił, nie czuł świętości. A w górach tak. Przez lata wspólnego życia z Basią to ona była w ich związku kimś, kto wierzy nie tylko w Boga, ale i w Kościół. Sama chodziła na niedzielne msze.

Kiedy zamówiono u niego utwór z okazji 75. rocznicy powstania Filharmonii Narodowej, wybrał „Bogurodzicę” – jako wyraz swoich aktualnych fascynacji, ale też rodzaj politycznego buntu. Cenzura nie pozwoliła na wykonanie utworu podczas rocznicowych uroczystości. Premiera odbyła się na Warszawskiej Jesieni w 1976 roku. Wtedy też oficjalnie Wojtek z awangardowego, obrazoburczego artysty, stał się kompozytorem, który na pierwszym miejscu w swoich utworach lubi stawiać tradycję i Boga.

Czytaj także: To była miłość aż po grób – Linda i Paul McCartney z The Beatles

Coraz więcej było w nim spokoju i wyważenia Basi

W latach 80., za namową przyjaciela Jerzego Dudy-Gracza, zaczął jeździć regularnie, bez Basi, do jasnogórskiego klasztoru. „To był przełom w jego duchowym życiu” – zaznacza biografka Kilara. „Ale nie można powiedzieć, że wtedy zaczął wierzyć albo że zaczął wierzyć dzięki Basi. Zawsze wierzył, był tylko daleko od Kościoła jako instytucji. A dzięki Basi wrócił do wspólnoty kościelnej, zaczął po prostu chodzić na msze i modlić się z innymi”.

„Trzeba nauczyć się modlić samemu, żeby się modlić z innymi”, mówił. Uważał, że najlepszą drogą do Kościoła była dla niego wewnętrzna walka Dr. Jekylla i Mr Hyde’a, czyli tego Kilara, który szaleje, z tym, który medytuje w górach i czyta z zachwytem Stary Testament. Od pobytów na Jasnej Górze regularnie czytał brewiarz, uznał to za element codziennego rytmu. A z biegiem lat codziennością stało się też wspólne odmawianie z Basią różańca. Mieli ich całą kolekcję.

W ten sposób Kilar przestawał dzielić się na dwie różne postaci. Coraz więcej było w nim spokoju, czułości i wyważenia Basi. „Moje życie można podzielić na trzy etapy. Pierwszy to lata nauki – czas wyborów i niepewności, beztroska chłopięcego życia. Drugi związany jest z poznaniem żony – od tego momentu moje życie nabrało jakiegokolwiek sensu. Trzeci rozpoczął się wraz z napisaniem muzyki do »Draculi« Coppoli – oznaczał brak problemów finansowych i jako taką pozycję w muzyczno-filmowym świecie”. Dla Coppoli pracował na początku lat 90., to reżyser zadzwonił do Kilara po tym, jak usłyszał jego muzykę w filmach Polańskiego.

Po „Draculi” Kilar jako kompozytor filmowy mógł wybierać. Odrzucił propozycję pracy z Jeanem-Claude’em van Damme’em, zrezygnował z komponowania do „Nędzników” z Johnem Malkovichem (honorarium było za niskie), odmówił Brianowi De Palmie (projekt kolidował z zaplanowaną wcześniej pracą dla Polańskiego). Świat gwiazd filmowych nie wydawał się pociągający, wolał prywatne rozmowy z kolegami kompozytorami w zakopiańskim pensjonacie: „Jakie wrażenie może zrobić na mnie Tom Cruise, jeśli znam Gustawa Holoubka i Władysława Szpilmana?”.

Wojciech Kilar
Andrzej Hrechorowicz/Forum

Państwo Kilarowie i jadłodajnia dla kotów

Nad czerwone dywany przedkładał własny gabinet z czarnym dużym fortepianem w jego centralnym miejscu. Na ścianach obitych kwiecistą tapetą wisiały obrazy z wizerunkami Matki Boskiej i portrety kotów Kilarów. Ich wielkimi miłośnikami stali się, kiedy na początku małżeństwa z malutkiego mieszkania w bloku przenieśli się do domu na katowickim Brynowie. Otworzyli wtedy znaną w całej okolicy jadłodajnię dla kotów. Z tego byli znani bardziej niż z tworzenia artystycznego salonu. Do dziś można usłyszeć barwne opowieści o czarnym Bambiku. „Każdy z gości miał ochotę dać mu po ogonie, jak tylko Kilar się odwrócił” – mówił Zanussi. „Traktował go fatalnie: lekceważąco i obraźliwie, robił wszystkie świństwa, jakie może zrobić kot. A Wojtek się tym zachwycał”.

