„Żyję intensywnie” – Bartłomiej Topa zaskakująco o kryzysie 50-latka
Rafał Masłow

„Żyję intensywnie” – Bartłomiej Topa zaskakująco o kryzysie 50-latka

Marta Strzelecka
18.02.2020

Nie spodziewałem się, że właśnie teraz tak bardzo zmieni się moje życie”, mówi Bartłomiej Topa. Gwiazdor serialu „Pod powierzchnią” i spektaklu „Dobrze się kłamie” opowiada nam o tym, jak z małomównego samotnika zamienił się w rodzinnego mężczyznę.

Marta Strzelecka „Uroda Życia”: Zaczął pan od nowa?

Bartłomiej Topa: Można tak powiedzieć, chociaż w moim przypadku trudno określić momenty zatrzymywania się i zaczynania od nowa. Teraz mam wyjątkowo dużo pracy, która zawsze mnie nakręcała. A emocjonalny kryzys 50-latka przerabiam na scenie. Lubię gadżety, ale chcę wierzyć, że nie przesłaniają mi rzeczywistości. Żyję intensywnie.

Ale zbudował pan też nowy związek.

Czy to jest zupełne odcięcie się od przeszłości, zaczynanie od zera? Mam 17-letniego syna, Antek mieszka już sam i wpisany jest w moje życie tak samo mocno jak kiedyś. A mój związek poza miłością oznacza też rodzinę. Dla mnie zupełnie nową, fascynującą. Moja partnerka ma dwie córki. Nie przeżywałem z nimi ich pierwszych lat życia. 

Teraz każdy z nas wnosi do domu inne doświadczenia, wynikające z nich emocje, radości, ale też lęki. Jesteśmy obok siebie, obserwujemy się, stajemy się dla siebie wzajemnie kimś ważnym, a ja na nowo definiuję swoją rolę. Dużo rozmawiamy, dzielimy się codziennością, wrażeniami z przeżywanych chwil. Starsza jeździ konno, młodsza ma mnóstwo energii i pomysłów – ten nowy dla mnie świat tętni realnym życiem.  

Książę Karol nawet po rozwodzie chciał mieć ostatnie zdanie

Batłomiej Topa: „Może jestem spokojniejszy?”

A pan jest raczej małomówny, prawda?

Mało mówię, wolę słuchać. Jest to może jakiś problem, bo łatwiej uniknąć konfliktów, kiedy człowiek potrafi powiedzieć, o co mu chodzi, co go boli. Ale mam to szczęście, że Gabrysia wyciąga ze mnie bardzo dużo, sama też opowiada o sobie w otwarty, barwny sposób, więc niemożliwe jest być obojętnym. Rozwiązuje mnie, staję się przy niej coraz bardziej pewny siebie, a mniej zajęty robieniem powierzchownego wrażenia na innych. To jest w ogóle niezwykła i zarazem codzienna rzecz: dostrzegać każdego dnia, że właśnie w rozmowach, nawet bardzo emocjonalnych, ale w szacunku wobec siebie, rozwijamy się, zmieniamy, wzrastamy, to inni nas określają, nie tylko my sami w mediach społecznościowych albo w swoich głowach.

Nie bał się pan w nowym związku relacji rodzinnych, konfliktów z dziećmi?

Oczywiście, że tak. Ale nie tak bardzo, żeby z tego powodu odrzucać to, że się po prostu zakochałem. Poza tym nie jestem z tych, którzy starają się za wszelką cenę unikać konfliktów. Cenię swoją autonomię, ale problemy z reguły generują nasze odmienne interpretacje zdarzeń i nasze na nie reakcje. Staram się rozmawiać w taki sposób, żeby w moich rozmówcach nie widzieć rywali, zachowując autonomię, dążyć do zrozumienia problemu, potem porozumienia, nie do starcia.

To bardzo mądre, ale chyba trudne w realizacji. 

Nie wiem, praktykuję od lat, nieźle się sprawdza. W sytuacji konfliktowej powtarzam sobie, że jestem podobny do kogoś, z kim mogę się zetrzeć. Przecież nawet jeśli różnią nas poglądy, wszyscy bywamy tak samo wystraszeni, samotni. A ostatnio przekonywanie siebie do takiej interpretacji wychodzi mi lepiej niż kiedyś. Może jestem spokojniejszy? 

Bartłomiej Topa
Rafał Masłow

Niedawno premierę miała sztuka z udziałem Bartłomieja Topy „Dobrze się kłamie” w reżyserii Marcina Hycnara.

