Baśniowe ilustracje Emilii Dziubak to ćwiczenie dla naszej wyobraźni
ilustracje Emilii Dziubak

Baśniowe ilustracje Emilii Dziubak to ćwiczenie dla naszej wyobraźni

Emilia Dziubak jest autorką ilustracji do ponad 40 książek wydawanych na całym świecie. lustrowała książki m.in. Grzegorza Kasdepke, Mary Norton czy Martina Widmarka.
Bartosz Janiszewski
11.06.2020

Rysunki Emilii Dziubak są malarskie, nastrojowe, z wyrazistymi bohaterami, często niepokojące. „Chcielibyśmy odciąć nasze dzieci od trudnych emocji, ale świat, w którym żyjemy, nie jest tylko miły i kolorowy”, mówi.

Bartosz Janiszewski: Wydają pani książki w Stanach, Francji, Szwecji, Niemczech, Norwegii, Chinach. Nawet w Australii dzieci przed snem oglądają pani ilustracje. 

Emilia Dziubak: Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nawet, że moja książka jest w Australii. Nie chodzi o to, że to dla mnie nieistotne. Bardzo się z tego cieszę, ale w mojej głowie jest więcej miejsca na ilustracje, nad którymi pracuję, niż na umowy wydawnicze. 

Zawsze marzyła pani o ilustrowaniu książek? 

Nie, w dzieciństwie chciałam zostać malarką. Spędzałam godziny, wpatrując się w albumy z reprodukcjami. Na Akademię Sztuk Pięknych wybrałam się z myślą o malarstwie. Przez całe studia pilnie chodziłam na wszystkie możliwe wystawy. Z czasem zaczęłam zauważać, że prac tam wystawionych prawie nikt nie ogląda. Do galerii przychodziło oprócz mnie kilka osób, z których większość okazywała się studentami. Typowy obrazek, jaki zapamiętałam z tamtych czasów, wygląda tak: stoją trzy osoby przed obrazem w ciszy, oglądają go kilka minut, a potem, bez słowa przechodzą do kolejnego obrazu. To ludzie, którzy przez całe studia uczą się, mają wiedzę, ale nawet oni nie potrafią rozmawiać o tym, co widzą. Pamięta pan grę karcianą flirt towarzyski? 

Jasne. Zbawienie dla chłopaków, którzy wstydzili się zagadać do dziewczyny. Zamiast tego można było posłać kartę z dwuznacznym tekstem. 

Moja koleżanka zrobiła kiedyś projekt artystyczny inspirowany tą grą – „Flirt wernisażowy” – dla ludzi, którzy nie wiedzą, jak i o czym rozmawiać na wystawach. Zamiast klasycznych dwuznacznych zagajeń były tam typowe dla środowiska artystycznego teksty: „Wolałem jego poprzednie prace” albo: „Gdzie jest wino?”. To był żart, ale wyjątkowo celnie pokazywał środowisko sztuki współczesnej. To bardzo hermetyczny świat. Jestem ilustratorką, pracuję przy książkach dla dzieci i wkładam w to wszystkie emocje. Przeżywam to, co robię, więc chcę, żeby ktoś przeżywał to ze mną. 

Ilustracje Emilii Dziubak w książkach dla dzieci 

W tym wypadku ten ktoś to najczęściej dzieci. To „poważna” grupa odbiorców? 

Kiedy robię książkę dla dzieci, to robię książkę dla ludzi. Dzieci potrafią głębiej i dłużej wnikać w obraz. Zawsze kiedy rysuję książkę, gdzie są miliony szczegółów, na przykład „Rok w lesie”, to wiem, że dziecko wychwyci każdy błąd. Dorosły może czytać z dzieckiem książkę przez rok, znać ją na pamięć, ale nie zauważy, że mucha ma o jedną nóżkę za mało. Dzieci widzą wszystko. Przyglądają się głębiej rzeczywistości. 

Dorośli oglądają rzeczywistość bardziej powierzchownie, funkcjonują w świecie zamkniętych pojęć, trudniej im otworzyć się na coś nowego, uruchomić wyobraźnię. Rozumiem to, mają znacznie więcej bodźców, więc muszą upraszczać świat. 

ilustracje Emilii Dziubak
ilustracje Emilii Dziubak

Pani udaje się uniknąć tego nadmiaru bodźców? 

