Idealna towarzyszka dla chichota i złośliwca – o małżeństwie Barbary i Wojciecha Kilarów
Fot. East News

Idealna towarzyszka dla chichota i złośliwca – o małżeństwie Barbary i Wojciecha Kilarów

Była jego żoną, muzą, terapeutką. „Bez niej to nie jestem ja, lecz jedynie połowa mnie”, mówił Wojciech Kilar o żonie Barbarze Pomianowskiej.
Marta Strzelecka Agnieszka Dajbor
07.01.2021

Był jednym z najwybitniejszych kompozytorów filmowych na świecie. To on napisał muzykę do „Draculi” Coppoli, do „Pianisty” i „Dziewiątych wrót” Polańskiego. Skomponował słynnego Poloneza w „Panu Tadeuszu” Andrzeja Wajdy. To jego muzyka rozbrzmiewa w największych polskich filmach: „Ziemi obiecanej”, „Lalce”, „Przygodach Pana Michała”. Można by wymieniać bez końca. Był wielokrotnie zapraszany do Hollywood, ale świat gwiazd go nie pociągał.

Barbara spędziła u jego boku całe życie, asystowała przy tworzeniu muzyki filmowej, streszczała scenariusze, notowała długość  scen i ujęć, żeby mógł dobrze rozpisać partytury. Przeżyli ze sobą ponad 50 lat w małżeństwie. Wcześniej 12 lat burzliwego narzeczeństwa. Pod koniec życia Wojciech Kilar wyznał: „Dopiero od momentu poznania Basi moje życie nabrało sensu”. 

Zwyczajność, jak mówił Wojciech Kilar, była dla niego i żony atrakcyjna. Ale też nie taka zwyczajna, bo nie prowadzili prostego życia. I przyszła po długim okresie szaleństw i poszukiwań.

Czytaj też: Barbara Krafftówna: pochowała dwóch mężów i jedynego syna, ale nie dała się złamać

Jak dobrze się znają: Małgorzata Foremniak i jej córka, Ola Jędruszczak?

Kompozytor i piękna panna z Tenczynka

Wojtek w czasach liceum, w drugiej połowie lat 40., to młody talent, wschodząca gwiazda, niepokorny i pełen życia chudy chłopak o bujnej fryzurze. Zaczynał już komponować i dostawał za swoje utwory pierwsze nagrody. Basia Pomianowska, cztery lata młodsza, była dziewczyną z dobrej rodziny, łagodną, romantyczną, wyważoną. Pomianowscy mieszkali w Tenczynku niedaleko Krakowa, posiadłości, która tętniła życiem. Bywała w niej nie tylko liczna rodzina, ale też zaprzyjaźnieni naukowcy, artyści, prawnicy.

Ojciec Basi, Józef Roman Pomianowski, przed wojną był współwłaścicielem kancelarii adwokackiej prowadzącej sprawy największych lwowskich instytucji, potem dyrektorem śląskiej Izby Przemysłowo-Handlowej i sędzią Najwyższego Trybunału Administracyjnego. Ojciec Wojtka – lekarzem, mama – mało znaną aktorką teatralną. Kilar czuł, że niewiele łączy go z Pomianowskimi poza Lwowem, z którego pochodzili, i artystami w rodzinie (kuzynem Basi był Bogusław Kobiela). „Moja żona w pewnym sensie popełniła mezalians” – mówił. – „Historia jej rodu miała taki zasięg, że ja, inteligent w drugim pokoleniu, łapałem się za głowę”. Ale w liceum nie myślał o tym.