Nie rozmawiali z nikim o dzieciach, bo byli pogodzeni z tym, że nie mogą ich mieć. Ale Basia była matką dla niego. Czasem również dla teściowej, kiedy Wojtkowi nie wystarczało cierpliwości. Prowadziła długie telefoniczne rozmowy, w których odpierała ataki dotyczące nieudanych, zdaniem starszej pani Kilarowej, zawodowych wyborów syna i jej własnego niespełnienia.

Czytaj też: Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”

Ulepił jej serce z chleba

Przez lata jakby w cieniu tych wszystkich domowych, logistycznych i psychologicznych zadań Basi pozostawała jej choroba. Od młodości cierpiała na zespół schorzeń układu immunologicznego – choroby nasilały się z upływem czasu, przede wszystkim reumatyzm. W połowie lat 90. potrzebowała już pomocy na stałe. Wtedy Wojtek zmienił się w opiekuna. Nauczył się pracować w domu pełnym ludzi. Sam podawał jej zastrzyki. Ona wciąż prosiła lekarzy i rehabilitantów, żeby chodzili na palcach i nie niszczyli spokoju potrzebnego Wojtkowi do pracy. A on prosił ich, żeby robili wszystko, by jej pomóc, nie zważając na jego pracę.

Wieczorami, gdy zostawali sami, czytał jej na głos. W dniu ostatnich urodzin Basi ulepił dla niej serce z chleba. Zmarła w 2007 roku. Kilar mówił potem, że pocieszające wydało mu się, że nie będzie musiała przeżywać jego odejścia.

Ulgą mógł być dla niego brak obaw. Autorka książki o kompozytorze mówi, że poza miłością dominującym uczuciem w relacji Kilarów był strach o siebie nawzajem. „Że coś się tej drugiej osobie stanie, że coś nie wyjdzie, coś ją pogrąży. Pan Wojciech bał się o zdrowie pani Basi. Ona bała się o jego karierę i o to, że jej choroba stanie się powodem jego problemów zawodowych. Bali się o siebie nawzajem. Ale większą siłę miała ich wzajemna czułość. W geście, w którym pani Basia poprawiała panu Wojtkowi krawat, w uwiecznionym na amatorskim filmie pocałunku w czoło, którym obdarzył ją podczas spaceru w Zakopanem. Mieli do siebie serce”.

„Kiedy opowiadał mi o Basi już po jej śmierci, dosłownie zmieniał się na twarzy” – wspomina Maria Wilczek-Krupa. „Twarz wykrzywiał mu ból, bez żadnej przesady. Powiedziałam, że nie musimy o tym rozmawiać. Ale on opanował się i przekonał mnie, że chce mówić o żonie”.

Dzięki Bogu, że mogłem tak kochać

Niczego nie zmienił w wystroju pokoju, w którym leżała pod koniec życia. Na małym palcu nosił jej obrączkę. W domu bez Basi wstawał około południa, zjadał proste śniadanie i czekał na kierowcę, który przyjeżdżał około trzynastej, żeby zabrać go do miasta. Codziennie pokonywali tę samą trasę – cmentarz, zakupy (chleb i ser; kotów już nie dokarmiał), wreszcie do domu, na obiad, który przygotowywała gosposia. Mył naczynia i zostawał sam. „Ustawiałem sobie rytm dnia i nocy tak, żeby jakoś przeżyć resztę życia i nie zwariować” – mówił. „Ale bez niej to nie jestem ja, lecz jedynie połowa mnie”.

***

Materiał ukazał się w miesięczniku „Uroda życia” 12/16. Cytaty (poza wypowiedziami biografki) pochodzą z książki Marii Wilczek-Krupy „Kilar. Geniusz o dwóch twarzach”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Agnieszka Osiecka
East News

Agnieszka Osiecka i jej listy do Jeremiego Przybory. Nikt tak nie pisał o miłości!