Muszę ich unikać. Jestem introwertykiem, kiedy mam za dużo bodźców albo zbyt intensywny kontakt z ludźmi, to czuję się kompletnie rozbita. Nie potrafię się skupić i pracować. Są ludzie, którzy ładują się przez kontakt z innymi ludźmi, ja mam odwrotnie. Nie chodzi o to, że jestem pustelnikiem. Lubię czasami wyjść z domu, zobaczyć się ze znajomymi, ale potem potrzebuję dużo czasu, żeby opaść, wrócić do siebie. 

Nie chcę się jednak całkowicie odcinać. Jedną z moich ulubionych książek, taką, którą najbardziej przeżyłam, był „Dom, który się przebudził” stworzony wspólnie z Martinem Widmarkiem [bestsellerowy szwedzki autor książek dla dzieci – red]. To opowieść o Larssonie, starszym panu, zgorzkniałym i złym, który wystraszył wszystkich bliskich i został sam. 

Na początku książki Larsson chodzi po pokojach swojego domu i w każdym z nich gasi światło – jakby wygaszał swoje życie. W końcu jedyne miejsce w domu, w którym jest jasno, to jego pokój. Larsson już ma wyłączyć światło, ale wtedy ktoś dzwoni do drzwi i wszystko się zmienia. To opowieść o starości, ale też o tym, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa. Nie chciałabym nigdy poczuć, że w życiu już tylko wygaszam kolejne pomieszczenia.

Na razie pani raczej rozpala. „Horror” z pani ilustracjami jest przerażający, bo truskawki w nim mają ludzkie uczucia, a my z zimną krwią wrzucamy je do blendera. 

Wiem, że „Horror” wzbudza wiele kontrowersji, ale od zawsze chciałam zrobić taką książkę. Kiedy tylko dostałam pierwsze teksty Madleny Szeligi, autorki tekstów w książce, od razu wiedziałam, że w to wejdę. Decydująca była historia kapusty, która odczuwa ból i strach, kiedy jest wyrywana z ziemi, siekana, a potem poddawana procesowi kiszenia. 

Kręci panią makabra?

Nie, zupełnie mnie nie kręci. Nigdy nie potrafiłabym się odnaleźć w stylistyce przemocy, z buchającą krwią i bezpośrednią symboliką, dlatego nie pracuję przy grach komputerowych. Nie ma w moich pracach polityki, zaangażowania społecznego czy ideologii. To są obszary, których nie rozumiem, staram się ich unikać i udawać, że nie istnieją. W „Horrorze” chodzi o emocje. Warzywa i owoce, produkty, które są najbardziej prozaiczne i przyziemne na świecie, opowiadają o naszych ludzkich uczuciach. Pobudzają wyobraźnię, a to przecież jest, szczególnie dla dzieci, bardzo ważne. 

Ilustracje to także terapia? 

My, dorośli, lubimy sobie wszystko ponazywać. Dzieci mają pod tym względem znacznie trudniej. Obrazy pozwalają im się wyrazić, przeżyć emocje, których nie potrafią nazwać słowami. W „Horrorze” jest bardzo dużo cierpienia i bólu. Szczerze mówiąc, też miałam wątpliwości, czy ta książka powinna być dla dzieci, a jeśli tak, to w jakim wieku. To rodzice muszą decydować, czy książka nadaje się dla ich dzieci, czy są gotowe na jakiś temat. 

ilustracje Emilii Dziubak
ilustracje Emilii Dziubak

Kiedy zaczynałem czytać ze swoim synem książki, chciałem, żeby wszystko było miłe. Miłe zwierzątka, słoneczko i kwiatki. Ale świat nie jest tylko miły. 

Żyjemy w świecie, w którym chcielibyśmy się odciąć od wszystkich trudnych emocji, ale one nas prędzej czy później dopadną, będziemy musieli przez nie przejść. Ilustrowałam wiele ciepłych i radosnych książek, ale tworzyłam też takie, które poruszały najtrudniejsze tematy. „Długa wędrówka” dotyczy śmierci i samotności. „Dziewczyna z parku” jest o przechodzeniu żałoby. Myślę, że te książki są bardzo potrzebne, bo dzieci, tak samo jak dorośli, mają różne doświadczenia. Dotyczące nie tylko miłych zwierzątek i kwiatków. Są takie, które mają cudowny i bezpieczny dom, ale są też takie, które doświadczyły przemocy, spotkała je jakaś tragedia, obok nich dzieją się rzeczy trudne. To są tematy, o których nikt nie chce głośno mówić, ale przecież te dzieciaki istnieją. I uważam, że powinny móc znaleźć ukojenie w książce, która pozwoli wyrzucić im swoje emocje. 