Początek tej miłości jest co najmniej tak sentymentalny jak ulubiona muzyka filmowa Kilara – z przedwojennej „Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków” Disneya. On sam zazwyczaj mówił o tym wydarzeniu jak o piorunie z „Ojca chrzestnego”. Do porażenia, podobnego do tego, jakiego doznał Michael Corleone na widok sycylijskiej dziewczyny, doszło na korytarzu liceum muzycznego w Katowicach, którego był uczniem. „Pędząc na swoje zajęcia, zobaczył na schodach dawną profesorkę, Władysławę Markiewiczównę. Schodziła na parter w towarzystwie młodej dziewczyny, z którą prowadziła ożywiony dialog. Była ona wysoka, ciemnowłosa i niewiarygodnie zgrabna. Regularne rysy twarzy, łagodne spojrzenie, klasa. Nazywała się Barbara Pomianowska i miała osiemnaście lat” – pisze Maria Wilczek-Krupa w swojej książce o Kilarze. Basia była najładniejszą dziewczyną w szkole, podobała się wszystkim kolegom Wojtka.

Randki budziły w nim strach

Zakochał się, ale regularne randki i zobowiązania budziły w nim strach. Chodzili więc na spacery, do kina, odwiedzał Basię w Tenczynku, gdzie cieszył się nie tylko jej towarzystwem – w kolacjach, przyjęciach, ogniskach w ogrodzie brała udział cała rodzina Pomianowskich. Dawali mu kawałek życia, jakie go fascynowało: intelektualne rozmowy pomieszane z wygłupami przy alkoholu, gwar rodziny, która z humorem sprzecza się albo obgaduje, ale zawsze wspiera. Sam był jedynakiem wychowywanym przez samotną matkę. Chciał być jednym z Pomianowskich, a jednocześnie cieszyć się z życia poza domem.

Już wtedy stało się jasne, że jeśli będą razem, Basia, głęboko wierząca, dobra, spokojna dziewczyna, na lata będzie musiała rozpisać kształtowanie charakteru Wojtka – artysty, gwiazdy festiwali, bon vivanta. Nie sprzeciwiała się jego wyjazdom na koncerty. Nie sugerowała, żeby rezygnował z pracy daleko od domu. Nigdy nie musiał dla niej wybierać.

On studiował w Katowicach i mieszkał u swojego profesora, ona nie chciała zdawać na studia, uczyła w szkole muzycznej, mieszkała z mamą i siostrą. Nie wymagała od Kilara żadnych deklaracji, tylko co jakiś czas przypominała mu, że ma konkurencję. Tradycją ich lat narzeczeństwa stały się awantury, które kończyły się zerwaniem. Powtarzał się potem schemat: poczucie wolności, tęsknota, rozpacz, powrót do siebie. Po jednym z takich rozstań Kilar pisał do przyjaciela, pianisty Adama Harasiewicza: „...dopiero od momentu ostatecznego (tym razem naprawdę) zerwania z B. czuję, że żyję, psiakrew!”.

Czytaj także: Agnieszka Fitkau-Perepeczko i Marek Perepeczko: „To była nie tylko miłość, ale także niezwykła przyjaźń”

Osiem zrazików do wódki

Upłynęły dwa lata od początku związku z Basią i tyle samo od dyplomu w szkole muzycznej, kiedy dostał małe mieszkanie w Katowicach. Ona wciąż mieszkała z mamą, a on korzystał z wolności. „Wódka lała się strumieniami, na komponowanie nie starczało czasu” – pisze Maria Wilczek-Krupa. Niedługo później dostał kilkumiesięczne stypendium w Paryżu, przeciw czemu Barbara nie protestowała. Paryskie nocne lokale stały się jego drugim domem. Pijał z Lenicą i Lebensteinem. Krzysztof Penderecki, który był w Paryżu na stypendium w tym samym czasie, tak wspomina picie Wojtka: „Jego szczęście, że miał słabą głowę, bo nie wiem, jak by się to skończyło”. Mówiono, że Kilar ma w zwyczaju zjadać osiem porcji zrazików do wódki. Podczas wizyt u Pomianowskich w Tenczynku wciąż był królem imprez.

Kilka lat później, kiedy komponował już dużo do filmów, tak pisał do Harasiewicza: „Co u mnie? Ostatnio było dużo pracy, zmonopolizowałem Film Polski (ok. 1/3 produkcji), zatem finanse lepiej, a także nawiązanie licznych stosunków erotycznych – tu rozkwit (!!!). Również samochodowo udzielam się, prawda. Niestety znowu przybytek kilogramów”. W latach najbardziej rozpustnych ważył podobno sto kilogramów.