Jest pan chyba wyjątkowo spokojnym człowiekiem.

Zastanawiałem się nad tym. Może wystarczająco długo byłem niespokojny? Zbieram doświadczenia, ale ich ocena pojawia się w perspektywie czasu. Jeszcze kilka lat wstecz bardzo dużo biegałem, trenowałem triathlon, stawiałem sobie cele związane z wyzwaniami fizycznymi. Ale zawsze, niezależnie od okoliczności życiowych, zależało mi na spokoju. Być może, paradoksalnie, właśnie dlatego wybrałem aktorstwo – chodziło mi o to, żeby jak najwięcej dowiedzieć się o sobie. I nawet szkoła teatralna nie była dla mnie w tej dziedzinie wystarczająca, brałem udział w warsztatach pracy nad emocjami z nauczycielami z Rosji, poznałem indiańskich duchowych przewodników. Żeby dowiedzieć się, kim jestem. 

Dowiedział się pan?

Dowiedziałem się czegoś mało odkrywczego być może – że nie da się zaplanować poznawania siebie. W latach 90., podczas warsztatów na Mazurach z indiańskimi nauczycielami, chodziłem po rozżarzonych kamieniach, ale więcej dowiedziałem się o sobie w rzeczywistych relacjach z innymi niż podczas najbardziej wyrafinowanych wyzwań fizycznych. Ale czego się dowiedziałem, nie powiem, bo takie odkrycia dotyczą przestrzeni wewnętrznej czy duchowej, niedającej się zamknąć w słowach. 

Dzieciństwo w Nowym Targu

W „Dziurze w głowie” pana bohater wraca z miasta, w którym żyje, do rodzinnego domu na wsi. Zanurza się w tym oswojonym świecie i jest nim rozgoryczony, zawiedziony. Zna pan takie emocje?

Moi rodzice mają już 80 lat, od czasów mojego dzieciństwa mieszkają w Nowym Targu. Kilka dni temu jedliśmy razem śniadanie. To jest niezwykłe, że tak długo i wciąż wspólnie żyją w tym domu, w którym wychowaliśmy się siostra, brat i ja. Kiedy wchodzę do pokoju, który dzieliłem z bratem, automatycznie odpalają się wspomnienia. Na słomianej macie przy piętrowym łóżku mieliśmy całą kolekcję nalepek z pudełek po zapałkach z herbami 49 województw. Ojciec, kiedy pracował w Stanach, przysyłał nam kolorowe prospekty samochodów. Katalogi z pachnącymi kartkami były naszym internetem, w nich był nasz piękny kolorowy świat, odległa zagranica. Przypominam sobie to wszystko w domu, czuję się tam u siebie, spokojnie. Lubię tam wracać. Ale też zasmuca mnie, że moje miasto jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych w Polsce. Z tego powodu nie są to tylko nostalgiczne wizyty. Co do mojego bohatera z filmu… Chudy nie jest rozgoryczony i zawiedziony światem domu rodzinnego. Przyjeżdża do domu, żeby znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania… Spotkanie z chorą matką, dziewczyną i z jego alter ego – Andrzejkiem na nowo go definiują, odkrywają w nim prawdziwe jestestwo, bardzo trudne, tragiczne. 

Jak bardzo zmienił się pan od przyjazdu do Warszawy na studia?

Niedawno spotkaliśmy się ze znajomymi z tamtego okresu w warszawskim klubie Między Nami, w którym ponad 20 lat temu spędzaliśmy mnóstwo czasu. Tam się toczyła duża część naszego życia. Po studiach, żeby się utrzymać, pracowałem w knajpach, a wieczory spędzałem właśnie w Między Nami, gdzie z przyjaciółmi rozmawialiśmy o sztuce, marzeniach, o tym, żeby napisać scenariusz, zrobić wspólnie film. Te przyjaźnie przetrwały do dzisiaj, niektóre się wypaliły. Od tamtego czasu wszystko się zmieniło. Założyliśmy rodziny, moja droga zawodowa w jakiś sposób już została ukształtowana, minęły lata, w których wyobrażenia o własnej karierze były nieokiełznane.

Nie był pan z tych racjonalnie myślących o przyszłości? Na początku wybrał pan przecież technikum weterynaryjne, a nie szkołę teatralną.