Miłość Agnieszki Osieckiej do Jeremiego Przybory zaczęła się od listów. Oto najpiękniejszy cytaty z korespondencji artystów.
Kamila Geodecka
05.01.2021

Agnieszka Osiecka była wtedy młodą studentką, Jeremi Przybora – mężczyzną w średnim wieku. Ona z nim flirtowała, on się zakochał. Ich miłość trwała 2 lata i była owiana tajemnicą do tego stopnia, że nawet najbliżsi nic o niej nie wiedzieli. Pozostały jednak listy, kartki i pocztówki, które pokazują nam, jak chaotyczne, ale i mocne było uczucie Agnieszki Osieckiej do Jeremiego Przybory. Czytaj także:  Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością Agnieszka Osiecka – listy do Jeremiego Przybory „Masz rację, że tęsknota może mieć różne kolory. Ze ślicznej, wesołej Anglii tęsknię do Ciebie jak spod pieca. Z Paryża tęsknię ponuro i z zaciśniętymi zębami. Paryż to jest karuzela, na której kiedyś złamałam nogę i nie umiem się tu bawić. Chyba że z Tobą”. „Kochanie! Piszę do Ciebie w kropki. A może to nie kropki, tylko łzy (na taki temat, że Ciebie nie ma ze mną)”. „Często kocha się »z przerwami«. To znaczy czasem jest tak, że aż brzuch boli i oczy pieką, a czasem jest tak, »że można wytrzymać« i w ogóle myśli się mocno o czym innym”. „Kochany mój! Paryż bez Ciebie jest jeszcze bardziej bez sensu, niż można się było spodziewać. Wieczorami, kiedy bulwary zaczynają błyszczeć i pozować na obrazy znanych malarzy, to po prostu można zwariować. Jestem tu zupełnie odizolowana. […] Nie mam codziennych krzątanin i znajomych warszawskich czy londyńskich, mam tylko dekorację, w której brakuje bohatera. Przymierzam do Ciebie krawaty i piżamy ze wszystkich wystaw i wyobrażam sobie Ciebie w tutejszym łóżku”. Czytaj także:   „Gdyby żyła, napiłybyśmy się winka” – Maryla Rodowicz o przyjaźni z Agnieszką Osiecką...

Czytaj dalej
Julia Roberts i Daniel Moder / East News

Julia Roberts i Daniel Moder są razem od 18 lat! Ale tę miłość musiała sobie wywalczyć 

„Moje spotkanie z Danielem można porównać do trzęsienia ziemi”, mówiła Julia Roberts. „Natychmiast zdałam sobie sprawę, że moje życie zmieni się na zawsze i wszystko będzie zupełnie inne”. I rzeczywiście – było.
Anna Zaleska
04.01.2021

Kiedy w 2001 r. poznała Daniela Modera, 34-letnia wówczas Julia Roberts miała już na koncie sporo nieudanych związków. Była zaręczona z Kieferem Sutherlandem, spotykała się Matthew Perrym i Liamem Neesonem. W 1993 roku wyszła za mąż za muzyka country Lyle'a Lovetta, ale rozwiedli się po zaledwie dwóch latach. Kolejny związek – z aktorem Benjaminem Brattem – wydawał się bardziej udany, ale zakończył się, gdy na planie filmu „Meksykanin” Julia Roberts zakochała się po raz kolejny. Tym razem nie w gwiazdorze, ale w operatorze filmowym. Hollywoodzki mezalians: wielka gwiazda i skromny operator Ich związek mógł wydawać się czymś w rodzaju hollywoodzkiego mezaliansu. Ona była gwiazdą, laureatką Oscara za „Erin Brokovic”, najlepiej opłacaną aktorką w historii kina. On pracował na planie jako operator kamery, jeden z wielu. Od trzech lat był mężem argentyńskiej makijażystki Verą Steimberg. O „pretty woman” nie śmiałby nigdy nawet marzyć. Ale dla obojga to spotkanie okazało się jak trzęsienie ziemi. W mediach krążyły pogłoski, że Julia Roberts wypłaciła porzuconej żonie 200 tysięcy dolarów swego rodzaju „odszkodowania”. Czy to prawda? Nie wiadomo, wiadomo za to, że Vera Steimberg przez dwa lata nie chciała zgodzić się na rozwód. Ale Julia Roberts nie zamierzała się poddać. Do dziś zagadką pozostaje T-shirt, w jakim pokazywała się publicznie w tamtym czasie, z ręcznie wyszytym napisem „A Low Vera”. Co znaczył ten kalambur? „Low” jest słowem wieloznacznym. Może odnosić się do niskich kosztów, może też znaczyć „podła”. Gdy Oprah Winfrey spytała o to aktorkę, ta odpowiedziała tylko: „To prywatna sprawa. Ale obstaję przy moim T-shircie”. W końcu zakochanym udało się poukładać sprawy. Ślub pary odbył się...