Po kilkunastu latach od pierwszej randki było jasne, że przyciągają się przeciwieństwa. On uwielbiał szybkie samochody, drogie perfumy, dobrze skrojone marynarki, nocne miejskie życie z niekończącym się piciem. Potrafił być gwałtowny, wybuchowy. Ale był też powściągliwy, delikatny w osądzaniu innych. Wobec kobiet – szarmancki, kurtuazyjny, dowcipny. I lubił samotnie chodzić po górach. Charakter Basi zawierał mniej skrajności. „Miła pani domu z wielkim urokiem osobistym i czarującym powabem. Spokojna i wyważona – idealna towarzyszka dla chichota i złośliwca, jakim bywał Kilar” – wspominał dyrygent Tadeusz Strugała.

wojciech kilar
Fot. Andrzej Grygiel

Chciał by była w domu

Ślub cywilny wzięli w sierpniu 1966 roku, w Zakopanem, a kościelny – w kwietniu 1967 roku w archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach. Kilar miał wtedy 34 lata, według ówczesnych standardów wystarczająco dużo, by go nazywać starym kawalerem – za to na pewno takim, który żył jak młodzieniec. Basia zrezygnowała z pracy, odeszła ze szkoły muzycznej. W pewnym sensie na życzenie Wojtka, jak twierdzi jego biografka: „Wolał, żeby była w domu, żeby spędzali więcej czasu razem. Ona miała zresztą podobne zdanie na ten temat”.

Żona towarzyszyła mu podczas najważniejszych oficjalnych wyjść, premier, bankietów, a w domu bywała nie tylko gospodynią, ale też muzą i asystentką kompozytora. Kiedy zaczął pisać muzykę filmową, to ona czytała scenariusze, żeby je potem mężowi streszczać. Bimbuś – tak ją nazywał – oglądała też pierwsze wersje filmów, do których Kilar komponował. Notowała długość trwania ujęć oraz scen, odmierzała w nich sekundy, bo tylko dzięki takim notatkom można dokładnie rozpisać partyturę. Bez Bimbusia inaczej odbieralibyśmy dźwięki w „Strukturze kryształu” Zanussiego albo „Ziemi obiecanej” Wajdy.

Pracę nad filmami Kilar traktował z większym luzem niż pisanie koncertów albo symfonii. Wtedy chciał być sam, nawet bez Basi. Wyprowadzała się więc do siostry albo wyjeżdżała do Tenczynka. Wracała, dopiero gdy przyjechał po nią Wojtek – samochodem z jej imieniem w rejestracji, zazwyczaj mercedesem.

Dla siebie, dla Basi , dla ich związku

Duże zmiany w ich wspólnym życiu przyszły po euforii początku małżeństwa i długim czasie cieszenia się codziennością. Koniec lat 60. był w jego pracy przełomowy: napisał muzykę do „Lalki” Wojciecha Jerzego Hasa i „Przygód pana Michała” Jerzego Hoffmana. Był już ulubionym kompozytorem Zanussiego, zaczął pracować z Kutzem. Ale też – jak wspominał sam Kilar – był to okres jego największej alkoholowej rozpusty. Wystarczy przypomnieć, że spadł z krzesła podczas oficjalnego spotkania ze słuchaczami w Erywaniu. Kilka dni później stracił przytomność i trafił do szpitala. Diagnoza brzmiała: pęknięcie wrzodów żołądka. Jednak dla niego oznaczała koniec picia bez umiaru.

Po latach opowiadał anegdotę o sprytnym działaniu Basi, która najpierw miała stać się jego kompanką wieczornych drinków, by po jakimś czasie nagle przestać pić i w ten sposób, bez zbędnych tłumaczeń, zachęcić go do abstynencji. Biografka Kilara tłumaczy, że „było mu głupio pić samemu”. „Znudziło mi się picie” – mówił. Ale bardziej prawdopodobnym powodem nagłej zmiany nawyków wydaje się strach. O siebie, o Basię, o ich związek.