Bo właśnie to wydawało mi się odważne, a do tego konkretne, potrzebne. Wszyscy moi znajomi szli do liceum, a ja wybrałem technikum. Wtedy to był dla mnie jedyny słuszny wybór. I gdybym nie zakochał się w dziewczynie, która zdawała na aktorstwo, być może nie wpadłbym na pomysł, żeby zostać artystą. Chociaż od dziecka jedną z największych przyjemności w życiu sprawiało mi rozśmieszanie innych, uwielbiałem być błaznem.

Aktor, którego gra pan w „Dziurze w głowie”, jest bardzo niespełniony zawodowo. Chciał być wielkim artystą teatralnym, a nie jest. Rozumie go pan?

Sam bardzo długo bałem się teatru. Może tak naprawdę obawiałem się totalnego otwarcia? Dopiero po 20 latach od skończenia szkoły teatralnej stanąłem na deskach w Och-Teatrze obok Piotra Machalicy i Marysi Seweryn… To był dla mnie bardzo ważny moment. Dzisiaj gram w kilku przedstawieniach w Warszawie, jeżdżę też po Polsce. Jestem świeżo po premierze przedstawienia „Dobrze się kłamie” w reżyserii Marcina Hycnara. Pracuję ze znakomitymi koleżankami i kolegami aktorami, obecność na scenie sprawia mi coraz większą przyjemność. 

Spektakl „Dobrze się kłamie” taki właśnie jest. Gra pan w nim mężczyznę, dla którego rodzina jest bardzo ważna, a jednocześnie nie chce pokazać żonie SMS-ów, jakie dostaje. Dużo ma pan tajemnic przed najbliższymi w swoim telefonie?

Nie, już nie. Kiedyś, lata temu, może miałem. W ogóle staram się nie tracić energii na to, co jest w telefonie. Przeszkadza mi, że w mediach społecznościowych jesteśmy „zamazani”, „pozornie obecni”. I nienawidzę tego biegu przez życie ze wzrokiem utkwionym w ekran jakiegoś urządzenia, nie godzę się na to. Rozmawiałem wczoraj z bratem na temat kilkudniowego odosobnienia. Odłożyć komórki, zrezygnować z mediów, milczeć. Byłem kiedyś na warsztatach, podczas których milczeliśmy przez dwa dni. Piękne doświadczenie. Uświadamiasz sobie bardzo szybko, że to od ciebie zależy, jak szybko zasuwa ten pociąg, w którym żyjesz. Mimo że rzeczywistość serwuje nam całą gamę doznań, to my decydujemy, z których skorzystać. Mamy wybór! Może ja już się starzeję?

Pięćdziesiątka to chyba jeszcze nie starość?

Ale może to dojrzałość, wcześniej mi niedostępna, która wciąż szuka nowych wrażeń, a do tego ma skłonność do zamykania się w sobie? Nie spodziewałem się, że tak bardzo zmieni się moje życie. To dosyć niezwykłe, że właśnie teraz zaczynam nowy etap. Miłość to wielka sprawa, ale przede mną też rok najciekawszych od lat projektów zawodowych, teatralnych i filmowych… Roku 2020, nadchodzę!

Rozmowa z Bartłomiejem Topą ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2020

 

 

 

Kochasz czytać?
Czekamy na Ciebie!

Dołącz do grupy na FB
 

Uroda Życia - czytaj dla przyjemności

Czekamy na Ciebie na FB
 

Ludzie, psychologia,
pasja - inspirujemy!

Obserwuj nas na IG
pazura
HBO Jacek Piątek

Ja jestem Cezary Pazura...

„Moja żona Edytka spytała, czy jestem przygotowany do zdjęć. Odpowiedziałem: Nie, kochanie. Ja nie jestem przygotowany. Ja jestem przygotowany perfekcyjnie” – mówi w rozmowie z nami Cezary Pazura.
Magdalena Żakowska
18.06.2020