Choćby miały się bać po nocach? 

W dzieciństwie strasznie bałam się obrazów Aleksandra Kotsisa. Naprawdę, strasznie się ich bałam. Ale kiedy tylko moja mama szła spać, ja po kryjomu brałam książkę o jego malarstwie i nie mogłam od niej oderwać wzroku. Każdy z nas ma inny charakter i boi się innych rzeczy. Może nie powinniśmy tak bardzo bać się strachu? 

W ciągu siedmiu lat pracy stworzyła pani niemal 40 książek. To wymaga chyba żelaznej dyscypliny? 

Być może tak, ale ja kompletnie jej, niestety, nie posiadam. Nie mam też żadnych rytuałów w pracy, mam za to dużo stresu. Żeby coś narysować, chcę to wcześniej poczuć. Każdy temat muszę wychodzić, nazbierać doświadczeń, czegoś, co mnie poruszy. Ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież tylko obrazki dla dzieci. Ale większość książek, które ilustruję, traktuję bardzo emocjonalnie. Muszę przeżyć tę samą historię, którą przeżywa bohater, przefiltrować ją przez siebie, poczuć, jak to jest być nim. 

Emilia Dziubak: „Dołuje mnie brzydota”

Jak to się robi? 

Jakiś czas temu robiłam ilustracje do książki Martina Widmarka „Długa wędrówka”. To opowieść o przeżywaniu straty i żałoby przez chłopca i dziewczynkę. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym cokolwiek narysować bez zaangażowania emocjonalnego, na sucho. Muszę poczuć, że jestem dzieckiem, które czyta tę historię i spróbować wyobrazić sobie, jak ono widzi ten świat i emocje. 

Jeśli wiem, że ilustruję opowieść o dziewczynce, która opuszcza swój dom i rusza w świat, muszę na chwilę stać się nią. Co bym czuła, idąc przez łąki, słysząc szumiące źdźbła trawy, nie wiedząc, co mnie czeka, sama, tylko z kotem pod pachą? Nie mam co jeść i burczy mi w brzuchu. Ona się boi i ja też muszę się bać. Czuję przyspieszone bicie serca, wszystko widzę trochę jaśniej, kolory są jaskrawe. Dopiero kiedy przeniosę się z nią w to miejsce, mogę stworzyć jakiś obraz. Inaczej nie potrafię. 

Czasami dostaję wskazówki od klientów: „Tu byśmy chcieli obrazek dziewczynki, osiem lat, ubrana w niebieską spódniczkę, w prawym górnym rogu wróbelek na drzewie, w lewym rogu słoneczko i chmurki”. Dla mnie taki tekst to koniec. Nie potrafię wtedy zrobić nic, moja wyobraźnia jest kompletnie zablokowana. 

Wyobraźnia to podstawa pracy ilustratora?

Tak. W mojej ilustracji chodzi o emocjonalność. Warsztatu można się nauczyć. Mogę położyć sobie jabłko na stole i narysować je bardzo realistycznie. Większość ilustratorów jest w stanie to zrobić. Ale mam stworzyć taki obraz, który na kogoś będzie działał. Czyli: ktoś go zobaczy i będzie chciał w niego wejść, do środka. Poczuje te same emocje. 

Rysowanie to tylko 20 procent mojej pracy. Cała reszta to próba wejścia w historię, wyobrażenie sobie sytuacji, znalezienie odpowiedniego miejsca, w którym się dzieje. Nie wierzę na przykład w ilustracje, w których istnieją całkowicie zmyślone, fantastyczne krainy. Dlatego zawsze wolę wybrać miejsce, które istnieje, mam je w głowie, byłam w nim. 

Na przykład? 