Pojawiły się nowe pasje i nałogi, dużo zdrowsze. Góry i podróże. Lata 70. spędzili w drodze. Niektóre z wyjazdów wiązały się z pracą, inne były zupełnie prywatne, możliwe dzięki pieniądzom zarobionym na kompozycjach dla kina. Anglia, Paryż, Włochy, Hiszpania, Nowy Jork. A po kolejnych poważnych projektach Kilara – Tatry, gdzie najlepiej czuł się sam.

Góry stały się dla niego czymś znacznie więcej niż miejscem ucieczki – początkiem wiary. Tam, w połowie lat 70., po wielu teologicznych sporach z Krzysztofem Zanussim, zaczął myśleć o swoich pierwszych utworach sakralnych. Kościół był dla Kilara miejscem, w którym, jak mówił, nie czuł świętości. A w górach tak. Przez lata wspólnego życia z Basią to ona była w ich związku kimś, kto wierzy nie tylko w Boga, ale i w Kościół. Sama chodziła na niedzielne msze.

Kiedy zamówiono u niego utwór z okazji 75. rocznicy powstania Filharmonii Narodowej, wybrał „Bogurodzicę” – jako wyraz swoich aktualnych fascynacji, ale też rodzaj politycznego buntu. Cenzura nie pozwoliła na wykonanie utworu podczas rocznicowych uroczystości. Premiera odbyła się na Warszawskiej Jesieni w 1976 roku. Wtedy też oficjalnie Wojtek z awangardowego, obrazoburczego artysty, stał się kompozytorem, który na pierwszym miejscu w swoich utworach lubi stawiać tradycję i Boga.

Czytaj także: To była miłość aż po grób – Linda i Paul McCartney z The Beatles

Coraz więcej było w nim spokoju i wyważenia Basi

W latach 80., za namową przyjaciela Jerzego Dudy-Gracza, zaczął jeździć regularnie, bez Basi, do jasnogórskiego klasztoru. „To był przełom w jego duchowym życiu” – zaznacza biografka Kilara. „Ale nie można powiedzieć, że wtedy zaczął wierzyć albo że zaczął wierzyć dzięki Basi. Zawsze wierzył, był tylko daleko od Kościoła jako instytucji. A dzięki Basi wrócił do wspólnoty kościelnej, zaczął po prostu chodzić na msze i modlić się z innymi”.

„Trzeba nauczyć się modlić samemu, żeby się modlić z innymi”, mówił. Uważał, że najlepszą drogą do Kościoła była dla niego wewnętrzna walka Dr. Jekylla i Mr Hyde’a, czyli tego Kilara, który szaleje, z tym, który medytuje w górach i czyta z zachwytem Stary Testament. Od pobytów na Jasnej Górze regularnie czytał brewiarz, uznał to za element codziennego rytmu. A z biegiem lat codziennością stało się też wspólne odmawianie z Basią różańca. Mieli ich całą kolekcję.

W ten sposób Kilar przestawał dzielić się na dwie różne postaci. Coraz więcej było w nim spokoju, czułości i wyważenia Basi. „Moje życie można podzielić na trzy etapy. Pierwszy to lata nauki – czas wyborów i niepewności, beztroska chłopięcego życia. Drugi związany jest z poznaniem żony – od tego momentu moje życie nabrało jakiegokolwiek sensu. Trzeci rozpoczął się wraz z napisaniem muzyki do »Draculi« Coppoli – oznaczał brak problemów finansowych i jako taką pozycję w muzyczno-filmowym świecie”. Dla Coppoli pracował na początku lat 90., to reżyser zadzwonił do Kilara po tym, jak usłyszał jego muzykę w filmach Polańskiego.