Czytaj dalej
Mat.prasowe

Styczniowe nowości na Netfliksie. Wśród najlepszych tytułów „Cząstki kobiety”, „Rocketman” i „Wykopaliska”

W styczniu na Netfliksie pojawią się wielkie kinowe hity, ale nie zabraknie też nowości. Wśród nich przejmujący dramat „Cząstki kobiety”, którego producentem wykonawczym jest Martin Scorsese.
Sylwia Arlak
31.12.2020

Ostatnio informowałyśmy o tym, że Netflix usunął ze swojej biblioteki ponad 130 filmów i seriali, w tym serię „Harry Potter” i sitcom „Przyjaciele”. Na pocieszenie w styczniu na platformę trafi kilkadziesiąt nowości. Zobaczymy wielkie kinowe hity (klasyki i te, które w ostatnich latach gościły na wielkim ekranie). Pojawią się nowości i kolejne sezony popularnych seriali. Na co najbardziej czekamy w styczniu na Netfliksie? „Cząstki kobiety” „Cząstki kobiety” to opowieść o parze (w rolę Marthy wcieliła się znana z serialu „The Crown” Vanessa Kirby, a Seana zagrał Shia LaBeouf, którego można było ostatnio zobaczyć w filmie „Sokół z masłem orzechowym”), która oczekuje pierwszego dziecka. Kiedy domowy poród kończy się tragedią, bohaterowie muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Napięte relacje pomiędzy młodą parą zaognia nieznosząca sprzeciwu matka Marthy (w tej roli Ellen Burstyn). Reżyserem jest Kornél Mundruczó, a producentem wykonawczym Martin Scorsese. Czytaj też:  Natalia Kukulska podsumowuje rok 2020: najlepsza płyta, książka, serial, film i wydarzenie „Wykopaliska” W filmie „Wykopaliska” wystąpił dawno niewidziany Ralph Fiennes („Lista Schindlera”, „Grand Budapest Hotel”) i Carey Mulligan („Wielki Gatsby”, „Drive”). Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach i powieści Johna Prestona pod tym samym tytułem przenosi nas do 1939 roku. U progu II wojny światowej bogata wdowa zleca archeologowi zbadanie mogił, które znajdują się na terenie jej posiadłości. Dokonują przełomowego odkrycia. „Rocketman” Najpierw był film „Bohemian Rhapsody” opowiadający o życiu lidera grupy Queen, Freddiego Mercury’ego, a niedługo...

Czytaj dalej
ASSOCIATED PRESS/East News

Madonna i Guy Ritchie: „W małżeństwie nie mogłam być sobą”

Ona zarzucała mu, że nie może rozwijać się przy nim jako artystka. On uważał, że zależy jej tylko na karierze.
Sylwia Arlak
31.12.2020

Najpierw było głośne małżeństwo, a potem jeszcze głośniejszy rozwód. Guy Ritchie wspominał, że niemal przypłacił je depresją. Chciał zwykłego, normalnego życia, ale z królową pop było to niemożliwe. „Fani oddawali cześć przy ołtarzu Madonny. A ja chciałem jedynie, żebyśmy byli małżeństwem. Nie tylko ze względu na dzieci” — mówił w jednym z wywiadów i dodawał: „Ona ma obsesję na punkcie własnego wizerunku publicznego”. Miał dość presji związanej z byciem połową najsłynniejszego małżeństwa na świecie. „Nawet teraz cały świat ma do mnie pretensje. Nie mogę włączyć telewizji. Ktoś zawsze ma coś złego do powiedzenia” — tłumaczył. Rozwód źle wpłynął także na Madonnę. Zapytana przez Davida Lettermana, czy kiedykolwiek wyjdzie jeszcze za mąż, odpowiedziała: „Wolałabym, żeby przejechał mnie pociąg”. Małżeństwo ją rozczarowało. „Kiedy zaczynasz, wszystko jest wspaniałe i urocze, a osoba, którą poślubiłeś, jest bez skazy. Ty też jesteś bez skazy. Mija czas, dzielisz z nim życie, masz dzieci i pojawiają się pęknięcia. Już nie jest tak romantycznie, jak kiedyś” — przyznała. Pod koniec związku z Ritchiem myślała już tylko o jednym. „Ile jestem gotowa dla niego poświęcić?”. Byłego męża określiła jako „opóźnionego emocjonalnie”. W 2009 roku, rok po rozwodzie, on przyznał, że wciąż ją kocha. „Ale ona też jest opóźniona” — dodał. Przyznał, że choć nie żałuje, że spędził z nią tyle lat, w pewnym momencie ich życie stało się „nieznośną operą mydlaną”. Czytaj też:   Madonna: królowa, skandalistka, rekordzistka! Czego o niej nie wiecie? Pochodzili z dwóch różnych światów Madonna i Guy Ritchie poznali się w 1999...

Czytaj dalej