W książce „Dom, który się przebudził” bohater schodzi po ciemnej klatce schodowej, bo ktoś długo dzwoni do drzwi. Ta klatka schodowa to część domu mojej babci, oczywiście przesadzona i rozbudowana do wielkiego labiryntu, ale tak postrzegałam to miejsce jako dziecko. Uwielbiam miejsca przejściowe, nieistotne. Kręcą mnie właśnie klatki schodowe albo małe korytarze. Lubię się w nich na chwilę zatrzymać. Tam coś ożywia moją wyobraźnię. 

Poza tym jestem wzrokowcem: wygląd rzeczy zewnętrznych, pora dnia, światło – to wszystko wpływa bardzo silnie na moje emocje. Kiedy świeci słońce, dużo łatwiej mnie na cokolwiek namówić. Jeśli w tle są jakieś paskudne budynki, jestem zdołowana. 

Co panią tak dołuje? 

Brzydota. Zastanawiam się, jak niektórzy ludzie mogą mieszkać w brzydkim otoczeniu i im to nie przeszkadza. Ja natychmiast wpadam w chandrę. Mieszkam niedaleko lasu i bardzo lubię chodzić na spacery, ale ostatnio przestałam, bo wszędzie napotykam wyrzucone śmieci. Nie mogę na to patrzeć, wracam ze spaceru wkurzona i smutna. Nie chodzi nawet o ekologię. Po prostu z tych plastikowych siatek, wystaje cały dobytek czyjegoś życia. Wychowałam się w małym miasteczku w latach 80. i 90., pamiętam, że świat zewnętrzny, który mnie otaczał, był potwornie przygnębiający. Nie chodzi o wydarzenia, tylko o obrazy. Te wszystkie śmierdzące pekaesy, wszystko było brudne, przejściowe, nie remontowano budynków ani przystanków. Czasami myślę, że powinnam zamieszkać gdzieś w puszczy, daleko od ludzi. Choć pewnie szybko zaczęłabym za nimi tęsknić.

ilustracje Emilii Dziubak
ilustracje Emilii Dziubak

Emilia Dziubak jest autorką ilustracji do ponad 40 książek wydawanych na całym świecie. Debiutowała w 2011 roku książką kucharską dla dzieci „Gratka dla małego niejadka”. Nominowana do wielu nagród, m.in. CJ Picture Book Award i Najpiękniejsza Książka Roku.

***

Rozmowa z Emilią Dziubak ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2019

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
iStock

Prezent na Dzień Dziecka. Najlepsze książki dla dzieci i nastolatków!

Mądre, zabawne, rozbudzające pasję i pięknie zilustrowane. Dla maluchów, ciekawych świata przedszkolaków i wybrednych nastolatków. Oto nasz top 10 najlepszych książek dla dzieci.
Anna Zaleska
27.05.2020

Nasz top 10 pod hasłem: najlepsze książki dla dzieci i nastolatków powstał na podstawie rozmów z młodymi czytelnikami i ich rodzicami. Nie ma tu klasyków w rodzaju „Kubusia Puchatka”, „Mikołajka” czy „Muminków”, są rzeczy mniej znane, które ostatnimi czasy skradły serca najmłodszych wielbicieli literatury. Wszystkie będą idealnym prezentem na Dzień Dziecka. Mama Gęś, Małgorzata Strzałkowska (wiek 0+) Wydawnictwo Bajka Te wierszyki są fantastyczne! Choćby ten o Wacku: „Ciekawiło bardzo Wacka / kto to mieszka w środku placka / więc zapukał puk! puk! puk! / I do placka włożył kciuk…” Popularne w krajach angielskojęzycznych rymowanki ze skarbnicy Mamy Gęsi (Mother Goose) po mistrzowsku przełożyła na polski Małgorzata Strzałkowska. Każde dziecko je pokocha i zapamięta na całe życie. Do tego pełne angielskiego humoru ilustracje Adama Pękalskiego. Którędy do Yellowstone? Dzika podróż po parkach narodowych (wiek 7+) Tekst i ilustracje: Aleksandra i Daniel Mizielińscy, Wydawnictwo Dwie Siostry Duet Mizielińskich znów przygotował dla dzieci rzecz niezwykłą. Para przyjaciół z Puszczy Białowieskiej – nieśmiały żubr Kuba i przebojowa wiewiórka Ula – wyruszają w podróż przez osiem parków narodowych, od amerykańskiego Yellowstone przez Grenlandię po indonezyjskie Komodo. Odwiedzają amazońską puszczę, afrykańską pustynię i chiński las bambusowy. W każdym z tych miejsc spotykają lokalne zwierzęta, przeżywają mnóstwo przygód i oczywiście dowiadują się ciekawych rzeczy. Na przykład jak zwierzęta radzą sobie z upałem afrykańskiej pustyni, a jak – z mrozami Arktyki? Skąd się wzięły nieloty na Nowej Zelandii? Dlaczego panda musi ciągle jeść? Dowcipny i wciągający komiks z efektownymi planszami...