Po „Draculi” Kilar jako kompozytor filmowy mógł wybierać. Odrzucił propozycję pracy z Jeanem-Claude’em van Damme’em, zrezygnował z komponowania do „Nędzników” z Johnem Malkovichem (honorarium było za niskie), odmówił Brianowi De Palmie (projekt kolidował z zaplanowaną wcześniej pracą dla Polańskiego). Świat gwiazd filmowych nie wydawał się pociągający, wolał prywatne rozmowy z kolegami kompozytorami w zakopiańskim pensjonacie: „Jakie wrażenie może zrobić na mnie Tom Cruise, jeśli znam Gustawa Holoubka i Władysława Szpilmana?”.

Wojciech Kilar
Andrzej Hrechorowicz/Forum

Państwo Kilarowie i jadłodajnia dla kotów

Nad czerwone dywany przedkładał własny gabinet z czarnym dużym fortepianem w jego centralnym miejscu. Na ścianach obitych kwiecistą tapetą wisiały obrazy z wizerunkami Matki Boskiej i portrety kotów Kilarów. Ich wielkimi miłośnikami stali się, kiedy na początku małżeństwa z malutkiego mieszkania w bloku przenieśli się do domu na katowickim Brynowie. Otworzyli wtedy znaną w całej okolicy jadłodajnię dla kotów. Z tego byli znani bardziej niż z tworzenia artystycznego salonu. Do dziś można usłyszeć barwne opowieści o czarnym Bambiku. „Każdy z gości miał ochotę dać mu po ogonie, jak tylko Kilar się odwrócił” – mówił Zanussi. „Traktował go fatalnie: lekceważąco i obraźliwie, robił wszystkie świństwa, jakie może zrobić kot. A Wojtek się tym zachwycał”.

Nie rozmawiali z nikim o dzieciach, bo byli pogodzeni z tym, że nie mogą ich mieć. Ale Basia była matką dla niego. Czasem również dla teściowej, kiedy Wojtkowi nie wystarczało cierpliwości. Prowadziła długie telefoniczne rozmowy, w których odpierała ataki dotyczące nieudanych, zdaniem starszej pani Kilarowej, zawodowych wyborów syna i jej własnego niespełnienia.

Czytaj też: Anna Dymna o ukochanym Wiesławie Dymnym: „Szłam z nim jak promień słońca”

Ulepił jej serce z chleba

Przez lata jakby w cieniu tych wszystkich domowych, logistycznych i psychologicznych zadań Basi pozostawała jej choroba. Od młodości cierpiała na zespół schorzeń układu immunologicznego – choroby nasilały się z upływem czasu, przede wszystkim reumatyzm. W połowie lat 90. potrzebowała już pomocy na stałe. Wtedy Wojtek zmienił się w opiekuna. Nauczył się pracować w domu pełnym ludzi. Sam podawał jej zastrzyki. Ona wciąż prosiła lekarzy i rehabilitantów, żeby chodzili na palcach i nie niszczyli spokoju potrzebnego Wojtkowi do pracy. A on prosił ich, żeby robili wszystko, by jej pomóc, nie zważając na jego pracę.

Wieczorami, gdy zostawali sami, czytał jej na głos. W dniu ostatnich urodzin Basi ulepił dla niej serce z chleba. Zmarła w 2007 roku. Kilar mówił potem, że pocieszające wydało mu się, że nie będzie musiała przeżywać jego odejścia.

Ulgą mógł być dla niego brak obaw. Autorka książki o kompozytorze mówi, że poza miłością dominującym uczuciem w relacji Kilarów był strach o siebie nawzajem. „Że coś się tej drugiej osobie stanie, że coś nie wyjdzie, coś ją pogrąży. Pan Wojciech bał się o zdrowie pani Basi. Ona bała się o jego karierę i o to, że jej choroba stanie się powodem jego problemów zawodowych. Bali się o siebie nawzajem. Ale większą siłę miała ich wzajemna czułość. W geście, w którym pani Basia poprawiała panu Wojtkowi krawat, w uwiecznionym na amatorskim filmie pocałunku w czoło, którym obdarzył ją podczas spaceru w Zakopanem. Mieli do siebie serce”.