Można go lubić albo nie, ale każdy przyzna: Cezary Pazura to jeden z największych aktorów w historii polskiej komedii. Można narzekać, że nie zagrał wielkiej dramatycznej roli,  że za bardzo marnuje talent na estradowe występy, ale to, co zrobił w „Killerze” i tak przejdzie do historii. A Adaś Miauczyński u Koterskiego? Nowy w „Psach”, czy niedawno Mariusz w serialu „Ślepnąc od świateł”? Kilka dni temu obchodził 58 urodziny. Życzymy mu z tej okazji jeszcze wielu fantastycznych ról! I zachowania tego daru, który ma do rozbawiania ludzi. Jego przyjaciel, słynny malarz i plakacista Rafał Olbiński powiedział mu: „Ty jesteś, chłopcze, w takim wieku, że nie możesz już robić rzeczy nieistotnych. Skup się tylko na tym, co ważne”. „To była najlepsza rada, jaką w życiu dostałem” , mówi Cezary Pazura. Magdalena Żakowska: Ogląda pan programy Kuby Wojewódzkiego? Cezary Pazura: Oglądam, znam go osobiście i bardzo podziwiam jego profesjonalizm. Byłem u niego w programie już chyba ze sześć razy. A dlaczego pani pyta? Bo jest uderzające podobieństwo między Wojewódzkim a granym przez pana celebrytą Mariuszem w serialu „Ślepnąc od świateł” – w gestach, sposobie mówienia, słownictwie. Spotkałem wtedy Kubę. Rozmawialiśmy trochę. Zapytał, co robię. Mówię, że gram Mariusza w „Ślepnąc od świateł”. A on: „Ha! Taką postać, o której, jak się ukazała książka, mówili, że to ja!”. „A to ty?” – zapytałem. „Nie, no co ty?!” Także wszelkie podobieństwa są przypadkowe. Wiem, że zdobył pan tę rolę w drodze castingu. Tak, już chyba nie ma aktorów branych w ciemno ze względu na nazwisko. Teraz wszyscy muszą walczyć o rolę. Pamiętam, jak w 1994 roku zadzwoniła do...

Czytaj dalej
Andrzej Nejman
Iza Grzybowska

Andrzej Nejman: „Mam w sobie coś z kowboja – biorę na klatę to, czego boją się inni”

Jak się zmieniło jego życie po „Złotopolskich”?
Magdalena Felis
24.02.2020

Andrzej Nejman był tłumaczem Robina Williamsa i jednym z głównych bohaterów popularnego serialu. Teraz sprawdza się w roli dyrektora warszawskiego Teatru Kwadrat. Magdalena Felis „Uroda Życia”: Myślę sobie, że pan mógłby być kowbojem. Andrzej Nejman: Czemu nie? Jeżdżę konno, bardzo lubię strzelać. Bliski jest mi świat prostych męskich wartości. Mam też taki kowbojski odruch, że biorę na siebie zadania, których inni nie chcą się podjąć, ale ktoś musi. Biorę na klatę i realizuję. Nie umiem gotować i nie dbam o ubranie – to chyba też w stylu kowbojów? Przynajmniej tych z westernów. A do kogo pan strzela? Do tarczy! Nie jestem myśliwym, nawet ryb nie łowię.  A jakie to zadania bierze pan na klatę? Kiedy 10 lat temu Teatr Kwadrat, w  którym pracowałem od 1998 roku, stracił swoją siedzibę i trzeba było przeprowadzić zespół przez to wyzwanie, przyjąłem propozycję zostania dyrektorem. Ryzykując oczywiście całkowitą porażkę. To była sytuacja, kiedy czułem, że nie mogę się od tego zadania wymigać, że ludzie na mnie liczą, że nie spałbym spokojnie, gdybym się stamtąd zabrał i poszukał innej pracy.  Dziś Teatr Kwadrat ma wspaniałą siedzibę i gra przy pełnej sali. Ale to musiało być kontrowersyjne, kiedy pan, 35-latek, stanął na czele kolegów – czasem starszych i z większym dorobkiem.   Na taki przypadek jest nawet odrębny dział nauki o zarządzaniu: co się dzieje, kiedy kierownikiem staje się ktoś, kto był wcześniej szeregowym członkiem zespołu. Ja praktycznie improwizowałem w tej roli, ale ostatecznie ogromna większość zespołu odnalazła się w tym znakomicie. Od lewej: Bartosz Opania, Andrzej Nejman i Michał Lewandowski w „Sztuce” Yasminy Rezy w Teatrze Kwadrat (reżyseria: Marcin Sławiński). A...