Czytaj dalej
Vedrana Rudan
Vedrana Rudan. Fot. Kamil Szkopik

Vedrana Rudan: Podziwiam Polki, jestem z wami, wspieram Strajk Kobiet!

Nikt nie pisze o piekle kobiet tak bezkompromisowo i sugestywnie, jak ona. Zna je na wylot, bo sama przez nie przeszła. „Podziwiam Polki. Kiedy mężczyźni was wkurzą, wychodzicie na ulice” – mówi pisarka Vedrana Rudan.
Magdalena Żakowska
27.10.2020

Chorwacka pisarka Vedrana Rudan mówi o sobie, że wychowała się w typowej chorwackiej rodzinie.  Pierwszy raz pobiła mężczyznę, kiedy miała 12 lat. Chciał ją zgwałcić i chociaż był od niej wyższy o głowę, to i tak dosyć długo leżał później w szpitalu. 10 lat później próbowała zabić ojca , a później przez lata żyła w przemoc owym związku ze swoim pierwszym mężem. Na szczycie listy jej wrogów znajdują się mężczyźni, a zaraz za nimi politycy i kler. Nie oszczędza nikogo, ale najbardziej okrutna jest wobec samej siebie. Vedrana Rudan tnie językiem jak brzytwą.   Magdalena Żakowska: Pani kolejne książki to różne rozdziały pani życia. Zaczęło się od „Ucho, gardło, nóż”, gdzie opisała pani okropieństwa wojny na Bałkanach i dramatyczną sytuację kobiet w powojennej rzeczywistości. Vedrana Rudan: Ta wojna zmieniła wszystko. Także dla mnie. Zanim wybuchła byłam dziennikarką radiową. Z dnia na dzień straciłam pracę, bo mój drugi mąż jest Serbem. Potem większość oszczędności straciłam na to, aby uchronić syna przed poborem do armii. Z dnia na dzień zostaliśmy bez środków do życia. Po wojnie długo ciągnęła się za mną ta „zła Chorwatka”, która wyszła za Serba. Nie mogłam znaleźć pracy, nie mogłam pisać w gazetach, a bez pisania nie potrafiłam żyć. Napisałam więc książkę pełną gniewu na świat. Bicie kobiet to nasz sport narodowy Narratorką „Ucha…” jest 50-letnia kobieta, która w radykalnym, nabitym wulgaryzmami monologu rysuje gorzki obraz otaczającego ją świata. W Polsce pani powieść wystawiła w Teatrze Polonia Krystyna Janda. Jej monodram nie schodził z afisza przez dwa sezony.  W Chorwacji publikacja tej książki wywołała skandal. Wojna to u nas nadal...

Czytaj dalej
Magda Stachula / Fot. Szara Reneta

Magda Stachula zdradza, czego naprawdę boi się autorka thrillerów

„Miałam taką sytuację, że podczas live'u z czytelnikami ktoś mnie zapytał, czy nie boję się psychofanów. Zażartowałam, że nie, nie jestem gwiazdą rocka ani znaną aktorką. A następnego dnia wychodzę rano z bloku…”
Anna Zaleska
22.06.2020