„Kiedy opowiadał mi o Basi już po jej śmierci, dosłownie zmieniał się na twarzy” – wspomina Maria Wilczek-Krupa. „Twarz wykrzywiał mu ból, bez żadnej przesady. Powiedziałam, że nie musimy o tym rozmawiać. Ale on opanował się i przekonał mnie, że chce mówić o żonie”.

Dzięki Bogu, że mogłem tak kochać

Niczego nie zmienił w wystroju pokoju, w którym leżała pod koniec życia. Na małym palcu nosił jej obrączkę. W domu bez Basi wstawał około południa, zjadał proste śniadanie i czekał na kierowcę, który przyjeżdżał około trzynastej, żeby zabrać go do miasta. Codziennie pokonywali tę samą trasę – cmentarz, zakupy (chleb i ser; kotów już nie dokarmiał), wreszcie do domu, na obiad, który przygotowywała gosposia. Mył naczynia i zostawał sam. „Ustawiałem sobie rytm dnia i nocy tak, żeby jakoś przeżyć resztę życia i nie zwariować” – mówił. „Ale bez niej to nie jestem ja, lecz jedynie połowa mnie”.

***

Materiał ukazał się w miesięczniku „Uroda życia” 12/16. Cytaty (poza wypowiedziami biografki) pochodzą z książki Marii Wilczek-Krupy „Kilar. Geniusz o dwóch twarzach”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
Leopold Tyrmand i Barbara Hoff / Fot. Jerzy Duduś Matuszkiewicz, z archiwum Mary Ellen Tyrmand

„Tyrmand atakował dziewczyny ostro, jak gladiator”. Nieznana historia miłości pisarza i Barbary Hoff

Leopold Tyrmand oświadcza się Barbarze Hoff wielokrotnie. Wreszcie za którymś razem mówi bez ogródek: „Wiesz, sporządziłem listę dobrych partii, na której zajęłaś pierwsze miejsce”.
Anna Zaleska
27.10.2020

Niezbyt wysoki, wcale nie tak bardzo przystojny, ale jednak – podobał się kobietom. I umiał z tego korzystać. Kiedyś przyjaciel powiedział do niego: „Poldek, ty idziesz na te dziewczyny jak czołg”. A on na to: „Z dziewczynami to jak z chodzeniem po bagnie. Skaczesz z kępy na kępę i próbujesz, jak daleko jeszcze możesz dojść. Jak dostaniesz w mordę, to wiesz, że trzeba się cofnąć. I idziesz do następnej”. Ludwik Jerzy Kern, obserwując z boku, mówił, że Tyrmand „atakował dziewczyny ostro, jak gladiator”. Wszystkie kobiety Leopolda Tyrmanda Ale wcześniej te dziewczyny staranie dobierał. Marcel Woźniak w nowo wydanej biografii „Tyrmand. Pisarz o białych oczach” (wyd. Marginesy) zauważa, że „to nigdy nie były dziewczyny znikąd. Rysia była córką przedwojennego dyrektora Macierzy Szkolnej, jednego z sądzonych w moskiewskim procesie szesnastu. Po niej była Maria Iwaszkiewiczówna. Potem ożenił się z panną Rublówną, której ojciec był adiutantem Andersa. A gdy z nią się rozwiódł, wziął ślub z Barbarą Hoff, córką wybitnego adwokata i jednego z pierwszych kontestatorów”. W tej wyliczance nie ma Bogny, którą pisarz poznał, gdy ona miała 16 lat, a on 34. Zaletą nastolatki, z którą związek zajmuje dużo miejsca w „Dzienniku 1954”, było to, że gdy szli na bal, nikt nie miał partnerki tak młodej, do tego pięknej, atrakcyjnej, wyższej od niego. Młodość początkowo bardzo w kobietach cenił. Gdy w 1955 roku żenił się z Małgorzatą Rublówną – zwaną Kopiejką – przyjaciel zapytał go: Kto to?”. Tyrmand odrzekł na to: „Jak zwykle. Dziewczyna ma 19 lat i jest z ASP. Jak wszystkie.” Dopiero z czasem coraz ważniejsze stawało się dla niego to, by kobieta była mądra. Tłumaczył, że gdy przerwy...