Czytaj dalej
Marek Niedźwiedzki
Darek Kawka

Marek Niedźwiecki: „Pierwsze notowanie Listy zrobiliśmy w kwietniu 1982…”

16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.
Magdalena Felis
17.05.2020

Czy jest ktoś, kto nie zna Listy Przebojów Trójki, nawet jeśli się na niej nie wychował? Nadawana w każdy piątek, prowadzona przez Marka Niedźwieckiego już od 38 lat w wielu domach była tradycją. 16 maja 2020 r. Marek Niedźwiecki ogłosił, że odchodzi z Trójki. Za dwa tygodnie, 29 maja 2020 miało odbyć się prowadzone przez niego 2000. notowanie listy. Ostatnie piątkowe głosowanie zostało decyzją zarządu Programu 3. Polskiego Radia unieważnione. W unieważnionym głosowaniu na 1. miejscu ukazała się piosenka Kazika „Twój ból jest lepszy niż mój”.  W aktualnym wydaniu „Urody Życia” twórca i prowadzący LP3 Marek Niedźwiecki opowiadał, jak ukochane piosenki wpływały na jego i nasze życie.  Nigdy pan nie żałował, że nie podjął pracy jako technolog budowlany? Rzeczywiście, taki kierunek skończyłem na Wydziale Budownictwa Politechniki Łódzkiej, ale wybrałem tę uczelnię tylko dlatego, żeby dostać się do Studenckiego Radia Żak. I się dostałem – a stamtąd do łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia. Ale gdybym nie trafił do radia, to pracowałbym w bibliotece w Szadku, moim rodzinnym miasteczku. Nic innego mi nie przychodzi do głowy. A to prawda, że rozmowa wstępna na stanowisko prowadzącego Listę Przebojów Trójki trwała niecałą minutę? Mogło to tyle trwać. Pamiętam, że pojechałem do siedziby Polskiego Radia na ulicy Malczewskiego, gdzie miałem spotkać się z Andrzejem Turskim, nowym redaktorem naczelnym Programu III Polskiego Radia. To był 1982 rok.  Wyznaczył mi spotkanie, ale ostatecznie nie miał dla mnie czasu, więc szliśmy tylko korytarzem. Ciągle pamiętam, że był ubrany w kurtkę w kolorze wojskowej zieleni, ale nie wojskową. Biegłem obok niego, kiedy powiedział, że będę prowadził listę przebojów. Zapytałem...

Czytaj dalej
Co po pandemii koronawirusa
Adobe Stock

Prof. Dobroczyński: „Pandemia udowodniła, że hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury”

„Koronawirus jest jak czarny łabędź, którego nikt się nie spodziewał i który dzisiaj produkuje niemożliwe do przewidzenia konsekwencje. Pandemia udowodniła, że wszelkie hasła o byciu kowalem własnego losu to bzdury.”
Sylwia Niemczyk
07.09.2020

To nie my rządzimy swoim życiem, ale przypadek. To on trzyma pakiet kontrolny akcji, jeśli chodzi o naszą rzeczywistość. Zawsze tak było, koronawirus tylko nam to uświadomił. Życie to zawsze powinien być taniec z rzeczywistością: gdy ona robi krok w bok, to i my musimy za nią. Jak ona krok do przodu, to my krok w tył. To sztuka dostrzeżenia, skąd wieje wiatr i jakich umiejętności teraz potrzebujemy” – mówi prof. psychologii Bartłomiej Dobroczyński. Sylwia Niemczyk: Ależ się pół roku temu przestraszyliśmy… Prof. psychologii Bartłomiej Dobroczyński: Pandemia koronawirusa to coś, co nas zaskoczyło. Poza znawcami wirusów nikt poważnie nie rozważał, że kiedykolwiek czeka nas powtórka z „Decameronu” Boccaccia albo nawet z mniej odległej epidemii hiszpanki, która wybuchła tuż po I wojnie światowej. Nasza pamięć jest bardzo krótka. Więc po pierwsze: wydarza się coś nieprzewidzianego, a po drugie: to coś wymusza na nas drastyczną zmianę przyzwyczajeń. Brutalnie ingeruje w nasze automatyzmy, a tego człowiek nie lubi najbardziej. Dla nas najbardziej komfortowa sytuacja jest taka, kiedy automatyzmy stanowią 98 procent naszego funkcjonowania. I zazwyczaj właśnie tak jest. Nie zastanawiamy się co, gdzie i kiedy – większość rzeczy robimy bez angażowania świadomych myśli. A teraz ten nasz pilot automatyczny zaczął wibrować i migać na czerwono.  Przestał działać. I nagle musimy zwracać uwagę praktycznie na wszystko: ile razy dotykamy dłonią twarzy, jakich innych przedmiotów dotykamy, w jaki sposób witamy się z przyjaciółmi, jak wsiadamy do autobusu, czego dotykamy w windzie. Im więcej automatyzmów jest naruszonych, im więcej reguł zostało zmienionych, tym wyraźniejszy sygnał dla mózgu, że sytuacja jest poważna. I do strachu o zdrowie doszło jeszcze...

Czytaj dalej