Od Magdy Stachuli i jej powieści „Idealna” z 2016 roku zaczęło się polskie domestic noir. Thrillery i kryminały pisane w tym nurcie, zwykle przez kobiety, pokazują, że zło często czai się w naszym najbliższym otoczeniu, w małżeństwie czy w rodzinie. Ofiarami są kobiety, uwikłane w historie, z których nie są w stanie się wydobyć. Mroczna prawda skrywa się za pozorami normalnego życia, wydawałoby się – patrząc z boku – godnego pozazdroszczenia. Tak też jest w powieści Magdy Stachuli „Oszukana” (Wydawnictwo Edipresse Książki). Jej bohaterka Lena ukrywa swoją prawdziwą tożsamość, uznając, że to dla niej jedyny ratunek. Ale zarazem pułapka. Zastaję panią na Polesiu, nad Jeziorem Białym. W powieści „Oszukana” to właśnie tutaj znaleziono ludzkie zwłoki. Tak, tu w pobliżu. W „Oszukanej” po raz pierwszy przeniosłam akcję z dużego miasta do lasu i na wieś. W moich poprzednich thrillerach zagrożenie czaiło się w wielkomiejskim tłumie, wynikało z anonimowości. Ktoś kogoś podglądał, ktoś krążył w pobliżu, ludzi było dużo, trudno było wychwycić, kto może stanowić zagrożenie. Pisząc „Oszukaną” zastanawiałam się, czy znajdę ten strach w naturze. I znalazła go pani. Całkiem sporo, muszę przyznać. Pewnej nocy wyszłam do ogrodu tuż przy lesie i go poczułam. W mieście nigdy nie ma tak nieprzeniknionej ciemności. Tak tajemniczych odgłosów. Hałasy dochodzące z lasu budzą grozę – czy to dzikie zwierzę, które przechadza się za płotem, czy ktoś tam się czai, obserwuje nas z ukrycia? Poczułam taki pierwotny strach, bliższy temu, który towarzyszył naszym przodkom. W mieście dużo może się wydarzyć w naszej głowie, słyszymy jakieś wewnętrzne podszepty, natomiast w lesie naprawdę się dzieje. Las działa na wyobraźnię. „Idealna”...

Czytaj dalej
Krystyna Mirek / Fot. Radosław Kaźmierczak

Krystyna Mirek: Nie odkładam życia na później

„Gdybym napisała książkę o swojej historii, mało kto by uwierzył, że to naprawdę się wydarzyło. Nauczycielka z małej miejscowości rzuca pracę i spełnia marzenie, zostaje pisarką? Niemożliwe! A jednak” – mówi Krystyna Mirek, pisarka, autorka 24 bestsellerów.
Anna Zaleska
05.06.2020

Krystyna Mirek to polska pisarka, autorka książek obyczajowych, mama czwórki dzieci (trzech dorastających córek i jednego chłopca). Na koncie ma ponad 20 powieści obyczajowych, w których porusza współczesne problemy, ale które zawsze niosą pozytywne przesłanie – że warto walczyć o miłość, rodzinę i marzenia. Najnowsza „Inni mają lepiej” (Wydawnictwo Edipresse) to opowieść o trzech kobietach. Zuza samotnie wychowuje córeczkę i opiekuje się chorym ojcem. Jagoda jest trenerką rozwoju osobistego, ma szczęśliwy dom, męża, z którym łączy ją prawdziwa bliskość, i wspaniałych synów. Natalia cierpi, bo w jej małżeństwie coraz mniej jest uczucia. Każda z nich patrzy na przyjaciółki i jest przekonana, że są szczęśliwsze iż ona. Okazuje się jednak, że pozory mylą. Krystyna Mirek jak zawsze napisała książkę, w której wiele czytelniczek może odnaleźć fragmenty własnych historii. Anna Zaleska: Czy to przypadek, że pierwszą książkę napisała pani w wieku czterdziestu lat, czy plan na życie? Krystyna Mirek: To nie przypadek. Czterdziestka to był dla mnie ważny moment. Z jakiegoś powodu wystraszyłam się, że jeśli nie zdążę zostać pisarką do tego momentu, to już nigdy się nie uda. Dziś wiem już, że po czterdziestce też jest życie. Ten impuls dał mi jednak siłę. Długo marzyłam, by zmienić zawód, ale brakowało mi odwagi, czasu, możliwości. Byłam wtedy mamą trójki dzieci, uczyłam w szkole na pełny etat, żyłam w sporym pośpiechu i zmęczeniu. Tak jak żyje wiele kobiet. Rano – wieczór, rano – wieczór, poniedziałek – piątek, poniedziałek – piątek, Boże Narodzenie – Wielkanoc, Boże Narodzenie – Wielkanoc. Lata szybko mijały wśród licznych obowiązków i wyzwań. Dużym szokiem było uświadomienie...

Czytaj dalej