Czytaj dalej
Czesław Niemen

Małgorzata Niemen opowiada o miłości do Mistrza, Czesława Niemena

„Było mi trochę wstyd, czy może miałam wyrzuty sumienia, że to mnie wybrał.”
Magdalena Żakowska
04.01.2019

Małgorzata Niemen była pierwszą polską modelką, której zdjęcie pojawiło się we włoskiej edycji magazynu „Vogue”. Do dziś jest ikoną mody. Posągowo piękna, Czesław Niemen mówił o niej, że jest jego muzą. Poznali się w 1973 r. w Warszawskiej Wytwórni Filmowej. Szybko zostali razem na kolejne 30 lat, aż do śmierci Niemena, w wieku 64 lat.  Magdalena Żakowska: Jaki był? Małgorzata Niemen: Czesław uwielbiał remontować, odnawiać starocie. Co chwila coś zwoził z Koła. Miał nadzieję, że starczy mu życia na komponowanie, pisanie, malowanie, a jednocześnie urządzenie naszego domu – wszystko chciał zrobić sam. Heblował, szlifował, przybijał, cyklinował. Ale nie zdążył zrobić wszystkiego, co sobie zaplanował… Uwielbiał wszystkie manualne zajęcia. Uważał, że praca – taka najprostsza, fizyczna – nas buduje. Był dumny z tego, że potrafi sam wszystko zrobić? To było dla niego oczywiste. Wychował się na polskiej, kresowej wsi, w Starych Wasiliszkach. Wszyscy zajmowali się tam ciesiołką. Ale powiedział też kiedyś, że gdyby nie został muzykiem, to byłby stolarzem. To jego zdanie dodało mi zresztą odwagi, kiedy przygotowywałam wystawę swoich zdjęć. Bardzo nie chciałam przekroczyć pewnej granicy – intymności, taktu – a jednocześnie chciałam pokazać artystę-cywila podczas prac fizycznych, które miały dla niego takie znaczenie. Mam wrażenie, że w ogóle z trudem przychodzi pani rozmawianie o waszej prywatności, o nim. Bo kiedy o tym mówię, to mam wrażenie, że wyzbywam się czegoś ważnego dla mnie. Kiedyś pani Barbara Hoff uświadomiła mi, na czym polega ten mechanizm. Powiedziała: „Jakaś gazeta zwróciła się do mnie, żebym opowiedziała o swoim strychu. O tym, jak mieszkam. Że przyjdą, sfotografują moje mieszkanie. Oczywiście...

Czytaj dalej
Frank Sinatra z żoną Barbarą
Barbara i Frank Sinatra, lata 80. Fot. Courtesy Everett Collection

Barbarze małżeństwo z Frankiem Sinatrą wydawało się snem na jawie

Kiedy Sinatra śpiewał „Stranger in the Night”, kobiety mdlały z zachwytu. Był hojny i despotyczny. Gdy jego żona Barbara nie miała siły iść na kolejne spotkanie, upomniał ją: „Pójdziesz. Teraz i każdego dnia!”.
Agnieszka Dajbor
30.12.2020

Kiedy go poznała w początku lat 70., był już znudzony sławą, bogactwem, kaprysami, które mógł do woli spełniać. Potrzebna mu była podnieta – choćby czwarta żona. Sporo zresztą od niego młodsza. Sinatra był największym idolem Amerykanek od czasów Rudolfa Valentino. Ale był też kimś więcej – miał bowiem niebywały głos i to coś, co sprawiało, że ładna melodia i parę prostych słów w jego wykonaniu zmieniały się w sztukę. Był też dobrym aktorem. Za rolę w głośnym filmie „Stąd do wieczności” (na podstawie książki Jamesa Jonesa) dostał nawet w 1953 roku Oscara. Wybaczano mu podejrzenia o relacje z mafią i obyczajowe skandaliki, do których należał m.in. ślub z młodszą o 33 lata, początkującą wtedy aktorką Mią Farrow. Można powiedzieć, że Barbara wyszła za mąż nie tylko za swojego idola, ale też za dobro narodowe Ameryki, jakim był „The Voices” – „Głos”, jak nazywano Franka Sinatrę. Czytaj także: Ta miłość wyniosła Judy Garland na sam szczyt i ściągnęła na dno Barbara Sinatra piosenek Franka słuchała w radiu Manhattan, rok 1944. Na świecie toczy się jeszcze wojna, ale nowojorczycy żyją własnymi sprawami. Jesienią w Paramount Theatre na Brodwayu odbywa się koncert Franka Sinatry. W ciasnych uliczkach wokół budynku na swego idola czeka blisko 30 tysięcy fanów. Głównie młodych kobiet, które krzyczą histerycznie: „Frankie, Frankie!”. Chcą go posłuchać, zobaczyć, dotknąć. Niektóre mdleją z emocji. Najbardziej zagorzałe są gotowe przekupić pokojówki w hotelu, by tylko dotknąć jego łóżka. Takich tłumów jeszcze nikt nie przyciągał, dziennikarze uznają koncert za jedno z najbardziej spektakularnych wydarzeń w amerykańskim show-biznesie. Sinatra największe...

Czytaj dalej
Maja Ostaszewska
Marlena Bielińska

Maja Ostaszewska: „Wierzę w solidarność kobiet, bo sama jej doświadczyłam”

„Mam cudowne siostry, mamę, wspaniałe przyjaciółki. Przyjaźnię się z kobietami” – mówi aktorka, Maja Ostaszewska. 
Wika Kwiatkowska
03.09.2020

Maja Ostaszewka to nie tylko jedna z najpiękniejszych i najbardziej utalentowanych polskich aktorek (jest laureatką – podwójną! – Orła za pierwszoplanowe role kobiece w filmach „Jack Strong” i „Body/Ciało”), lecz także kobieta, która nie boi się mówić głośno tego, co myśli.  Na swoim Instagramie namawia kobiety do walki o równouprawnienie i wzywa nas wszystkich do ochrony środowiska. „Moje zaangażowane wpisy często przysparzają mi sporo negatywnych komentarzy, hejtu. Ale nie wyobrażam sobie, żeby z tego powodu, lęku, że ktoś nie będzie mnie lubił, sprzeniewierzać się sobie” – mówi. Wika Kwiatkowska: Poznaję pani psa ze zdjęcia na Instagramie – to Fuma, którą wzięliście ze schroniska. Maja Ostaszewska: Tak, ze schroniska Azorek pod Sochaczewem. Jest z nami od sierpnia. Jest cudowna. Zaczęło się od innego pieska, niejakiego Wojtusia. Zobaczyłyśmy z mamą jego zdjęcie i wzruszający opis, że ponieważ jest stary i brzydki, nikt nigdy się nim nie interesował, że siedzi w schronisku już 10 lat. Wojtuś dostał szczęśliwy dom u moich rodziców pod Krakowem, a my zaczęliśmy jeździć do tego schroniska jako wolontariusze. Moje dzieci od lat marzyły o własnym psie – do tej pory mieliśmy tylko adoptowane wirtualnie – ale chciałam, żeby to była ich świadoma decyzja, by rozumiały proces adopcyjny, zobaczyły, jaka to odpowiedzialność. Pewnego dnia Fuma sama nas wybrała.  No właśnie, jak w schronisku wybrać psa? To się dzieje samo. Mieliśmy zamiar zabrać starszego, który dłużej siedział w schronisku, ale któregoś dnia przyjechaliśmy powyprowadzać pieski, a Fuma, chociaż widziała nas pierwszy raz w życiu, nie odstępowała nas na krok. Jakby była nasza. To ona nas wybrała. Miała wtedy cztery miesiące – ludzie...

Czytaj dalej